czwartek, 29 sierpnia 2013

Ogórek zielony ma garniturek.


Grafika z profilu Moniki Rachwalak


Co dobrego można zjeść w domu? Ciasto śliwkowe. Mama piecze takie drożdżowe, półkruche, z masą śliwek na wierzchu, posypane cukrem pudrem. Zazwyczaj jem to ciasto jak chleb. Jest tak pyszne, że nie umiem powiedzieć sobie: dość ;)
Miesiąc temu kisiłam ogórki. Teraz mama otworzyła słoik i okazało się, że wyszły rewelacyjne: idealnie twarde, chrupiące, o smaku czosnku i chrzanu, a wszystko z naszego ogródka. Jest satysfakcja :) 

środa, 28 sierpnia 2013

Wild South-East.

Dobrze jest być znowu w domu. Nie wiem tylko dlaczego, kiedy przyjeżdżam, zawsze dopada mnie jakieś dziwne drapanie w gardle. Nie byłam chora do tej pory. Może jestem na coś uczulona.
Tradycyjnie już skosiłam pół trawnika, tym razem bez opalania się, bo lato powoli się kończy i upałów nie ma. Mama ogarniała kosiarkę żyłkową, a babcia pieliła ogródek. Każdy zajęty, a tata chodzi jak dyrektor i ustawia robotę. Ten to się umie urządzić :P
Na facebooku pojawił się album ze zdjęciami z obozu, nareszcie jest ruch na stronie. Otrzymuję 60 powiadomień w ciągu kilku godzin. Szaleństwo :P
Dzisiaj oglądałam czasopismo "Cztery kąty" z różnymi aranżacjami mieszkań. Ech, chciałabym mieć własny dom. Mógłby być stary i odrapany, z cieknącym dachem. Mógłby być zupełnie nieduży, ale mój własny. Mogłabym wydawać pieniądze na remont, a nie na czynsz. Dzisiaj znalazłam taki tekst w Biblii, że Bóg samotnym daje dom. Może jest szansa?...

A Serce znów naciska na rozum: zaakceptuj go, no nie daj się namawiać, wreszcie trafił się ktoś zupełnie normalny i na poziomie. Gość jest fajny, ma dobry zawód, jest ambitny, poukładany, pogodny, może trochę sztywny momentami i ma szablonowe teksty, ale na pewno można go rozkręcić. Lubi podróże. Jest ciekawy świata. Patrzy na widoki i go to rusza. Lubi muzykę, miał z nią coś do czynienia. Akceptuje twoje zajęcia. Docenia twoją twórczość. Pamięta twoje teksty. Szanuje wysiłek i wiedzę. Nie mieszka na drugim końcu świata, tylko zaledwie kilka kilometrów dalej. Zrób coś, wysil się. Nie można czekać całe życie na księcia z bajki, masz księcia jak trzeba. Nawet wygląda rasowo. Ma fantastyczny lekki zarost i takie zabawne lekko skośne oczy. Jest zawsze dobrze ubrany i ma obłędne perfumy. No, już, już, już, niech już będzie jutro...

Na pewno znacie i słuchacie, ale zamieszczam, bo jest coś ciekawego w tym głosie. Przesłuchałam całość, dawno nie było takiej muzyki.
Polecam. 
Kika.





wtorek, 27 sierpnia 2013

Nasze podróże będą kiedyś niebezpieczne.



Żyjemy tylko podróżami
Anna Jurksztowicz i zespół FANT

1. Nasze podróże były kiedyś małe
mieściły się pod stołem całe
nasze podróże kiedyś na czworakach
nasze podróże dookoła trzepaka
nasze podróże kiedyś tylko w słowach mamy
na dobranoc tak chętnie słuchanych
nim ruszymy papierowym samolotem
opowiemy wam o nich trochę

Ref.
Żyjemy tylko podróżami
Żyjemy tylko pod-różami
podróżami z kolcami
po-dróżami herbacianymi
pod-różami jak aksamit
podróżami jedwabnymi
niech zostanie to między nami.

Chcemy mieć życie usłane podróżami / x4

2. Nasze podróże będą kiedyś duże
obejmą dzieje zastygłe w marmurze
nasze podróże będą kiedyś fantastyczne
w łodziach Wikingów przez wody magiczne
nasze podróże będą kiedyś niebezpieczne
tylko najpierw podrośniemy troszeczkę
nim wyruszymy jumbo-jetem albo busem
zaprzyjaźnimy się z globusem.

Ref.
Żyjemy tylko podróżami...

***

Wariactwo z tymi podróżami, ale znów jestem w drodze, tym razem do rodziców. Mama ma dzisiaj urodziny, akurat dobra okazja na odwiedziny. Zdążyłam w ostatniej chwili na busa. Wymyśliłam sobie, że jeszcze z rana załatwię reklamację biletu grupowego i zasuwałam na Dworzec Wschodni, zmagając się z opóźnionymi pociągami, tramwajami, paniami w kasie, na szczęście metro znów kursuje normalnie, bo inaczej bym nie zdążyła. Siedzę na przednim siedzeniu (co za radość) i odreagowuję. Przede mną tydzień nicnierobienia i nieodpowiedzialności. Wakacje!

Spotkałam się po południu z kolegą z podstawówki, Radkiem. Nie widziałam go chyba od matury, czyli już jakieś 8 lat. W międzyczasie mieliśmy jakiś kontakt internetowy, więc mniej więcej na bieżąco wiedziałam, co się u niego dzieje. Ale ponieważ byłam przejazdem w Rzeszowie, to zgadaliśmy się na mieście, poszliśmy "na piwo", a właściwie na pizzę i chwilę sobie pogadaliśmy. 
Radek wiele się nie zmienił, poza tym, że zapuścił włosy do pasa i przytył 15 kg. Pracuje razem z bratem w firmie pod Rzeszowem, mieszka tymczasowo po rozwodzie u rodziców, ma swój samochód i nadal gra w gry online i słucha metalu. Poza tym pozostał tym samym przyjaznym człowiekiem, z którym się swobodnie rozmawia. Szkoda, że sobie tak skomplikował życie tym rozwodem. 
Wracając z Rzeszowa jechaliśmy jakąś boczną drogą przez Niechobrz, całkiem miłym skrótem przez ładną, górzystą okolicę. Chyba pierwszy raz w życiu tędy jechałam. Fajnie jest odkrywać nowe drogi.
Jak będę wracać, chętnie spotkam się z innymi znajomymi. Ktoś chętny? :)




