wtorek, 29 kwietnia 2014

More to explore



Nie wiem, jak wam, ale mi niesamowicie szybko mijają miesiące drugiego semestru szkolnego. Co chwilę jakieś wolne, jakiś wyjazd i ani się obejrzę, jak trzeba płacić kolejne rachunki. Za dwa miesiące wakacje i też zlecą na wyjazdach, najpierw camp, potem camporee (aaa, jadę! pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz w życiu ;) sierpień mam na szczęście wolny. Zwykle jeszcze w sierpniu był obóz, ale tym razem nie organizuję, więc mam wolne. 
A już za dwa dni majówka i też wypadałoby gdzieś wyjechać... Jest zaplanowane szkolenie kadry w Puszczy Knyszyńskiej, ale szczerze mówiąc, po ostatnich dwóch weekendach nie mam siły na spanie byle gdzie. I chyba po prostu wyjadę do domu na 4 dni. To całkiem sporo, a tam będę miała najlepszy odpoczynek i dużo aktywności na świeżym powietrzu, bo mama zawsze jakieś zajęcie na polu znajdzie:P 
I takie przemyślenia z ostatnich dni: no expectations, no disappoitments. Najlepiej nie nastawiać się na rzeczy, na które nie mam wpływu, więcej rozmawiać z ludźmi ci życzliwymi, bo oni życzliwie doradzą i rozwieją niepotrzebne złudzenia, a także żyć codziennym, realnym życiem, a nie wyobrażeniami o życiu. I nie tracić głowy bez gwarancji, że ją odzyskasz z powrotem. 
Miłego weekendu:)

piątek, 25 kwietnia 2014

Krótsza noc, dłuższy dzień.


Absolutnie pokochałam tę płytę. Wiele z piosenek z niej było wczoraj na koncercie. Cudownie jest posłuchać ich jeszcze raz w wersji studyjnej, z pełnym instrumentalem :)



krótsza noc
dłuższy dzień
nie chce spać
nie chce jeść

zazieleniam się



Na koncercie spodobała mi się bardziej, to w niej Natalia skatowała (scatowała?) jak Jopek :) a potem weszły gitary i ja byłam już złowiona :)
No dobrze, to już ostatnia wzmianka o Mikromusic w tym tygodniu :P ale jestem pod wielkim wrażeniem. W ogóle chodzę jak nakręcona ostatnio, budzę się bez powodu o szóstej, zasypiam późno, mam ochotę biec na koniec świata i z powrotem, a jednocześnie jestem kompletnie nieprzytomna. Wiosna to ciężka sprawa.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Mikromusic Acoustic Trio na Pradze



Coś dziwnego wisi w powietrzu
mamo moja kochana.
Coś słodkiego, coś nie gorzkiego
coś już we mnie zbiera.

Trochę soli, cynamonu
trochę cukru też.
I wanilii szczypta
kardamon i pieprz.

Każdy smak ma inny kolor
teraz czuję zieleń.
Wyostrzają się moje zmysły,
a w powietrzu jest:

Trochę soli, cynamonu
trochę cukru też.
I wanilii szczypta
kardamon i pieprz.

Coś dziwnego wisi w powietrzu
mamo moja kochana.
Coś słodkiego, coś nie gorzkiego
to jest chyba miłość.

Trochę soli, cynamonu
trochę cukru też.
I wanilii szczypta
kardamon i pieprz.

