niedziela, 28 lipca 2013

Polish Barbados i Galapagos, Chałupy welcome too.



Termometr wskazywał dzisiaj 42 stopnie w słońcu. Wyjście z domu graniczy z udarem słonecznym. Na szczęście w domu jest do wytrzymania. Nie chcę myśleć, jak musi być w Michałowicach przy takiej pogodzie. Moja mama dla ochłody moczy chustkę w zimnej wodzie i kładzie sobie na karku. Nawet internet się "zgrzał" i przez parę godzin nie chciał chodzić. 
Prognozy pogody zapowiadają podobne upały w następnych dniach. Chyba Afryka przenosi się do Polski...

sobota, 27 lipca 2013

Hakuna matata ;)



Pokazałam mojej siostrze legendarną grę "Król lew". Graliśmy w nią, mając może tyle lat, co teraz ona.   Pamiętam tę świetną muzykę i całkiem przyzwoitą grafikę, a także adrenalinę, kiedy mozoliliśmy się z kolejnymi planszami, do momentu, w którym odkryliśmy kody do przechodzenia :) 
Teraz są tutoriale, które pokazują, jak przejść, a kiedyś musieliśmy polegać na doświadczonych kolegach. Nie pamiętam, czy znaliśmy wtedy magiczne klawisze F2 i F4 do zapisywania i ładowania ;) teraz bardzo się przydają do przechodzenia trudniejszych momentów ;)
Co mnie najbardziej ucieszyło, istnieją wersje SNES, czyli platformy do gier, na mojego MacOS ;) 
Niestety, hasło hakuna matata (nie martw się), jak powiedziała Ronia, w przypadku tej rundy zupełnie się nie sprawdza :P 

Na krośnieńskim Rynku

Nasz dom jest położony około 12 km od Krosna, niewielkiego miasta, które kiedyś było miastem wojewódzkim, a dzisiaj tylko powiatowym. Krosno ma kilka ładnych miejsc, a szczególnie rynek. Na Rynku znajduje się nasz dom modlitwy, gdzie dzisiaj razem z mamą i Ronią byłyśmy na nabożeństwie. 


Widok na odnowione kamienice po sąsiedzku. Pamiętam, jak może rok temu je remontowano, a dzisiaj jak pięknie wyglądają :)


Na Rynku ustawiono piaskownicę na czas letni dla dzieci, a kilka tygodni temu zrobiono też boisko do siatkówki plażowej, bo odbywał się turniej. Przypomniało mi to łódzką Manufakturę i próbę z Chofeszem "nad morzem" ;)


Fontanna to zawsze największa atrakcja i tutaj też musiała się taka znaleźć.


Też odnowiony budynek, zajęty przez Państwową Wyższą Szkołę Zawodową w Krośnie.


I atrakcja z ostatniego roku: Centrum Dziedzictwa Szkła, czyli wystawa, sklep i muzeum Krośnieńskiej Huty Szkła. W środku wysokie ruchome schody, które musieliśmy zaliczyć ze względu na Ronię ;)


Popołudnie spędziliśmy u znajomych mieszkających w pobliżu Jasła. Upał nie pozwolił nam przebywać na powietrzu, więc schroniliśmy się w domu. Pośpiewaliśmy potem kilka pieśni, jak już zrobiło się chłodniej ;)
To już druga z rzędu sobota, kiedy zupełnie odpoczywam psychicznie od spraw obozowych. Bardzo mi tego potrzeba, żeby nie zwariować.

czwartek, 25 lipca 2013

Gdy ścichnie łoskot młyna... - kulinarnie i egzystencjonalnie


Są takie dni, o których powiesz niczym Kohelet: "Nie podobają mi się." Dzisiaj o szóstej rano obudziły mnie muchy. Walka z nimi okazała się bezcelowa, więc zrezygnowana postanowiłam wstać i zrobić coś dobrego. A ponieważ na Jadłonomii ukazał się przepis na racuchy z malinami, więc miałam już pomysł na pyszne śniadanie. Kiedy wyszłam na zewnątrz pozbierać maliny, było pochmurno, taka odmiana po ostatnich dniach upałów. Racuchy zrobiłam nie do końca według przepisu, bo z jednym jajkiem, ale weganami nie jesteśmy, więc nie było to zbrodnią. Mama i Ronia wstały dużo później, pomimo łoskotu młynka na zboże, rozlegającego się na cały dom, więc racuchy dla nich zdążyły już wystygnąć, ale i tak im smakowały :)
Dalszy ciąg dnia upływa w bólu brzucha, na który niewiele mogą pomóc medykamenty. Ale tak poza tym czuję, że skoro znów zachciało mi się piec, to dobry znak w tym niepogodnym dniu. 

