niedziela, 18 czerwca 2017

Veni, vidi,vici - biwak chorągwi wschodniej 2017


Środa
Dotarłam do Nadliwia autobusem. W Warszawie trudno było znaleźć przystanek, bo autobus nie jechał bezpośrednio spod Dworca Wileńskiego, tylko naprzeciwko cerkwi. Pomimo korków dojechałam na miejsce i rozbiłam się przed zmrokiem. Pogoda była piękna, spokój i cisza nad Liwcem. 



Rozważania biblijne dotyczyły Bożej zbroi z Efezjan 6 i były prowadzone przez Wielkiego Adamusa. Przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałam tak ciekawego komentarza do zbroi i dowiedziałam się wielu praktycznych rzeczy, a także poruszały głębokie duchowe prawdy.
Z nadmiaru wrażeń i chłodu nocnego nie mogłam w pierwszą noc zasnąć do drugiej. Whatsapp jednak był aktywny. Nie było też problemów z naładowaniem telefonu w kuchni zuchów. Prawie jak w domu ;)




Czwartek
Z rozkazu cesarza Markusa Micykusa podbijaliśmy prowincję Jadowa. Jak poprzedniego roku zorganizowaliśmy festyn dla mieszkańców. Rozstawiliśmy wystawę Expo, harcerze przygotowali gry zręcznościowe. Była też nowa interaktywna wystawa "Odpal rzeczywistość" o wpływie mediów na mózg. Brało w niej udział wiele młodzieży i byli zadowoleni z gry.





Na biwak przyjechała jedna dziewczyna z Niemiec, Julia, która była w Polsce przez 3 miesiące na Erasmusie w Olsztynie. Nie jest pathfindersem, ale wybrała się z olsztyńską drużyną. Cieszyła się, że może z kimś pogadać po niemiecku :) rosyjski też znała, bo urodziła się w Kazachstanie. Miała lekkie kłopoty z przystosowaniem do naszej kuchni biwakowej, bo jest weganką i biega, ale była kontaktowa i bezkonfliktowa. Cieszę się, że mogła spędzić z nami czas. 



Piątek
Tego dnia graliśmy w wyjątkową grę fabularną, gdzie wcielaliśmy się w role obywateli Rzymu: cieśli, kowali, rzemieślników, legionistów, senatorów itd. Wśród ludzi byli też chrześcijanie, którzy spotykali się w ukryciu, żeby słuchać apostoła Pawła, niestety za swoją wiarę byli prześladowani i chwytani. Ostatecznie na rozprawie przeciwko nim okazało się, że cały obóz wyznał, że są chrześcijanami. Ave Jezus!
Nad obozem przeszła burza i ulewa, ale dzielnie ją wytrzymaliśmy. Ugotowaliśmy nawet posiłek na dwa dni pomimo deszczu.



Sobota
Sobota była dniem odpoczynku, nabożeństwa, gier na świeżym powietrzu i czasem na popołudniową drzemkę. 


Znajdź różnice :)
2016 vs 2017

A tak próbowałam chodzić po slack line. Następnym razem spróbuję bez asysty :)



Niedziela

Dzień rozpoczął się nieco pesymistycznie, bo od kary za niewykonanie obowiązku: nie ułożono stołów dla zuchów po sobotnim ognisku. Zaprawa poranna była więc cięższa, śniadanie stanęło pod znakiem zapytania i ostatecznie dostaliśmy je później. Ale pomimo tego minorowego nastroju rozważanie Adamusa było poruszające. Po śniadaniu zabraliśmy się za zwijanie obozu. W tym roku dostaliśmy konkretne rozkazy i wszystko poszło szybko i sprawnie. 



Kończący apel był małą rywalizacją podobozów w musztrze i wymianie uprzejmości. Dostaliśmy upragnione naszywki. Oczywiście zdobyłam też naszywki dla Diego, który nie przepuściłby takiej okazji.