***

Byłam dzisiaj na koncercie Mikromusic Acoustic Trio, grali w klubie Bazar na Pradze. Wybierałyśmy się z Olą juz od tygodnia, bo zobaczyłam przypadkiem plakat kolo Foksal. Już pisałam, że klimat mi sie podoba i wokal tej Natalii, taki delikatny, ale jak sobie dzisiaj scatowała, to momentami brzmiała jak Jopek:) przyszłyśmy dość późno, więc nie było miejsc na głównej sali, tylko przed ekranem:( ale było całkiem nieźle. To, co mi przeszkadzało w słuchaniu, to że wokal był za cicho i gitara nieźle po uszach dawała, fakt, że basista i gitarzysta grali świetnie:-) ale nie rozumiałam słów, chyba, ze znałam kawałek:P
Eech, trochę mnie to załamuje, że jakiś czas już żyję, a tyle jeszcze nieodkrytej muzyki ;) żeby tylko muzyki... Wczoraj pojechałam kupić bilety (nie było już w przedsprzedaży, musiałyśmy kupować tuż przed koncertem), a że miałam potem wolne, więc się powłóczyłam po Pradze. Bylo tak ładnie, że nie mogłam sobie tego odmówić. Bałam się Pragi, chociaż już trochę po niej chodziłam w mniej przyjaznych porach roku, ale ona jest jednak piękna na swój specyficzny sposób. Ma fantastyczne kamienice. Ulica Floriańska ma tak urocze bramy, ze tylko zdrowy rozsadek mnie powstrzymywał, żeby nie wchodzić samotnie do obcych bram. Pochodziłam wzdłuż Jagiellońskiej, obok katedry, przez park praski i obok zoo. Nie byłam nigdy w tym zoo, chyba że jak byłam malutka i nie pamiętam:P 
Uciekam jutro na weekend do Pszczyny. Sobie z A4H pośpiewamy.
Papa.

środa, 23 kwietnia 2014

Och! Turnau



Piękny wieczór muzyczny sobie zapewniłam dzisiaj, słuchając koncertu Grzegorza Turnaua z 2011 roku w "Och-Teatr". Dawno nie słuchałam go i stwierdziłam, że bardzo mi tego brakowało :)
Pozostawiam z legendarnym przebojem i teledyskiem. Chyba sobie jeszcze poczekam...

Minął luty, szykuj buty!

Wiosna znów mnie zaskoczyła ciepłem w stopy i zastała zupełnie nieprzygotowaną na nowe warunki. Trampki i baleriny schodzone i popękane, żadnych lekkich i wygodnych butów w zapasie. Ponieważ w miarę regularnie obchodzę galerie, zrobiłam sobie listę butów do kupienia.

1. Botki czarne do kostki - Cropp
Planowałam zakup tych butów, zanim się zrobiło nagle ciepło, więc chwilowo ten zakup nie jest niezbędny, ale jak trafię w fajnej cenie podobne do tych, to kupię. Mają modny krój i są wygodne!



2. Białe trampki 
Królem stylu jest oczywiście Converse, ale, jak to określiła Ola, nie dam 350 zł za buty szkolne, które w podstawówce kupowałam za 12 zł. Widziałam bardzo podobne w New Yorker za 54 zł. W Deichmannie nawet za taniej. Trampki to fajna rzecz :)


3. Niebieskie lordsy
Buty szalenie wygodne, o których marzę od dawna. Poszukuję jednak butów subtelnych, a nie święcących ćwiekami lub w paskudnych kolorach. I znalazłam takie w Deichmannie za 69 zł :)





4. Baleriny
Znane i lubiane baleriny z New Yorkera, które są wygodne jak domowe kapcie. W tym roku jeszcze więcej kolorów, w tym mój wymarzony miętowy :) już mam swoją parę, za 29 zł :)




5. Szare buty/trampki
Właściwie to nie muszą być nawet trampki, ale ważne, żeby były szare i z nieprzepuszczalnego materiału. To taki kolor, który mi bardzo pasuje do wielu ubrań, a takie nieprzemakające buty są dobre na każdą pogodę. H&M proponuje zgrabne szare trampki za 79 zł, Fila za 119 zł, niestety, żadne nie są skórzane.



6. Czarne półbuty półeleganckie
Model idealny wypatrzyłam w Deichmannie, skórzane, zamszowe buty za 119 zł. Zwlekałam chyba z tydzień z zakupem, bo liczyłam, że znajdę jeszcze coś lepszego, ale okazało się, że buty bardzo szybko zniknęły ze sklepów, zapewne ze względu na wygodę i zadziwiająco niską cenę. Kiedy więc wczoraj się na nie zdecydowałam, okazało się, że mój rozmiar znajduje się zaledwie w 3 sklepach w Warszawie. Ponieważ miałam spotkanie ze znajomymi na Bemowie, więc zahaczyłam o Wola Park i kupiłam buty. Są mega wygodne, jakby się nic na stopie nie miało :)

7. Czółenka
Nie był to do końca planowany zakup, ale wędrując z Olą po sklepach w ubiegły czwartek weszłyśmy do Street, a tam stało pełno butów w radosnych kolorach za 39 zł. Wpadły mi w oko te oto trawiastozielone czółenka, nie mogłam sobie odmówić, były naprawdę wygodne. 