Oto zbliżenie na dzisiejsze wytwory. 
Chyba pierwszy raz robiłam sama racuchy, więc zrozumcie nietypowe kształty i  kolory ;)

Było kulinarnie, to teraz egzystencjonalnie. Wczoraj przed snem dopadła mnie refleksja o tym, że życie jest strasznie krótkie. Znajomi w moim wieku i kilka lat starsi założyli już rodziny, urodzili dzieci, kierując się zasadą, że najbezpieczniej urodzić pierwsze dziecko przed trzydziestką, żeby nie było żadnych komplikacji. To niepojęte, że trzeba podejmować takie decyzje w przeciągu jednej dekady. Ledwo człowiek zdążył się usamodzielnić i wykształcić, już musi wskakiwać do innej roli, a niekiedy i w trakcie poprzednich zajęć. 
Gdybym miała rozłożyć swoje życie na etapy, dałabym więcej czasu na dzieciństwo, tak co najmniej 20 lat, ale takie, w którym się zrealizuje wszystkie dziecięce plany, pojeździ na co najmniej 10 obozów, bez presji, że trzeba już niedługo stawać się kadrą. Potem dopiero dorastanie do 25. roku życia (ten etap najlepiej, żeby był jak najkrótszy, nic przyjemnego:P), na studia tak przynajmniej 10 lat, żeby skończyć to, co się chce i wypraktykować też, czy to się opłaca. Dopiero w wieku 35 lat można by stanąć na własne nogi, a w wieku 40 lat założyć rodzinę i rodzić pierwsze dziecko, ale też nie za szybko, może tak 5 lat później. Wychowanie dwójki dzieci potrwa więc kolejne 30 lat i mając 70 lat można zająć się swoimi sprawami, na przykład podróżowaniem, na to zwykle brakuje czasu, chyba, że ktoś ma takie hobby. Ale życie na walizkach to nie jest pełnia szczęścia, jeśli się nie ma dokąd wracać.
Żeby na wszystko starczyło czasu, człowiek powinien żyć przynajmniej 120 lat, a nie ledwo 80. Niestety, sami sobie skróciliśmy długość życia. I chociaż buntuję się przeciwko temu, nic na to nie poradzę. Mając 27 lat dopiero się rozkręcam z niektórymi rzeczami. A co, jeśli przez tę biologiczną presję nie zdążę z tym, co inni mają już za sobą? Chociaż, nie ma się co martwić. Pan Bóg pewnie wie, co powinnam przeżyć, a co może mi przełożyć jako wersję de luxe na nowej ziemi. 

