poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Bokser i pani premier

Ostatni weekend spędzony na próbie na Śląsku był intensywny i pełen dobrych momentów. Ćwiczyliśmy z panią Basią, mieliśmy nareszcie próbę z mikrofonami i światłami, czyli prapremierę dla najbliższych znajomych (rodziców), świętowaliśmy urodziny Oli S i Judyty, jedliśmy masę pysznych ciast: snickersa, rafaello i tort lodowy :) były też fajne babskie rozmowy wieczorami i wspólna zumba ;) 
W drodze oglądałam dwa filmy biograficzne: o Margaret Thatcher i Jamesie Braddocku.

"Bardzo cię kocham, ale nigdy nie będę jedną z tych kobiet, które tylko ładnie wyglądają, uwieszone na ramieniu męża. Albo stoją w kuchni przy zlewie. Życie człowieka musi coś znaczyć. Więcej niż gotowanie, sprzątanie i dzieci. W życiu musi być coś więcej. Nie umrę zmywając filiżanki."

Film pokazuje słynną polityk jako staruszkę, która przywołuje na pamięć wspomnienia ze swojego życia. Będąc córką kupca, wierzyła w ideały pracy, popierała średnie klasy społeczne i dążąc do władzy, miała na uwadze poprawę ich losu. Film pokazuje też jej walkę o szacunek dla kobiety jako człowieka w świecie mężczyzn. Jednak sukces zawodowy nie zawsze idzie w parze z powodzeniem osobistym: Margaret musi się zmagać z niezrozumieniem rodziny, którą często stawia niżej niż pracę. Do końca życia towarzyszą jej wspomnienia o mężu jako jej najlepszym przyjacielu, nawet wtedy, gdy od kilku lat spoczywa w grobie.
Staranne zdjęcia, różne przestrzenie czasowe oraz fenomenalna gra aktorska Meryl Streep czynią film niezwykłym portretem historyczno-psychologicznym zmarłej niedawno byłej brytyjskiej pani premier.


Jim Braddock (Russel Crowe) jest bokserem, który słynie z niezawodnego prawego sierpowego. Jednak kontuzje ręki i Wielki Kryzys sprawiają, że Jim traci licencję boksera i podejmuje się czegokolwiek, aby utrzymać rodzinę. Nadal myśli jednak o powrocie na ring. W międzyczasie wzmacnia się jego lewa ręka i w najgorszym z momentów znowu otrzymuje propozycję walki. Pokonując kolejnych przeciwników staje w walce o tytuł mistrza świata z zawodnikiem, który słynie z zabijania swoich przeciwników.
Film jest nie tylko portretem słynnego boksera, ale przede wszystkim odpowiedzialnego ojca i męża. Jego żona (Renee Zellweger) wspiera go w każdej walce, chociaż nie potrafi ich obserwować, odczuwając ból zadawany przez ciosy. Braddock staje się inspiracją dla zwykłych ludzi, ponieważ walczył o przetrwanie, pokonując przeszkody czasów kryzysu.

Własne ciasto chodzi za mną coraz mocniej. Dzisiaj kupiłam mąkę i proszek do pieczenia. Brakuje mi tylko żurawiny i banana do ciasta karobowego. Ale jutro skoczę na jakieś zakupy i w długi weekend majowy wreszcie coś upiekę :)

środa, 24 kwietnia 2013

The boat song



Zamieszczam, bo ładne i pogodne :) fajnie, że sobie tak w duecie komponują :)
Dzisiaj po raz trzeci Skalpel :) muszę gdzieś notować, ile razy podjęłam wyzwanie, żeby się motywować. I chyba w końcu się zmierzę, jak radzi Ewa, żeby po miesiącu porównać wyniki :)
Wieczorem ruszamy z dziewczynami na Pragę na rowery. W Warszawie można wypożyczyć rower przez http://www.veturilo.waw.pl/ i pojeździć sobie po mieście :) oby nie padało...

wtorek, 23 kwietnia 2013

Vichy IDÉALIA krem BB

Mój dalszy ciąg przygody z kremami BB: Ula przyniosła mi próbkę z Vichy, żebym sobie sprawdziła odcień. Na zdjęciu poniżej jest już na wykończeniu, ale starczyło mi chyba na 5 razy, więc bardzo wydajna.



Zalety:
-wydajny (wystarczy odrobinę na palec)
-lekka konsystencja,
-przyjemny zapach,
-efekt rozjaśniający,
-nadaje koloru.

Wady:
-niedokładnie kryje zaczerwienienia (stosuję krem do cery naczynkowej pod krem bb, ale i tak na moje różowe policzki muszę kłaść grubszą warstwę)
-szybko zastyga i wtedy się łuszczy
-mocno nabłyszcza skórę i bez pudru ani rusz. Po co rozświetlanie, skoro trzeba je matowić?
-dostępny raczej w aptekach i za spore pieniądze, nawet nie wiem dokładnie jakie, ale w internecie chodzi od 69 zł.

Lubię Vichy, podkład Dermablend był dla mnie idealny, ale na razie, z braku funduszy,  pozostaje mi krem z Astora.

Ps. Po raz drugi zajadam się ciastem marchewkowym i odkrywam to, że to ciasto marchewkowe, po dłuższym czasie ;) smakuje jak piernik i nawet po kilku dniach jest dobre, rzekłabym, że nawet lepsze, niż na początku, bo się "przegryzło" ;) chyba muszę poszukać przepisu.