Przed latem czekają mnie jeszcze skórzane sandały, bo moje są już mocno schodzone i póki co to tyle, chyba, że znajdę naprawdę fajne i wygodne :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Jeszcze raz vabank.



Poniedziałek, drugi dzień świąt. Co tu robić, kiedy się obudzisz o 7 rano? Można wysprzątać dom, obejrzeć filmy, pojeździć na rowerze, zrobić coś z paznokciami, pogadać przez telefon... I mieć całkiem przyjemny dzień :)
Przypomniałam sobie obie części "Vabank". Lubię ten film, oglądałam go po raz pierwszy dawno temu. Tak sobie pomyślałam, słuchając piosenki filmowej, że chciałabym mieć więcej odwagi i mówić, co naprawdę myślę i czuję, a nie czaić się latami. Gorzej, jak ryzyko się nie opłaci...

Ps. 800. post. 8 lat blogowania. I co by tu wymyślić z okazji takiego jubileuszu? :)

niedziela, 20 kwietnia 2014

Hosanna 2014 - koncert wielkanocny


Wow, to był festiwal! Ciągle jeszcze przeżywam to, co się działo, ale już się dzielę plakatem z koncertu sobotniego i fenomenalnym występem 4Given, których utwór wkręcił mi się na cały weekend :) 



Aaa, i jeszcze sweet fota z przystojniakami ;)


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

My hi-fi is waiting for a new tune.

Obejrzałam dzisiaj kolejny odcinek X-Factora i znowu tyle niesamowitych wykonań! Ten program rośnie. 
Kolejny przegląd muzyczny z tego tygodnia.

Kawał niesamowitego, drapieżnego głosu. Warto posłuchać i poznać!


Alex, you've made my day :D


Dobre, bo polskie. Z każdą kolejną odkrytą piosenką się w tym utwierdzam.


Para moich ulubionych muzyków jazzowych młodego pokolenia i moja ukochana piosenka "Turn me on". Eech, życie na czekanie....




Czuję niebezpieczne symptomy przeziębienia. Nie mogę się rozłożyć, śpiewamy w sobotę na koncercie w Częstochowie. Spokój, tylko spokój może mnie uratować. I rumianek z melisą w dużej ilości. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Kikah Warsaw Weekend Marathon


Okazuje się, że nawet pozostając na weekend w domu można się nieźle najeździć i nabiegać. W sobotę pobiegałam sobie przez dwie godziny po parku na Powiślu podczas zbiórki, gdyż w ramach musztry trenowaliśmy marsz biegiem. Wyglądaliśmy naprawdę egzotycznie, śmigając sobie w kolumnie dwójkowej po chodnikach :P ale naprawdę dużo radości to we mnie wywołało. Nawet zaczęłam się przez chwilę zastanawiać nad codziennym bieganiem. Tylko zaraz pojawiło się tysiące wymówek: nienawidzę biegać, nie mam dobrych butów, nie mam odpowiedniego czasu, nie mam miejsc do biegania... Chyba że o 5 rano, tak żeby nikt mnie nie widział :P ale coś by się na świeżym powietrzu przydało. Powolutku, powolutku zaczynają opadać ze mnie spodnie, znaczy coś w temacie gubienia wagi drgnęło. Czyli poranna gimnastyka coś daje :)
W niedzielę kursowałam między Warszawą a Podkową (w międzyczasie po mieście biegali sobie uczestnicy Orlen Warsaw Marathon, blokując skutecznie główne ulice), ze spotkania organizacyjnego na zajęcia do Podkowy i z powrotem do Warszawy na koncert pasyjny Beaty Bednarz. Mało takiego stricte fizycznego ruchu, ale teleportacja doskonała. 
Na koncercie pasyjnym byłam już kilka lat temu w Rzeszowie, ale nadal niesamowicie mnie poruszają pieśni religijne w wykonaniu Beaty Bednarz. Od połowy koncertu nie potrafiłam już zwyczajnie bić brawa, tylko siedziałam pochylona i przeżywałam albo śpiewałam razem z nią. Nie wiem, jak mam to wam wytłumaczyć, ale czytam aktualnie rozdziały z książki "Życie Jezusa" mówiące o tygodniu paschalnym i wszystko, co się z tym wiąże, tak mocno do mnie dociera, że nie potrafię się powstrzymać od płaczu. Wróciłam do domu, wypiłam porządny kubek melisy (jest niezawodna na zaśnięcie, kiedy ma się kołowrót myśli) i tak zakończył się ten zabiegany weekend.

