niedziela, 27 lipca 2014

More to explore - camporee 2014


Plecak spakowany dzisiaj rano, bagaż podręczny razem z jedzeniem na drogę też, Euro kupione, mogę jechać na camporee. Mój plecak po zapakowaniu waży 16 kg. Nie mam pojęcia, co go tak obciąża, ale mieści się w dopuszczalnej granicy ;) I pomyśleć, że kiedyś synonimem wakacji i związanej z tym ekscytacji było pakowanie i podróż pociągiem :P chyba się starzeję, albo za dużo jeżdżę, bo ani jedno, ani drugie mnie już nie bawi :P
Ponieważ będę w roamingu, a dostęp do prądu będzie ograniczony, więc wyłączam telefon i odcinam się od cywilizacji na 10 dni. Do usłyszenia zatem po 6 sierpnia :)

czwartek, 24 lipca 2014

If you can't change the world, change your mind.



Nareszcie udało się wypróbować "Bueno czwartki". Zrobiłyśmy sobie z Olą i Agą babski wieczór na zakupach, jedzeniu i kinie :) po długich debatach obejrzałyśmy przedpremierowy pokaz "Szefa". Polecam po sutym obiedzie, albo w trakcie - nie wytrzymacie na głodniaka ;)
***
Czasami przytłacza mnie bezsilność wobec dylematów innych. Chciałabym coś doradzić, zmienić, zadziałać, ale nie da się tłumaczeniem zmienić czyjegoś nastawienia. Nie potrafię zmienić świata. Mogę tylko zmienić swoje nastawienie...

niedziela, 20 lipca 2014

W czasie deszczu...

Zachęcona wczorajszym upalnym dniem planowałam na dzisiaj wypad na basen i opalanie, ale nie udało mi się wczoraj nikogo zwerbować, a dzisiaj rano obudził mnie deszcz. Jak usłyszałam te nieprzyjazne odgłosy, wiedziałam już, że dzisiejszy dzień spędzę w domu. Co tu robić, żeby się nie zanudzić?

Przygotowania do camporee

Dostałam listę potrzebnego sprzętu i przejrzałam ją, żeby sprawdzić, czego mi brakuje. Na liście zakupowej znalazł się niezbędnik, peleryna (nie jestem pewna, czy będzie aż tak potrzebna, ale skoro tak napisali, to się rozejrzę) i jakaś pamiątka z Warszawy do sprzedania na market day. Co może być fajną pamiątką? Jakiś kubek? Koszulka? A może fragment czegoś?
Nie mam dużego plecaka, więc pożyczyłam od sąsiadów. Muszę pomyśleć o własnym, solidnym plecaku. Chociaż bardziej przydałaby się walizka, bo plecaka używam okazjonalnie, a walizki przynajmniej raz w miesiącu. 

Inferno


Lubię czytać książki Dana Browna, jego fabuła trzyma w napięciu do samego końca. Na "Inferno" polowałam bezskutecznie w bibliotece, cały czas była w obiegu. Wypatrzyłam wreszcie promocyjne wydanie w miękkiej oprawie w Empiku za 25 zł i kupiłam. Na deszczowe popołudnie lektura jak znalazł.

Festiwal Hosanna - muzyczne wspomnienia


Festiwal był już dawno temu, ale dopiero dzisiaj obejrzałam nagranie. Śpiewamy z Olą mniej więcej od 30. minuty :) dużo radości wywołało we mnie na nowo 4Given. Fantastycznie chłopaki śpiewają :)

Małe conieco

Podstawą szczęścia i dobrego samopoczucia jest odpowiednia zawartość lodówki :) w mojej nie zabrakło lodów i zimnej lemoniady. Dzisiaj nie było już tak upalnie, ale lody są dobre na każdą pogodę :)

A jak minął wasz weekend?

piątek, 18 lipca 2014

W dzień gorącego lata. Camp 2014

Wszyscy chwalą się zdjęciami z wakacji, pochwalę się i ja. Tak to było na campie: plażowo i muzycznie :)











środa, 16 lipca 2014

Chce się żyć


Film o tym sam tytule był w kinach w zeszłym roku. Ola go obejrzała, zanim jeszcze zaczęła pracować w szkole specjalnej. Ja nie obejrzałam, bo się bałam. A dzisiaj kupiłam książkę na wielkiej wyprzedaży w Empiku i przeczytałam ją w jeden wieczór. 
Powinnam się wstydzić za każdym razem, kiedy narzekam. Mam sprawne nogi i ręce, potrafię mowić i słyszeć, nie mam żadnych zaburzeń intelektualnych i potrafię sama o siebie zadbać. Mam wszystko, co potrzeba na teraz. Po co się martwić tym, czego będę potrzebowała jutro. 