Karob zamiast czekolady

Będąc w Podkowie w weekend odwiedziłam jak zwykle stoisko ze zdrową żywnością, które pojawia się zawsze podczas zjazdów zaocznych. Kupiłam tradycyjnie mleko sojowe, ale znalazłam też karob. Półkilogramowy woreczek kosztował 6 zł, więc się skusiłam. Już dawno chciałam to wypróbować. Zaczęłam u siebie znajdować objawy uzależnienia od czekolady, więc postanowiłam czymś ją zastąpić. Kolor ten sam, smak prawie ten sam, tylko nie ma szkodliwej kofeiny :)


Drzewo karobu, znane też pod nazwą „Chleb Św. Jana”, rośnie przeważnie w krajach o ciepłym klimacie. Jego niezwykle cenne wartości odżywcze od wieków uznawane są w krajach Śródziemnomorskich. Często ceni się je wyżej niż kakao.
Ziarna karobu, schowane w długich strączkach zwisających z drzewa, są nieocenionym źródłem białka, magnezu, żelaza, wapna, węglowodanów i fosforu, czyli tego, co potrzebne jest do prawidłowego funkcjonowanie każdego organizmu ludzkiego, zwłaszcza dzieci, kobiet w ciąży, matek karmiących, osób osłabionych chorobami, czy ludzi w podeszłym wieku.
Karob w proszku wykorzystywany jest w przemyśle spożywczym jako substytut czekolady. Choć smakiem i wyglądem podobny jest do czekolady, nie zawiera kofeiny i teobrominy oraz kwasu szczawianowego, blokującego prawidłowe wchłanianie wapnia.
Zalety karobu:
1. Poprawia trawienie.
2. Obniża poziom cholesterolu we krwi. Nie zawiera "złego" cholesterolu
3. Działa jako antyutleniacz.
4. Może być stosowany w leczeniu biegunki u dzieci i dorosłych.
5. Zawiera substancję czynną, która skutecznie przeciwdziała astmie. Chleb świętojański jest również stosowany w leczeniu astmy i problemów wywołanych przez alergie.
6. Ma właściwości wykrztuśnie. Polecany jest palaczom – po kilku dniach stosowania zaczynają intensywnie odpluwać wydzielinę z płuc.
7. Nie zawiera kofeiny i jest polecany dla pacjentów z wysokim ciśnieniem krwi.
8. Może pomóc w zapobieganiu raka płuc, jeśli używany jest regularnie.
9. Zawiera witaminy E i jest stosowany w leczeniu kaszlu, grypy, niedokrwistości .
10. Garbniki karobu zawierają kwas galusowy o właściwościach przeciwbólowych, antyalergicznych i antybakteryjnych. Jest również przeciwutleniaczem , działa antywirusowo i antyseptycznie.
11. Jest używany do leczenia polio u dzieci – kwas galusowy .
12. Jest bogaty w wapń i fosfor. Z tego powodu jest on wykorzystywany w walce z osteoporozą.
13. Dodatkowo jest stosowany jako lek na zaburzenia żołądkowo-jelitowe (refluks żołądkowo-przełykowy).
14.Garbniki zawarte w karobie hamują rozwój bakterii w organizmie.

Na Jadłonomii wpadł mi w oko przepis na ciasto karobowe bez jajek, więc jeśli tylko przemogę swoje obawy co do pieczenia ciast i w końcu kupię sobie sodę i mąkę, to ciasto powstanie :) nie mam osobiście nic do jajek, tylko bardzo rzadko je kupuję i 10 sztuk stałoby mi bardzo długo.
A swoją drogą, chyba czas nabyć własny ręczny mikser. Tyle rzeczy można by zrobić, jakby było czym.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Masz wiadomość

Drogi przyjacielu... Lubię zaczynać te listy tak, jakbyśmy przed chwilą przerwali rozmowę. Jak starzy kumple, a nie ludzie, którzy nawet nie znają swoich imion, bo poznali się przypadkiem na czacie. Ciekawe, co dziś napiszesz. Włączam komputer. niecierpliwie czekam na połączenie. Wchodzę do sieci i wstrzymuję oddech, aż usłyszę te dwa słowa „Masz Wiadomość”... Nic już nie słyszę, nawet ulicznego gwaru, tylko bicie własnego serca. Mam wiadomość. Od ciebie. 

Obejrzałam ten film po raz drugi, bo odwiedziła mnie Ola, która go nie widziała. Jest cudny. Dawno nie używałam tego słowa: tak, cudny. Taki cudownie bajkowy i nierzeczywisty, taki pachnący piernikami i cynamonem, taki... Och, no, wiecie. Serce po nim szybciej bije. I ta muzyka... aaaaa.....
A co do treści filmu: przerabiałam już kilka relacji internetowych. Nie polecam. Wszystkie kończyły się potężnym rozczarowaniem w rzeczywistości i bolesnym lądowaniem na tyłku. Na czacie rozmawialiśmy nieraz całymi dniami, a na żywo nie umiałam kompletnie się odnaleźć i tak naprawdę miałam ochotę zwiać. Nic na siłę się nie da. Tylko, do cholery jasnej, jak się da?

