wtorek, 31 grudnia 2013

2013 - podsumowanie

Rok się kończy, moi kochani, czas na podsumowanie najciekawszych wydarzeń. Muszę przyznać, że tempo ani trochę nie zwolniło :)

Styczeń
Smartphone. Przełom w moim systemie wartości: zdecydowałam się na telefon dotykowy, kupiony za własnoręcznie zarobione pieniądze, po trzech miesiącach poszukiwań odpowiedniego modelu. 

Luty
Zimowisko w Lidzbarku. Zaawansowane w przygotowaniach wydarzenie drużyny, podczas którego mieliśmy porządną szkołę charakterów, ale też dużo dobrej zabawy w bardzo klimatycznych miejscach Lidzbarka: nieczynnych torach, na górze i pod wieżą ciśnień :) niezapomniany Hans Kloss-Aleks w niemieckim mundurze i z nienaganną niemczyzną :)

Marzec
Weekendowa kariera Kikomendanta. Niezapomniany zjazd w Gdańsku, podczas którego pełniłam obowiązki komendanta i przekrzykiwałam nadmorskie fale. Podróż z połową chorągwi pociągiem przez Malbork - bezcenne :)

Kwiecień
Makowa Panienka ;) Mój pierwszy osobisty komputer, za osobiście zarobione pieniądze, śliczny srebrny MacBook. 

Maj
Nie święci ciasta pieką... Po inspiracji babskimi spotkaniami i mieszkaniu z Ulą R, która namiętnie piekła ciasta, powzięłam postanowienie, że nauczę się piec ciasta. Trwam w nim konsekwentnie do dziś.
Geocaching. Kolejna sprawność harcerska, która okazała się także świetną zabawą :)
50. urodziny taty. Teraz i on znalazł się po "drugiej stronie barykady" ;)

Czerwiec
Bardzo Dziki Wschód. Niezapomniany biwak indiański, który miał być w Wilkasach, a był w Gąbie :)
Nie ma bata na licencjata! Studia teologiczne zakończone. Żółwik, beczka i piąteczka ;)
Precedens. Premierowe wykonanie nowego musicalu w nowym składzie. Moja śliczna toga premierowo-dyplomowa ;)

Lipiec
Camp 2013. Spontaniczna decyzja pozostania na całym campie, chociaż planowałam tylko na weekend ze względu na koncert. Trzecia "premiera" i niezapomniana cisza. Nowi znajomi :)

Sierpień
Nawigator. Ogromne wydarzenie: obóz harcerski w Zatoniu, którego byłam głównym współorganizatorem. Niezapomniane wspomnienia z belgijką i partnerami w belgijce ;)
JG. Drugie podejście do tego miejsca, tym razem milsze, niż 4 lata temu, koncert w najpiękniejszym teatrze i fantastyczna sesja w pałacu :) w ciągu jednego miesiąca przejechałam Polskę wzdłuż i wszerz.

Wrzesień
Szlakiem bieszczadzkich aniołów. Rodzinna wyprawa w pobliskie góry, turystyczny przejazd kolejką do słowackiej granicy i nowy aparat rodziców.
Buchhaltung und Administration. Praca, której potrzebowałam w tym miesiącu, niezbyt rozwojowa, ale przyzwoicie dochodowa. Nie trwała zbyt długo, ale zdobyłam dobre referencje.

Październik
Crash Bandicoot. Powrót do dzieciństwa i gier z PS. Może niezbyt ambitne zajęcie, ale ileż zabawy ;)
Twentysomething. Urodziny, które definitywnie przyniosły dorosłość - 31 X skończyła się ważność legitymacji studenckiej i od tej pory płacę za cały bilet.

Listopad
Piernik. Niezwykłe ciasto, które robi się w miesiąc, a zjada w weekend ;)
Format MacBooka. Teraz, kiedy instalowałam od nowa system, mogę powiedzieć, że znam swój komputer.
Zmiany. Ula się wyprowadziła, Lidka się wprowadza, Ola zmienia pracę, a ja zamieniłam szafki w kuchni :P

Grudzień
Nowy komendant ZHA. A jednak nie zostałam komendantem... Ale mamy Mariusza :)
Rozum z GPS na palcu :P tak, tak, Dawid się ożenił... Brat się zaręczył... A ja nadal bujam się swobodnie.

Pozostało mi kilka godzin na ogarnięcie do sylwestrowego suchara... Trzymajcie się ciepło i niech się wam dobrze wiedzie w nadchodzącym roku :)


wtorek, 24 grudnia 2013

Bajkowka homemade




Tak jak obiecywałam, tak zrobiłam. Przepis na pierniczki znalazłam na Moje Wypieki. Wyszły fajne, a dekorowanie lukrem i czekoladą okazało się świetną zabawą :) razem z Olą, mamą i Ronią zrobiłyśmy marchewkową zupę-krem, babkę ziemniaczaną i ponad setkę pierniczków. Jesteśmy zmachane, bo w środku dnia wybrałyśmy się jeszcze na spacer nad rzekę, ale dzień był radosny :)


Trzeba zająć się przygotowywaniem zabaw na sylwestra i poszukiwaniem transportu do Pszczyny na weekend... Niedługo posiedzimy w domu...

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Blabla podróż do Wojkówki



Przebój, który cały dzień tłukł mi się po głowie. Nachalna świąteczna propaganda :P

Uff, nareszcie wolne... Długi rok pracy już za nami. Razem z Olą zaplanowałyśmy podróż do domu z blablacar. Ola jeździła już kilka razy, ja jechałam po raz pierwszy. Subskrypcję na trasę z Warszawy do Krosna miałam ustawioną od pół miesiąca, ale dopiero przez weekendem trafił się dogodny przejazd z niejakim Grzegorzem. Umówiliśmy się na poniedziałek o 15, a wcześniej wybrałyśmy się z Olą na zakupy na halę na Bakalarskiej - słynne miejsce, gdzie można kupić ciuchy i buty za śmieszne pieniądze. Do wesela Dawida i Judyty został tydzień, ja potrzebowałam butów, a Ola bolerka. Kiedy dojechałyśmy tam i weszłyśmy w te rzędy stoisk, oszołomiły nas ilości ubrań. Zaraz znalazłyśmy sobie fajne spodnie dresowe, Ola spódniczkę, kardigan, a ja dopiero na którymś z kolei stoisku wypatrzyłam ładniutkie kremowe lakierowane szpilki. Nie miałyśmy za wiele czasu - trzeba było szybko się zbierać, bo nasz kierowca chciał wyjechać wcześnie. 
W samochodzie siedziała jeszcze Benia i trzy szczeniaki: Kamir, Goja i Ayo - małe czarne kuleczki :) okazało się, że Benia i Grzesiek współpracują z fundacją, która wyszukuje psy i oddaje je w dobre ręce. Jechali do domu na święta, więc psy zabrali ze sobą. Podróż mijała miło i szybko, nie było korków, rozmawialiśmy o różnych zwierzakach, które przewinęły się przez nasz dom, słuchaliśmy muzyki, a Grzegorz systematycznie przełączał świąteczne piosenki, "siekę świąteczną", jak to nazywał :P za to poniższa wygrała nasz ranking na najdziwniejszy tekst roku :P



W domu byłyśmy o 21, przedzierając się z Bajd przez kładkę. Fajnie być znowu :) jutro pieczemy pierniczki :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Bo byłam grzeczna ;)


Dzisiaj był ostatni dzień zajęć z moimi małymi uczniami. Wypełniłam rozliczenie, wystawiłam rachunek i poszłam uszczęśliwiona do domu o godzinie 16, zaaferowana perspektywą wolnego popołudnia. Zaraz po powrocie do domu pochłonęło mnie robienie sklepiku z naszywkami, wstawianie obrazków i tak siedząc spokojnie i słuchając muzyki na Spotify (płyta Love actually by The Royal Philharmonic Orchestra) odpłynęłam zupełnie. Tę błogą sielankę przerwał telefon od mamy moich uczniów z Michałowic, Gabrysi i Adasia, którzy mieli dzisiaj mieć domowy koncert. Ajajaj, ale wtopa. A miałam zapisane w kalendarzu... szybko się pozbierałam i popędziłam na rowerze. W domu była już babcia i sąsiadka na herbatce, dzieci chodziły na rzęsach, ale szybko się ogarnęły i zagrały. Gabrysia zaskoczyła mnie zupełnie, grając ze skupieniem i powoli, czego na lekcjach nie mogłam się jej doprosić. Adam zagrał w tempie ćwiczeniowym, więc nie powalił, ale Sonatina w jego wykonaniu była tak świadomie zagrana, z interpretacją i właściwymi ruchami, że z przyjemnością na niego patrzyłam :) na koniec pani Małgosia podarowała mi torebką z czekoladkami Ferrero Rocher i piernikami od Bliklego, a Gabrysia dała mi swojego goździka :) ale miło mi się zrobiło :) a wczoraj mama Kasi i Maćka, moich uczniów ze Skoroszy, zapłaciła za lekcję okrągłym banknotem i kazała nie wydawać, tylko zostawić sobie na święta :)
Mamy już obadany przejazd na blablacar do Rzeszowa. Polski Bus jest oblegany od miesiąca i na połowę kursów nie ma już biletów. Ach, te święta...