niedziela, 25 sierpnia 2013

Od pustelni do pałacu - JG 2013, cz. 3

07:00 Pobudka jest straszna. Ale trzeba wstać, żeby zacząć dzień. Tego dnia w rankingu ubrań zwycięża brązowa spódnica. Marzę o tym, żeby wyjechać jak najszybciej, tylko nigdzie nie widzę Areczka, żeby go spytać, o której mamy być gotowi.
08:45 Poranny wykład zaczyna się wcześniej, bo Micah musi wyjechać. To, co najbardziej utkwiło mi z tego wykładu, to wyjaśnienie znaczenia słowa "wiara". W języku hebrajskim ma ono trzy elementy: przekonanie o słuszności, niezachwianą pewność i zaufanie połączone z poddaniem. Wierzyć nie wystarczy być przekonanym. Trzeba podążać za tym, w co się wierzy i być poddanym Temu, w kogo się wierzy.
09:45 Ludzie zaczynają się zbierać, jedni idą na mecz, inni na wycieczkę w góry. Miotam się, bo nie wiem, co ze sobą zrobić. Wpadam na pomysł, żeby nauczyć dziewczyny belgijki. Wychodzi Arek w pomarańczowej koszuli (moja teoria, że nosi tylko błękitne, pada w tym momencie, ale koszula jest świetna), chowa moje bagaże do auta i gdzieś znika.
10:00 Dowiaduję się od Jarka, że Arek planuje wyjechać po obiedzie. Spontanicznie decyduję się zatem na wycieczkę w góry, tak jak stoję, w balerinach i spódnicy, którą podwiewa przy wietrze. Będę oryginalna, a co.
10:30 Pojechaliśmy na wycieczkę do Staniszowa, niewielkiej wioski w pobliżu Jeleniej Góry. Wspinamy się na Witoszę, skaliste wzniesienie, głównie po schodkach. Jest też tam sporo jaskiń rumowiskowych, w jednej z nich mieszkał przed laty pustelnik.
11:30 Na wierzchołku oglądamy panoramę Karkonoszy, Śnieżne Kotły. Nasi przewodnicy, wujek Andrzej i pan Zbyszek, opowiadają historyczne ciekawostki. Część grupy, w tym moja siostra, odłączają się, bo spieszą się na pociąg. My kontynuujemy spacer, schodzimy w dół zbocza, ścieżką przyrodniczą.




12:30 Przemieszczamy się do pałacu, w którym zrobiono restaurację i hotel. Pałac jest otoczony pięknym parkiem. Razem z Kariną zrobiłyśmy sobie masę zdjęć :) 

Happy tree friends


Zdjęcie, które miało nie ujrzeć światła dziennego :P ucieczka z wariatkowa :P

"Żyjemy tylko podróżami,
żyjemy tylko pod-różami,
pod-różami z kolcami..."

"Bo ja jestem wielka dama,
w szkole same szóstki mam,
wiersze nawet piszę sama
i języki obce znam" :P

"While I'm alone and blue as can be
dream a little dream of me."





14:20 Jesteśmy z powrotem, w sam raz na obiad. Tym razem też pyszności: risotto z pieczarkami. Piszę do Arka, że już wróciliśmy, bo zdaje się, że miał być na boisku.
15:00 Schodzi Areczek, ziewa i mruga oczami, właśnie się przebudził. Poszedł spać o wpół do czwartej. Rozmawiamy sobie przez najbliższe pół godziny, siedząc na ławeczce przed kościołem: o pracy, studiach, o musicalu, o pasjach. Robi się dobre porozumienie. Po jakimś dłuższym milczeniu orientujemy się, że czas się zbierać. 
15:30 Siedzimy przy stole nad kanapkami z dżemem. Przychodzą kolejne osoby, rozmawiamy, żegnamy się, jemy, robimy kanapki, czekamy na Żanetkę, która wraca z nami do Warszawy. 
16:30 Ruszamy nareszcie. Podróż zapowiada się fajnie: trochę się poznaliśmy, mamy wspólne tematy. Na wyjeździe z Jeleniej tworzy się zator, posuwamy się wolno, Jarek pokazuje zdjęcia z wieczorku na wesoło, oglądamy, śmiejemy się. 
18:30 Dojeżdżamy do Wrocławia, zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Ruszamy dalej, ale okazuje się, że źle skręciliśmy i wjechaliśmy na autostradę do Katowic.
19:00 Szukamy drogi z powrotem na trasę, jedziemy opłotkami. Arek robi dobrą minę do złej gry, śmieje się i mówi: "Oglądajcie widoki, bo prawdopodobnie nigdy już tędy nie pojedziecie." Śmieję się też, nie będę go dobijać. Ostatecznie nie spieszy mi się aż tak bardzo, a przygody w drodze to w sumie nieunikniona sprawa.
19:30 Wracamy do tego samego miejsca, czyli stacji benzynowej. Wjeżdżamy na właściwą trasę. Mijamy most ze stalowymi linami, na tle nieba i zachodzącego słońca wygląda pięknie. Arek przyciska konkretnie i od tej pory już prawie nie zwalnia poniżej stówki, no, może tylko, jak widzi radiowozy. A tych minęliśmy chyba z dziesięć na trasie. 
21:00 Robimy się głodni, ja wyciągam kanapki, częstuję Jarka, Arek wyjmuje serek i kieruje jednym palcem, jedząc w tym samym czasie. Chyba wjechałam mu na ambicję poprzednimi opowieściami o znajomym, który nalewał herbatę w trakcie jazdy i kierował kolanami. Nie, nie boję się, bo prowadzi naprawdę dobrze, ale lekki dreszczyk adrenaliny jest. Żanetka przez większość drogi śpi, może i dobrze, bo nie widzi większości wyprzedzanych samochodów. Ja też po pewnym czasie wolę zamknąć oczy, żeby się nie spinać.  
22:30 Kolejny postój na stacji benzynowej. Kupuję cukierki Ice, bo dawno miałam na nie ochotę. Arkowi oczy się świecą na ich widok. Mężczyźni to łasuchy :P 
23:00 Przez okno wpadają nieprzyjemne zapachy. Arek narzeka: "No nie, znowu ta hodowla pieczarek" i odwraca się do mnie. Pamiętał, jak w tamtą stronę o tym mówiłam.
00:00 Poniedziałek. Dojeżdżamy do Brwinowa i wysiada Jarek. Mkniemy pewnie do Michałowic.
00:15 Pilotuję po małych uliczkach Michałowic. Niepotrzebnie wspominam o gościu, który zamiast omijać progi, to jechał po chodnikach, bo Areczek też musi spróbować. Dojeżdżamy do domu, żegnamy się, Arek z Żanetką jadą do Warszawy.  
00:30 Czas na sen. Ola do mnie przyjechała godzinę wcześniej i już śpi. Zostawiła mi kartkę, żeby nastawić jej budzik na 7, bo telefon jej padł. Przed snem snuję refleksje i porównuję mój pobyt w Jeleniej przed czterema laty z aktualnym. Drugi raz w Jeleniej nie był może tak pełen wrażeń, a wycieczka nie tak spektakularna, ale na pewno było o wiele milej. 