Czasami zastanawiam się nad swoim losem. Wiodę skromne życie. Niepozbawione wartości, ale skromne. I pytam sama siebie czy żyję tak, bo lubię, czy może brak mi odwagi? To, co widzę wokół, przypomina mi przeczytane kiedyś książki, a może powinno być odwrotnie? Nie musisz odpowiadać. Chcę tylko wysłać to kosmiczne pytanie w przestrzeń. A więc dobranoc, pustko.


Good job, son.

Rozpoczynamy nowy, dobry tydzień. 
Plan rozpisany, podjęta aktywność. Dzisiaj wznowiłam Skalpel I, bardzo dobry zestaw, schemat podobno do mojego, tylko dużo intensywniejszy i bardziej nakierowany na pracę mięśni. Nie ma obijania, kiedy Ewa prowadzi. 
Zaczęłam też ćwiczyć głos z Sethem Riggsem metodą SLS (Speech Level Singing), bo w najbliższy weekend mamy próbę A4H w Pszczynie. Będzie pani Basia i zajmie się naszymi scenkami, ma być duużo śpiewania, więc trzeba się wzmocnić!
Na moim planie napisałam jeszcze LIC! i dzisiaj dokończyłam pierwszy podrozdział drugiego rozdziału pracy. Mam już 20 stron, hurra! Dobra organizacja i napiszę to błyskawicznie.
Nawet Tymbark mnie dzisiaj pochwalił :)

 

piątek, 19 kwietnia 2013

Kleiczek i basta!


Stanisław Jachowicz

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku.
I przyszedł kot doktor. - Jak się masz, koteczku?
- Źle bardzo- i łapkę wyciągnął do niego.
Wziął za puls pan doktor poważnie chorego
I dziwy mu prawi: - Zanadto się jadło,
co gorsza, nie myszki, lecz szynki i sadło;
Źle bardzo! gorączka! Źle bardzo, koteczku!
Oj długo ty, długo poleżysz w łóżeczku
I nic jeść nie będziesz, kleiczek i basta.
Broń Boże kiełbaski, słoninki lub ciasta!
- A myszki nie można? - zapyta koteczek –
lub ptaszka małego choć parę udeczek?
- Broń Boże! Pijawki i dieta ścisła!
Od tego pomyślność w leczeniu zawisła.
I leżał koteczek; kiełbaski i kiszki
nietknięte; z daleka pachniały mu myszki.
Patrzcie, jak złe łakomstwo! Kotek przebrał miarę,
musiał więc nieboraczek srogą ponieść karę!
Tak się i z wami, dziateczki, stać może:
od łakomstwa strzeż was Boże! 

***
Dzisiaj drugi dzień chorowania, ale już jest trochę lepiej. Zaczęłam jeść kleik. Na pierwszy posiłek zrobiłam wersję neutralną - sama kaszka kukurydziana na wodzie. Minęło kilka godzin i się przyjęło, więc na obiad zrobiłam kleik z gotowanym jabłkiem. Mam już dosyć bezczynnego siedzenia. Wczoraj machnęłam pracę na zaliczenie z religiologii, dzisiaj posprzątałam mieszkanie. Nadal jestem mocno osłabiona, ale powoli wracam do życia, a ruch tylko to przyspieszy. W weekend muszę już być na chodzie, żeby pozaliczać egzaminy.
Postanowiłam zrobić też coś smacznego na młodzieżowy poczęstunek i udało mi się znaleźć bardzo fajny przepis na paprykarz wegetariański. W linkach  po prawej stronie jest bardzo fajna stronka, Jadłonomia, z przepisami wegetariańskimi, które można zrobić ze składników znajdujących się w domu.  
Czuję jednak, że nie zmarnowałam czasu i to w tej niefortunnej sytuacji jest chociaż pozytywne :)

czwartek, 18 kwietnia 2013

Skalpel i przymusowy długi weekend



Na środowym spotkaniu Lidka podpowiedziała fajny zestaw ćwiczeń fitness. Prowadzi je trenerka Ewa Chodakowska. Płytę z zestawami do ćwiczeń można zamówić na stronie http://ewachodakowska.pl/ , ja wystartowałam wczoraj od filmiku na youtube ze Skalpelem. Pół godziny intensywnego treningu, aż pot zalewał mi oczy, ale wytrzymałam. Gorzej było następnego dnia :/ zakwasy to w sumie najmniejszy problem, to można wytrzymać. Nie mam pewności, czy to przeciążone mięśnie brzucha, czy wędrujący przez nasz dom wirus spowodowały objawy grypy żołądkowej :/ Odwołałam zajęcia i spędzam dzisiejszy dzień w łóżku. Nie ma mowy o żadnych ćwiczeniach, nawet przejście z pokoju do łazienki to walka z zawrotami głowy. Piję tylko wodę małymi łyczkami, żeby się nie odwodnić, a przy tym nie zwrócić. Zrobię podejście do pracy zaliczeniowej z religiologii, a potem pewnie się trochę prześpię. Co za fatalny dzień, a jakby dzień później to się objawiło, to musiałabym tylko jedne zajęcia odwoływać :/