Miał być ślub


Najdziwniejsze przygody można czasem przeżyć we śnie. Dzisiaj przyśnił mi się mój własny ślub. Był to dziwny sen, bo dzielił się na dwie części. Zazwyczaj jak się przebudzę, a sen nie ma jeszcze zakończenia, bardzo rzadko zdarza się, że gdy zasnę ponownie, to przyśni się to samo, a tym razem tak się stało. 
Zaczęło się od tego, że zobaczyłam kościół. Był nieduży, położony na lekko opadającym wzgórzu, pod lasem, prowadziła do niego kamienna nierówna ścieżka. Pobiegłam tam, żeby zobaczyć, jak wygląda w środku. Nie był to jeszcze dzień ślubu, tylko przygotowania, a ja nie wiedzieć czemu miałam już na sobie suknię i bose stopy, zupełnie jak ta dziewczyna z fotografii. Kościół wyglądał jak zwykła sala, z ławami, krzesłami, z tyłu siedział akustyk za wielką konsolą, a z przodu znajdowali się księża prawosławni (naprawdę nie wiem, dlaczego akurat prawosławni, bo środek wyglądał na typowy kościół protestancki) i kilkoro ludzi się w środku kręciło. Dostrzegłam gdzieś moją mamę, która poinformowała mnie, że mogą być problemy z puszczaniem podkładów muzycznych, bo tutaj wszystko nagrywają. Nie wiem, dlaczego to miało być problemem, ale okazało się potem, że faktycznie tak było. W międzyczasie spostrzegłam, że moja suknia zmieniła kolor na czerwony, z jednym czarnym i białym pasem w środku, niczym szarfa. Zmartwiłam się, że teraz będę musiała szukać nowej. Zaraz po tym się przebudziłam. Postanowiłam zapamiętać jak najwięcej i zasnęłam znowu.
Tym razem to był już dzień ślubu. Kościół był pełen ludzi, ale nikogo nie mogłam rozpoznać. Stałam gdzieś z tyłu w mojej przefarbowanej sukni i zastanawiałam się, kiedy to się zacznie i czy suknia stanie się znowu biała? Nagle ktoś obok mnie zawołał: "teraz!", wstałam więc, wstrząsnęłam suknią i zrobiła się biała. Rozległy się dźwięki marsza weselnego, zaczęłam się rozglądać, kto mnie będzie prowadził do przodu i zobaczyłam wujka Andrzeja, współpracownika mojego taty. Wziął mnie pod rękę i poprowadził do przodu. Usiadłam na krześle obok pana młodego, nieustannie się wiercąc, bo nie mogłam go dziwnym sposobem zobaczyć. Zupełnie nie zarejestrowałam, kto prowadził uroczystość. Pamiętam tylko, że dalszy ciąg okazał się zupełną katastrofą. Osoba odpowiedzialna za muzykę i podkłady (to była Marta z naszego zespołu) nie mogła opanować sprzętu, który okazał się jakimś przedpotopowym wynalazkiem, muzyka leciała, chociaż głośniki były ściszone, przygotowana prezentacja zaczęła sama lecieć i wszystko wzięło w łeb. Oczywiście niemal wszyscy ruszyli na pomoc, powodując jeszcze większe zamieszanie. Siedziałam bezradna na swoim krześle, czując, że już nic gorszego nie może mi się przytrafić i nagle po mojej lewej stronie znalazłam jego rękę. Chwyciłam ją mocno, zaplotłam palce i wstąpiła we mnie uspokajająca, krzepiąca siła. Podniosłam oczy i zobaczyłam młodego, ciemnowłosego mężczyznę w okularach, wyglądającego zwyczajnie, ze skupionym w dal spojrzeniem. Nie wiem, kim on był, nie mogłam rozpoznać w nim nikogo znajomego. Pomyślałam: "to dziwne brać ślub z kimś, kogo się zupełnie nie zna", bo właściwie nie znałam go zupełnie. Tylko ten uścisk ręki był taki znajomy. Zaraz po tym obudziłam się na dobre i nie dowiedziałam się, jak to się zakończyło. 
Czy wam się też kiedyś coś takiego przyśniło?

Młoda Brodka mi się skojarzyła z tym, zanim zaczęła Grandę.


I jeszcze jedna. Przyznaję, nie kojarzę takich piosenek po wykonawcach, dla mnie wszystkie tego typu piosenki to Gosie Andrzejewicz. No ale teraz Brodka to wyższa półka...

środa, 18 grudnia 2013

Make my wish come true.




Ulubiona piosenka z mojej ulubionej świątecznej komedii romantycznej z parą ulubionych bohaterów za kulisami ;) no i co z tego, że ograna i komercyjna. Myślę, że jest wołaniem wielu typowych Bridget Jones, spędzających samotne zimowe wieczory z pudełkiem lodów i filmami o wielkiej miłości. A, i na miejscu wokalistki też bym wybrała chłopca z perkusją ;) 
Macie jakieś życzenia na nowy rok? Moich jest kilka:
*nowy telefon (bo stary przekazuję Oli) i sensowny abonament
*nowi, fajni uczniowie
*śniegowce na nadchodzące mrozy
*praca na wakacje
*wyjazd na camporee do Holandii
*pokój na świecie, cytując Sandrę Bullock w "Miss Agent" :P
*you ;*

Dobra wiadomość na najbliższe dni jest następująca: jeszcze tylko 5 dni i... ferie! Jedziemy z Olą do Wojkówki, będziemy grać w gry, oglądać filmy, piec pierniczki i muffinki i byczyć się :) brzmi fantastycznie, prawda? Dobrze mieć swój prywatny koniec świata :) 

Ciesz się z komendanta, jakiego masz...



Masz ci, od niedzieli minęło już 3 dni, a ja nie napisałam, co z tym komendantem...


Uroczyście informujemy, że Zarząd Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego wybrał na nowego komendanta Związku Harcerstwa Adwentystycznego Pathfinder Dh. Mariusza Adamczyka.

Nowemu komendantowi życzymy Bożych błogosławieństw 


niedziela, 15 grudnia 2013

Rada drużynowych Siedlce - galeria

Rada drużynowych w Siedlcach dawno już przeszła do historii, ale zdjęcia dotarły dzisiaj, więc dzielę się naszymi pięknymi uwiecznieniami mundurów :)

Komendanci, drużynowi, zastępowi, instruktorzy i siedleckie zuchy :)


Zawsze młodzi i piękni :)



Pokój katechetyczny zainspirował nas do niezwykłej sesji zdjęciowej, tematycznie powiązanej z aktualnymi wtedy wydarzeniami (spalenie tęczy na Placu Zbawiciela w Warszawie przez demonstrantów w Dniu Niepodległości). Ale dla nas tęcza ma swój pierwotny, biblijny wymiar, czyli znak obietnicy :)





 Ps. 1 Dzisiaj wstrzymujemy oddech, bo ma być decyzja w sprawie nowego komendanta... czekamy niecierpliwie ;)
Ps. 2 Przed półgodziną wprowadziła się Lidka do naszego mieszkania. Trochę to trwało, ale wreszcie się udało ;)

piątek, 13 grudnia 2013

I nawet kiedy będę sam, nie zmienię się.