środa, 24 lipca 2013

Trawnik, peeling i morele

Kolejny dzień urlopowania na wsi, prezentuję kolejne atrakcje. 
W tym roku zabrałam się znów za moje odkryte w zeszłym roku pasjonujące zajęcie, czyli koszenie trawnika. Tym razem przezornie zabrałam ze sobą emulsję do opalania, wyjeżdżając do rodziców, dlatego nie cierpiałam jak rok temu, a opalanie się przy pracy to najlepsze zajęcie pod słońcem (dosłownie;). Dzisiaj był level up, czyli koszenie nierówności w towarzystwie gzów. Namozoliłam się z dźwiganiem kosiarki w trudno dostępnych miejscach, odganiając się od natrętów, ale podołałam wyzwaniu. Kosiarka spalinowa to rewelacyjny wynalazek i nawet taka niewytrenowana kobieta, jak ja, potrafi obsługiwać urządzenie z tylnym napędem. 
Odszorowywanie się po koszeniu to już inna historia. Moi rodzice nie preferują opalania podczas pracy, więc nie mają problemu zielonych stóp. Ale tym razem wykorzystałam campowe spa by Asia, czyli zrobiłam sobie porządne szorowanie stóp pumeksem oraz peeling z brązowego cukru i oleju na stopy (oliwa byłaby lepsza, gdybym ją miała). Miesza się obydwa w równych proporcjach i porządnie naciera stopy, następnie spłukuje cukier, olej pozostaje i fantastycznie wygładza. Ponieważ zrobiłam więcej, niż trzeba, więc starczyło też do twarzy. Korciło mnie, żeby zmyć i zmatowić, ale nie, niech się nawilża :)
Obiecywałam, że coś znowu upiekę i się udało. Oto placek morelowy z bloga Kasi Tusk, tylko nieco uproszczony, z braku jogurtu i białej czekolady. Ale w smaku słodki, przeplatany z lekko kwaskowatymi morelami. I nawet wyrósł ;) mama zaakceptowała ciasto, więc nie jestem skazana na zjedzenie sama całej blachy. Chociaż tym razem nie pogardziłabym ;)




Jak widać, żadna praca mi niestraszna. Obozowe sprawy pomału dobiegają do końca, ale dzisiaj dałam sobie nieco wolnego od komputera i maniakalnego sprawdzania poczty, a liczna maili nie przekroczyła 10. Uff. 

wtorek, 23 lipca 2013

Simplicity.

"Your heart is free. Have the courage to follow it."
Braveheart 


Rozum kończy dzisiaj 27 lat. To chyba pierwsze urodziny od 7 lat, których nie obchodzi na campie. Ale to tak tylko przy okazji.
Mieszkanie na wsi obfituje w różne ciekawe zajęcia. Dla postronnych może to wydawać się zwyczajne. Ale jak zareagowalibyście na wiadomość, że w pobliżu domu mama odkryła żmije? Dzisiaj wysłała mnie w tamto miejsce za ogrodzeniem, żeby wykopać chrzan do kiszenia ogórków. Poinstruowała mnie, żeby założyć kalosze i nie bać się, bo żmija będzie się bała bardziej, niż ja. Na szczęście nie spotkałam żadnej. Mama jest hardcorem, nie boi się chyba żadnych stworzeń. Nie można się bać, jeśli się obok nich mieszka.
Prace polowe od kilku lat nie są takie uciążliwe, jak wtedy, gdy byliśmy mali i mama musiała nasadzić tyle jedzenia, żeby wykarmić pięcioosobową rodzinę. Teraz grządki są niewielkie, a jeśli mama sadzi czegoś więcej, to tylko wtedy, kiedy umówi się z babcią, że ta przyjedzie i jej pomoże. Mama dzisiaj sama wyrwała cebulę z pola i zostawiła do suszenia w słońcu. Kiedyś było to dla nas zajęcie na przynajmniej dwa dni. Kiszenie kapusty i ogórków też zrobiłam dzisiaj na małą skalę: kilka słoiczków. Było to całkiem przyjemne oderwanie od komputera i spraw obozowych. 
Przymierzam się do upieczenia kolejnego ciasta. W piątek zrobiłam piegusa cytrynowo-makowego i niestety znów wyszedł mi zakalec. Jem go sama, bo nikt inny nie ma na to odwagi. Ech, niełatwo jest piec ciasta. Ale znalazłam przepis na jogurtowy placek z morelami na blogu Kasi Tusk. Moreli ci u nas dostatek, więc może go upieczemy?
Siedząc tutaj i mając tylko elektroniczny kontakt z ludźmi, czuję się osamotniona. Rozum powiedziałby starą śpiewkę: "Chłopa sobie znajdź, trzydziestka ci leci." Mama ostatnio zapytała mnie, czy ma się dalej modlić o męża dla mnie, czy zdecydowałam, że chcę być sama. Odpowiedziałam, że modlić się nie zaszkodzi, ale właściwie sama nie wiem, co jest lepsze. Mam tyle różnych zajęć, że nie mam czasu się koncentrować na swoich odczuciach w tej sprawie, ale to nie oznacza, że ich całkiem nie mam. Życie wydaje się prostsze, na mniejszą skalę, ale czasem chciałabym, żeby mi na kimś zależało. Bo na razie nie zależy mi na nikim. Jestem wolna i w pewien sposób jest mi z tym dobrze. Ale powiem wam w sekrecie, ciągle liczę na Księcia z bajki, naprawdę. Tylko nie myślcie, że Książęta pojawiają się poprzez całowanie żab, to jest jedna wielka ściema. Wiele tak myśli i całuje jedną żabę po drugiej, przeżywając rozczarowanie, że to tylko żaba. Książę jeździ na koniu i nie musi ukrywać się za żadną tajemniczą postacią, on jest sobą na wskroś. Zobaczycie, że kiedyś się pojawi.


