piątek, 30 maja 2014

The killing weekend.


Uff, jestem po pierwszym dniu z Mel B. Czuję każdy mięsień mojego brzucha, nóg i pośladków. Ale ćwiczy się fantastycznie. Kiedy ona to prowadzi, to robi to tak po prostu, bez tworzenia magicznej filozofii, jak to twój tłuszcz zamienia się w mięśnie dzięki tym wyjątkowym ćwiczeniom. Mel krzyczy, cieszy się, poci się i ma masę energii, co daje wrażenie, jakby była zwyczajną dziewczyną ćwiczącą jak ja. Robi przerwy na wypicie wody, co podczas takich ćwiczeń jest szalenie ważne. No i nie ma nudnego powtarzania tych sekwencji po kilka razy, co mnie strasznie zniechęcało w zestawach Chodakowskiej. Przez 10 minut ćwiczenia są tak urozmaicone, że nie wiadomo kiedy ten czas upływa. Tak jak mówiłam, nie obiecuję, że będę ćwiczyć codziennie, ale postaram się to robić 3 razy w tygodniu. 
Znalazłam też sposób na niejedzenie po 18 :) trzeba zjeść kolację przed 18. I potem jak dobrze się zagospodaruje czas, wcale się nie chce jeść :)
A przede mną morderczy weekend. Jutro zjazd dzieci w Podkowie, gdzie obsadzam każdą możliwą lukę, w niedzielę zajęcia ze studentami o 8 rano, a o 14 ślub na Foksal. Na łóżku leżą już naszykowane zestawy ubrań na wszystkie te okazje (to daje po dwa zestawy na dzień) i buty na wysokim obcasie i płaskie, bo musi być wygodnie w chwilach, kiedy nie trzeba wyglądać aż tak elegancko. Jak dobrze mieć z czego wybierać :)

czwartek, 29 maja 2014

30 dni do lata - ogarniamy się!

Na fb krąży wydarzenie w kilkunastu wersjach, ale dotyczy jednego: 30-dniowego treningu z Mel B. Cel? Zrzucić kilogramy i wysmuklić dolne partie ciała, bo do lata zostało 30 dni. Brzmi kosmicznie, zwłaszcza, że całość trwa 40 minut. Kiedy znaleźć na to czas?
Pracując przez ostatni miesiąc po 10 godzin dziennie strasznie się zaniedbałam. Przestałam robić poranną rozgrzewkę, bo wolałam dłużej pospać, niż rozciągać się 15 minut. Jedyny sport, jaki uprawiałam, to chodzenie po galeriach. I jak miesiąc temu mogłam się pochwalić zrzuceniem 3 kilogramów dzięki regularnym ćwiczeniom, tak teraz odzyskałam je z powrotem. Wczoraj nawet koleżanka z pracy zauważyła, że mi się utyło. Smutne to i demotywujące zwłaszcza przy kupowaniu ubrań. Jaki sens kupować kolejne w rozmiarze 40 i więcej? Nie ma rady, trzeba się za siebie wziąć.
Opracowałam sobie roboczy plan.

1. Trening.
Podejmowałam kiedyś trening z Chodakowską, ale zniechęciłam się po jakimś czasie. Ola mówi, że najlepszym sposobem jest zasada 3 x w tygodniu po 30 minut, to pozwala efektywnie ćwiczyć, nie przetrenować się i utrzymać kondycję. Chodakowska miała fajne zestawy i jak ćwiczyłam w tym rytmie, to czułam różnicę. Nie wiem, czy wytrzymam codzienny 40-minutowy trening z Mel B. Po dzisiejszej rozgrzewce po naprawdę długiej przerwie czułam, jak moje mięśnie są zastane i pokurczone i jak błagają o ruch. Ale mam chęć spróbować. Jak nie uda się codziennie, to chociaż 3 razy w tygodniu. Jak nie rano, to przed snem. 





2. Dieta.
Nie jestem zwolennikiem odmawiania sobie rzeczy, które smakują, zwłaszcza, że przy diecie wegetariańskiej ma się dietę już w pakiecie. Ale kilkakrotnie wypróbowałam, że jedząc mniej podczas danego posiłku i ograniczając jedzenie wieczorem, można schudnąć, nie stosując dietetycznego reżimu. Ktoś powiedział mi ostatnio o kolejnej odmianie niejedzenia po godzinie 18 (też to kiedyś stosowałam, to było dobre, dopóki nie spotykałam się ze znajomymi), oczywiście nie jemy, ale pijemy za to dużo wody, nawet do dwóch litrów.