środa, 17 kwietnia 2013

Torebka z kokardką


Rozpoznajecie ten charakterystyczny wzorek?;) Tak, to Gucci. Sama nie dowierzam, że jestem właścicielem takiej torby, ale jednak :)
Kiedy kupowałam ostatnio nową torebkę, Dominika radziła mi, że trzeba mieć kilka niedrogich torebek na zmianę, wtedy tak szybko się nie zużywają. Pomyślałam, że przy nadarzających się sposobnościach będę torebki uzupełniać. W przejściu podziemnym do metra można kupić torby za 40 zł, które przy naprzemiennym używaniu wytrzymują długo. Prawdę mówiąc, moja torba też zaczęła się zużywać: popruł się materiał w środku, bo widocznie za bardzo obciążałam kieszonki i trochę paski się rozwaliły. A ma zaledwie 2 miesiące...
Wczoraj idąc na nasze babskie spotkanie weszłam do dwóch ciucholandów, poszukując dżinsów. Nie znalazłam ich, ale trafiłam na tę torebkę. Na wagę wyszło za nią 24,09 zł. Nie wierzyłam własnym oczom, że nikt jej do tej pory nie kupił: wygląda zupełnie jak nowa, nie ma ani jednego zamka czy paska uszkodzonego. Nie jest duża, ale zgrabnie leży na ramieniu. Do tego była jeszcze kopertówka za 12 zł i miałam chwilę zawahania, ale jedna kopertówka leży w szafie i nawet nie pamiętam, że ją mam :P 
Szalenie lubię takie okazje. Instynkt łowiecki wciąż działa :)

Astor Skin Match BB Cream Ivory

Zgodnie z obietnicą piszę o nowościach.
Zupełnie niedawno się okazało, że mój podkład z Vichy właśnie się skończył. Używałam go przez całą zimę, przekonując się do idei podkładu jako ochrony przed mrozami, w myśl równania: krem do cery naczynkowej+podkład= brak zaczerwienionej skóry i jakoś się udało. Spytałam Uli, jaki podkład teraz by mi poleciła, żeby nie wydawać 60 zł. Powiedziała, że na lato lepiej używać czegoś lżejszego, czyli kremu BB. 

Żaden inny kosmetyk nie narobił w 2012 roku tyle zamieszania co krem BB. "Beauty Balm", czy "Blemish Balm", który od lat 80. kochają Azjatki, trafił wreszcie do Europy. Kremy tego typu z powodzeniem zastępują podkład, bo zawierają pigment. Zalet jest jednak znacznie więcej - nawilżają, maskują zmarszczki, ujednolicają koloryt cery i dodatkowo chronią przed promieniami UV. W przypadku cery z niedoskonałościami, regulują wydzielanie sebum, a na większe okazje służą jako baza pod makijaż.
Nie miałam pojęcia, że oryginalne kosmetyki pochodzą z Azji (chociaż Poznanianka o tym już wcześniej pisała, ale mi umknęło), więc po prostu weszłam do Drogerii Natura, obejrzałam wszystkie dostępne kremy (Garnier, Rimmel, Astor), porównałam ceny i ilość (wszystkie po ok. 16 zł, Astor i Rimmel 30 ml, Garnier 40 ml), sprawdziłam odcienie na skórze (ważne: nie sprawdzamy na nadgarstku, bo odcień skóry różni się od tej na policzku, tylko na najbardziej wystającej części policzka - porada siostry z kursu kosmetycznego) i ostatecznie wybrałam Astora, bo był najjaśniejszy. Garnier był większy, ale właściwości matujące to ściema, skóra matowiona przetłuszcza się jeszcze mocniej, bo organizm chce nadrobić braki. Dużo skuteczniejsze są kremy nawilżające.


Krem ma przyjemną konsystencję, tylko trzeba uważać, żeby nie nakładać za dużo, dosłownie kropelkę na palec, bo zamiast dopasowanego do koloru skóry kremu robi się pomarańczowa tapeta. Nie widzę jakiejś specjalnie wybijającej się pozytywnej różnicy, ale i tak jestem zadowolona, że w tej cenie udało mi się kupić lekki podkład na lato.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Nasze kobiece smakowitości

Ola i Kuba postanowili zrobić coś fajnego dla ludzi z naszej młodzieżowej grupy foksalowej i zaczęliśmy robić spotkania damskie i męskie w osobnych gronach. Panowie jako osnowę merytoryczną mają książkę "Dzikie serce", a kobiety "Urzekająca". Już kiedyś o tej książce pisałam. Dużo mi dała w odkryciu swojej kobiecości, a teraz możemy o tym porozmawiać z dziewczynami i mieć też czas na zrobienie czegoś fajnego razem :) zaczęłyśmy pierwsze spotkanie tydzień temu w małym gronie. Dzisiaj było nas więcej i był bardziej zorganizowany czas. Oprócz rozmów na temat pierwszego rozdziału zrobiłyśmy dwie pyszne rzeczy do jedzenia :)

Tarta szpinakowa 
(przepis znajdziecie tutaj)

To moje drugie podejscie do tego przepisu. Tym razem ciasta francuskiego była odpowiednia ilość :) nawet starczyło na profesjonalny znak firmowy ;) dodałam też świeżej mięty, której ostatnio nie było i szpinak był nierozdrobniony, co dało lepszy efekt. Nawaliły tylko suszone pomidory, które po zapieczeniu smakowały jak... żurawina, czyli słodko :P następnym razem trzeba kupować tylko sprawdzone ze słoika, te z torebki są dziwne.