piątek, 11 kwietnia 2014

Handmade with love.

Podróże inspirują. Kiedy zimą tego roku mieliśmy spotkanie liderów w hotelu Relaks, moi znajomi pokazywali nam zdjęcia ze swojej podróży do Stanów Zjednoczonych w zeszłym roku. Jedno z nich bardzo mnie zafascynowało. Przedstawiało pomnik utworzony na miejscu zburzonych wież World Trade Center. To, co widzicie powyżej, to właśnie fontanna, wokół której wyryte są nazwiska ofiar katastrofy. Nietypowy pomnik, prawda? To jest właśnie podejście amerykańskie - nie posępna martyrologia, ale sztuka, która cieszy żywych. Przekuwać tragedię w piękno. 



Nie jest to dla mnie łatwe, ponieważ, jak wiecie, jestem na wskroś romantyczna i melancholijna. Przyznaję się bez bicia. Bujam w obłokach godzinami, mam zmienne nastroje i niekiedy abstrakcyjne dla innych zachowania, mieszkam na mojej wieży już prawie trzy lata i ciągle wierzę w księcia z bajki. Rozum, z którym się przyjaźniłam, próbował w jakiś sposób wywierać na mnie presję, żebym się kierowała bardziej rozumem, niż emocjami, bo twierdził, że utrudnia mi to codzienne życie. Było w tym sporo racji. Miałam zatem epizody w moim życiu, kiedy usiłowałam moje romantyczne podejście tłamsić lub wyrugować, ale nie da się całkowicie tego pozbyć, a wręcz nie trzeba, jak powiedział Mateusz Cuthbert w książce Ania z Zielonego Wzgórza: "Nie zatracaj całej romantyczności, Aniu. Zapewne niezbyt wiele... ale troszeczkę jej nie zawadzi". Staram się teraz używać własnego rozumu, a nie polegać na cudzym, jeśli chodzi o odbieranie rzeczywistości i przeżywanie różnych wydarzeń. Ale amerykańskie podejście bardzo, bardzo mnie zainspirowało. Cokolwiek się przykrego w życiu wydarzy, warto przekuwać to na coś pięknego i użytecznego. 

Dzisiejszy dzień był jednym z tych leniwych piątków, kiedy nie miałam nic konkretnego do roboty. Obiad zrobił się sam (pizza "Cztery sery" z Biedronki, mmm, rewelacja :), mieszkanie posprzątane było przez Martę, a moja potrzeba społeczności równa zeru. Po pracach tłumaczeniowych przemknęła mi przez głowę myśl o tabliczce na drzwi. W internecie istniały przeróżne tabliczki z napisami, ale wykonanie i ceny były niezbyt zachęcające. Postanowiłam więc zrobić tabliczkę własnoręcznie. Trochę inspiracji z google, własna inwencja w zakresie kolorystyki, abstrakcyjny kwiat z okładki z zeszytu i tak oto prezentuje się dzieło dzisiejszego popołudnia. 