Pomyślałam sobie, że warto to rozwinąć, bo jedzenie mniej nie oznacza tego samego, co jedzenie rzeczy pełnowartościowych. Ciekawy przelicznik kalorii znalazłam tutaj. Wychodzi mi, że do przeżycia dnia bez żadnego wysiłku potrzeba zaledwie 1408 kcal. Żeby zwiększyć ilość, trzeba wybrać poziom aktywności i z tych najbliższy mi jest lightly active - 1936 kcal (przeciętna norma dla człowieka dorosłego to 2000 kcal, więc się zgadza). Potem przeliczyłam sobie zapotrzebowanie na poszczególne składniki odżywcze (tutaj) i wyszły mi następujące normy:

Białko: 580,8 kcal - 146,2 g
Węglowodany: 774,4 kcal - 193,6 g
Tłuszcze: 580,8 kcal - 64,5 g

Gdzie znaleźć te składniki? Ponieważ jestem wegetarianką, więc białko dostarczam głównie z roślin, ale zdarza mi się jeść ryby. Już od dawna nie jem masła ani margaryny, zbieram się do kupna oleju lnianego i marzę o zastąpieniu słodyczy zdrowymi zamiennikami.
Podkreślenie oznacza moje ulubione i dostępne dla mnie produkty.
Białko pełnowartościowe dostarczymy głównie w białym, gotowanym lub grillowanym mięsie – kurczaku, indyku, w rybach – tuńczyku, makreli, łososiu, węgorzu, halibucie, w mleku, serze białym, jogurtach naturalnych i jajach. Białko znajduje się również w roślinach strączkowych.  Zapotrzebowanie na białko jest większe u osób, które uprawiają sport – w trakcie wysiłku zachodzi proces utleniania.
Tłuszcze Powinniśmy wybierać zdrowy tłuszcz, wykorzystywany przez nasz organizm do przyswajania witamin i prawidłowej pracy serca. Tłuszcze przyjmujemy obowiązkowo w postaci oliwy z oliwek, oleju lnianego, rzepakowego z pierwszego tłoczenia, jemy tłuste ryby (łosoś, makrela), będące źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3 i omega-6, orzechy, płatki owsiane – wszelkie ziarna.  
Unikamy tłuszczów w postaci masła, margaryny, śmietany, oleju uniwersalnego czy słodyczy (tzw. utwardzone tłuszcze roślinne). 
Węglowodany - są źródłem energii. Można je znaleźć w większości produktów. Na zmniejszenie tkanki tłuszczowej dobrze wpływa przyjmowanie węglowodanów złożonych, które są głównie w warzywach (papryka, kalafior, brokuły, kapusta kiszona) owocach (grejpfruty, jabłka, pomelo, mango) czy brązowym ryżu, płatkach owsianych, chlebie pełnoziarnistym czy kaszy gryczanej.
Uwaga na owoce, w szczególności na winogrona, banany i pomarańcze – mają dość wysoką kaloryczność ze względu na ilość cukru, jaką zawierają. Nie unikajmy ich, ale przyjmujmy w ograniczonych ilościach.
Woda - to najważniejszy składnik pokarmowy w diecie człowieka. Ważne jest, aby pić powoli i małe ilości wody.  Pij około 2 litrów wody, herbaty zielonej, czerwonej i innych płynów każdego dnia, a w czasie zwiększenia wysiłku musisz także doliczyć wodę, którą organizm stracił pocąc się.

Jak się popatrzy na opakowania produktów spożywczych i sugerowane porcje, to okazuje się, że komponując obiad z naprawdę prostych składników (kasza, gotowana soczewica, sałatka) dostarcza się już prawie połowę zapotrzebowania na kalorie, co oznacza, że jedna porcja zupełnie wystarcza. Ja osobiście lubię jeść proste posiłki, w których znajdują się po prostu składniki odżywcze. Im bardziej przetworzone jedzenie i im bardziej skomplikowane potrawy, tym więcej kalorii zawierają. 