Weekend zaczyna się w czwartek po południu, kiedy kończę ostatnie zajęcia i idę na zakupy. Niestety wczoraj nie miałam zupełnie głowy do kupowania, chociaż znalazłam fantastyczne skórzane botki z Lasockiego za 126 zł (po 30% obniżce z kartą stałego klienta). Katar tak otumanił mi mózg, że musiałam usiąść chwilę spokojnie na ławce i przekalkulować, że w tym momencie są ważniejsze wydatki, niż buty. Skończyło się zatem na herbacie z "Five o'clock" o nazwie "Wigilijny wieczór" - bardzo smaczna owocowa mieszanka z nutą pomarańczy. A wieczorem obejrzałam "Gnomeo i Julia". Zabawnie zanimowali krasnale ogrodowe ;)
Dzisiaj obudziłam się z zatkanym na amen nosem i wyschniętym gardłem. Katar osiągnął swoje apogeum. Jak dobrze, że piątki są wolne, bo zupełnie nie miałam siły ruszać się gdziekolwiek  z domu. Ogarnęłam mieszkanie i resztę dnia spędziłam z chusteczkami, czytając po raz kolejny bloga od początku. Jakoś lubię wracać do tamtych szalonych studenckich czasów, czytać o sesjach, egzaminach, szkole muzycznej i przypominać sobie miejsca, w których byłam oraz ludzi, z którymi przeżywałam różne zwariowane wypady. Czasami chciałabym znaleźć się na chwilę w tamtym czasie i miejscu, bo jak tak sobie każdego dnia chodzę do pracy, to wszystko wydaje mi się straszliwie nudne. Nawet zakupy, kiedy mam wreszcie wystarczającą ilość pieniędzy, żeby kupić to, co chcę, nie mają już takiego klimatu, jak w czasach mieszkania w Rzeszowie w pobliżu jedynej galerii Grafiki... Blog też już nie jest ten sam. Zrobił się taki babsko-blogerski, z niezliczonymi przepisami, opisami kosmetyków i ciuchów. Kiedyś byłoby to w moim przypadku nie do pomyślenia, albowiem z zasady gardziłam modą i mizdrzeniem się. Teraz myślę: a właściwie czemu nie? Teraz to jest moja codzienność, jak kiedyś literatura, ćwiczenia z PNJN i setki zdjęć. Dlaczego mam wymyślać na siłę poetyckie teksty, skoro żyję prozą życia? Poza tym mam już 27 lat, a nie 20, więc to do czegoś zobowiązuje :P 
Ostatnio przyszła mi do głowy jednak pewna konkluzja: kiedy się jest nauczycielem albo pracuje z dziećmi, człowiek nigdy nie będzie dorosły. Ot, choćby za tydzień zaczynają się ferie świąteczne, tak, ferie, nie żaden urlop. W której innej pracy dostałabym półtora tygodnia wolnego tylko dlatego, że są święta? Cieszę się z tego na równi z dziećmi. I co z tego, że kupujesz całe bilety i płacisz składki ubezpieczenia. W pracy uczysz dzieci piosenek o sankach i bałwankach, a po skończonym dniu przesłuchujesz piosenki z "High School Musical", bo uczennica cię poprosiła o to. Ale kiedy się głębiej nad tym zastanowię, to lubię moją pracę właśnie za to, że dzięki niej nigdy nie stanę się nudnym dorosłym :)
Kilka zdjęć na dowód, że właściwie niewiele się zmieniłam :P


"Silny bądź! Musicie być jak szalona rzeka,
jak tajfun, który obali mur,
a równocześnie tak tajemniczy,
jak księżyc, co wygląda tu zza chmur!"

... moro drugą skórą 


 Black&white
wierna niezmiennie :)



Swing down :P
Jak sobie przypomnę spotkanie grupy terenowej w Łodzi... :P

Bo wszystkie dzieci...
Baloniki są fajne w każdym wieku ;)

Kazali mi się zacząć czesać,
ja mówię: no, no, no.


I mlecyk - ostatni w sezonie... 



"Life is a journey
It can take you anywhere you choose to go
As long as you’re learning
You’ll find all you’ll ever need to know"

Kolejki wąskotorowe są the best :D



Statue of Liberty 
Bo to się nie zmienia :P


Co się martwisz, co się smucisz,
ze wsi jesteś, na wieś wrócisz ;)


Bo chcę iść coraz dalej, coraz głośniej śpiewać!...


Catch me, if you can ;)


I nawet kiedy będę sam, nie zmienię się, to nie mój świat.







środa, 11 grudnia 2013

I can go the distance.



Go the distance
Michael Bolton

I have often dreamed, of a far off place
Where a hero's welcome, would be waiting for me
Where the crowds will cheer, when they see my face
And a voice keeps saying, this is where I'm meant to be

I'll be there someday, I can go the distance
I will find my way, if I can be strong
I know ev'ry mile, will be worth my while
When I go the distance, I'll be right where I belong

Down an unknown road, to embrace my fate
Though that road may wander, it will lead me to you
And a thousand years, would be worth the wait
It might take a lifetime, but somehow I'll see it through

And I won't look back, I can go the distance
And I'll stay on track, no, I won't accept defeat
It's an uphill slope, but I won't lose hope
Till I go the distance, and my journey is complete

But to look beyond the glory is the hardest part
For a hero's strength is measured by his heart

Like a shooting star, I will go the distance
I will search the world, I will face its' harms
I don't care how far, I can go the distance
Till I find my hero's welcome, waiting in your arms

I will search the world, I will face its harms
Till I find my hero's welcome, waiting in your arms

***

Moi uczniowie, a w zasadzie uczennice, śpiewają sobie piosenki z bajek Disneya, więc natchnęło mnie, żeby sobie niektóre z nich odświeżyć. Uwielbiam Mulan, przypomniało mi się, jak kilka lat temu oglądaliśmy namiętnie Herkulesa, więc po mojej ulubionej chińskiej bohaterce walczącej u boku mężczyzn przyszła kolej na grecką mitologię. Swoją drogą wersja Disneya nawiązuje mocno do chrześcijaństwa... Bohater, który wolał wyrzec się boskości i przywilejów mieszkania na górze Olimp, aby pozostać ze swoją ocaloną ukochaną na ziemi, po którą nie zawahał się zstąpić aż na dno piekieł. Oczywiście ludzie sporo namieszali, tworząc takie legendy. Wierzcie mi, biblijna historia zbawienia jest o wiele bardziej niesamowita!

***

Czasami strasznie, strasznie, strasznie tęsknię. Ale za kim lub za czym, tego sama nie wiem...

Olejek arganowy z Rossmanna


Kilka tygodni temu byłam u fryzjerki, mojej sąsiadki Leny, żeby wyrównać włosy, bo ponad półtorej roku nic z nimi nie zrobiłam. Lena dokonała cudu, skracając zniszczone końcówki, ale nie naruszając niemal nic z długości, co mnie bardzo ucieszyło, bo cały czas je zapuszczam. Po obcięciu natarła mi włosy olejkiem arganowym, polecając go jako doskonały kosmetyk na puszące się włosy, niesforne końcówki i dla ochrony przed niszczeniem. Mam maskę do włosów Kallos Argan, ale to nie jest jednak to samo (poza tym zbliża się zima, będę musiała wrócić do Kallos Latte, bo włosy znów zaczynają się wysuszać i elektryzować). 
Będąc w Rossmannie odkryłam nową linię do włosów na bazie olejku arganowego. Taka mała buteleczka o pojemności 20 ml kosztuje niecałe 9 zł. Jest bardzo wydajna, wystarczy kropelka w zagłębieniu dłoni, aby pokryć końcówki i jeżeli ktoś chce, to większą powierzchnię włosów. Spodobał mi się o wiele bardziej niż jedwab, którego w buteleczce o podobnej cenie jest jednak mniej. Ponadto przyjemnie pachnie, włosy są wygładzone i błyszczące i o wiele ładniej wyglądają. 

A tak poza tym...