sobota, 24 sierpnia 2013

Każdy z nas to precedens. - JG 2013, cz. 2



07:00 Rozpoczynamy dzień. Wszędzie rozlega się warkot suszarek, lustra i prysznice są okupowane. 
08:15 Waham się między założeniem letniej sukienki bez ramion a spódnicy z bluzką, bo temperatura nie nastraja optymistycznie. Zwycięża jednak sukienka, a w środku powtarzam sobie: "jest lato, jest ciepło". I w jakiś magiczny sposób jest mi ciepło.
09:30 Rozpoczyna się nabożeństwo. Duża sala zapełnia się w całości ludźmi. Podczas kolejnych ogłoszeń w trakcie nabożeństwa zaczynam wpadać w panikę: nasz koncert jest przesuwany z godziny na godzinę :P 
11:00 Kolejne kazanie Micah Campbella. Ominęłam jedno, w piątek wieczorem, bo mieliśmy próbę. Mówił o Nehemiaszu i odbudowywaniu murów Jeruzalemu. Porównał to do naszego życia: musimy uświadomić sobie nasz stan, pozwolić Bogu odbudować nasze ruiny, wystawić się na Jego działanie i być świadkami Jego działania wobec innych. 
12:15 Krótkie zebranie zespołu z tyłu. Nasz menager uspokaja i podaje jedyną oficjalną godzinę rozpoczęcia koncertu: 18.00. 
12:30 Biegniemy na obiad. I znów rewelacyjne ziemniaczki, mizeria, gulasz, kotleciki. Życie jest piękne ;)
13:00 Rozpoczynamy charakteryzację. Aga i Judyta pracują nade mną jednocześnie: Aga robi makijaż, Judyta czesze.
13:30 Wyruszamy samochodami do teatru przy Parku Zdrojowym. Jedno z piękniejszych miejsc w Jeleniej Górze. Nie mamy czasu na zwiedzanie, bo zaczynamy próbę.



Sala w jakiej graliśmy, była chyba najpiękniejszą, w jakiej byliśmy. Śliczne białoniebieskie krzesła, w ogóle wystrój biało-błękitny. Wyglądało jak mała opera z balkonem, lożami, śliczne garderoby. Techniczne atrakcje: pełne oświetlenie i nagłośnienie, wszyscy mieli mikroporty na głowy.
16:00 Podczas gdy my mieliśmy próbę, na 2 godziny przed koncertem zjazdowicze wyszli z zaproszeniami i zapraszali ludzi na koncert.
18:00 Sala pełna ludzi, 70 % ludzi na sali to byli ci z zaproszeń. Brakowało miejsc, a sala na 250 osób. Nasi ustępowali miejsca, niektórzy siedzieli na podłodze. Koncert się rozpoczyna!
19:00 Końcowe oklaski, rozmowy z ludźmi. Była rozdawana literatura, oczywiście potem ludzie podchodzili, rozmawiali, gratulowali. Czuliśmy się jak po premierze. Faktycznie, było to premierowe wykonanie z angielskimi napisami dla naszych gości. Jak dobrze jest grać! Aa, i Erni dał radę ;) wiadomo, miał tylko 3 kwestie i jedną, ostatnią piosenkę do opanowania, ale i tak fajnie sobie poradził :)
20:00 Jesteśmy z powrotem w kaplicy, czeka kolejna rewelacyjna kolacja, a potem program wieczorny i podziękowania. Zaczyna mnie potwornie boleć głowa i nawet oklaski stają się uciążliwe.
21:30 Część osób się rozjeżdża, a reszta zostaje na wieczorku na wesoło. Wpadam tylko na chwilę, bo nie jestem w stanie wytrzymać hałasu.
23:30 Po całodziennym trudzie zasypiamy. W kaplicy jeszcze grają na gitarach i trudno ich uciszyć.

piątek, 23 sierpnia 2013

Siedzimy, nic się nie dzieje... - JG 2013, cz. 1


Podróż do Jeleniej i perypetie z nią związane. Historia w trzech odcinkach.