Praliny pomarańczowe z migdałów i kokosa
(przepis tutaj)
Proces przygotowania okazał się bardzo prosty (tj. ja zajmowałam się tartą, więc nie mogę się wypowiedzieć), wystarczyło wszystko zmieszać, zmielić i uformować kuleczki :)


A jutro przy lepszym świetle zrobię zdjęcia nowego kremu i torebki, czyli łupów z dzisiejszego nieplanowanego polowania :P tak, jestem kobietą, kocham przygody ;)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Koran i relacje damsko-męskie


All the people were making fun, because I was reading a Koran.


Wiosna miesza w głowie zupełnie. Trochę słońca zaświeciło i miałam zakręcony dzień: zapomniałam, że odwołano mi jedne zajęcia i zrobiłam kurs tam i z powrotem do Komorowa. I znowu mózg mi się lasuje od nauki. Dzisiaj zgłębiałam Koran. W celach naukowych, oczywiście. Piszę pracę zaliczeniową z etyki i porównuję trzy religie (dwie chrześcijańskie oraz islam) pod kątem podejścia do małżeństwa i rozwodu. 
W tym islamie jest to trochę skomplikowane: według Koranu mężczyźnie wolno jest dwa razy oddzielić się od tej samej kobiety i znowu ją poślubić. Gdy chce on ją poślubić po trzecim odrzuceniu, musi ona w międzyczasie być zamężna i rozwiedziona z innym mężczyzną. Ponowne ożenienie się po trzykrotnym rozwodzie było dość częste. Pomagała w tym instytucja mostahil’a (męża zastępczego lub pomocniczego), który opłacony przez dawnego małżonka zawierał małżeństwo z jego byłą żoną. Zaślubiny z mostahil’em następowało w formie małżeństwa według zwykłego prawa małżeńskiego lub jako małżeństwo czasowe (tzw. małżeństwo mut-a). W pierwszym przypadku kobieta musiała odczekać co najmniej trzy cykle miesięczne do ponownego małżeństwa. Przed Mahometem rozwód ze strony mężczyzny, bez podania powodu, był bardzo łatwy. Wystarczyło, że mężczyzna trzy razy powiedział: Rozwiodłem się z tobą (w jednym ze stanów Malezji uznano za spełniające ten wymóg wysłanie wiadomości SMS o tej treści - okropność). Sprawiało to, że nawet biedny Arab mógł mieć wiele kolejnych żon, gdy po miesiącu współżycia rozwiódł się w taki sposób (nie mógł się rozwodzić tylko wtedy gdy żona była w ciąży).
 Gdyby był tu Błażej, na pewno powiedziałby: "Jeśli tak się sprawy mają, to nie warto się żenić" :P
I jeszcze dobiję cytatem z "Dziennik Bridget Jones. W pogoni za rozumem", którą ostatnio dopadłam:
"Świat randek jest jak jakaś dziwna gra w blefowanie i podwójne blefowanie, a mężczyźni i kobiety strzelają do siebie z przeciwnych stron okopów. Zupełnie jakby istniał pewien zbiór zasad, których wszyscy powinni się trzymać, ale nikt nie wie, jak one brzmią, więc każdy wymyśla swoje własne. Kończy się na tym, że twój facet cię rzuca, bo nie przestrzegałaś zasad, ale jak miałaś przestrzegać, skoro nawet nie wiesz, na czym polegają?" 
Czy na was wiosna też działa rozwalająco?

niedziela, 14 kwietnia 2013

Nowy wiosenny look


Kobieta zmienną jest, więc z okazji zmiany pory roku są też zmiany wygladu na blogu. Tym razem postawiłam na prostotę i kolorystyczny minimalizm, sięgając po odcienie zieleni, usuwając setki zdjęć i enigmatycznych cytatów, pozostawiając jedynie pola absolutnie niezbędne, coby nie tworzyć prostackiej pstrokacizny. Miałam ambitny plan wykonać baner własnoręcznie, ale jestem za mało utalentowana w tym kierunku. Pozostaje więc taki, zapożyczony od bloggera. 
Dzisiaj nastał długo wyczekiwany dzień, kiedy znów stałam się częścią natury i spędziłam prawie 6 godzin na świeżym powietrzu. Wciagnęłam na siebie swój niemiecki mundur i razem z naszą drużyną pojechaliśmy na zbiórkę do Podkowy. Graliśmy w bitwę o flagę, robiliśmy ognisko i piekliśmy chlebki na kiju, czyli w naszym drużynowym slangu: balaski, marzliśmy podczas musztry, gdyż tego dnia pogoda sprzysięgła się przeciwko nam i chmury zakryły niebo... Walczę z objawami przeziębienia i grypy żołądkowej, która położyła moich sąsiadów. Twardym trzeba być.
W tym tygodniu trzeba przysiąść i machnąć dwie prace na egzamin oraz zmobilizować się do licencjata. Ach, wiosna nie pomaga...