Pożegnanie z Liwcem... To naprawdę piękne miejsce. Polubiłam robienie zdjęć przyrody i szukam okazji do znalezienia ładnych krajobrazów z miejsc, gdzie byłam.


Do Warszawy wróciłam pociągiem z Urle. Byłam w domu o bardzo przyzwoitej godzinie i mogłam się rozpakować, wstawić pranie (obowiązkowe po zadymieniu) i doprowadzić się do cywilizowanego wyglądu po 5 dniach mycia się w rzece. Ach, te biwaki... To była dobra odskocznia od codzienności i wygód, ale za prysznicem i łóżkiem tęskniłam najbardziej. 
Ciekawe, czy za rok będziemy stacjonować w tym samym miejscu, czy przeniesiemy się gdzie indziej?...

środa, 14 czerwca 2017

Veni, vidi, vici. Biwak i Reisefieber



Plecak spakowany, materac, śpiwór i namiot też, po pracy jadę na biwak do Nadliwia. Już od wczoraj ogarnia mnie Reisefieber. Nie znalazłam wygodnego transportu samochodem, bo wszyscy znajomi jadą wcześniej i pozostał mi tylko transport Darbusem z Dworca Wileńskiego http://www.dar-bus.com.pl/images/stories/rozklady/odjazdy-wawa.pdf Nie jest źle, od przystanku w Pustych Łąkach do ośrodka jest jakieś 2 km, więc można dojść. Udało mi się tak spakować, że mam rozłożone ciężary równomiernie i nie będę obciążona. Przewóz tego komunikacją miejską jest bardziej skomplikowany, bo w tłoku zajmuje dużo miejsca i wszyscy usiłują mi pomóc w ogarnięciu tego majdanu. 
Chociaż nastawiam się na odpoczynek od cywilizacji i planuję wyłączyć telefon i sprawdzać tylko raz dziennie, czy ktoś mnie potrzebuje, pomyslałam, że warto się zabezpieczyć. Planowałam kupno power banku, ale koleżanka miała niepotrzebny i mi dała. Wystarczy na jedno ładowanie w trakcie biwaku. 


Pomimo tego, że jadę w to samo miejsce, do znanych ludzi i na dawno oswojone wydarzenie, czuję się bardzo niepewnie. Z powodu innych obowiązków coraz rzadziej uczestniczę w wydarzeniach harcerskich i nie ma już tej więzi łączącej ludzi trudzących się wspólnie. Rozluźniły się nawet kontakty towarzyskie i nie wiem, czy znajdę porozumienie. Nie mam też awaryjnego zaplecza w postaci wiadomości na Whatsapp, moje zagraniczne kontakty praktycznie zanikły. Pomimo tego, że jestem cały czas wśród ludzi, odczuwam wielkie osamotnienie.
Inny powód jest może głupi, ale też nie daje spokoju: od ostatniego roku znowu przytyłam i nie weszłam w spodnie moro, podobnie jak 2 lata temu i czuję się z tym niezbyt komfortowo. Pocieszający jest fakt, że w ciagu roku można stracić lub zyskać 5 kg, wystarczy dyscyplina w treningach. Zawaliłam jednak przed latem. Trzeba będzie się mocno napracować, żeby wrócić do rezultatów sprzed roku.
Pomimo tych wszyskich rozterek mam nadzieję, że będzie to udany czas jak zawsze. W końcu przy ognisku nie jest ważne, jak się wygląda, ważne, że znowu jesteśmy razem :) 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nie ma o czym mowić.