23:00 Jeszcze czwartek. Włączam sobie filmy na kompie, czekam na wyjazd. "Odlot" jest zaskakujący. Przypomina mi się obóz po tekście: "Czuwaj i witaj, mam na imię Russel".
00:01 Piątek. Skończyłam oglądać "Odlot" i włączam "Gdzie jest Nemo", żeby nie zasnąć. Areczek odzywa się na fb i pisze: "Się nie kładziesz? :P " Nie opłaca się, za dwie godziny jedziemy. O Areczku pisałam jakiś czas temu i z tego, co do tej pory udało mi się o nim ustalić, jest rok starszy ode mnie (chociaż wcale nie wygląda). Jest pozytywnym hipsterem i jeździ 25-letnim Golfem 2, przerobionym na gaz. Autko z wierzchu wygląda niepozornie, ale na trasie okazuje się, że naprawdę daje radę i wyciąga oszałamiające prędkości, a koszty paliwa są śmiesznie małe, dzięki czemu mój przejazd był dwa razy tańszy, niż pociąg.
02:07 Schodzę z bagażami przed dom. Przyjeżdżają chłopaki, są zaskoczeni, że jestem w tym samym momencie, co oni. Ładujemy się do samochodu.
02:15 Pomykamy już w kierunku Janek i wypadamy na trasę. Areczek-tradycjonalista nie używa GPS, tylko mapy. Ma rozpisane wszystko na karteczce, a w razie wątpliwości wydobywa swój atlas samochodowy w skórzanej oprawie, w największej ostateczności uruchamia mapy Google w telefonie. Twierdzi, że GPS wyłącza myślenie i chociaż nie skreśla możliwości, że kiedyś kupi sobie to urządzenie, na razie go nie potrzebuje. Podzielam jego pogląd w tej sprawie.
03:00 Podróż upływa w atmosferze umiarkowanej konwersacji. Arek z Jarkiem rozmawiają na przodzie między sobą, czasem coś wtrącę do tej rozmowy, ale ponieważ silnik huczy, a mój umysł dawno przestał pracować, nie jest to na najwyższym poziomie konwersacja. Zresztą, nie znam ich za dobrze, do tej pory Jarka mijałam tylko, jak odwiedzał moich sąsiadów, a z Arkiem zamieniłam kilka zdań na campie i ze dwie rozmowy na fb, więc wspólnych tematów mamy naprawdę niewiele. Próbuję zasnąć, ale jakoś nie potrafię.
05:00 Obserwujemy wschód słońca. Dojeżdżając do Wrocławia trochę się gubimy w zjazdach na właściwą drogę, ale Areczek szybko to nadrabia, mknąc nieubłaganie do przodu.
06:00 Wjeżdżamy na drogę do Jeleniej Góry. Wiedzie przez pola, wzgórza, stare domy, pałace. Jesteśmy oszołomieni, że dotarliśmy na koniec świata. Niektórych zaczyna zatykać ciśnienie.
07:30 Po krótkim kluczeniu uliczkami Jeleniej docieramy na miejsce, akurat w porze śniadaniowej. Rozpakowujemy bagaże - chłopcy idą na słynny strych, a ja do małej kaplicy, gdzie chodzi od rana ogrzewanie. Noc była zimna, jak opowiadają uczestnicy. Niewiele ich jest, jakoś tak słabo to wygląda. W powietrzu czuć jesień. 
09:00 Pomimo zmęczenia postanowiłam wybrać się na nabożeństwo po śniadaniu. Tytus miał rano rozważanie o poszukiwaniu woli Bożej w swoim życiu. Mówił o biblijnych sposobach, a potem o tych "szemranych", jak runo, losy, sny, znaki, czyli takich, gdzie ludzie troche na ślepy traf decydują. Wynikało z tego, że Bóg nie chce stawiać nas w sytuacji mechanicznych decyzji, ale chce, żebyśmy korzystali ze wszystkich świadomych sposobów, aby poznać Jego wolę.
10:00 W tym samym miejscu zaczynają się warsztaty, ale mój organizm nie wytrzymuje i woła o sen.
12:30 Wstaję i snuję się po terenie, pisząc do Tygrysa. Nie mam co robić, Areczek z Jarkiem gdzieś się rozeszli, gadając ze znajomymi, a ja nie mam swojej ekipy i nie mam za bardzo z kim się trzymać.
14:00 Obiad zaskakuje mnie zupełnie. Na stół po kapuśniaku, bigosie wjeżdżają zapiekane ziemniaczki z czosnkiem i faszerowane papryki. Kucharz jest mistrzem.
15:30 Rozpoczyna się pierwszy wykład gościa z Angli, Micah Campbella. Mówi o tym, żeby służyć Bogu bez wymówek i narzekania. Utrafia akurat w mój problem, bo po siedzeniu bezczynnie włącza mi się marudzenie. Po wykładzie wybieram się na samotny spacer, żeby sobie to przemyśleć.
17:00 Wracam ze spaceru i postanawiam się położyć. W budynku jest niewygodnie, zabieram więc moją karimatę i śpiwór i rozkładam się pod drzewem. Jest cicho, spokojnie, miękko na mchu i  zasypiam na dwie godziny, sama się dziwiąc.
19:00 Budzę się i zwlekam na kolację. Trochę zamarudziłam i większość jest już zjedzone. Zresztą i tak do mnie to z trudem dociera, bo nie potrafię się dobudzić.
20:00 Zaczynają się zjeżdżać zespołowcy i dostajemy wypas kolację: ryż z owocami (śliwka,  brzoskwinia), przyprawionymi rewelacyjnymi przyprawami, pasztet z fasoli i paprykarz wegetariański. Czujemy się wyróżnieni.
21:00 Rozpoczynamy próbę w kuchni. Musimy prześpiewać wszystko i zrobić próbę z Ernestem, 
który ma grać w zastępstwie za Tomka Szambelana.
22:30 Ruszamy do prysznica, mamy oddzielony jeden, tylko dla nas.
23:30 Zasypiamy powoli, ja na materacu Judyty, z którego schodzi powietrze. Rano pobudka prawie na podłodze.

środa, 21 sierpnia 2013

Niebieska łódź podwodna

Dwa filmy z cyklu "Nie oglądaj sama w domu#ale mi się nudzi".

Blue valentine (2010)

Retrospekcja życia dwojga ludzi, którzy tracą małżeńskie uczucia. Tytułowe słowo 'blue' to nie tylko kolor, oddaje także nastrój, czyli melancholię i smutek. Dla bohaterów życie jest barwną mieszaniną kolorów i nastrojów, które przepływają przez filmowe obrazy. Myśl przewodnia: życie to sztuka wyborów i ponoszenia konsekwencji, o nie zawsze jednoznacznych przyczynach. 


Submarine (2010)

Mam naście lat i wiem o życiu tyle, co przeczytałem w książkach i powiedzieli mi koledzy, resztę muszę doświadczyć sam - oto filozofia młodego Olivera Tate, fascynata zanurzania się w świecie swoich myśli. W odkrywaniu i rozumieniu prawdziwego życia towarzyszy mu Jordana - dziewczyna prawdziwa do bólu, która nie toleruje przytulania, chodzenia za rękę ani okazywania uczuć, za to namiętnie bawiąca się zapałkami. Czy ten związek stojący na beczce prochu wypełnionej rodzinnymi problemami oraz niezrozumieniem rówieśników przetrwa próbę ognia?
***

Nudzi mi się.
Nudzi.
Mi.
Się.
Nudzimisię.
Nicnierobienie jest takie męczące.
Niech już będzie jutro. 
Jutro wsiadam w samochód z Areczkiem i jego kumplem i jedziemy do Jeleniej. Myślałam, że pojadę pociągiem, ale coś mi strzeliło do głowy i zagadałam. Krótkie pytanie, krótka odpowiedź, jedziemy. Wyjdzie krócej i taniej. Proste.
Nie wiem, czy bardziej mi się nie chce jechać, czy siedzieć w jednym miejscu. Nie wiem, czego nie chcę, a tym bardziej czego chcę.  
Podobno wieczność zaczyna się w dniu urodzin. Czasami nie ogarniam wieczności. Jest taka... długa. Nie wiadomo, czym ją wypełnić.
Śpijmy więc.


wtorek, 20 sierpnia 2013

Was ik nog, nog met mijnen hamer.