Relaksy
Wczoraj po pracy pojechałam do Złotych Tarasów zmierzyć relaksy (niestety w Galerii Mokotów, którą mam po drodze, jadąc z Wilanowa do WKD Raków, nie ma sklepu Wojas; wyszukiwarka firmowych sklepów tutaj). Stały dumnie rozparte na środku sklepu, błyszczały kolorami. Zmierzyłam czarne, bo brązowych w rozmiarze 39 już nie było. Swoją drogą ładnie prezentowały się też granatowe. Kształt buta na nodze nie powala, ale są niesamowicie wygodne i ciepłe. Sprawdzałam podobne buty w Deichmannie, trzy razy tańsze, ale były z tworzywa sztucznego i przypuszczam, że fatalnie by się je nosiło, kiedy stopa się przepoci. Szkoda, że relaksy są tak drogie. Wydają się naprawdę solidne i najlepsze na nadchodzące mrozy. Tylko po drodze napotykam kolejny problem: do czego takie toporne buty nosić? Moja ciepła kurtka zimowa kupiona w zeszłym roku, w kształcie płaszcza do kolan i z futrzanym kapturem pasuje do nich jak kwiatek do kożucha. Zapewne najlepszą kurtką byłaby jakaś parka albo kurtka narciarska, ale kupować kolejną kurtkę do drogich butów, na które nawet mnie nie stać... Ech, odwieczne dylematy... A mrozy naprawdę nadchodzą. Wczoraj czułam, jak przy minus kilka stopni zamarzały mi palce w moich skórzanych kozaczkach. Nie ma rady, pozostają buty trekkingowe, które swoją drogą także do eleganckiej kurtki średnio pasują i ciepłe skarpety. Jeden pięciopak nabyłam wczoraj w H&M. Pomysł kupowania ciepłych skarpet na grudniowe prezenty jest skądinąd bardzo trafiony. 


Halsentzündung
Po powrocie z kongresu znowu się przeziębiłam. Mam katar i boli mnie gardło. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka: było dużo śpiewania, bo i występ w piątek, koncert w sobotę, i próba w niedzielę; co chwilę wędrowaliśmy od Kopcińskiego na Nawrot, raz piechotą, a raz samochodem, nieraz bez czapki, w samym kapturze na głowie, żeby nie rozwalić fryzury; mało snu, bo w pierwszą noc z przejęcia nie mogłam usnąć, poprzedniej nocy była burza i też się nie wyspałam; stres, bo nie mieliśmy porządnej próby, a wszystkich coś rozkładało, no i jak zawsze musiałam się przejmować opiniami i złymi emocjami innych. Nie mam czasu, żeby się rozłożyć i chorować, więc muszę zacisnąć zęby i chodzić do pracy. Dlatego chciałabym znaleźć ciepłe zimowe ubranie, żeby mnie chroniło. 

wtorek, 10 grudnia 2013

Czas Relaksu, relaksu to czas.


Już na początku tego roku rozglądałam się za śniegowcami, ale ceny są zatrważające. Obiecuję sobie, że kiedyś zaoszczędzę i sobie takie buty kupię. 
Przeglądając moje listy blogów znalazłam posta u Sztywniary, która reklamowała Relaksy. Nie znam tego reliktu PRL, bo jeszcze wtedy nie żyłam, ale wyszperałam więcej informacji tutaj i okazało się, że buty wracają w odświeżonym, udoskonalonym stylu i kosztują... 399 zł. Kupę kasy, ale są skórzane, ocieplane owczą wełną no i made in Poland. Nie deklaruję się, ale chyba się wybiorę do Reduty i sobie przymierzę, żeby się upewnić, jak wyglądają na żywo. 
Tydzień po weekendzie zaczął się od dłuuugiego odsypiania, które kontynuuję i dzisiaj. Jak dobrze mieć pracę po południu ;)


środa, 4 grudnia 2013

Szklana pogoda



Mam do zakomunikowania ważną wiadomość na koniec dnia: mamy śnieg. Śpiewałyśmy sobie dzisiaj o nim z Kasią tak beztrosko na lekcji, a tymczasem spadł i nie ma żartów! Ale dużo poważniejsza pogoda szykuje się jutro: zapowiadają huragany i nad morzem do 8 stopni w skali Beauforta. Prawie jak w tej znanej piosence Krzysztofa Klenczona, którą przesłuchałam dzisiaj w całości pierwszy raz w życiu. Będzie trochę groźnie jutro, zostaję sama w domu, ale może nie będzie źle :) przecież jestem odważną kobietą, pathfindersem, niestraszne mi wichury :P

Sylwestrowy Suchar w Stolycy - Reaktywacja


Szykuje się reaktywacja Sylwestrowego Suchara w Stolycy, więc już zamieszczam oficjalne zdjęcie wydarzenia i piosenkę przewodnią. Hit nienajnowszy, ale w temacie :) aż mi się przypomniała kompania karna na obozie i Seba, który wyśpiewał to kapitalnie :)




Nie mogę uwierzyć, że już rok się kończy. Dzisiaj zadzwoniła pani z obsługi klienta w Play i zorientowałam się, że w styczniu kończy mi się umowa na telefon :) trzeba pomyśleć, co z tym fantem zrobić i jak się ustawić na następny rok. 

wtorek, 3 grudnia 2013

Zakochanie a adrenalina


"Peeta i ja bardzo się zżyliśmy. Ciągle zdarzają się momenty kiedy chwyta się krzesła i trzyma dopóki przebłyski jego zmodyfikowanej pamięci nie miną. Ja budzę się z koszmarów o zmiechach i zabitych dzieciach. Ale jego dłonie są przy mnie, by mnie pocieszyć. I ostatecznie jego usta również. W nocy poczułam to jeszcze raz, ten głód, który zawładnął mną na plaży, wiedziałam, że zdarzyłoby się to i tak. Tym, czego potrzebuję do przetrwania nie jest ogień Gale’a, podsycany złością i nienawiścią. Mam mnóstwo ognia w sobie. Ja potrzebuję mniszka (mlecza) w wiosnę. Ta jasna żółć, która przywodzi na myśl odrodzenie zamiast zniszczenia. Obietnicę, że życie może trwać dalej bez względu jakie ponosimy straty. Że może znowu być dobrze. I tylko Peeta może mi to zapewnić. 
Więc zaraz po tym, jak zapytał: 
- Kochasz mnie. Prawda czy fałsz? 
Odpowiadam mu: 
- Prawda." 
Susanne Collins Igrzyska śmierci. Kosogłos

Jak można zobaczyć, dobrnęłam do końca trylogii. Wybaczcie, jeśli nie lubicie czytać zakończeń przed przeczytaniem książki, ale wydało mi się tak ciekawe, że musiałam je umieścić.
Historia miłosna Katniss i Peety wydaje się nietypowa, bo osadzona w nienormalnym, przepełnionym przemocą i strachem świecie, na dodatek połączeniu obojga bohaterów przeszkadzają psychologiczne naciski: torturowanie psychiczne i fizyczne Peety oraz koszmary Katniss. Mimo wszystko pod wpływem wspólnych trudnych przejść zżywają się ze sobą tak bardzo, że nie wyobrażają sobie bez siebie życia. Czy jest to sposób na udany związek?

Badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej dotyczące adrenaliny wykazują, że wzmożona aktywność fizyczna powoduje podobne uczucie do stanu zakochania. Eksperyment polegał na przeprawie dwóch grup mężczyzn przez dwa różne mosty. Pierwszy z nich wisiał na wysokości 70 metrów nad rzeką i był wykonany z niestabilnej konstrukcji. Natomiast drugi znajdował się zaledwie na wysokości 3 metrów nad poziomem wody i był w pełni bezpieczny. Na końcu obu mostów, na badanych czekała atrakcyjna kobieta, zbierająca dane do kwestionariusza. Każdemu mężczyźnie proponowała swój numer telefonu w przypadku, gdyby pojawiły się dodatkowe pytania na temat badania. Okazało się, że zdecydowana większość mężczyzn, która była skłonna przyjąć propozycję skontaktowania się pochodziła z grupy, która musiała pokonać wiszący most. Badanie potwierdza, że podwyższony poziom adrenaliny wywołuje uczucie podobne do stanu zakochania. Na jej skutek do mózgu kierowany jest sygnał o wydzielaniu podwyższonej dawki dopaminy, przez co stajemy się bardziej skłonni do ulegania urokowi nowopoznanych osób. Zgodnie z wynikami badań można wywnioskować, że zakochaniu się można pomóc, na przykład zabierając partnera do adrenalina park, czy na rollercoaster...
Fragment artykułu z http://pewnapani.pl/dla-kobiet/adrenalina-a-stan-zakochania
Oczywiście doskonale rozumiemy, że nie da się stale funkcjonować na podwyższonej dawce hormonów, ponieważ rozreguluje nas to całkowicie. Dlatego bardzo często, kiedy adrenalina opada, ludzie zaczynają odczuwać rozczarowanie drugą osobą. Wniosek? Nie polegać jedynie na hormonach. Trzeba włączyć mózg, aby rozsądnie oceniał sytuację i trzymał się podjętej decyzji.
Eech, a tak kochałam adrenalinę...