piątek, 12 kwietnia 2013

Mały człowiek poznaje świat



Odwiedziła mnie dzisiaj moja mała sąsiadka, Miriam. Była u mnie przez dwie godziny, w tym czasie jej mama, Magda, sprzątnęła mieszkanie i ugotowała obiad w spokoju ;) Miriam była zafascynowana telefonem, który dałam jej do zabawy. Mój stary SE c902 po zdiagnozowaniu przez fachowca wymaga wymiany wyświetlacza, co zupełnie się nie kalkuluje. Chociaż, kto wie, może znajdę jakiś w promocyjnej cenie i go wymienię?...
Miriam ma już półtora roku i jak większość dzieci, jest ciekawa świata. Oczywiście wszystko rozumie, co się do niej mówi, aż sama byłam zdziwiona. "Podnieś", "połóż na miejsce", "chwyć" "spróbuj to zrobić" - wykonuje wszystkie polecenia jak całkiem dorosły człowiek. Oczywiście kiedy ma do wykonania bardziej skomplikowaną czynność, jak np. wetknięcie wtyczki do słuchawek we właściwy otwór, trzeba jej pokazać, jak się to robi i poprowadzić rączki, żeby potem mogła spróbować sama. To było dla mnie niezwykłe przeżycie. Na początku przenosiłam ją jak lalkę, ale potem zrozumiałam, że wystarczy powiedzieć "chodź, daj rączkę" i pójdzie za mną. To jest naprawdę mały człowiek, który przeżywa wszystko tak samo, jak my i musi się uczyć różnych rzeczy. Nie jestem fanem dzieci, ale ich zdolności poznawcze mnie fascynują.

You might also like...

Dawno już miałam chęć umieścić tajemniczy widget poniżej moich postów, który wyświetla linki do postów o treści podobnej do opublikowanego, o tak, jak tutaj:

Próbowałam wszelkich sposobów, szukałam w gadżetach bloga - bez skutku. Ale od czego jest wujek Google? Pewna życzliwa niewiasta udostępniła zgrabnie zmontowany instruktaż złożony ze zrzutów ekranu, dzięki któremu krok po kroku dodałam gadżet do bloga :)
Postanowiłam wyrazić swoją wdzięczność w komentarzu i przeglądając listę znalazłam poniższy wpis:

Oo, to jest to! Tekst po polsku, a nie jakiś "You might also like" ! Tylko gdzie to teraz wstawić? I znowu wujek Google dał zagadkową odpowiedź z forum blogowego, dostępną dla wybranych, którą musiałam złożyć, kojarząc fakty:

 Efekt końcowy widać poniżej :)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Apple to religia?

Wreszcie się udało: zaktualizowalam Mac OS do Snow Leoparda. Ileż z tym było przebojów: deal z dyskiem na stacji metra pomiędzy dwoma kursami, wczorajsze wydeptywanie Saturna w bezskutecznym poszukiwaniu płyty dvd dual layer sztuk jeden, a nie dziesięć, dzisiaj jakies perturbacje z pendrive jako dysk systemowy... Pewnie mówię jakimś slangiem, ale tak było. Upgrade odbył się zaocznie, tylko Piotr wysłał mi raport, że wszystko w porządku i nawet pliczku nie wymazał. Po tylu przebojach z formatami dysku, gdzie trzeba było dziesiąty raz wgrywac ulubione programy, zaczynam doceniać mojego makusia. No masz, jak ja go nazywam... Piotr opowiadał o artykule, gdzie porównywano użytkowników Apple do wyznawców jakiejś religii. Możecie przeczytać tutaj. Ich świątynią jest iSpot, który też wczoraj odwiedzilam. Ale ja jestem zbyt słabo zaawansowana technologicznie, żeby wielbic jakieś maszyny. Dla mnie komputer wiele się od innych nie różni, poza tym, że jest cienki i srebrny z blyszczacym jablkiem. Czy to zaraz jakiś powód do szpanu? 
Fakt, odczuwam pewien rodzaj dumy, gdyż jest to mój pierwszy komputer kupiony za własne zarobione pieniądze: nie na spółkę z rodzeństwem, nie odziedziczony po kimś jako przejściowy, tylko mój własny i to nie pierwszy lepszy, tylko prawdziwy, porządny sprzęt. Współczesne pokolenie posiadaczy tabletów od 15. roku życia zapewne tego nie doceni. Ale dla mnie to jest wydarzenie. 
Kiedy tak wczoraj zmęczona wróciłam do domu, nie kupując tego, czego szukałam, ogarnęła mnie dawno niespotykana melancholia. Marzyłam, żeby z kimś pogadać i po prostu się wyżalić. Odezwał się kolega, taki jeden, z którym chodziłam do podstawówki i miałam z nim dobry kontakt do jakiegoś czasu, i tak wyżaliłam się jemu. Zareagował  jak Rozum, zupełnie, jakbym z nim samym rozmawiała: próbował mi tłoczyć rozsądne argumenty odnośnie kupna komputera, tyle że on nie jest fanem Apple'a jak Rozum. Do tego docinał podobnie jak on, więc tylko mnie zdenerwował, a nie miałam siły na dyskusję. Przyszedł mi wtedy ponury wniosek do głowy, że takie rozmowy do niczego nie prowadzą, jak i z Rozumem do nieczego nie doprowadziły. Wirtualne przepychanki słowne, ot i wszystko. W prawdziwym życiu raczej nie o to chodzi. W ogóle jakieś błyskotliwe dyskusje czy nocne rozmowy straciły swój urok. Filmy romantyczne też już tak nie ruszają. Nie mam siły niczego z siebie wykrzesać. Czyżby serce umarło?
Niech już w końcu przyjdzie ta wiosna, zanim zimowa depresja pochłonie mnie do reszty.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Radom - II kurs drużynowych