3. Motywacja.
Jak zmotywować się skutecznie do zrzucenia co najmniej 3 kilo? Nowa sukienka? Nowy kostium kąpielowy? Nowe spodnie? Zwykle powtarzałam: "Nie ma dla kogo schudnąć" i problem się sam rozwiązywał, ale tym razem chcę schudnąć dla siebie ;) Hmm, może ktoś mi podpowie? Biwak i kąpiele w rzece? Camp za miesiąc? Opalanie się w kostiumie na pomoście? Camporee w Holandii? Wszystko wskazuje na jakiś wystrzałowy strój z aktualnych przecen. A może inna mowywacja: jak schudnę, kupię sobie iPhone'a? ;)


A jak wasze nastawienie do takich rewolucji? Chcecie coś ze sobą zrobić, czy "kochanego ciałka nigdy nie za wiele"? ;)

czwartek, 22 maja 2014

Będę robić nic.


Niespodziewanie zrobiło mi się wolne czwartkowe popołudnie, więc postanowiłam rozłożyć się na kocu w ogrodzie. Nigdy tego nie robię tu w Michałowicach, bo jakoś nie do końca czuję się u siebie, ale tym razem marzyło mi się przez godzinę lub dwie poleżeć i nic nie robić. Tak też zrobiłam, chociaż pracoholizm nakazał mi jeszcze spakować komputer i notatnik oraz kalendarz, żeby nadrobić różne zaległości :P i było pięknie, słoneczko, wiaterek, komputerek, trawka, mróweczki i jogurcik... I tę sielankę zakłócała tylko kosiarka sąsiada :P cóż, Michałowice to nie Wojkówka, gdzie potrafi panować absolutna cisza. Ale miło od czasu do czasu poczuć się panem swojego czasu wolnego ;)

środa, 21 maja 2014

Przyszła góra do Mahometa.

Ostatni tydzień upływa pod znakiem szału zakupowego, więc kilka nowości.

Ołówkowa spódnica mundurowa
Kupiłam dzisiaj idealną spódnicę mundurową w Orsayu. I pomyśleć, że gdybym się nie zastanawiała tak długo w niedzielę, mogłabym ją mieć jeszcze o 20% taniej. Marzy mi się jeszcze idealna biała spódnica, ale uparcie nie chce stanieć :(

PTNS w stolycy soon
Zaplanowałam kolejną wyprawę do Łodzi na Piotrkowską na przyszły tydzień, a tu się okazuje, że... otwierają warszawski oddział PTNS! Sklep rusza na przełomie maja i czerwca na Koszykowej 34/50.
Nie mógł Mahomet przyjść do góry... To góra przyszła do Mahometa :P


Skarpety i sandały noszę przez tydzień cały
Lato się zrobiło w maju, mili państwo. I co tu nosić, kiedy w zabudowanych butach gotują się stopy? Sandały, proszę państwa. Na gołe stopy li i jedynie. Ładne i niedrogie sandały kupiłam tydzień temu w TKMaxx. Nawet nie przypuszczałam, że tak szybko je przetestuję :) aj, jakie wygodne :)

Na piękne oczy
Czekam niecierpliwie na rozstrzygnięcie konkursu okularowego, a w międzyczasie Domi znalazła mi idealne okulary w Mohito. Nie udostępniła mojego szałowego zdjęcia, więc zamieszczam tylko grafikę ze strony sklepu. Uprzedzając pytania: nie, jeszcze ich nie kupiłam :P tradycyjnie muszę pochodzić z myślą wydania pieniędzy :P



A może nad morze?
Nad morzem Ola, nad morzem Magda, nad morzem Aga i Kasia Tusk też. A ja też bym chciała, ale pracuję :( a na weekend wyjazd na południe na próbę A4H. Bunkrów nie ma, ale też będzie zarąbiście.

niedziela, 18 maja 2014

Staromiejskie piwnice i Teatr Wielki - noc muzeów 2014

Strasznie trudno jest sprawozdawać wrażenia. Kiedy ktoś zadaje mi pytanie: "no i jak było?", a ja zaczynam mu opowiadać, to widzę tylko kiwanie "aha, aha", ale nie udaje mi się nigdy w krótkim czasie wyrazić tego, co przeżyłam i zobaczyłam, dlatego nie jest to nigdy tak satysfakcjonujące. Więc wybaczcie, ale relacja z tegorocznej nocy muzeów będzie hasłowa, subiektywna i przedstawi moje wrażenia w sposób dla mnie jak najbardziej zrozumiały, a dla was, mam nadzieję, przynajmniej odrobinę zachęcający :) 