Ps. W piątek jedziemy na kongres ASI do Łodzi, gramy musical w sobotę. Prześpiewałam dzisiaj cały z obawą i drżeniem po dwóch tygodniach infekcji. Wczoraj próbując się rozśpiewać zatkało mi zupełnie gardło na górnych dźwiękach. Dzisiaj było już lepiej, ale do końca tygodnia muszę śpiewać codziennie, żeby odzyskać formę.

niedziela, 1 grudnia 2013

Igrzyska śmierci


Dawno już z Olą planowałyśmy wybrać się na premierę drugiej części trylogii "Igrzysk śmierci". Dokonałyśmy tego w ostatni wtorek, razem z Ulą, idąc na ostatni seans o 20.30, po pracy. Oczywiście oznaczało to powrót kolejką po północy, ale co tam, raz na jakiś czas dobrze jest pójść do kina na dobrze zrobiony film :)
Zakończenie filmu w nieoczekiwanym momencie skłoniło mnie, żeby poznać zakończenie szybciej, niż wyprodukują ostatnią część, więc znalazłam książkę Susanne Collins, na podstawie której powstał film i zabrałam się za czytanie. Wczoraj pochłonęłam pierwszą część, czytając do drugiej w nocy, dzisiaj drugą, a trzecią chyba zostawię sobie na jutro, bo czuję, że organizm domaga się snu :P

Ps. Dzisiaj była u mnie Lidka, żeby obejrzeć pokój. Wprowadza się w tym tygodniu, już wzięła klucze.
Ps. 2. Babka cytrynowa Dr Oetkera jest pycha. Miałam opory, czy ciasto z proszku będzie zdatne do jedzenia, ale po dodaniu jajek, mleka i margaryny nie było już tylko z torebki, więc nabrało dobrego smaku. Następnym razem dopilnuję, żeby się nie przypaliła, bo ciągle coś przypalam :P Domi, Łukasz i Ola, którzy wczoraj u mnie byli, uznali, że jest dobra, więc czuję się doceniona ;)

piątek, 29 listopada 2013

Pożegnalna babka ziemniaczana


Koniec roku już niedługo, powiało zmianami... W tym tygodniu niespodziewanie Ula zdecydowała, że wraca do swojego miasta i rodzinnego domu, żeby szukać stamtąd lepszej pracy. Na pożegnanie przekazała mi wyjątkowy podlaski przepis na babkę ziemniaczaną. 
Dzięki Uli nauczyłam się wielu pożytecznych rzeczy: jak dobrze przyprawić fasolę po bretońsku i soczewicę, jak długo gotować dobry bigos i dowiedziałam się, dlaczego namaczanie kaszy lub ryżu czyni ją lepszą. Ale babka to przepis, który musiałam tutaj zanotować, żeby nie zapomnieć.



Babka ziemniaczana
Wersja wegetariańska



Składniki:
12 ziemniaków
3 jajka
1 cebula 
5 łyżek mąki 
1 opakowanie pieprzu ziołowego
Przyprawa do ziemniaków 
Sól
Ziemniaki zatrzeć na tarce o drobnych oczkach. Cebulę pokroić w kostkę i lekko zeszklić na patelni (uważać, aby się nie zarumieniła). Jajka roztrzepać (skłócić ze sobą, jak mówi Ula) z pieprzem ziołowym. Do ziemniaków dodać mąkę i przyprawę do ziemniaków, wymieszać, następnie dodać jajka i cebulę. Całość powinna mieć konsystencję gęstej śmietany.


Przełożyć do wysmarowanej tłuszczem blachy (ja użyłam nowo kupionej tortownicy z tuleją i spodem do babki, ale tradycyjnie piecze się w prostokątnej), piec w piekarniku przez godzinę w temperaturze 180 stopni. 
Po upieczeniu babkę ostudzić i wyciągnąć z blachy, żeby nie nabrała metalicznego posmaku. 
Najlepiej jeść z kefirem lub jogurtem naturalnym, ja lubię z ketchupem albo sosem tzatziki. 

Nie mam, niestety, żadnego zdjęcia, bo babka była tak dobra, że nie zdążyłam zrobić ;)

Ula, powodzenia :) jak będziesz czytać ten wpis, to popraw mnie, jeśli o czymś zapomniałam ;)

środa, 27 listopada 2013

Ten tylko prawdziwie z MacBookiem obcował, Kto upgrade mu robił i go formatował.



Życie bez przygód z komputerami to nie życie :P opiszę więc najnowszą.
Mój zacny MacBook od jakiegoś czasu zaczął się niepokojąco zawieszać. Być może za dużo programów instalowałam, a może po prostu potrzebował formatu? W każdym razie  w czwartek komputer zaczął historie z niebieskim ekranem: nie chciał się normalnie uruchomić, tylko zawieszał się podczas wyboru użytkowników. W piątek po zrestartowaniu baterii włączyłam go na próbę i wtedy się uruchomił (może dlatego, że się modliłam, bo mialam do napisania sylabus do pracy ;) ale w sobotę znowu nie chciał odpalić. Próbowałam w trakcie uruchamiania włączać drugi monitor i o dziwo, pojawiał się na nim normalny obraz, a z ekranu laptopa znikało niebieskie tło i pojawiało się okienko wyboru użytkowników, ale zupełnie nieaktywne. Napisałam rozpaczliwą wiadomość do znajomych użytkowników Apple, którzy uprzejmie starali się mi pomóc i uruchamiali rozmaite hipotezy: Tomek radził testować reakcję na monitory, Tygrys poradził mi uruchomić go z wciśniętym Shiftem, ale komputer dochodził do tego samego momentu z okienkiem i dalej ani rusz. Zaczęłam podejrzewać, że jakiś zainstalowany program mógł go zawirusować, bo chyba w środę instalowałam jakieś sterowniki albo raczej programy do kontrolerów do gier. 
W niedzielę, po całodziennych konsultacjach z Tygrysem doszliśmy do nieuchronnego wniosku, że system trzeba zrestartować, bo najwyraźniej jest tak przeciążony, że odcina podstawowe funkcje. Rozpoczęłam więc tworzenie kopii dokumentów na wszelkich wolnych dyskach, co jednak kilka godzin zajęło. Ostatecznie format i reinstalacja systemu nastąpiła w poniedziałek, w międzyczasie poszukiwalam sposobu, jak stworzyć bootowalnego pendrive z obrazem dysku z aktualizacją systemu. Tym razem google przyszedł z pomocą i za pomocą  tego poradnika oraz po kilku niezbyt udanych próbach (nie potrzeba było wcale naciskać Wymaż docelowy, bo wyskakiwał błąd, tylko pominąć, a wtedy obraz elegancko się kopiuje), udało się we wtorek zaktualizować system. Niestety skończył mi się transfer na internet i utknęłam na etapie instalacji podstawowych programów z zapisanych wcześniej instalek, ale spora większość czeka do niedzieli, aż będzie nowy transfer. Mam więc nowy i szybko chodzący system, ale nic na nim nie mogę zrobić :P 
Ukułam z tej okazji wierszyk:



Ten tylko prawdziwie z MacBookiem obcował,
Kto upgrade mu robił i go formatował.