Chyba w końcu zaczyna się wiosna. Słońce świeci jak szalone, śnieg na chodnikach stopniał i słychać coraz wyraźniej ptaki. To dobre znaki.
Wróciłam wczoraj z kursu dla drużynowych w Radomiu. Tym razem przyjechało sporo młodzieży w wieku 15 lat, którzy mają być przyszłymi zastepowymi. Była świetna atmosfera. Wyjątkowo nie byłam za nic ważnego odpowiedzialna, tylko pomagałam przy nabożeństwie, więc mogłam w spokoju słuchać. Oczywiście mało i niewygodnie się spało, a pod prysznicem była tylko zimna woda, ale to tylko dwa dni;) mieliśmy też ciekawe zadania na grze terenowej: przeprowadzaliśmy starsze panie przez ulice, szukaliśmy pojemników do segregacji odpadów i wręczaliśmy kanapki. Tym sposobem zwiedziliśmy Radom w małej części i przekonaliśmy się, że gdyby były tam zakłady przemysłowe, to miasto wyglądałoby bardziej dostatnio, a tak śmieci walały się niemal wszędzie i "niczego nie było" jak mówili niektórzy przechodnie.
Dla siebie odkryłam też nową/starą piosenkę. Taki nieoficjalny przebój z pobudki. Ma kapitalny tekst i aranżację, a jak pogrzebałam więcej, to się okazało, że Strachy na Lachy mają więcej ciekawych teledysków. To jest to: siła polskiej muzyki!


Dzień dobry, kocham cię
Strachy na Lachy

Bo chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Jak te dwa łyse kamienie nad rzeką
Chodzi o to
By pierwsze chciało słuchać
Co mu to drugie
powiedzieć chce do ucha:
Że po mej głowie ,
czasem się ich boje .

Chodzą słowa nie do powiedzenia...
Nie-do-powiedzenia
Chodzą słowa nie do powiedzenia...
Nie-do-powiedzenia

Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej Dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie

Tu chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Kiedy długo drugie
nie widzi pierwszego
Bo gdy siedzi człek samemu z czarnymi myślami
Człowiek rzuca słu-chaw-ka-mi
Rzuca słuchawkami

Bo chodzi o to by od siebie
nie upaść za daleko
Nawet jeśli czasem między nami wykipi mleko
Choćbyś nawet i wieczorem zasypiała zdołowana
Chciałbym ci zaśpiewać z ra-na
Móc ci zaśpiewać z rana

Kochana...

Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej dzień dobry
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje
Dzień dobry
Kocham cię
To zapyziałe miasto niech o tym wie
Dzień dobry
Kocham cię
Już posmarowałem tobą chleb
Dzień dobry
Kocham cię
Nie chce cię z oczu stracić więc
Jeszcze więcej Jeszcze więcej Jeszcze więcej
DZIEŃ DOBRY
Kocham cię
Podzielimy dziś ten ogień na dwoje

Para-moje
para-twoje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
We dwoje

Para-moje
para-twoje
Onomatopeiczne
Paranormalne
Paranoje
We dwoje 

czwartek, 4 kwietnia 2013

Dwustronny laptop istnieje!

Czas zdementować pewne plotki, które powstały na mój temat. Prawda wyszła na jaw.
Dawno temu, kiedy jeszcze śpiewałam w Chofeszu, była taka próba w Pszczynie, na którą przyjechał Maniek perkusista. Wieczorem, żeby się zrelaksować, oglądaliśmy film, tylko Maniek siedział z drugiej strony. Nawiązał się taki dialog:

Ja: Dlaczego tam siedzisz?
Maniek: Bo ja oglądam z drugiej strony.
Ja: Ee, jak to?
Maniek: Normalnie, to jest dwustronny laptop.
Ja: Nie wkręcaj mnie, nie ma czegoś takiego.
Maniek: No sama zobacz.
Daniel albo Jonasz: Nie podpuszczam cię, ale nie zajrzysz za ekran...
Ja: Nie wierzę wam, ale tak mnie korci... zagląda za ekran
Wszyscy: Hahaha, Kika uwierzyła w dwustronnego laptopa! ogólna polewka i niekończące się żarty powtarzane pokoleniom

I w ten sposób przylgnęła do mnei opinia, że łykam wszystko jak młody pelikan, aż do dzisiaj, kiedy to odkryłam jakże szokującą wiadomość: dwustronny laptop istnieje! Możecie zobaczyć tutaj.