Udało mi się wystać w kolejce po kartę EKUZ. Teraz mogę jechać za granicę i złapać katar albo inną egzotyczną chorobę, ponieważ plastikowa plakietka będzie mnie chronić. Chociaż jak pomyślę o tysiącu ludzi mówiących w rożnych językach i usiłujących się z tobą porozumieć, to oblewa mnie zimny pot i mam ochotę schować się pod kołdrę i coś zasymulować, żeby tylko nie jechać. Jestem dzika i taka pozostanę. 

poniedziałek, 14 lipca 2014

InstaCamp 2014

Backpacking


Umiejętność spakowania się to wielka sztuka. Kilka lat temu udało mi się zapakować wszystko do jednej, ale za to ogromnej walizki. Tym razem miałam walizkę z ubraniami, torbę z butami, reklamówkę z kocami, instrument, a do tego namiot i śpiwór pojechały osobno z Markiem. Nie zabrałam laptopa. To by była już burżuazja. I tak miałam wielką wygodę w tym roku, stołując się razem z rodzicami i przesiadując w pawilonie z moskitierą :)

Plażing&smażing every day



Pogoda była wyjątkowo niecampowa: codziennie było fantastycznie ciepło. Padało może kilka razy i dwie pierwsze noce były chłodne, ale zazwyczaj rano budziłam się przed siódmą oblana potem i nie dało się dłużej spać, bo słońce wyganiało z namiotu. Uskuteczniłam opalanie i nawet raz weszłam do jeziora :) urlopowanie uznaję za udane :)

Zatonie Gospel Choir

Muzycznie się realizowałam jak zwykle: grałam na zajęciach dla dzieci rano i wieczorem, prowadziłam chór i śpiewałam z Ola, jak nas o to poproszono:) na chórze było malutko ludzi, około dwudziestu osób przychodziło, ale ponieważ byli w miarę regularnie, więc udało się na sobotnim występie zaśpiewać cztery utwory: "Oh happy day" i "Born again" w aranżacji OGC, razem z New Heaven śpiewamy "In Christ alone" i utwór a capella Soweto Gospel Choir "Hlonolofatsa" z polskim tekstem :) ponieważ wydarzenia z campu były transmitowane na żywo, więc sobotni koncert można było obejrzeć, ale nie było chóru za dobrze słychać na transmisji, bo dźwięk był zbierany tylko z mikrofonów i nie było całościowego brzmienia, ale na miejscu brzmiało to stosunkowo dobrze. Przede wszystkim ludzie się odważyli głośniej zaśpiewać, bo na próbie ledwo słyszałam ich, stojąc 3 metry przed nimi :P ale reakcja publiczności była jak zwykle pozytywna i to ich zachęciło. 


Pszczele wesele



W niedzielę byliśmy na ślubie Tomka i Asi, śpiewaliśmy z zespołem (a raczej jego reprezentacją) pieśni, jedna z nich to pieśń na melodię "Falling in love with Jesus" z polskim tekstem napisanym przez Olę :) Maciek nagrał nam podkład. Wyszło naprawdę ładnie z takim feelingiem :) ślub był w pięknym ośrodku niedaleko Zatonia na wolnym powietrzu, żar lał się z nieba, wszyscy wachlowali sie czym mogli i odganiali sie od atakujących owadów ;) Jedna pszczoła zaplątała sie w welon panny młodej, a mnie przez całą piosenkę gryzła w nogę mucha końska :P wesele było na szczęście w sali, wiec owady już potem nie zagrażały ;) świetne jedzenie było, fajne zabawy, no i wyszalalam sie na zumbie :) 