poniedziałek, 22 lipca 2013

I see you.


Zastrzegałam się wielokrotnie, że nie obejrzę Avatara. Powtarzałam, że to komercyjny film, pozbawiony sensownej fabuły, przesycony efektami specjalnymi. Ostatnio znajoma zachęciła mnie mówiąc, że warto obejrzeć dla niesamowitych krajobrazów. Ponieważ to poważna osoba, więc zawierzyłam jej opinii i tak oto razem z mamą i Ronią oglądamy Avatara w 2D.
No i cóż... nie mam żadnych głębokich przemyśleń na temat filmu, zresztą w klimacie wakacyjnym głębokie przemyślenia nie są moją mocną stroną. Nie dziwię się jednak, że ludzie chodzili na to do kina po kilka razy, bo nawet na małym ekranie przyroda olśniewa.


niedziela, 21 lipca 2013

W dzień gorącego lata.

 Ponieważ nie wymyśliłam mądrego posta pod zdjęciem, więc wstawiam letnią sesję w fioletowej sukience. Nakłoniłam Ronię, aby pobawiła się aparacikiem w telefonie i jakoś się udało.


"Piękno jest w tym, że naprawdę nie wiemy niczego."
B. Bednarz



Ronia elf








"Your heart is free. Have the courage to follow it."
Braveheart

sobota, 20 lipca 2013

Sanok i okolice

Uff, wczorajszy dzień był straszny - 8 godzin przed komputerem, wysyłając maile z dokumentami do wychowawców na obóz. Nie mogłam już patrzeć na ekran, a otwarcie poczty przyprawiało mnie o rozstrój żołądka. Dobrze, że jest sobota i można wszystko odstawić! Żadnych maili ani telefonów. Żadnej pracy przez 24 godziny. 
Rozgadałam się wczoraj turystycznie z Areczkiem i zaczęliśmy opowiadać o miejscach, gdzie byliśmy. Zaczęło się od mojego rodzinnego regionu, czyli Bieszczad. To niewiarygodne, że mieszkałam większość życia w pobliżu tych gór i nigdy w nich nie byłam. Rodzice wybrali się tydzień temu na wycieczkę pętlą bieszczadzką i żałowałam, że nie było mnie wtedy razem z nimi. Może trafi się jeszcze kiedyś okazja wyjechać w te dzikie rejony.
Dzisiaj przydarzyło się nam odwiedzić miasto u wrót Bieszczad. Byliśmy na nabożeństwie w Sanoku, po obiedzie przeszliśmy się po odnowionych sanockich placach i zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć.

 Zamek - Muzeum Historyczne. 

 Pamiątkowe Gruppenfoto na tle wzniesień sanockich.

 Plac św. Jana

 Ronia i dobry wojak Szwejk ;)

Ukochane konie Roni.