Po tym wydarzeniu Daniel napisał:
"Karolina Harasim - wizjonerka, polski Steve Jobs. Już w 2007 roku zaprojektowała pierwszego dwustronnego laptopa. Dzwonił do mnie Tim Cook z Apple'a. Mogę podać twój numer? :) " 
Odpisałam: "Możesz, niech wyśle model promocyjny do testowania;)"
No i wysłał ;) 

środa, 3 kwietnia 2013

Life is an adventure

"Zapytam cię o jedną rzecz:
Czy ty byś przeszedł dla mnie do Play?"
(parafraza tekstu "Wierzę temu" z musicalu "Precedens")

Mój urlop dzisiaj się skończył i nie pozostało mi nic innego, jak wracać Polskim Busem do Warszawy. Zima nie ominęła Podkarpacia i dzisiaj o 4 rano też zaczął padać śnieg. Szybko nie zajedziemy, a według moich obliczeń miałam zdążyć do pracy na 14.45. No, zobaczymy, jak warunki na drodze pozwolą.
Dzisiaj jadąc do Rzeszowa sluchalam historii jednego pana. Opowiadał, jak był w wojsku podczas wojen na Bliskim Wschodzie, jak handlował z Arabami, jak podczas zimy stulecia jechał po pomoc plugiem snieznym z Polanczyka do Ustrzyk,  jak rok temu wyjechał do pracy przy kapuscie do Niemiec, która rosła obok elektrowni atomowej przy Monachium i jak taka napromieniowana kapusta trafia do Lidla w Polsce (brr, chyba nigdy nie kupię kapusty kiszonej w Lidlu). Aż trudno było uwierzyć, że jeden człowiek tyle przygód przeżył, a jeszcze na koniec powiedział, że chociaz ma 70 lat, to jeszcze by wyjechał gdzieś do Norwegii do pracy, bo trzeba korzystać z wszelkich możliwości.
Ludzie to jednak gatunek niezniszczalny. Przyznam, że czasem się boję o przyszłość, czy sobie poradzę, a takie historie jednak potwierdzają, że trzeba mieć trochę odwagi, a powiodą się najśmielsze inicjatywy. Kilka dni temu czytałam, jak Mojżesz i Aaron, mający 120 lat, wspinali się na szczyt góry i byłam pod wrażeniem, jak długo zachowali formę. To jest mobilizacja!
Moja siostra dostała wczoraj pracę po długich poszukiwaniach, więc wszystko w końcu się dobrze układa:)
Życie jest przygodą, a życie człowieka wierzącego - największą ze wszystkich:)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Odważni

Courageous
Casting Crowns

We were made to be courageous
We were made to lead the way
We could be the generation
That finally breaks the chain
We were made to be courageous
We were made to be courageous

We were warriors on the front lines
Standing, unafraid
But now we're watchers on the sidelines
While our families slip away

Where are you, men of courage?
You were made for so much more
Let the pounding of hearts cry
We will serve the Lord

We were made to be courageous
And we're taking back the fight
We were made to be courageous
And it starts with us tonight

The only way we'll ever stand
Is on our knees we're lifting hands
Make us courageous
Lord, make us courageous

This is our resolution
Our answer to the call
We will love our wives and children
We refuse to let them fall

We will reignite the passion
That we buried deep inside
May the watchers become warriors
Let the men of God arise

We were made to be courageous...

Seek justice
Love mercy
Walk on
Be with your God

In the war of the mind
I will make my stand
In the battle of the heart
And the battle of the hand / x 2

We were made to be courageous...
Lord, make us courageous

***

Pewnie już pisałam o tym, ale znalazłam ten tekst i znowu mnie natchnęło. Może jestem naiwną idealistką i oczekuję nie wiadomo czego od życia, ale wierzę, że istnieją tacy mężczyźni, jak w tej piosence. Tacy wojownicy, którzy walczą o swoje rodziny, którzy stawiają czoła złu i są nieustraszeni, gotowi przeżyć przygodę i uratować księżniczkę. Nie mocni w gębie, albo tacy, którzy nie wiedzą, czego chcą i kierują się tylko popędem seksualnym, nie aroganccy, nie lansiarze, nie cynicy, nie sceptycy, nie filozofowie, nie świętoszkowaci próżniacy... Długo by wymieniać. 
Myślę, że rozumiecie, jak to działa. Cywilizacja czyni mężczyzn osłabionymi, ograbionymi z męskości, na dodatek narzuca im się zupełnie odmienne standardy męskości i czują się w tym pogubieni. A mi się wydaje, że to jest proste, chociaż z drugiej strony niezwykle wymagające: życie w zgodzie z naturą, z ludźmi, siła, uczciwa praca, pokonywanie słabości, bycie wzorem i autorytetem, mądre kierowanie innymi. Potrzeba takich mężczyzn, zawsze.


Osternmontag

Przed przyjazdem do domu kupiłam nową grę familijną: karcianą wersję "Osadników z Catanu". W Empiku kosztowała 39 zł. Podobno wersja planszowa (oryginalna) jest rewelacyjna, ale na razie nie byłam dość przekonana, żeby inwestować 130 zł. Natomiast karty można zabrać wszędzie ze sobą i też jest dobra zabawa. Gra uczy strategicznie myśleć i nie trwa zbyt długo, więc partię można rozegrać w godzinę.Nawet Ronia szybko się nauczyła i grała z nami.
W domu nadrobiłam też zaległości w najnowszych animacjach: obejrzeliśmy Madagaskar 3. Przyznam, że mało uważnie oglądałam, bo miałam uruchomiony czat w telefonie, ale pomysł był całkiem niezły i całkiem fajna akcja. Poniżej piosenka, która mi wpadła w ucho.




Dzisiaj Lany Poniedziałek i Prima Aprilis. Nikt porządnie mnie nie oblał, nie licząc taty i jego spryskiwacza z EM i porządnie nie nabrał, nie licząc Tygrysa i jego wkręty o aresztowaniu. Chyba robię się stara i nudna i nikt mnie nie lubi.