Posłuchajcie moi mili
Jak to sobie kowal żył
Co koniecznie swe wspomnienia
Chciał obrócić w proch i pył

Tylko młot, młot przy nim wiernie trwał
tylko młot, źródło sił i kowadła brat

To wszak było nie do wiary
Że z Francuzką związał się
Która jeszcze w noc poślubną
Czystą wydawała się

Tylko młot, młot przy nim wiernie trwał
tylko młot, źródło sił i kowadła brat

A choć była bardzo piękna
W duszy była niby wąż
Niczym nie mógł jej dogodzić
Zadowolić nie mógł wciąż

Tylko młot, młot przy nim wiernie trwał
tylko młot, źródło sił i kowadła brat

Nie mógł wypić ni szklaneczki
Nie mógł się z kumplami śmiać
Gdy ze swoją był dziewczyną
Wina, piwa nie mógł chlać.

Tylko młot, młot przy nim wiernie trwał
tylko młot, źródło sił i kowadła brat

Czemu się z nią związał kowal
Już mu lepiej wdowcem być
Siedzieć w swojej małej kuźni
I w kowadło młotem bić

Tylko młot, młot przy nim wiernie trwał
tylko młot, źródło sił i kowadła brat

Tylko młot, młot przy nim wiernie trwał
tylko młot, źródło sił i kowadła brat


***

Piosenka o uzależniającej melodii, która wbiła się w moją pamięć, myśli, nogi i która będzie mi się kojarzyła z obozem, 14 sierpnia, czyli obozowymi "walentynkami", z kilkoma pozytywnymi ludźmi i niespodziewanym emocjonalnym szaleństwem, co do którego nawet nie przypuszczałam, że może mi się przytrafić. I chociaż z góry było wiadomo, że nic z tego nie będzie, to mimo wszystko mam jakieś potwierdzenie, że nadal potrafię czuć. 
Przespałam wczoraj cały dzień, dzisiaj spałam 10 godzin i jedyne, na co mam chęć, to spać dalej. Nie mogę sobie za bardzo na to pozwolić, bo trzeba jeszcze rozliczyć obóz, domówić naszywki, ogarnąć zdjęcia z obozu i ogólnie ogarnąć siebie. Na razie udało mi się posprzątać pokój i pomalutku wracam do życia. W czwartek wyruszam do Jeleniej Góry na zjazd, więc długo w miejscu nie posiedzę. Mam obawy co do zjazdu, bo jakoś ta forma przestała mnie dawno fascynować, ale mamy koncert All4Him, więc nie ma wymówki. A potem... Nie wiem, co będę robić. Może pojadę do rodziców?

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Obóz krajowy Pathfinder NAWIGATOR - Zatonie 2013

Poniedziałek, 5 sierpnia
Reisefieber


8:00. Dzisiaj wyjeżdżamy. Od samego rana odbieram co 5 minut telefony albo wysyłam smsy. Ludzie mają tysiące pytań przed obozem. Na szczęście spakowałam się wczoraj, a część sprzętu do zawiezienia przekazałam Adamowi. Mam zatem wolne ręce. 
17:30. Wyruszam na WKD wyjątkowo pół godziny wcześniej, żeby nie pędzić na ostatnią chwilę. W wukadce spotykam Pawła i przekazuje mi furę pieniędzy, które mam oddać Sławkowi. Nie udało się ich wpłacić do banku, bo przyjechaliśmy za późno. Trudno, najwyżej mnie napadną. Trochę adrenaliny musi być ;)
19:35 Na dworcu zamieszanie na maksa, ale w końcu się upakowaliśmy. W tym TLK są przedziały 6-osobowe z gniazdkami do laptopów, więc uruchamiam internet i piszę do Tygrysa. Udało się zapakować wszystkich, tylko jedna osoba zapomniała legitymacji, uff, ale aż 6 osób zapomniało kart kwalifikacyjnych i muszą je dosłać pocztą do Zatonia.
20:00. Jedziemy na razie do Poznania, tam mamy przesiadkę. Sprawdzam bilety, bo coś mi się nie zgadza. Kolega rano kupował bilety na przejazd grupowy i w ostatniej chwili udało się zdobyć miejsca w przedziałach, ale jak sama nie kupuję, to nie jestem pewna. Mam niejasne przekonanie, że coś poszachraili w kasie z tymi biletami, albo ja źle wyliczyłam. Ech, jednak poszachraili. Sprzedali nam 2 bilety na ekspres, zamiast na TLK. Trasa, godzina wszystko się zgadza, tylko cena nie. Ładnie będzie w Poznaniu, latanie i reklamowanie, a tu 40 minut na przesiadkę, masakra.
23:00. W Poznaniu ciemna noc, kasy pozamykane, siedzimy na dworcu i czekamy na pociąg do Szczecinka. Grupa w miarę ujarzmiona, ale spać im się nie chce.


Wtorek, 6 sierpnia
PKP - Pięknie, Kurczę, Pięknie

00:30. Pociąg do Szczecinka nie ma już takiego standardu, ale to nie ma znaczenia. W przedziale większość śpi. Paweł z Kamilem na korytarzu oglądają film, więc mogę się wyłączyć na pół godzinki i nie czuwać.
02:30. Szczecinek pusty i głuchy, a my mamy dwie godziny oczekiwania na dworcu. Ludzie rozkładają się i śpią w najróżniejszych pozycjach. Zdjęcia trafiły na stronę wydarzenia :P