Więcej zdjęć z tego dnia dostępne w albumie tutaj. Była mała letnia sesyjka ;)

czwartek, 18 lipca 2013

(Ch)ora et labora

Co za wspaniały urlop:
-jestem w Wojkówce u rodziców, 
-zajadam świeżo zmielone pomidory z innymi warzywami prosto z ogrodu, 
-łuskamy z mamą i Ronią zebrany bób, tradycyjnie oglądając filmy familijne, 
-mam superszybki internet z wifi od rodziców, 
-opalam się drugi dzień, raz na basenie, a drugi podczas koszenia trawnika,
-czytam kryminały...
I wszystko byłoby super i fantastyczne, gdyby nie... katar! 
Po campie dopadło mnie przeziębienie, zresztą nie tylko mnie. Kilka znajomych cierpi podobnie. Właściwie oprócz kataru na szczęście nic więcej nie mam, ale już na campie trzęsłam się wieczorami i zażywałam Febrisan. Ale nawet katar nie przeszkodzi mi w pracy. Gdyż, urlopując radośnie, jestem także w pracy. Obóz sam się nie zrobi!
Fantastyczne zdjęcia z koncertu w Białymstoku dostaliśmy od Tomka Omeljaniuka. Zawodowstwo :) ale zamieszczam tylko jedno, reszta publicznych na fb. Enjoy :)


Ps. Rok temu, również będąc w domu, dopiero brzdąkałam melodie na pianinie, a dzisiaj już zagraliśmy 3 koncerty :) Pan Bóg kieruje :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Kika-Cola&Friends













Czym byłby camp bez znajomych, nowych i starych? Przedstawiam więc kilku, którzy przyczynili się do radosnej atmosfery na Wzgórzu Narad.

Tygrys - mega pozytywny człowiek "z przyszłości", z którym prawie codziennie wymieniałam wrażenia z campu. Kiedy dopadały mnie smutne myśli, pisałam do niego i zawsze otrzymywałam radosną reakcję na wszystkie wiadomości. Szkoda, że go fizycznie nie było. 
Tomuś K - szczery, radosny, na maksa uprzejmy, przynosił nam swoje jagodzianki, kiedy był chory, pożyczał pompkę do materaca, zasypiał w ciągu dnia na hamaku, uwielbiany Jacuś z musicalu. Nie zapomnę "chomika" ;) chyba już tak zostanie, że będziemy się witać, wyciągając ręce z rozcapierzonymi palcami ;)
Areczek - nasz sąsiad fizjoterapeuta, o nieokreślonym przeze mnie wieku (podejrzewam, że z mojego rocznika, ale pewności nie mam), który przyjechał na camp służbowo i robił badania, nastawiając ludziom kręgosłupy. Przychodził do naszego stolika, żeby zjeść swoje optymalnie zbilansowane posiłki, śmiał się co drugie zdanie, czasem wtrącał docinki i codziennie chodził w nienagannie zaprasowanych koszulach, nawet podczas badań. Jeździł 25-letnim Golfem, który raz tylko mu się zepsuł. Ponieważ był wolny i przystojny, kręcił się w towarzystwie atrakcyjnej dziewczyny, mieszkającej na stałe w Niemczech, co niekiedy powodowało, że musiał się zastanawiać nad swoim życiem, łupiąc pistacje po północy w naszym pawilonie, wbrew swoim rygorystycznym zasadom żywienia. Przeżyłam lekki zawód w związku z takim obrotem sprawy, ale jak to mawiają, "tego ciacha cała blacha" ;)
Rafał - Ślązak, który zamieszkał w Łodzi, ale nie wyparł się swoich korzeni. Przyjechał na camp pierwszy raz, od razu się tam odnalazł, korzystał ze wszystkich wykładów, nawet w chórze śpiewał. Nie narzucał mi się zbytnio, raz tylko, po wypiciu Coca-Coli, którą przechrzciliśmy na Kika-Colę, zaczął śpiewać po niemiecku i namawiać na wyjazd do Bawarii. 
Marius - w tym roku postanowił zostać sobowtórem Zbigniewa Hołdysa, zapuścił brodę i włosy i przyjechał z Norwegii na motorze, objeżdżając wcześniej całą Polskę, Tatry po polskiej i słowackiej stronie, a nawet Puszczę Białowieską. Robił zawsze wielkie zakupy, wymykając się na motorze, namawiał mnie, żebym pojechała z nim, ale wykręcałam się, że wolę ścigacze.

PS. Oświadczam, że nie piję Coca-Coli ani nie reklamuję jej, a powyższe zdjęcie jest tylko ilustracją tematu.