Obserwuję postęp narzędzi techniki i raz po raz zastanawiam się nad ich funkcjonalnością. Oto nowa funkcja Instagrama, ściągnięta ze Snapchata, czyli zamienianie ludzi w zwierzęta. Cóż, uważam, że to zwyczajnie głupie, a moje zdjęcie jest jedynie protestem przeciwko tym śmiesznym procederom. Na co komu zwierzakowe uszy? 
W ogóle kultura mediów społecznościowych staje się coraz bardziej obrazkowa. Jeśli nie opatrzysz swojego wpisu na Facebooku zdjęciem, nie będzie zauważony. Snapchat czy relacja na Instagramie pozwala dzielić się krótkimi momentami dnia i dodawać komentarze, ale jak sfotografować myśli? Opinie i wnioski stają się nieważne, więc ludzie uważają, że skoro nie mają co w internecie pokazać, to ich życie jest szare i nudne. 
Ja też ulegam czasami temu przekonaniu, że chyba nie mam o czym mówić lub pisać. Życie stało się serią zadań do zrobienia, a wpisy na bloga funkcjonują jako fotoreportaże, które przekazują najważniejsze informacje: żyję, działam, coś się dzieje ciekawego w miarę regularnie. Zainteresowani sobie czytają te raporty i dzięki temu nikt nie musi się o mnie martwić ani pytać, co słychać. Niestety życie w pędzie nawet i te neutralne tematy zredukowało. Wpisy pojawiają się nieregularnie i nie są osobiste. Łatwiej jest wrzucić kilka zdjęć na Instagrama do relacji z dnia i nie trzeba nic tłumaczyć ani opowiadać.
Staram się od jakiegoś czasu unikać na blogu zbyt osobistych tematów i pisać głównie motywujące i zachęcające rzeczy, więc może niektórym się ten wpis nie spodoba. Czuję jednak, że muszę przerwać to milczenie i podzielić się czymś więcej, niż tylko informacjami. 

Na końcu świata?
Mieszkam już prawie 6 lat w małej miejscowości pod Warszawą w mieszkaniu na poddaszu. Jest wiele zalet tej lokalizacji: brak miejskiego hałasu, zielona okolica, bezpieczeństwo, blisko do lasu i ścieżek rowerowych czy rolkowych, życzliwi współlokatorzy, dobry dojazd do centrum. Koleżanki z pracy pochodzące z innych miejscowości pod Warszawą mówią, że gdyby miały lepszy dojazd z domu, nie przenosiłyby się do Warszawy i że mam naprawdę fajną miejscówkę. Moi znajomi z miasta tego jednak nie rozumieją i wydaje się im, że ponieważ trzeba kupić dodatkowy bilet na WKD na I strefę, żeby do mnie dojechać i potem iść 15 minut ze stacji do mojego domu, to mieszkam na końcu świata i nie warto mnie odwiedzać. Proponowałam nieraz spotkania u mnie, wspólny obiad, nocleg, ale to były pojedyncze wizyty osób, które nawet nie mieszkają w Warszawie. Cenię sobie swoją prywatność i spokój po pracy czy nadmiarze wydarzeń, ale chciałabym mieć czasem fajne odwiedziny. 

Nie pasuję tu
W czasie mojego 7-letniego pobytu w zborze na Foksal wymieniali się ludzie tworzący grupę młodzieży. Nie zawsze były to osoby w jednym wieku, rozpiętość wieku rozciągała się miedzy 17-50, ale mieliśmy podobne zainteresowania, poglądy, spędzaliśmy czas wspólnie i lubiliśmy swoje towarzystwo. Od jakiegoś czasu grupa ta zaczęła się dzielić i widzę już coraz wyraźniejsze podgrupy ze względu na wiek, stan cywilny (małżeństwa, rodziny z dziećmi, wolni, studenci), zainteresowania i potrzeby duchowe. Ze względu na moje wyjazdy mam coraz mniejszy kontakt z nimi, a spotkania w tygodniu nie zawsze odpowiadają moim zainteresowaniom. Wolę poważniejsze studium biblijne, np. Apokalipsę, a podobnych osób zainteresowanych jest garstka, więc zaczynam wypadać z obiegu i nie znajduję już grupy, do której bym pasowała. Będąc nawet na spotkaniach nie bardzo mam z kim pogadać i coraz bardziej odczuwam osamotnienie. Nie jestem studentem/zamężna/z dziećmi, więc nie mam wspólnych tematów. Jako introwertyk rzadko mam odwagę zagadać pierwsza i rozmawiać tak o wszystkim.