Bo lubię mój komputer, im dłużej i częściej mam z nim do czynienia. 
I jeszcze jedna niezwiązana myśl, którą w tym tygodniu rzuciła Ula:


Na dobre rzeczy trzeba i warto poczekać.


piątek, 22 listopada 2013

Piernik staropolski - finał


Nastał wreszcie długo wyczekiwany finał przygody z piernikiem. Oblany polewą deserową i mleczną (do wyboru) był degustowany przez sąsiadów i Olę, która przyjechała do mnie wieczorem i wywiozła jeszcze kilka kawałków dla Kuby. Nieskromnie powiem, że piernik wyszedł rewelacyjny. Po trzech kawałkach byłam tak zapchana, że nie dałam rady więcej. Taki piernik może wytrzymać tydzień, ale obawiam się, że po jutrzejszym obiedzie już nic z niego nie zostanie :P
Przeżyłam wczoraj i dzisiaj chwile grozy z moim Makiem. Nie mógł wystartować pomimo resetowania baterii i różnych prób perswazji. Stanęłam w obliczu formatu bez żadnej kopii zapasowej dysku, jak to Piotr ujął: "Ludzie dzielą się na tych, co robią backup'y i tych, którzy będą je robić". Na szczęście w końcu zaskoczył i skwapliwie zabrałam się za próbę zabezpieczania go przed podobnymi wydarzeniami. 
A jak wasz tydzień? Co ciekawego osiągnęliście?

wtorek, 19 listopada 2013

Piernik staropolski, odc. 2


Mój organizm nie wytrzymał ostatniego stresującego tygodnia i zbuntował się w postaci choroby. Mam zawalone gardło i jedyne, na co mam chęć, to leżeć i nie wstawać. Ale nadeszła pora pieczenia piernika, więc się przemogłam i ruszyłam z łóżka. Przeraziła mnie konsystencja ciasta, które za nic w świecie nie chciało się rozwałkować, bo było jedną kleistą masą, ale w końcu się udało i powstał wielki płat, który zamierzałam po upieczeniu rozkroić. Kiedy wyjęłam go z piekarnika i rozkroiłam po ostygnięciu, ciasto było pulchne i pachnące. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie skubnąć ;) w smaku rewelacyjny, tylko jak zwykle kształt mi nie wyszedł :P ale musi jeszcze leżakować 4 dni przełożony powidłami, na sobotę powinien być gotowy :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Życie na szczycie


"Na każdym szczy­cie jest tyl­ko światło, chłód i samotność." 
Jerzy Drobnik

Tak mi się na refleksje zebrało nad moim życiem. Tyle się niby dzieje, tak dużo działam, osiągam, a jedyne, co na mnie czeka po powrocie do domu, to pusty pokój i komputer. No, są jeszcze sąsiedzi, ale każdy ma swoje życie. Nie narzekam, po prostu wybrałam taką drogę. Może trudno jest za mną nadążyć?...
"Sa­mot­ność jest ceną wiel­kości i nie ma od te­go ucieczki." 
Waldemar Łysiak




czwartek, 14 listopada 2013

Nie zasypiaj.




Obezwładniaj mnie czułością
Paraliżuj uważnością
Proszę oswój mnie
Uznaj tylko to co jest
Chciej być blisko

Nie pytaj mnie
jak funkcjonuje ten świat
Jedno wiem że my
jesteśmy tacy sami
Tacy sami...

***
Włączyłam Spotify i ta piosenka mi wyskoczyła. Było w niej coś takiego, że nie poprzestałam na jednym razie. A wersja unplugged z yoytube jest po prostu tak magiczna, że więcej mi nie trzeba. Uwielbiam takie chropowate głosy :D
Nie byliśmy dzisiaj w restauracji. Kuba był zawalony pracą, Tomek też nie mógł pójść, więc poszłyśmy sobie z Olą na zakupy. Strasznie dziwnie mi chodzić z kimś na zakupy, ale czasem się to przydaje. Ola dawno sobie niczego nie kupiła, więc była szalenie zadowolona, bo ją zaciągnęłam do sklepu, gdzie zwykle nie chodzi (House), a gdzie znalazła świetną czapkę i szalik. Potem poszłyśmy do CCC, gdzie chciałam jej pokazać buty, które mi się podobały, a tam znalazła torebkę, którą też kupiła. Ja tym razem się powstrzymałam od kupowania, byłam za bardzo nieprzytomna dzisiaj i jeszcze wydałabym za dużo.
Czeka mnie ciężki weekend w Siedlcach: rada drużynowych... 

środa, 13 listopada 2013

Ja nie lubię nikogo, zawsze chodzę własną drogą.


Są takie dni, które najchętniej byś przespał, a kiedy się obudzisz, jesteś zły na ten przykry fakt. Magda miała dzisiaj wizytę pań z centrum zajmującym się rodzinami zastępczymi i chyba nie poszło, jak oczekiwali. Zburzyło to trochę jej plany, bo dowiedziała się dużo później, że nie jest to takie proste, jak na początku mówili. Ja obudziłam się o 7.30, a właściwie zostałam obudzona po zaledwie 6 h snu i też nie byłam za szczęśliwa z tego powodu. Oglądałam wczoraj Iron Mana 3 do późna, bo tak dawno nie oglądałam żadnego filmu. Dziwny pomysł robić taki film z dubbingiem, wytrzymałam tylko do połowy, potem dowiedziałam się, że istnieje wersja z napisami. Film dobrze zrobiony, chociaż trochę naciągany. Rozum, który jest fanem filmów o komiksowych bohaterach, Iron Mana nie polecał, podobnie jak "Man of steel" i nowego Wolverine, ale szkoda mi było przerywać w trakcie, więc obejrzałam do końca.
Jutro zamierzamy się wybrać z Olą i Kubą do jakiejś egzotycznej restauracji i Kuba rzucił hasło, żebym sobie kogoś do towarzystwa dobrała (a właściwie jemu do towarzystwa, żeby nie czuł się osaczony dwiema kobietami), ale mój apel do czwartego do brydża nie znalazł odzewu. Po cichutku liczę, że do jutra ma jeszcze czas na odpowiedź, chociaż pewnie lepiej byłoby zastosować zasadę "No expectations, no disappoitments", a nie znowu sobie głowę zawracać. Widać jestem niereformowalna. 
Dawid (tak, ten Dawid) się hajta 29 grudnia i kombinuję teraz, jak się dostać tego dnia na Śląsk, bo najpewniej będę wtedy w domu w Wojkówce. PKP ma zmiany w rozkładzie, ale i tak połączenia wyglądają niezwykle marnie, więc pozostają autobusy. Następnie po tej szalonej imprezie trzeba wrócić do Wawy na Sylwestra. Zatem gdyby ktoś próbował udaremnić te plany lub ściągnąć mnie gdzieś w inne rejony, będzie to bardzo trudne. 

Ps. Nie bierzcie tytułu za bardzo osobiście. Czasami miewam takie aspołeczne dni. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Królewna sprząta w wieży


Dzisiaj 11 listopada, święto państwowe, dzień wolny oraz 39. urodziny Leonardo DiCaprio :*
Magda, moja sąsiadka wymyśliła na ten dzień bojowe zadanie: sprzątanie mieszkania i klatki schodowej na przyjście komisji orzekającej, czy ich dom nadaje się na przyjęcie dziecka. Magda z Piotrem chodzą na kurs dla rodzin zastępczych. Zostaliśmy postawieni w stan pogotowia. Dzisiejszego dnia z domu wyfrunęły przez okno szafki, kartony, doniczki, a cały ten bałagan wynosiliśmy do śmieci. Mi przypadło wysprzątanie naszej zakręconej klatki schodowej. Wzięłam się za to nawet dość ochoczo, bo pogoda zachęcała do prac na dworze. Jak widzicie na zdjęciu, mamy bardzo romantyczne kręcone schody i oszkloną wieżę. W takim oto bajkowym miejscu mieszkam już dwa lata :) 
W moim mieszkaniu nie musiałam, na szczęście, robić aż takich porządków, więc reszta popołudnia upłynie na czymś przyjemniejszym ;) 

niedziela, 10 listopada 2013

Dwa monitory


Mój sąsiad Piotr kupił sobie nowy monitor i chciał gdzieś umieścić stary. Uznałam, że mogę go przechować, nie będąc zbytnio przekonana o przydatności takiego sprzętu, ale jak tylko Piotr go podłączył i poustawiałam sobie okna w ten sposób, jak na zdjęciu, to uradowały się oczy moje. Crash 3 mieści się idealnie w oknie monitora :) muszę tylko dokupić pada do pc i będę mogła grać w najwygodniejszej pozycji, jaką tylko będę mogła zająć :)

sobota, 9 listopada 2013

No expectations, no disappointments.