Święto szałasów - camp 2013

Mija już połowa lipca, a ja nie napisałam ani słowa. Czas nadrobić zaległości, zwłaszcza, że przede mną 5 godzin jazdy Polskim Busem do mojego rodzinnego domu.

Nieoczekiwana zmiana planów

Wczoraj wróciłam z campu w Zatoniu. Okoliczności tak się poukładały, że zamiast jechać tylko na weekend na koncert, zostałam na całym campie, od pierwszego do ostatniego dnia. Nie żałuję, że dałam się namówić. Pogoda była fantastyczna, jakiej dawno na campach nie było, być może pierwsza połowa lipca jest szczęśliwsza pod tym względem. Szkoda tylko, że ten termin nie pasował studentom, którzy jeszcze mieli sesję, a niektórzy wyjeżdżali nawet w trakcie campu do Szczecina na egzamin. Może za rok uda się ustalić termin pasujący wszystkim.

Wzgórze Narad na najdalszej północy

Tradycją campu było, ze zaraz po przyjeździe wyłączało się telefon, bo oprócz podawania godziny na nic więcej się nie przydawał. Jakież było moje zaskoczenie, gdy chodziłam po całym terenie i wszędzie miałam zasięg, łącznie z internetem! Ponadto od tego roku udostępniono wifi za opłatą i na naszym Wzgórzu Narad mogłam codziennie sprawdzać pocztę i ogarniać sprawy rejestracji na obóz. Bardzo mi to ułatwiło życie. Mając internet w telefonie mogłam się włóczyć po ośrodku w momentach bezczynności i zdawać relację Tygrysowi. Właściwie to dzięki tym rozmowom mogłam sobie teraz  przypomnieć, co się na campie działo i opisać tutaj. 
Marek, nazywany przez nas samcem alfa, w tym roku kupił nowy pawilon, zorganizował okrągły stół, półeczkę na talerze i lampki na ściany, bieżącą wodę z węża ogrodowego do zmywania, hamak, więc mieliśmy tak zacne miejsce, jakiego nie było na całym campie :) gotowanie obiadów z Pauliną i Asią, żoną Marka, było naprawdę przyjemnością. Harem spisywał się na medal ;)


Precedens unplugged

Fot. Aga Kluska

W pierwszej połowie campu robiliśmy z kilkoma osobami z zespołu rozśpiewania i próby do sobotniego koncertu. W piątek zjechali się wszyscy i udało się zrobić próbę sceniczną, łącznie z przećwiczeniem zakładania togi. W sobotę wieczorem, dosyć późno, bo po 21 mieliśmy koncert. Na zachodzie Polski później zachodzi słońce i jeszcze długo było jasno. Był to nasz trzeci występ i chyba z tych wszystkich najlepiej się nam grało. Nawet piętnastominutowa przerwa spowodowana brakiem prądu nie przeszkodziła w dokończeniu występu. Szumnie nazwano nasz koncert "premierą" ;)


Plażing&smażing

Ponieważ w tym roku nie miałam na campie żadnych warsztatów, skorzystałam z radosnej rekreacji. Pathfindersi mieli swoje zajęcia, ale nie byłam za nie odpowiedzialna, chór prowadził Piotr Płuska, więc nie licząc prób z zespołem, miałam odpoczynek od śpiewania.  Razem z Asią, która nie miała też w tym roku żadnych zajęć, chodziłyśmy dwa razy dziennie na plażę, opalałyśmy się, raz nawet weszłam do wody. Sporo też sobie pogadałyśmy i chyba tak fajnie się zżyłyśmy. Nie spaliłam się, a nawet mnie troszkę słoneczko chwyciło ;) Wieczorami graliśmy w różne gry, królowały Czarne historie i Cluedo. Pogoda płatała jednak figle. Około 23 szłam spać, opatulona kocem i wełnianymi skarpetami na stopach, bo robiło się wieczorami dosyć chłodno. 