Niestety korytarz prowadzący do moich drzwi jest dosyć ciemny, więc tabliczka nie nadaje się do eksponowania na drzwiach i na razie zawisła nad moim łóżkiem. Ale powstała nowa etykieta na blogu :)

czwartek, 10 kwietnia 2014

Sachertorte, deszcz i bomba zegarowa



Ten słynny tort był moim kulinarnym marzeniem, od kiedy na lekcjach niemieckiego dowiedziałam się o tym specjale. Oczywiście w Polsce nie kupię nawet w części tego, czym jest oryginał z Wiednia, ale może kiedyś odwiedzę Wiedeń ponownie i spróbuję :) a tymczasem znalazłam w przedświątecznych promocjach w Biedronce mini torcik Sachera i kupiłam na spróbowanie. Jest mega słodki, oblany grubą warstwą czekolady, która się łamie pod naciśnięciem noża i wystarczy zjeść maleńki kawałeczek, żeby nie chcieć już niczego innego. Oczywiście obowiązkowo należy popijać gorzką kawą (ja piję Inkę), żeby smaki się wyrównały. 


Do zakupowych nabytków doliczę jeszcze nowe szare spodnie z C&A. Dawno chciałam sobie takie kupić. Jestem z nich naprawdę zadowolona, są wygodne, dobrze skrojone (z wyższym stanem) i mają idealną długość nogawek :) poluję jeszcze na ładne jasne trampki i niebieskie lordsy. Ale chyba limit zakupów w tym tygodniu przekroczyłam :P

Dzisiaj zobaczyłam u moich uczniów niesamowity zapał do nauki niemieckiego. Jak tylko zaczynamy prowadzić dialogi, to główkują, aż czacha dymi. Lekcje się przedłużają w niewyjaśniony sposób, a nikt nie chce wychodzić :) to rzadkie zjawisko u mnie, bo bardzo dokładnie pilnuję czasu. Mam niejasne podejrzenie, że w mojej głowie tyka bomba zegarowa i dlatego niemal nigdy nie tracę poczucia czasu. No, chyba, że śpię do 10.30, tak jak dziś. Ale to wszystko przez deszcz :P

Wiosna wybucha nawet podczas deszczu. Słońce przedziera się przez chmury od czasu do czasu i zazielenia skutecznie drzewa i trawniki. Kiedy widzę taki radosny świat, aż chce się śpiewać, co też robię :)
A jak wasze samopoczucie na wiosnę?

środa, 9 kwietnia 2014

Facet (nie)potrzebny od zaraz. Muzyka z filmu

Znalazłam, znalazłam! Ścieżka dźwiękowa z "Facet (nie)potrzebny od zaraz". Cudna, cudna alternatywa.

Widziałam ich na żywo podczas premiery w Multikinie. Nie zwracali uwagi, taka parka nastolatków, a tu się okazało, że to muzycy :)



Bardzo przyjemne klimaty, polski muzyk! Warto posłuchać :)



Wow, taki rock'n'roll! Polecam zobaczyć teledysk, bo ujęcia doskonale komentują tekst :)



Oj, bo takie ładne :) uwielbiam dzwonki :)




Ps.1. Nie ogarniam tej pogody. Wczoraj było 20 stopni, ludzie chodzili w krótkich rękawach, a dzisiaj leje deszcz i założyłam zimowe skarpety, bo tak się ochłodziło. Nie jestem fanem upałów w kwietniu, ale tak 12 stopni mogłoby już być...

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Tak bawią się irbisy, hej!


Moje miasto Rzeszów :)


Żyję. Jestem mega zmęczona, ale ogólnie zadowolona. Zjazd był rewelacyjny, tak fantastycznego wzajemnego dopingu nie było jeszcze na żadnym poprzednim :) drużyna Warszawskie Siekierki zdobyła III miejsce i tym samym po raz pierwszy stanęła na podium :) 
Zanim jeszcze zjazd się skończył, pojechaliśmy na ślub Lidki i Rafała na Foksal. Było bardzo radośnie, bo Lidka cały czas się śmiała ;) (aha, udało się wymienić sukienkę i leżała idealnie;) nie posiedziałam długo na weselu, chociaż było smacznie i obficie, bo o 18 mieliśmy spotkanie organizacyjne festiwalu. Nie jestem zaangażowana w żadną odpowiedzialność, ale szykujemy z Olą kilka pieśni i mamy wystąpić na koncercie. I mamy świetnego akompaniatora, który jest jednocześnie twórcą :)
A ponieważ stężenie ludzi i natężenie hałasu w przeciągu dwóch dób przekroczyło moje codzienne normy, więc celebruję aktualnie aspołeczność w zaciszu swojej komnaty na wieży i zbieram siły do następnego razu. 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Prima aprilis z nutką mięty