Sobota, 17 maja 2014 r.
Stan atmosferyczny: niesprzyjający.
Zimny, pochmurny deszczowy dzień. Włosy zmokły mi tego dnia co najmniej kilkakrotnie. Nie noszę parasola, bo nie lubię swojego wielkiego parasola, a nie zmobilizowałam się do tej pory do kupna nowego, małego i zgrabnego. Zresztą jeżdżąc na rowerze z parasolem wyglądałabym jeszcze dziwniej, niż jeżdżąc na rowerze w spódnicy w każdy sobotni poranek :P

Towarzystwo: wyśmienite.
Domi, ja i Ania. Nasz prywatny babski wieczór. Przez deszcz miało się skończyć w kinie, ale na szczęście nie zmarnowałyśmy w ten sposób dnia. Było radośnie, momentami marudnie, trochę łobuzersko, było pysznie i syto w niektórych momentach i bardzo kolorowo mimo szarego nieba. Tego mi było trzeba :)

Marszruta: spontaniczna.
Co prawda miałyśmy nasze wymarzone Filtry, miałyśmy pozaznaczane na informatorze miejsca, które chciałybyśmy odwiedzić, ale noc muzeów potrafi być nieprzewidywalna. Żadna z nas nie miała siły na stanie w kolejce w deszczu, więc Filtry w tym roku odpadły. Pozostałyśmy więc w obrębie Starego i Nowego Miasta, gdzie też było ciekawie :)

Staromiejskie piwnice

Nie miałam świadomości, że istnieją takie miejsca w Warszawie. Piwnice zachowane od XVI wieku pomimo bombardowania i pięknie odrestaurowane. A na dziedzińcu budynku zwanego Lapidarium odkryłam trzecią syrenkę :)


Fontanny warszawskie
Prawdę mówiąc na takim pokazie nigdy nie byłam, odkąd tu mieszkam. Nie wiem, kto wymyślił tak fantastyczny pokaz światła, dźwięku i wody, ale musiał być geniuszem. Mega widowisko, które przykuło nas w miejscu na pół godziny.

Teatr Wielki - wystawa marionetek

Teatr - miejsce cudów. Nie było zwiedzania kulis, jak w przypadku innych teatrów biorących udział w nocy muzeów, ale przejście wielkim teatralnym holem przez czerwony okrągły dywan było wystarczająco onieśmielające :) największą ciekawostką okazała się wystawa marionetek używanych do filmów Hansa-Jürgena Syberberga "Parsifal" i "Hitler - film z Niemiec" (ten pierwszy to oczywiście  filmowa adaptacja ostatniej opery Wagnera). Trafiliśmy na przewodnika, który osobiście odnalazł marionetki, skontaktował się z reżyserem i przygotowano w Polsce tę nietypową instalację. Bez niego do dzisiaj nie wiedzielibyśmy, o co w tym wszystkim chodziło i dlaczego Wagner chodził w różowym szlafroku i pantalonach.


Wrażenia: pozytywne.
Nawet pogoda nie jest w stanie zepsuć dobrego nastawienia, jakie zyskuje się z kontaktu z fajnymi ludźmi. Powiem tylko tytułem komentarza, że jest to trzecia noc muzeów w Warszawie i w ogóle trzecia, w jakiej brałam udział, a atmosfera, jaka panuje tego wieczoru w mieście, jest nieporównywalna z żadnym innym wydarzeniem, kiedy widać, jak ludzie całymi rodzinami wychodzą na miasto i integrują się w gigantycznych kolejkach. Polecam każdemu!