Blue Tuesday

W połowie campu, we wtorek miałam jakiś kryzysowy dzień. Chór był zupełnie w lesie, w każdym głosie ludzie się gubili, na Impact day mieliśmy do dyspozycji cztery osoby i dwa nie do końca wyćwiczone utwory, więc się mocno podłamałam, czy w ogóle ta cała inicjatywa ma sens, skoro nawet nie potrafię dwóch prostych utworów nauczyć. Usiadłam sobie w kącie przy rejestracji na Expo Zdrowie, puszczałam muzykę i nie odzywałam się do nikogo przez parę godzin. Przynajmniej głos mi trochę odpoczął, bo byłam już mocno zajechana. Kiedy wracaliśmy do Zatonia, dopadło nas oberwanie chmury i potężna wichura. Na drodze leżały połamane gałęzie drzew, spadały ściany deszczu, a w nocy była tak potężna burza, że jak zazwyczaj się nie boję, tak teraz długo nie mogłam zasnąć, bojąc się, że jakaś gałąź spadnie mi na namiot i nie będę mogła się wydostać. Na domiar wszystkiego Niemcy rozgromiły Brazylię 7 do 1 :P 


Elvis po godzinach


Z innych fajnych wydarzeń był oczywiście market day i turniej trzech diecezji, obydwa tego samego dnia w czwartek. Na market day zmontowaliśmy stoisko muzyczne: poprzebieraliśmy się za gwiazdy pop i wykonywaliśmy znane przeboje ;) Tomek K był Elvisem Presleyem i konferansjerem programu "Elvis po godzinach", ja przebrałam się za Marylę Rodowicz z lat 70., Ola i Sara nie miały jakiegoś charakterystycznego przebrania, ale śpiewały piosenki, które leżały w ich skali :) coś jednak dały te nasze cotygodniowe zespołowe konkursy karaoke: pamiętałyśmy całkiem sporo przebojów ;) cała impreza miała oczywiście cel charytatywny i na naszym stanowisku uzbieraliśmy 160 zł :) 
Na turnieju okazało się, że ze wschodu jest garstka ludzi w porównaniu z zachodem czy choćby południem i większość to dzieci i nastolatki, więc mieliśmy spore obawy, ale bardzo szybko dorównaliśmy do zachodu i do samego końca szliśmy razem łeb w łeb. Ostatecznie zwyciężyliśmy ex aequo :) największym zaskoczeniem okazał się Radzio z Gdyni, który w konkursie na piosenkę z tekstem na określony temat wyszedł i... zarapował :P Radzio to człowiek-orkiestra, jak się okazało: naprawiał wszystko, był w ochronie, udzielał pierwszej pomocy i na dodatek potrafił profesjonalnie rapować, beatbox też podobno umie. Można? Można.

Ocean chmur i pełny zasięg

Wyjechaliśmy wczoraj z Zatonia około 15 po spakowaniu swoich namiotów i namiotu wydawnictwa. Startując o tej godzinie można się dostać do Warszawy w 7-8 godzin, tyle mniej więcej nam zajęło w tamtą stronę z Adamem i Mirką, ale tym razem wracałam z moimi rodzicami i Ronią, a tata naprawdę w wyjątkowych sytuacjach przekracza setkę :P Ponadto moi rodzice, a zwłaszcza mama, mają "żyłkę podróżnika" i uznali, że podróż autostradą będzie nudna, bo nic nie zobaczą po drodze, a poza tym jest dalej, więc pojechaliśmy trasą przez Płock. Dzięki temu mieliśmy podróż urozmaiconą przystankami na zakup jagód i czereśni oraz sprawdzanie mapy (na jednym z nich minął nas mój brat, który wyjechał z campu jakieś pół godziny po nas ;), natrafiliśmy na przynajmniej dwa objazdy, zobaczyliśmy Petrochemię Płock błyszczącą w nocy niczym amerykańskie miasto i jeszcze nigdy tak mi się nie dłużyło, jak jadąc nudną, prostą drogą od Sochaczewa :P kiedy dotarliśmy wreszcie do Michałowic po pierwszej i runęłam spać, miałam szczery zamiar trwać w tym przynajmniej do południa, ale o godzinie dziesiątej brutalnie wyrwał mnie ze snu telefon i nie było rady, trzeba było zacząć dzień :P