Na odległość 
Żyjąc w dużych odległościach od ludzi, z którymi się przyjaźnię, staram się utrzymywać kontakt internetowy. Piszemy na Facebooku, Whatsapp, wymieniamy maile, SMSy czy wiadomości na Instagramie. Wydawało się, że nawet na odległość uda się utrzymać niektóre relacje, ale pęd życia zabija nawet ten sporadyczny kontakt. Ze znajomym z Australii wymieniamy tylko życzenia i okazjonalnie informacje. Mój znajomy Brazylijczyk jest ostatnio tak zagoniony, że nie ma kiedy przeczytać wiadomości na Whatsapp i odpisuje po tygodniu, jak mu się przypomni. Nie mam więcej osób oprócz najbliższej rodziny, z którymi mogę pogadać o tym, co się dzieje na bieżąco, więc praktycznie nie piszę z nikim oprócz mojej siostry. Bo nie chodzi o zwykłe "co słychać", ale wymianę poglądów i głębszych przemyśleń, a na to nie wszyscy mają czas i chęć.

On tu jest
Zdecydowałam się mieszkać samodzielnie 6 lat temu i lubię moją niezależność oraz ciszę swojego pokoju. Nie traktuję pokoju jako hotelu, to rzeczywiście miejsce, gdzie żyję. Są jednak dni, kiedy powrót do domu po pracy kojarzy mi się z przymusową samotnością. Czasami się buntuję przeciwko temu i wtedy w myślach walczę z sobą, ale nauczyłam się radzić sobie z moją obecną sytuacją. Ponieważ wierzę, że Bóg mnie widzi i słyszy, więc mówię do Niego na głos, kiedy jestem sama, zupełnie tak, jakby był rzeczywiście obok i wtedy czuję się lepiej. Czasami dopadają mnie mało przyjemne myśli o różnych sytuacjach, gdzie zawaliłam albo zrobiłam coś nie tak. Mówię wtedy do siebie: "Kocham cię, Kiko", nieraz kilka razy i się uspokajam. Kiedy kładę się spać i modlę się przed snem, mówię "dobranoc" zamiast "amen", bo dobrze jest powiedzieć komuś "dobranoc", nawet jeśli tego Kogoś nie widać. 

Pomóż niedowiarstwu memu
Najwięcej czasu spędzam z ludźmi z pracy, rozmawiając na najróżniejsze tematy, ale najbardziej gorącymi są polityka i religia. Większość moich kolegów deklaruje się jako niewierzący. Kiedy zdarza mi się rozmawiać na tematy religijne czy biblijne, poddają w wątpliwość niemal wszystko: wiarygodność Biblii, stworzenie, istnienie Boga itd. Myślałam, że nie może nic mną zachwiać, bo miałam wiele doświadczeń z Bogiem, bazę biblijną i całkiem zdrowy rozsądek, ale i tak pojawiły się wątpliwości, które męczyły mnie przez kilka tygodni: czy rzeczywiście Biblia jest wiarygodna? Czy moje doświadczenia to rzeczywiście odpowiedzi na modlitwy czy autosugestia? A co, jeśli wszystko, w co wierzę, jest nieprawdą, a ja zostałam zmanipulowana? Modliłam się jak zwykle i czytałam rano Biblię, ale nie mogłam wyrzucić z głowy tych wątpliwości. To burzyło mój spokój i wywoływało straszne poczucie winy. Zaczęłam czytać artykuły udowadniające wiarygodność Pisma Świętego i poszukiwać logicznych argumentów, które zbudowałyby moje podstawy na nowo. Nie chciałam tylko wierzyć "bo tak", ale rzeczywiście wiedzieć, dlaczego. 
Niedługo potem znalazłam na YouTube wykład "Stworzenie czy ewolucja? Życie czyli cud".