piątek, 16 maja 2014

Garage Band i kabel MIDI USB



Wolny piątek okazał się niezwykle pracowitym dniem. Zaczął się od sprzątania całego mieszkania łącznie z klatką schodową, która pamiętała jeszcze gruntowne sprzątanie przed wizytą komisji w listopadzie, a następnie utworzyła się szybko cała lista spraw do załatwienia poza domem. Jedną z nich był zakup kabla midi usb do podłączenia keyboardu z komputerem. Zbierałam się do tego wiele miesięcy, słuchając opowieści Rozumu o zaletach tego kabla, który podłączał swoje pianino do Maca jeszcze od czasów nagrywania płyty i w Garage Band ustawiał sobie różne brzmienia, potem obserwując fascynujące aranżacje Maćka też za pomocą Maca i Garage Band, klawiaturę sterującą Maykiego podpinającego ją do kompa Maćka i ostatnio słuchając namów Tomka, który też zachęcał do aranżowania w Garage Band. Kurczę, skoro wszyscy moi znajomi muzycy tego używają, to musi być dobre. Brakuje tylko kabla. W końcu największym motywatorem okazała się Asia, która poprosiła o nagranie podkładu do piosenki dla rodziców. Nie mogłam czekać dłużej, znalazłam w Warszawie sklep muzyczny w przyzwoitej odległości i zakupiłam tam ów kabel za 79 zł. Czuję, że sporo przepłaciłam, ale nie miałam czasu na zamawianie przez allegro, zresztą nie lubię czekać, aż mi coś przyślą, muszę kupić to od razu, kiedy jest mi potrzebne. 
W domu od razu zafascynowana nowym sprzętem podłączyłam wszystkie urządzenia i uruchomiłam program. Gram, gram... i nic. Komputer wykrywa kanał midi, ale nie przechwytuje sygnału dźwiękowego. Co jest grane? Wszystko przecież dobrze podpięłam. Przeanalizowałam instrukcję mojego wiekowego keyboardu Casio, który mam jeszcze od trzeciej klasy podstawówki, następnie instrukcję Garage Band, w końcu zrozpaczona zaczęłam szukać tutoriali na youtube, jak podłączyć kabel, bo może coś jest nie tak. Uratowała mnie maleńka informacja z poniższego filmiku. Kiedy przepięłam kable odwrotnie tak, jak było polecane, komputer przechwycił sygnał i mogłam zacząć się bawić :) nagrałam szybko podkład dla Asi i ogarniałam kolejne możliwości tego programu. Na zdjęciu powyżej widać, jak w warunkach domowych można stworzyć sobie mini studio aranżacyjne :)
Mój keyboard jest wysłużoną zabawką, na której stworzyłam wiele rzeczy, ale ma swoje spore ograniczenia: brak wyjścia na pedał, brak klawiatury ważonej i niepełną skalę oktaw. Program podrasuje nieco jego brzmienie, ale prawdziwego pianina cyfrowego to nigdy nie zastąpi. Na mojej liście zakupowej z wymarzonym sprzętem umieściłam pianino i kiedyś ten zakup zrealizuję :)




czwartek, 15 maja 2014

Kino brytyjskie na wietrzny wieczór.


Tak dawno nie oglądałam niczego, że jak tylko wczoraj nie musiałam wstawać wcześnie do pracy, obejrzałam dwa filmy, a dzisiaj kolejny. Wczoraj padło na filmy akcji z Jamesem Stathamem, czyli "Transporter 2" i "Angielska robota", a dzisiaj na film kostiumowy z Keirą Knightley "Księżna". 
Lubię filmy z brytyjskimi aktorami. Przyjemnie się słucha tego dostojnego akcentu. Jest też o wiele większy dramatyzm w ukazywaniu postaci, bez przesadnego hollywoodzkiego tragizowania. "Angielska robota", film oparty na prawdziwej historii, był naprawdę przejmujący i nie pokazywał tradycyjnych cwaniaków okradających bank i uchodzących bez szwanku, ale przedstawiał ponure okoliczności, skłaniające ludzi do podejmowania tak ryzykownych decyzji: bieda, chęć odmiany w szarym życiu, chęć zaimponowania innym, a także obnażał sieć powiązań między wpływowymi ludźmi i ich słabostki, które usiłowali zatuszować. 
"Księżna" to również prawdziwa historia kobiety wpływowej, duszy towarzystwa, która jednak nie przemyślała swoich prawdziwych uczuć i wyszła za mąż dla pozycji, nakłoniona przez matkę.
- Czy on mnie kocha? - Ależ oczywiście. - Spotkałam się z nim tylko dwa razy.
- Nie trzeba kogoś znać by wiedzieć, że się tę osobę kocha. To się czuje od razu!
Widać jednak, że przestaje jej to wystarczać, ale trzyma fason. Ironia, która przez nią przemawia, jest niezwykle gorzka.
- Myślę, że mogłoby być inaczej, gdyby on ze mną czasem rozmawiał. Nie chodzi mi o to, że jest nieuprzejmy, ale on ze mną nie rozmawia. Myślałam, że będzie jak tata. Że pod powłoką powściągliwości znajdę bogate wnętrze, ale on nie jest niczym zainteresowany. 
-(...)Co do rozmów z nim. O czym chciałabyś rozmawiać?
- Masz rację. Ależ byłam głupia, myśląc, że powinnam rozmawiać ze swym mężem.