Pomijając różne niedogodności cieszę się, że znowu byłam na campie. To chyba jedyne takie miejsce, gdzie spotykają się w jednym miejscu ludzie z tak różnymi zdolnościami i można z nimi różne fajne rzeczy zrobić, jak choćby zmontować i zaśpiewać piosenkę na ślubie, zagrać w gry czy zorganizować nabożeństwo. Już się nie mogę doczekać nieba, gdzie nie będzie nikogo brakowało i będzie można naprawdę fantastyczne projekty realizować :) stworzymy najlepszy chór i największą orkiestrę :) i nie będzie już komarów, burz ani kataru :P

Wir sind Weltmeister


Jak widzieliście na moim blogu, nie interesowałam się w tym roku mistrzostwami świata, nie obejrzałam ani jednego meczu, nie licząc urywków półfinału, a teraz bezczelnie umieszczam sobie zdjęcie z "Bild" i szpanuję, że się znam na piłce :P nie, nic z tych rzeczy. Ale warto uwiecznić to historyczne wydarzenie, czyli czwarte mistrzostwo Niemiec. 
W swoim życiu miałam okazję obejrzeć zaledwie dwa mundiale: w 2002 i 2006 roku (nie pamiętam, czy w 2010 byłam jeszcze zainteresowana piłką, bo nawet nie pamiętałam, kto wygrał ;) ale nie zapomnę meczu Niemiec z Brazylią w 2002 roku, kiedy Ronaldo strzelił Kahnowi dwie bramki w karnych, a także słynnego finału w 2006 roku, oglądanego na campie przed małym telewizorkiem w budynku B, tkwiąc w tłumie spoconych ludzi, a także "strzału z byka" Zidane :P to były czasy... Teraz na campie też oglądaliśmy półfinały na dużym ekranie, ale finału już nie było jak, bo o tej porze wracałam z rodzicami do Warszawy. W każdym razie Niemcy odkuły się na Brazylii za 2002 rok :)
Jutro idę do pracy, dzisiaj spróbuję się rozpakować, zrobić pranie, ogarnąć mieszkanie i wrócić do świata żywych po wczorajszym powrocie o drugiej w nocy... Mój szef Niemiec będzie triumfował :P

niedziela, 13 lipca 2014

Czas powrotów.

Camp się skończył. Wracam do cywilizacji... Nie nawiązałam jakichś płomiennych znajomości, ale poznałam kilka nowych osób, tradycyjnie byłam zapracowana i niewiele skorzystałam z wykładów, ale opalilam sie i odpoczęłam od pracy. A teraz wracam do niej znowu i tak mi się nie chce...  

Takie tu lasy i takie drzewa
Bezdroża, że nie śniły się nikomu
Coś we mnie tańczy, coś we mnie śpiewa 
Że jeszcze nie chce mi się wracać do domu.


wtorek, 1 lipca 2014

Mein Camp :P


Jadę jutro. I bynajmniej nie z powodów powyższych, chociaż lubię Tomka ;) będziemy prowadzić z Olą chór campowy. I na pewno jeszcze ktoś nas do czegoś zaangażuje, więc będzie się dużo działo :)
Policzyłam ostatnio, że to dziesiąty camp od 2005 roku, na którym będę, a razem z 1997 r. to już jedenasty. I chyba pierwszy od 2006 r., na którym nie będzie Rozuma (znaczy szalejemy ;) Od 2011 roku jeżdżę bynajmniej nie z czysto rekreacyjnych względów, ale z konkretnymi zadaniami. I chyba już nie potrafię jechać rekreacyjnie, odkąd posmakowałam bycia w obsłudze. Waham się jeszcze, czy brać komputer i keyboard, bo co rusz ktoś zgłasza zapotrzebowanie, ale jutro to rozważę w zależności od miejsca w samochodzie Adama ;)
Zatem do usłyszenia za półtorej tygodnia, jak wrócę z Zatonia :)