Mam naprawdę fajnych przyjaciół w osobie Oli i Kuby. Dzisiaj wręczyli mi urodzinowe prezenty (wcześniej nie było okazji się zobaczyć): bon upominkowy do Empiku i francuskie perfumy od mamy Kuby. 
Seveline la fleur D'Oranger

Perfumy są intensywne i będę musiała je umiejętnie dozować, żeby nie być przytłoczona ich zapachem. Ale kompozycja wydaje się trwała :) Tym sposobem mam siedem flakoników perfum na jakie tylko chcę okazje, do dowolnego koloru ubrania i na każdy nastrój ;) czuję się prawie jak Paris Hilton :P Ciastka też zrobiły furorę w naszym małym gronie, przynajmniej dopóki Kuba nie odkrył, że jest tam żurawina :P spędziliśmy sympatyczne popołudnie jako miłą równowagę dla stresującego przedpołudnia. 
Powzdycham trochę, żeby sobie ulżyć.
Ech... Ciężko prowadzić lekcję, kiedy nikt się nie odzywa i sama odpowiadasz na swoje pytania. 
Uuuuch... Trudno być wyluzowanym, kiedy ciągle próbujesz być postrzegana jako profesjonalista i chcesz robić jak najlepsze wrażenie, a uświadamiasz sobie nagle, że zupełnie ci nie wyszedł manicure.  
Eeeeeech... Ciężko też być gąbką, chłonącą nastroje i antypatie innych. Kiedy gąbka jest wypełniona, kapie. Chlip, chlip...
Kuba powiedział wczoraj, że warto słuchać głosu serca, kiedy stosujesz się do zasady z Przypowieści Salomona: "Czujniej niż czegokolwiek innego strzeż swego serca, bo z niego tryska źródło życia". 
Serce musi być wolne, odważne, wrażliwe, ufne, cierpliwe, pełne współczucia, obiektywne, żeby mogło się podnieść ponad negatywne emocje i być silne. 
I właśnie dlatego pozostaje jedno jedyne motto z dzisiejszego dnia:


Ps. Areczek miał urodziny, chyba całkiem udane (spanie), bo na życzenia wysłane rano odpisał około południa ;) 

piątek, 8 listopada 2013

Spotify


Z pewnym opóźnieniem podążam za nowościami, ponieważ lubię sprawdzić, jak dana aplikacja działa.   Spotify postrzegałam jako szpanerską aplikację facebooka lub na androida, dzięki której wszyscy się chwalą tym, co słuchają. Jednak po przeczytaniu artykułu na temat strumieniowania muzyki zaczęłam myśleć o Spotify inaczej, do tego stopnia, że założyłam sobie konto i zainstalowałam program na komputerze. Od razu odkliknęłam opcję udostępniania słuchanej muzyki na facebooku, nie powiązałam konta z fb i po prostu zaczęłam szperać w poszukiwaniu ulubionej muzyki. Naprawdę jest w czym wybierać :) co prawda niektórzy z muzyków mają zamieszczone tylko najnowsze albumy (jak TGD), ale inni mają tak bogate archiwum, że na żadnym chomiku tego się nie wyszpera :) oczywiście wszystko legalnie dostępne :) wersja Free niestety jest tylko na komputer i co kilka utworów przeszkadzają nam reklamy, w wersji Unlimited za 9,99 zł pozbywamy się reklam, a w Premium za 19,99 zł miesięcznie otrzymujemy aplikację na wszystkie urządzenia elektroniczne, które posiadamy. Nie jestem fanem słuchania muzyki w telefonie, zresztą nawet nie dorobiłam się jeszcze zestawu słuchawkowego, więc póki co wersja Premium nie jest mi potrzebna. Ale kiedy będę chciała wesprzeć branżę muzyczną, to rozważę tę opcję :)

Ciastka-puzzle z zagadkami


Piątek to dzień, w którym nie mam zajęć i z radością (zazwyczaj) staję się kurą domową: sprzątam, gotuję, piekę ciasto. Postanowiłam, że nauczę się piec i konsekwentnie do tego dążę, chociaż z różnymi rezultatami :) dzisiaj wymyśliłam, że upiekę ciasteczka. Znalazłam przepis na ciasteczka owsiane z żurawiną i czekoladą  i wszystko dodałam, jak trzeba. 
Ciastka wyszły... oryginalne ;) zlekceważyłam pewien istotny punkt: "w sporych odstępach od siebie". Kiedy zajrzałam do piekarnika po 15 minutach, z przerażeniem zastałam blachę wypełnioną po brzegi jednolitą masą ciasta, która była miękka! Po ostygnięciu ciastka zrobiły się chrupiące i pokroiłam masę na kawałki przypominające puzzle, a następnie polałam roztopioną czekoladą. Jak widzicie, arcydzieło sztuki cukierniczej to nie jest, każde ciastko ma inny kształt i inną dekorację, ale zapewniam was, że są smaczne :) 
Ps. Długi weekend niepodległościowy spędzę w domu. Tydzień temu widziałam się z rodzicami na kongresie misyjnym w Chrzanowie, tym razem spotkanie liderów młodzieży DW w Warszawie, więc jak zawsze aktywnie ;)

czwartek, 7 listopada 2013

Urodzinowa paczka od FM


Z okazji urodzin zrobiłam sobie prezent. Bardzo lubię prezenty od samej siebie, bo zazwyczaj są trafione ;) zamówiłam wczoraj paczkę kosmetyków z firmy FM (moja siostra ma konto dystrybutora) i wbrew ostrzeżeniom formuła zamówienia okazała się prosta :) kolejnym pozytywnym zaskoczeniem był czas realizacji zamówienia. Już wczoraj wieczorem otrzymałam smsa, że paczka została nadana i przywiezie ją kurier GLS. Nie znałam tej formy, ale okazała się najszybszą firmą kurierską, z jakiej korzystałam. Dzisiaj o 6.30 dostałam kolejnego smsa, że w godzinach od 9-12 kurier przyjedzie z paczką. I tak było :)
Zamówiłam sobie:
* perfumy nr 317 z serii "Luksusowe" w eleganckim opakowaniu 50 ml - kompozycja zapachowa na wzór Gucci "Guilty". Nie jestem do końca z nich zadowolona, w sklepie inaczej pachniały. 
* perfumy nr 180 z serii "Klasyczne" 30 ml - wzorowane na "Diamonds" Armaniego. Te są tak klasyczne i stylowe, że nie da się ich z niczym pomylić :)
* puder transparentny - o nim już pisałam, wypróbowany i najlepszy puder, jakiego używałam. Chciałam zamówić od razu dwa opakowania, ale skusiłam się na coś innego ;)
* odżywka do paznokci z jedwabiem - na to właśnie się skusiłam, bo postanowiłam zainwestować w preparaty do paznokci.
* utwardzacz do paznokci z pudrem diamentowym - Ola używała tego ostatnio jako bazy i na wierzch do utrwalenia lakieru. Skuteczny i wytrzymały.



Chciałam sobie sama zrobić manicure, ale nie mam odwagi ani ładnego lakieru na wierzch ;) może jak znajdę taki neutralny, to się przed weekendem odważę. A jutro chyba upiekę ciastka :)

środa, 6 listopada 2013

Domowy recyklingowy nawilżacz powietrza

Radośnie przywitałam sezon grzewczy, bo nie ma nic milszego wracać do domu, w którym jest ciepło. Temperatura ostatnio tak spada, że niemal czuje się zimę w powietrzu. Z tej okazji kupiłam kurtkę z kożuszkiem w House, jesienną, bo zimowe mam. House okazał się sklepem, w którym spędziłam pół godziny, mierząc wszystkie kurtki, jakie tam były. Nie podejrzewałam siebie o takie zainteresowanie kolekcją młodzieżową, ale był to jedyny sklep, gdzie coś mnie zainteresowało, nie licząc Croppa, ponadto były tam egzemplarze tańsze niż 200 zł :)


Ciepło z kaloryfera ma jednak swoje minusy, mianowicie suche powietrze. Zaczęłam obserwować u siebie suchy kaszel rano i podrażnienia gardła. Od kilku tygodni chodziła za mną myśl o nawilżaczu powietrza, tylko nie miałam pomysłu, jak go zrobić. Dzisiaj zapytałam wujka Google i podsunął mi pomysł z butelką. Wzór i wykonanie jest moim patentem.


Nawilżacz wiszący można zrobić z dowolnej plastikowej butelki. Usuwamy z niej etykietę, przecinamy  mniej więcej w połowie i zostawiamy dwa paski sięgające do szyjki butelki, co stworzy nam uchwyt do wieszania (podczas wycinania pierwszej butelki nie wpadłam na to i zostawiłam tylko jeden pasek, więc musiałam potem kombinować z pinezkami, żeby się jakoś trzymało). Napełniamy wodą i wieszamy na kaloryferze. Należy uważać, żeby butelka nie stykała się bezpośrednio z żeberkami kaloryfera, bo może się stopić albo woda się zagotuje. Kiedy zacznie zbierać się kamień, najlepiej zrobić nowy nawilżacz. Dzięki temu butelki zyskają drugie życie ;)
Zobaczymy, jak nowy wynalazek się sprawdzi :)

środa, 30 października 2013

Keep calm, I'm a twentysomething.