Jedno zdanie uderzyło we mnie: jak do tej pory nikomu nie udało się podważyć prawa biologii "życie może powstać tylko z innego życia". To znaczy, że cokolwiek powiedzieliby śmiertelni ludzie przeciwko Bogu i Jego Słowu, nic to nie znaczy, bo w zasadniczej kwestii są bezsilni i bezradni. Oglądając dalej kolejne wykłady z tej serii utwierdziłam się w przekonaniu o bezsensowności teorii ewolucji. Przyszłam do Boga w modlitwie i przeprosiłam za moje niedowiarstwo. Opowiedziałam o tym może 2-3 osobom, chociaż i tak nie znalazłam zrozumienia, bo wydawało się im to nielogiczne, aby mieć wątpliwości w tak oczywistym temacie. Jeśli nie znajdujemy zrozumienia wśród ludzi, którzy wierzą podobnie, to gdzie mamy je znaleźć?

Spotkajmy się!
Piszę to również jako apel do samej siebie. Nie wystarczy tylko śledzić znajomych na Facebooku czy Instagramie, żeby wiedzieć, co u nich słychać. To jest szybkie i wygodne, ale ograbia nas z prawdziwych więzi. Czasem trzeba się spotkać z nimi, pójść do parku i rozmawiać, nawet kiedy pada, bo rozmowy na żywo nie da się porównać z najdłuższym czatem. 
Jakość rozmów też jest ważna. Nieraz rozmawiając z ludźmi przez telefon czy twarzą w twarz rzadko obie strony mają cierpliwość poczekać, żeby się dowiedzieć, co rzeczywiście słychać i co dana osoba przeżywa lub myśli. Nastawiamy się na wymianę informacji, a nie na słuchanie i zrozumienie. Bardzo cenię sobie rozmowy przy posiłkach w pracy, nawet kiedy są długie chwile milczenia i szukamy tematów dla zabicia ciszy. Zmuszamy siebie do wypowiadania tego, co myślimy i nawet zwykła rozmowa o weekendzie staje się głębsza. 
Pozostawiam was z bardzo wymownym doświadczeniem Małgosi. Zainteresujmy się sobą nawzajem tak bezinteresownie. 
„Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełniajcie prawo Chrystusa.”
Galacjan 6:2 PUBG

niedziela, 11 czerwca 2017

Śpiewajmy Panu - nagrania w Pszczynie


Dawno nie byłam na nagraniach w Pszczynie, bo nie pasowały mi terminy. Pomimo choroby w tygodniu zmobilizowałam się i gardło zaczęło współpracować. Jadę!
Śpiewałyśmy na zmianę: ja, Judyta i Marta. Dzięki temu był czas na odpoczynek gardła i pogaduszki w reżyserce :) bo przecież dobrze się spotkać z przyjaciółmi z zespołu.

Szprycha :D 

W sobotę wieczorem plan był prosty: przygotowaliśmy jedzenie i oglądaliśmy mecz Polska : Rumunia. Lewandowski wbił 3 bramki, Rumuni jedną. Fantastyczny wieczór :)


W niedzielę po nagraniach wybraliśmy się na obiad do Warowni. To urokliwe miejsce w formie średniowiecznego zamku. Jest muzyka z epoki, wystrój sali i nawet toalety przypomina czasy rycerskie :) jedzenie też było obfite i smaczne. Biesiadowaliśmy godnie :)




I piosenka, która w takim miejscu nie mogła wyjść z głowy.


Dobrze jest spędzać czas przyjemnie i pożytecznie :) 

piątek, 9 czerwca 2017

Kolorowe lato, lato kolorowe.



Kremy przyszły tego samego dnia. W pierwszej przesyłce oprócz zamówienia dostałam jeszcze miłe gratisy: szampon, mleczko do ciała i serum do twarzy. Wszystko naturalne, bardzo intensywnie ziołowe i do tego ręcznie napisana karteczka :) 







Krem do twarzy był niewielki, a pudełko niemal ogromne. Też ma wygodny aplikator.


I piosenka, którą uczyła mnie koleżanka jeszcze w Przemyślu. Niech już zacznie się prawdziwe lato!