4:00. Ech, ciężki jest los opiekuna grupy po nieprzespanej nocy. Dzieciaki wyszły sobie przed budynek i usiadły na brzegu peronu. Zaczęli śpiewać, pląsać i przyszli SOK-iści, wywołali mnie i chcieli mi wypisać mandat 200 zł. Załamałam się, już i tak jestem 200 zł w plecy przez ten felerny bilet, który dopiero w warszawie muszę reklamować. Moi znajomi, współopiekunowie zaczęli coś tłumaczyć, ale tamci nawet nie chcieli ich słuchać. Poprosili mnie z dowodem na bok, coś popisali i powiedzieli cicho, że skończy się na pouczeniu. Ale potem puścili nas przez przejście służbowe, otworzyli szlaban, więc żeby pokazać się od lepszej strony, zrobiliśmy dwuszereg i elegancką kolumną przeszliśmy przez tory. Panowie wytłumaczyli mi, że tu jest monitoring, że szef ich rozlicza z tego, nie chcą być złośliwi, tylko taka mają pracę. Wszystko ostatecznie dobrze się skończyło.
5:00 Obserwujemy sobie wschód słońca z okien pociągu do Złocieńca, też z gniazdkami i wifi, a to tylko Regio. Niektórzy widzieli wschód słońca po raz pierwszy. Przed nami ciężki dzień, rozstawianie namiotów i nie wiadomo kiedy odespać... 
5:30. Ostatni etap naszej podróży to autobus do Zatonia. Wszyscy się cieszą z najkrótszej przesiadki i radośnie upychają się do autobusu.
06.00. Jesteśmy w Zatoniu. Cicho, rosa leży, szukamy miejsca do spania na ławkach i koczujemy aż do przyjazdu ciężarówki z namiotami. Znalazłam kanapę w budynku B i nawet nie wiem kiedy urywa mi się film na dwie godziny. Budzi mnie kierownik.
08.00. Otrzymuję swój pokój, gdzie rozkładam się z rzeczami, biorę prysznic i czuję się jak nowo narodzona, więc zaczynam badać teren. Niektórzy wybrali się nad jezioro, więc mają przyjemną ochłodę.
10.00. Przyjeżdża ekipa z Krakowa i Śląska, razem z moją siostrą. Rozpoczynamy pracę nad namiotami. Upał 30 stopni nie sprzyja robocie. Zasuwam z opaskowaniem uczestników.
14.00 Obiad. Po obiedzie namiotów ciąg dalszy. Przyjeżdżają kolejne ekipy i pojedyncze osoby. Rozstawiamy się do samego wieczora. Wszyscy padają ze zmęczenia, więc nie robimy uroczystego apelu ani ogniska. Rano się przywitamy.

Środa, 7 sierpnia
Kim jestem?

Dzień integracji, pląsów i gier. Jestem DJ-em i obsługuję muzykę do zabaw. Śmiech, pląsy, na placu apelowym radosne hulanki. Świetlica stoi i można zrobić już nabożeństwo. 
W moim pokoju powstało biuro oraz przechowalnia depozytów zastępów. Zastępowi przychodzą z telefonami i portfelami dzieci. Tego dnia odwiedził mnie m. in. Sebastian z Bielska, przystojny szesnastoletni brunet, który rok temu składał przyrzeczenie na obozie, a w tym roku został pomocnikiem. Tydzień przed obozem był u nich tata z kazaniem i opowiadał historię, jak poparzyłam się żelazkiem, mając 2 latka. Zapamiętał sobie to i chciał zobaczyć bliznę na policzku. Nie mam jej już aż tak widocznej, ale coś tam zostało. Polubiłam tego chłopaka, ogarnięty i pogodny i fajnie się z nim gadało.
Wieczorem zastępy prezentują informacje o swoich bohaterach. Referaty wyszły trochę przydługie, ale bardzo ciekawe. Ognisko, śpiewy, czujemy się wreszcie, że jesteśmy na obozie. Cisza nocna zostaje ogłoszona o 23. Straszliwie późno, ale jak się bawić, to się bawić.

Czwartek, 8 sierpnia
Kim jest Bóg?

Dzisiaj mamy właśnie grę terenowa i siedzę na punkcie. To taki moment wytchnienia dla kadry w ciągu dnia. Siedzimy ze 2 godziny, czekamy aż przyjdą do nas grupy. Można się wyspać, poczytać, uzupełnić dzienniki. 
Dzisiaj rano było to dla mnie trudne. Nie mogłam wczoraj zasnąć do północy, a rano o 5.30 obudził mnie traktor i od rana biegałam w totalnym chaosie, żeby pozałatwiać różne rzeczy. Żeby się ogarnąć, wzięłam Biblię i czytam Izajasza. Znalazłam tekst z Iz 5,16. Ostatnio, już nie pamiętam kiedy, czy to na campie, czy gdzieś indziej było, dotarło do mnie poselstwo na temat sądu, że to Bóg jest sądzony, a nasze życie jest dowodem w tej sprawie, że Bóg ma swój lud i jego prawo jest sprawiedliwe, że ludzie służą mu z miłości, a nie z przymusu. Nie musimy bać się sądu, bo tak naprawdę nie werdykt o nas jest najważniejszy, ale o to, czy nasze życie jest dowodem w obronie Boga, czy zaprzeczeniem i przyznaniem racji przeciwnikowi, jak w tekście, że są ci, co przybierają pozór pobożności, podczas gdy ich życie jest zaprzeczeniem jej mocy.
Napisałam o tym Tygrysowi, bo jak się okazało, internet w telefonie działa w niektórych miejscach w Zatoniu. Jak dobrze, że nie całkiem uciekłam od cywilizacji.
Wieczorem mamy scenki, które ukazują naturę Boga. Scenka najstarszych zastępów mnie przeraziła. Jeden z chłopaków grał takiego ćpuna ze skrętem z papieru. Zapalił go i autentycznie się zaciągał. Ja patrzyłam i nie wierzyłam. Ale to pewnie wierzchołek góry lodowej w morzu innych problemów. Większość z tych scenek pokazywała Boga jako nudną, nieatrakcyjną postać, która akceptuje tylko świętych i grzecznych ludzi, a ci spoza tej grupy są potępieni. Straszne, jaki obraz Boga mają nastolatki. Wyszła tylko jedna dziewczyna, która na campie miała teraz chrzest i powiedziała doświadczenie, jak Bóg wysłuchał jej modlitwy, które od wielu lat zanosiła, żeby mieć brata.
Wieczorem przed snem piszę do Tygrysa z wrażeniami i prośbą o modlitwę. Boję się następnego dnia i tematu o grzechu.

Piątek, 9 sierpnia
Czym jest grzech?

Dzień okazał się całkiem miły. Była gra, gdzie dzieci robiły psikusy, ale całkiem niewinne. Jedne przyczepiły mi kartkę z napisem "Jestem bardzo ładna", inne wkręciły, ale tak na luzie. Tego dnia był jakiś dzień przytulania. Chyba z ponad kilkanaście osób zupełnie bez powodu przychodziło i się przytulało, oczywiście dzieci. Czułam się taka dopieszczona jak nigdy. Jednak jest to potrzebne. 
Wieczorem było ognisko i wieczór doświadczeń uwolnienia od grzechu. Chciałam powiedzieć doświadczenie, ale nie zdążyłam.
Postanowiłam je przemyśleć i opowiedzieć następnego dnia.