Może jestem monotematyczna ostatnimi dniami, ale to piosenka, która towarzyszy mi od czasów liceum i jest pierwszą piosenką Jamiego Culluma, którą usłyszałam. Nie mogłam odmówić sobie tego, żeby nie wstawić jej w dniu urodzin. Jamie śpiewa ją, będąc już "thirtysomething", mając poukładane życie osobiste i zawodowe, ale jak widać, sentyment do tych zwariowanych, niepewnych czasów mu pozostał :) Genialnie połączył to z "Marszem żałobnym" Chopina - gdyż nie ma nic bardziej przygnębiającego, niż postępująca dorosłość :P 
Niezależnie od tego, co się dzisiaj wydarzy (a czeka mnie dłuugi dzień w pracy):




"Love ain't the answer, nor is work
The truth eludes me so much it hurts
But I'm still having fun and I guess that's the key
I'm a twentysomething and I'll keep being me."



wtorek, 29 października 2013

Pop lista na dziś

Dzisiaj kolejna porcja muzyki od moich uczniów, którzy bardzo się napraszają, żeby takie piosenki śpiewać. Posłuchałam zatem i pozwolę sobie krótko skomentować.




Piosenka z serialu dla młodzieży, wybrała ją Zuzia z Mokotowa, którą uczę od roku grać na pianinie, ale ponieważ jej zapał nieco ostygł, to zaproponowałam, że spróbujemy ze śpiewem. Zuzia uczy się hiszpańskiego i kocha hiszpańskie piosenki. Kawałek jest nieprosty, w stylu High School Musical, ale bardzo pozytywny. Nie wiem tylko, jak zrobię z nią interpretację, bo nie znam hiszpańskiego :(



Młoda gwiazdka śpiewa pop, ale póki co w niewyzywający sposób, więc brzmi nieźle. Majka z Reguł dopominała się od kilku tygodni, więc w końcu posłuchałam. Nie wiem tylko, czy spamiętam ten akompaniament na 4 akordach :P



I kolejna propozycja Majki, tym razem z polskiego repertuaru, ale okazało się, że znam, tylko nie po tytule. Słuchałam wiele razy w radio. Podoba mi się klimat, poszukam więcej utworów, takie zespoły mają w sobie coś :)

poniedziałek, 28 października 2013

Typy twarzy - piękno do kwadratu




O typach figury już pisałam, teraz trochę o typach twarzy. Jak widać na powyższym obrazku, jest kilka kształtów twarzy. Mój typ to twarz kwadratowa.

TWARZ KWADRATOWA:

- linia włosów zazwyczaj przebiega prosto, ale tworzy kąty,
- często występuje niskie czoło,
- pionowa linia skroni, policzków i podbródka,
- strefa podbródkowa z wyraźnymi kątami,
- ogólne wrażenie: szeroka i płaska, kanciasta.

Makijaż

Jest kilka rad, jak nakładać makijaż, żeby złagodzić rysy twarzy.


W przypadku twarzy kwadratowej i prostokątnej obowiązuje ta sama zasada, co w przypadku twarzy okrągłej. Niektóre elementy trzeba zmniejszyć, inne powiększyć, nadać im kształtu i kobiecości. Inne trzeba wyróżnić, podkreślić i wysunąć na pierwszy plan.
Jak w przypadku twarzy okrągłej używamy kosmetyków matowych – do zwężania i zmniejszania oraz kosmetyków rozświetlających do uwypuklenia i podkreślenia. 
Twarz kwadratowa wymaga nieco złagodzenia konturów, należy ją zaokrąglić, a późnej wysmuklić, wszystko po to, by wyglądała bardziej kobieco i delikatnie. Przyciemnienie, czyli zmniejszenie niektórych elementów można osiągnąć dzięki kosmetykom kremowym lub poprzez aplikację kosmetyków w postaci pudrów prasowanych czy sypkich. Wszystko zależy od typu cery. Jeśli mamy cerę tłustą lub mieszaną, znacznie lepiej stosować pudry, jeśli mamy cerę suchą, idealne będą ciemniejsze fluidy, które nakładać warto miejscowo, tam, gdzie nasza twarz wymaga wyszczuplenia. Najłatwiej modelować kwadratową twarz „w trójkę”, której pierwszy „brzuszek” zawiera nasze oko, a drugi policzek. Widać to dobrze na rysunku. 

 Co cieniujemy (przyciemniamy):


  • policzki – by nadać twarzy owalnego kształtu,
  • żuchwę – dla nadania twarzy ładnego, owalnego kształtu, optycznego wysmuklenia,
  • kość policzkową – podkreślamy różem w kolorze dopasowanym do typu naszej urody,
  • czoło – przyciemniamy w najwyższej części, by złagodzić ogólnie rys twarzy, do tego zwężamy krańcowe części czoła, aby twarz zyskała delikatniejszego rysu.


  • Co rozjaśniamy:
    • okolice pod oczami – by oko wydawało się większe, potrzebuje jasnej oprawy (zwłaszcza, jeśli używamy ciemniejszych cieni do oczu), koniecznie stosujmy jasny cień bazowy na całej powiece, ze szczególnym uwzględnieniem łuków brwiowych,
    • skroń – dla podkreślenia kości policzkowych, zaaplikujmy rozświetlacz (lub jasny opalizujący cień) na skroń,
    • strefa T – w przypadku twarzy prostokątnej i kwadratowej należy na pierwszy plan wysunąć to, co w kobiecej twarzy jest najbardziej uwypuklone: nos, kość policzkowa, zgrabne czoło. By to uczynić rozjaśniamy środek czoła, czubek nosa i okolice tuż nad kośćmi policzkowymi. Warto dodać jeszcze minimalną ilość rozświetlacza na czubek brody. Po to, by ją wysunąć optycznie do przodu i zyskać drugi plan z policzków i czoła na linii włosów.
    Pamiętajmy, że bez odpowiedniego modelarzu, twarz prostokątna czy kwadratowa wygląda jednowymiarowo. Nie ma ani elementów wysuniętych do przodu, ani tych cofniętych, wszystko jest tak samo widoczne, a to sprawia, że twarz jest płaska i pozbawiona wyrazu.

    Fryzura
    Jaką dobrać fryzurę?
    Musimy optycznie wydłużyć twarz. Włosy zatem powinny opadać na policzki, aby zakrywając je za pomocą np. nowoczesnych pazurków czy eleganckich loczków, wysmukliły tę część twarzy. Można włosy spiąć w koński ogon, ale wypuszczając luźne kosmyki na policzki. Możliwa jest grzywka, ale najlepiej asymetryczna, lekka, falująca. Niewskazana prosta, krótka grzywka (skraca i poszerza twarz). Ostre kanty twarzy należy przełamać miękką linią włosów.

    Zalecane długości włosów? Albo krótkie (pamiętamy o pazurkach na policzkach) albo dłuższe do ramion. Absolutnie niewskazane fryzury kończące się na równi z brodą (poszerzają twarz), fryzura typu „kwadrat” - prosta, równa, dodatkowo podkreśli kanciastość twarzy.

    Kolor włosów? Najlepiej będzie wybrać niejednolitą koloryzację. Grzywka niech będzie jaśniejsza (wydłużymy twarz), po bokach włosy powinny być kilka tonów ciemniejsze (wysmuklimy policzki).


    Cenne wskazówki:
    - grzywkę noś tylko ściątą na ukos lub wycieniową,
    - unikaj gładkich fryzur typu koński ogon lub kok bez wypuszczonych z boku luźno kilka kosmyków,
    - idealne są kręcone włosy i fale oraz cieniowane fryzury z pasemkami nachodzącymi na twarz,
    - unikaj geometrycznych cięć,
    - wlosy powinny być nie krótsze niż do linii żuchwy.







    Dodatki

    OKULARY. Staraj się unikać prostokątnych i zbliżonych do kwadratu okularów. Delikatnie zaokrąglone oprawki złagodzą rysy i odwrócą uwagę od kątów twarzy.

    KOLCZYKI. Zrezygnuj z kwadratowych i okrągłych kolczyków, szczególnie, jeśli znajdują się na wysokości Twojej szczęki. Zamiast tego wybieraj kolczyki w kształcie kropli, dłuższej spirali czy owalu.

    NASZYJNIKI. Wybieraj dłuższe naszyjniki, bez kwadratowych dodatków. Świetnym rozwiązaniem będzie sznur pereł!