Kolejny gorący weekend przede mną, a w nim dwie imprezy: zjazd pathfindersów i ślub Lidki. Mam więc w tym tygodniu całą listę zadań do zrobienia: przygotować prezentacje z piosenkami, odebrać naszywki, kupić w składnicy beret i sznur do munduru i kupić sukienkę. Po ostatnim przeglądzie szafy zostałam z luźnymi sukienkami letnimi, z których żadna raczej się nie prezentuje na tyle, żeby wystąpić na ślubie, więc rozpoczęłam poszukiwania. Bardzo niemądrze jednak postąpiłam, zostawiając je na ostatni tydzień. Spędziłam dzisiaj pół dnia na poszukiwaniu sukienki. Najpierw odwiedziłam moje ulubione ciucholandy na Puławskiej. Znalazło się kilka naprawdę eleganckich, ale zaistniał zasadniczy problem: nie byłam w stanie w nich oddychać :/ nie mam zielonego pojęcia, czy moja klatka piersiowa tak znacznie urosła, czy co, w każdym razie oddychanie jest dość istotne, zwłaszcza, że mam na tym ślubie śpiewać. 
Wieczorem po pracy pojechałam do Złotych Tarasów, zdecydowana się szarpnąć i kupić coś w granicach rozsądku, ale na poziomie. Problem oddychania zszedł na dalszy plan, za to pojawił się inny: aktualny styl jest przeznaczony dla chudych lasek pozbawionych kobiecych kształtów, na których sukienka ze znikomą talią swobodnie spływa po mikroskopijnych biodrach, czyli nie dla mnie, kobiety z figurą pretendującą do klepsydry. Jedyny sklep, gdzie znalazłam sukienki w moim kroju, był Mohito. Z zachwytem spoglądałam na sukienki barwy miętowej, o jakich od dawna marzyłam i nieśmiało sięgnęłam po jedną, obniżoną do 90 zł. Nie było mojego rozmiaru 38, ale 40 leżała też całkiem nieźle. Pokrążyłam jeszcze dalej i w końcu zmęczona i zniechęcona uznałam, że chyba dzisiaj nic nie kupię, bo nic nie było takie, jak chciałam. Na pocieszenie kupiłam sobie gałkę lodów miętowych z czekoladą u Grycana i wtedy wrócił mi humor. Pomaszerowałam z powrotem do Mohito, tym razem sięgając śmiało po cztery różne fasony, wszystkie w kolorze mięty i rozpoczęłam radosne mierzenie. Ostatecznie za namową pani w sklepie wybrałam pierwszą, którą mierzyłam. Pani wybrała się jeszcze na poszukiwania mojego rozmiaru, ale nie znalazła i ja zdecydowałam się ją wziąć w tym, w którym była.


Kiedy wróciłam do domu, zmachana i usatysfakcjonowana sięgnęłam po sukienkę, aby przymierzyć do niej buty i żakiet i wtedy okazało się, że pani przez pomyłkę spakowała mi sukienkę w rozmiarze...36! Nie muszę dodawać, że problem z oddychaniem powrócił. Poza tym leżała doskonale. Plusem tego niefartu było jednak to, że przekonałam się do poszukiwań mojego idealnego 38. Bo skoro wchodzę w 36, to co stoi na przeszkodzie? 
Taki primaaprilisowy żarcik zrobiły mi panie z Mohito, żeby jutrzejszy dzień poświęcić na kolejną wyprawę do Warszawy. A sukienkę i tak kupię, bo jest naprawdę ładna i jeszcze będzie nieraz okazja, żeby ją założyć. Więc może jutro, jak minie prima aprilis, już takich żarcików nie będzie?