Sobota, 10 sierpnia
Wiarygodność Biblii

Opowiedziałam swoje doświadczenie podczas nabożeństwa. Potoczyło się nie w kierunku, który miałam na myśli poprzedniego dnia, ale okazało się być poukładane i potrzebne dla niektórych osób. Opowiedziałam o moim chrzcie, o odrzuceniu w szkole i innych okolicznościach, które doprowadziły mnie do decyzji o chrzcie.
Tego dnia zmagaliśmy się z grą logiczną Podkowy. Rozszyfrowywanie zagadek ułożonych przez Kamila to jakiś totalnie inny świat. A kiedy w końcu znaleźliśmy kufer ze skarbem, jeden z zastępu Piratów porwał szkatułkę i uciekł, rozsypując cukierki na ścieżce.
Wieczorem zrobiliśmy na szybko Bibliadę i konkurs wygrała moja grupa. Nie mogłam im pomagać, ale i tak sobie świetnie poradzili :)
Razem z Adamem gramy do nabożeństw i fajnie jest grać, wykorzystując bas i ciekawe brzmienia :) Adam naprawdę ogarnia gitarę. 

Niedziela, 11 sierpnia
Ja i rodzice

Tego dnia zrobiło się w obozie wyjątkowo miło, rodzinnie i przyjaźnie. Cały dzień mieliśmy taką intrygę, że byliśmy podzieleni na "rodziców" i dzieci. Starsze zastępy opiekowały się młodszymi. 
Grę terenową przygotowywała drużyna z Bielska, więc Seba latał po lesie jak z piórem, żeby ustawić wszystkich na właściwych punktach. Tego dnia wystąpiłam jako terrorysta i porywacz dzieci :P a potem razem z ekipą terrorystów zaszyliśmy się w lesie w wygodnym miejscu i oglądaliśmy "Operację Argo".
Wieczorem był taki talk show w stylu "Rozmowy w toku", też Seba prowadził. Pomagałam im, jak mogłam, z ustawieniem sprzętu, muzyki itd, ale podczas apelu pohałasowaliśmy i wieczorna odprawa zmieszała nas z błotem. Paskudnie się czuliśmy, bo poprzenosiliśmy tego dnia 20 ławek, a zamiast pochwały zjechano nas za nieobecność na apelu. Chyba kryzysowy dzień nastał dla kadry. Śpimy po 6 h, wstajemy o 6, wszystko jest na granicy wytrzymałości. Jeszcze tego dnia wyjechała dwójka dzieci, jeden, bo mu się nie podobało, a drugi, bo tęsknił za rodzicami. To jakaś plaga wyjazdów na tym obozie.
Fajne jest to, że jesteśmy w tym razem i jednak pomimo spięć wspieramy się nawzajem. Doceniłam na tym obozie nawet taką drobną rzecz, jak zapytanie, jak się czujesz albo uściskanie przez dziecko czy pogłaskanie po ramieniu kogoś z dorosłych. W codziennym życiu poza obozem, jak nie ma takiego tempa, nie ma może takich potrzeb, ale teraz takie chwile są na wagę złota.
Biedny Tygrys, rozciął sobie palec i nie może nim pracować. Pożaliłam się mu, pożałowałam go i dzień znów skończył się równowagą.

Poniedziałek, 12 sierpnia
Ja i przyjaciele

Dzień cichego przyjaciela, czyli miłości i uprzejmości ciąg dalszy.
Tego dnia biegałam razem z piratami na grze terenowej "Królestwa". Byliśmy o krok od celu, ale wyprzedził nas sojusz zastępów i to oni zadęli w trąbę zwycięstwa. Biedne dzieci, kilkanaścioro z nich zostało pogryzionych przez osy.
Wieczorem znowu program przy ognisku i znów scenki. Jestem wzruszona scenką Piratów, w której pokazali Jezusa jako tego, przed którym nie trzeba zakładać żadnej maski.


Wtorek, 13 sierpnia
Ja i szkoła

Po pamiętnym apelu ukarana została pokaźna grupa i tego poranka musieli się stawić w kuchni na obieranie ziemniaków i ogórków. Nie zostałam do niej wywołana, ale poczułam się winna i przyszłam z czekoladą. Trafiłam na końcówkę pracy, ale atmosfera była niesamowita. Postaram się zamieścić materiał filmowy, bo opowiedzieć się tego nie da ;)
Po południu zrealizowaliśmy targi naukowe. Przedpołudnie upłynęło na produkcji koperników - waluty papierowej na potrzeby targu. Nie mogłam patrzeć na pieniądze. Ale targi okazały się hitem. Szkoda tylko, że burza ucięła pół godziny programu. Piraci znów próbowali porwać mi teczkę z pieniędzmi, ale im się nie udało ;)
Wieczorem zamiast programu wieczornego zrobiliśmy grę w wilki. Włóczyliśmy się naszą kadrową ekipą po polu camporee i przemoczyliśmy doszczętnie spodnie w trawie.

Środa, 14 sierpnia
Ja i miłość

Dzień pełen wrażeń, bo i temat gorący. Rano po nabożeństwie Adam miał specjalny wykład dla najstarszych zastępów o tematach seksualności, niektórzy bardzo odważnie powiedzieli o tym, że odwiedzali strony pornograficzne. Byłam nieco zdziwiona, ale nie okazałam dawnego oburzenia na ludzi. Zrozumiałam, że nie ma ludzi świętych i wszyscy upadamy. Fajne było poszukiwanie rozwiązania i wspólna modlitwa.
Po grze terenowej chcieliśmy zorganizować turniej rycerski, ale spadł deszcz i boisko było zbyt mokre na tarzanie się w piachu, więc zastępczo były tańce integracyjne, które okazały się hitem, zwłaszcza taniec belgijski:) wciągnęłam się w to i tańczyliśmy w kółko i w kółko. Mam obolałe łydki, tyle razy tańczyłam, że nie jestem w stanie policzyć:) najfajniej tańczyło się z naszą ekipą ze stolika w rogu z pierwszej tury: Grześkami i Sebą, a także z Donią i Agą :)



Wyspałam się poprzedniej nocy i natchnęło mnie na sprzątanie pokoju. Teraz wygląda w nim naprawdę przyzwoicie. Od razu się lepiej psychicznie poczułam.
Wieczorem zorganizowaliśmy randkę w ciemno i znowu był hiciarski program. Fajnie, że ludzie się dobrze przy tym bawili, nie byli skrępowani, a prowadzący okazał się urodzony do tej roli :)