Panem et circenses

Niestety z różnych względów na camp nie przyjechało zbyt wiele ludzi. Brakowało wielu znajomych, którzy bywali co roku, sporo osób przyjechało tylko na pierwszy bądź drugi weekend. Z tego powodu nie odbyły się rozgrywki sportowe w piłce nożnej, a siatkówka ograniczyła się do plażowej, czyli drużyn dwuosobowych. Ale odbył się Camparaton, wpisowe z niego przeznaczono na cele charytatywne, a ludzie długo przeżywali bieg. W czwartkowy wieczór w dużym namiocie odbył się turniej trzech diecezji, wygrała diecezja zachodnia. Konkurencje dosyć podobne do zeszłorocznych, ale i tak zaangażowanie było niesamowite. W kolejnych dniach na scenie ciągle nawiązywano do tego, co momentami robiło się denerwujące. Z Market Day w tym roku nie skorzystałam za bardzo, bo nie miałam za wiele pieniędzy, poza tym oprócz rewelacyjnych racuchów nie było tam dla mnie niczego ciekawego. 

Dobrze jest być blisko Boga

Rano i wieczorem były wykłady, na które zabierałyśmy wygodne krzesła. Dla mnie wykłady Janosa Kovacsa-Biro były hitem campu. Przedstawiał codziennie kolejne etapy historii zbawienia. Opowiadał przy tym dużo historii, a niektóre z nich były tak zabawne, że wspominaliśmy je długo. Wychodziłam z  namiotu w zadumie i kierowałam się w stronę lasu, żeby się modlić. Dziękowałam Bogu, że znowu się znalazłam w Zatoniu, że to już ósmy camp z rzędu, że tym razem płakałam jedynie z radości i wzruszenia, a nie przez żadnego faceta. Społeczność była niesamowita i teraz rozumiem, dlaczego Bóg kazał Izraelitom obchodzić Święto szałasów. 

Zdjęcia i dalsze wrażenia niebawem :) 

poniedziałek, 1 lipca 2013

Na walizkach


Zostałam fanem Polskich Busów. Mają bardzo dobrą politykę zwrotów biletów. Ponadto są tanie i nawet w ostatniej chwili można kupić bilet o połowę tańszy od pociągu. 
Dzisiaj właśnie jadę znów, tym razem do Łodzi. Docelowo oczywiście Zatonie. Takie są uroki podróżowania z Markiem - trzeba być przygotowanym na niespodziewane zwroty akcji ;) do samego końca nie wiedziałam, o której wyruszyć do umówionego miejsca, a ostatecznie się okazało, że nie jadę z Podkowy, tylko wyruszam z  Łodzi ;) na szczęście udało się na 2 godziny przed odjazdem zakupić bilet w przyzwoitej cenie i dotrzeć na miejsce odjazdu. Nie jest to proste, bo w Warszawie od soboty przerwano linię metra i nie funkcjonują stacje Centrum i Świętokrzyska, więc od dworca trzeba się teleportować na Plac Bankowy, co znacznie wydłuża trasę. 
W Białymstoku było ciekawie. Przeżyłam dziwne, ale pożyteczne doświadczenie: nauczyłam się, jak rozmawiać z mężczyzną poszukującym żony, którym nie jestem absolutnie zainteresowana, w sposób kulturalny, na poziomie i bez tradycyjnego strachu, że czegoś ode mnie będzie chciał ;) 
Białystok by night też jest piękny. Nigdy nie myślałam, że miasto za Puszczą Białowieską, na jakimś krańcu Polski jest takie ładne. Usłyszeliśmy kilka ciekawostek o kościele, który został rozbudowany z maluteńkiego kościółka w czasach carskich, o Atlasie nad pałacem Branickich... Na słynne białostockie zapiekanki nie poszłam i ominęła mnie dwukilometrowa wyprawa :P 
A poza takimi doświadczeniami odbył się koncert premierowy naszego nowego musicalu. Ludzie wyszli z pozytywnymi wrażeniami, wzruszeniami, emocjonalną ulgą i w ogóle. Ja byłam zupełnie rozbita, bo moja toga ciągle płatała mi figle: nie mogłam wyłożyć na czas kołnierza, po ciemku myliłam kolory, a krawat zwisał smętnie na zerwanej nitce. Prowizorka na maksa. Togi pojadą do poprawy, wszystkie zawadzające rzeczy będą przyszyte, bo w sobotę kolejny koncert, tym razem na campie.
Do zobaczenia ;)