Czwartek, 15 sierpnia
Znajdź swoją drogę

Intryga z dzisiejszego dnia: klamerki. Każdy otrzymał jedną klamerkę i miał się jej pozbyć, przypinając ją niepostrzeżenie do kogoś innego. Tego dnia ubrałam się w najbardziej przylegające ciuchy i śliską, skórzaną kurtkę, więc nie było możliwości nic mi przyczepić.
Tego dnia odpuściłam sobie grę terenową, bo rozbolał mnie brzuch. Wszystkie grupy, które poszły na bieg na orientację, mówiły, że mieli tak piękne widoki, że nagradzało to wszystko. Ja potrzebę ruchu wyraziłam w kolejnej rundzie belgijki.
Popołudnie spędziłam na opisywaniu obozu. Czas płynie, a szczegóły się zapominają.
Wieczorem na ognisku prześpiewaliśmy pół śpiewniczka harcerskiego. 
W nocy było przyrzeczenie dla pięciu osób, w tym Roni. Grupa terenowa zbudowała niesamowitą rzecz: ognisko na wodzie oraz pomost, na którym stali kandydaci, a my za nimi po kolana w wodzie, zadziwiająco ciepłej. Na pniakach naprzeciwko stali komendant i oboźny, którzy przyjmowali przyrzeczenie, a obok ludzie z flagami i pochodniami. Amazing :)
Po przyrzeczeniu była impreza pożegnalna Oli, z legendarną Mafią, ale nie miałam już siły, żeby zostać.

Piątek, 16 sierpnia
Kiedy wreszcie ten koniec świata?

Albo: kiedy wreszcie koniec obozu? Zmęczenie, niedospanie, nieprzyjemne kucharki i kilka innych epizodów wywołują takie myśli. Ale szybko się rozwiewają, gdy wyruszamy do lasu i gramy w bitwę o flagę. Epickie zwycięstwo drużyny Zielonych, czyli szturm na flagę i uwolnienie więźniów zagrzały niesamowicie :)
Wieczorne ognisko i tematyka przyjścia Jezusa wprowadza niezwykłą atmosferę. Czujemy, że wchodzimy w 24 godziny wyjątkowego odpoczynku.

Sobota, 17 sierpnia
Droga wiary

Sobota na obozie jest dniem, który trudno oddzielić od pozostałych, bo jest w niej zwykle tyle atrakcji, co każdego innego dnia, ale jednak ja osobiście czuję różnicę. Od rana chodzimy w mundurach, mamy dłuższe nabożeństwo, opowiadamy doświadczenia, dużo śpiewamy. Przyjeżdżają goście, rodzice. Po nabożeństwie mamy pokaz musztry artystycznej. Wszystkim opadły szczęki do podłogi, jak zobaczyli ten niesamowity synchron.
Popołudnie upływa na grach i zabawach, a wieczorem mamy ognisko i scenki parodiujące kadrę. My też wymyślamy z kadrą scenkę na komendanta. Wymyśliliśmy piosenkę na melodię "L'italiano". Dawid przebrał się za komendanta, namalował sobie sycylijski wąs i zaśpiewał solo, a my towarzyszyliśmy mu z chórkami ;)
Scenki o mnie też były zabawne, oczywiście musiała być historia z żelazkiem ;) ciekawe, od kogo to wszystko wyciągnęli... 
Ostatni harcerski krąg na tym obozie i iskierka, która nie chciała się przesłać też pozostaną w mojej pamięci. 
Wieczorna odprawa jest połączona z imprezą pożegnalną i przeciąga się do drugiej w nocy, ale pogadaliśmy szczerze i ważne rzeczy zostały omówione. Idę spać o trzeciej z nadzieją nabrania sił przez 4 h, ale wiem, że i tak się nie uda.


Niedziela, 18 sierpnia
Czas powrotów, czas powrotów

Dzień pakowania, sprzątania, rozliczeń, ogólnie szczyt nieprzytomności w moim wydaniu.
Po południu przyjeżdża autobus i zabiera grupę warszawską i krakowsko-śląską do Złocieńca. 
18:00 Na dworcu dzieciaki szaleją: biegają przez tory, chociaż im zabraniam, grają w karty, śpiewają "O alele" i "Szli murzyni", żegnają się, jedzą kanapki. Kiedy odjeżdża ekipa krakowska, chłopaki biegną za pociągiem.
19:30 Nasz pociąg też przyjechał i pakujemy się do niego z trudem. Ja poszukuję konduktora, żeby kupić bilety, reszta rozkłada się gdzie popadnie. 
21:00 Jesteśmy w Stargardzie, wyruszamy na zakupy, mamy 3,5 h postoju. Atakujemy Fresh Market i bułki, jogurty oraz chipsy i słodycze smętnie poddają się naszemu nalotowi.
23:00 Dzieci śpią na czym się da i znów powstaje radosna sesja zdjęciowa. Wysyłam je Tygrysowi i śmiejemy się do rozpuku. Dla niego to już głęboka noc, ale dzieli się swoją radością z bycia chrześcijaninem. Jestem zbyt zmęczona, żeby mu mądrze odpowiadać, czytam tylko kolejne wiadomości. 







23:30 Chłopaki krzyczą: "Pobudka, pobudka, pobudka, wstaaaać!" Kręcimy filmiki, śmiejemy się, przypomina się obóz.
23:59 Nadjeżdża pociąg ze Świnoujścia, długi i zapchany. Musimy gonić za nim, żeby odnaleźć nasz wagon, a potem przez 40 minut zapakować się do przedziałów, wypraszając stamtąd ludzi, którzy sobie bezprawnie usiedli na naszych miejscach.

Poniedziałek, 19 sierpnia
Na fejsbuku siedzi leń,
przespał dzisiaj cały dzień.



00:40 Siedzimy wreszcie, dziewczyny wydobywają zakupy i zaczynamy jeść. Kupiłam chipsy po raz pierwszy od wielu miesięcy i sama się sobie dziwię. Musiałam być porządnie zmęczona.
01:30 Dziewczyny powoli zasypiają, jednej wypada już komórka z ręki. Nie jestem w stanie zasnąć, mogę tylko drzemać i tak upływają godziny do rana.
06:55 Jesteśmy w Warszawie. Oddaję dzieci rodzicom i z małą grupką jedziemy wukadką w stronę Podkowy.
08:00 Jestem w domu. Wypakowuję walizkę, wstawiam pranie, biorę prysznic i kładę się spać.
13:00 Przebudzam się, wyjmuję pranie, wstawiam kolejne i znów idę spać.
19:00 Budzę się na dobre, robię obiad i wieszam pranie. Rozpoczynam facebookową aktywność.
23:30 Ciągle nie śpię, ale chyba będę musiała, żeby uregulować rytm dobowy. Muszę powrócić do normalnego snu.