Jako projektantka sukni wyjaśnia także swojemu mężowi, na czym polega różnica między kobietą a mężczyzną.

- Nie rozumiem, dlaczego kobiecy ubiór musi być tak skomplikowany.
- To nasz sposób na wyrażanie siebie.
- Co masz na myśli?
- Wy macie tyle sposobów, aby siebie wyrazić, my robimy to przez kapelusze i ubiór.
Niezwykle skomplikowana wydaje się relacja z niewiernym mężem, który zmusza ją, aby pozostała przy nim i wychowywała dzieci, pozostawiając swoją kochankę w domu. Chyba najgorszy trójkąt, jaki może być. Georgiana usiłuje szukać własnego szczęścia i także znajduje kochanka, ale zasady stoją przeciwko niej: mąż nakazuje jej porzucić go, grożąc odebraniem dzieci. Co jest w stanie zrobić kobieta, aby utrzymać przy sobie dzieci, jakie istnieją granice? Nie ma żadnych, twierdzi Bess, przyjaciółka Georgiany. I ta po czasie także się o tym przekonuje. 

Serdecznie współczuję wszystkim kobietom minionych wieków uwikłanym w ciężkie relacje. Współczesne społeczeństwo dało kobiecie wolność i nie jest już tak bardzo zależna od mężczyzny i może funkcjonować samodzielnie, całkiem nieźle sobie radząc. Nie jest to jakaś pełnia życiowej satysfakcji, ale niezależność ma swój smak i znajduje amatorów. Ja w każdym razie narzekam tylko czasami. 

wtorek, 13 maja 2014

Nie ma tego złego.

Witajcie po przerwie. Wybaczcie, jestem ostatnio bardzo zapracowanym człowiekiem i znaleźć czas na napisanie twórczego posta jest wysiłkiem przekraczającym moje zdolności intelektualne w porze, kiedy wracam do domu. 
Zapytacie pewnie, co z wyprawą do Łodzi? Ano się odbyła, ale cel nie został osiągnięty :( w piątek jechałam prawie 5 godzin z domu, a w tym 3 zajęło mi w samej Warszawie. Kierowca, z którym się umówiłam, spóźnił się półtorej godziny i musiałam na szybko szukać innego transportu. Dojechałam do miasta przed 18, ale zanim tramwaj przejechał do rozkopanego centrum, minęła godzina zamknięcia sklepu. Poszłam tam,  żeby chociaż zobaczyć, gdzie ten sklep jest, nawet zapukałam i rozmawiałam z właścicielem, żeby chociaż pozwolił przymierzyć, ale nawet najsympatyczniejszy człowiek w piątek wieczór marzy jedynie o kolacji, a nie o nadgodzinach. W sobotę nie poszłam z wiadomych względów, więc ostatecznie nic nie załatwiłam. 
Trudno, czeka mnie kolejna wyprawa do Łodzi. Tym razem wyjadę przed południem :P bo warto zwiedzić samą ulicę Piotrkowską. Off Piotrkowska, gdzie mieści się sklep "Pan tu nie stał" to mury starej fabryki,  które zamieniono na sklepy i knajpy. To najbardziej hipsterski klimat, jaki spotkałam, w ogóle Łódź jest dla mnie najbardziej hipsterskim miastem w Polsce. Pisałam już o łódzkich kamienicach? No to wiecie, o co chodzi. Kusi mnie, żeby pojechać w piątek i tego samego dnia wrócić, ale chyba trzeba trochę pobyć w domu, zwłaszcza że najbliższy weekend warto spędzić w Warszawie. Czeka mnie noc muzeów :) i tym razem mam szaloną chęć zobaczyć Filtry Lindleya. A może nawet Sejm? ;)
Zamieszczam jeszcze zdjęcie łupu z ostatniej wyprawy zakupowej z Olą do Arkadii. Jest tam przesympatyczny sklep Only z najładniejszymi przymierzalniami, jakie widziałam :) tam też trafiłyśmy na radosną promocję na spodnie: 2 pary po 40 zł. I tak nabyłyśmy dwie pary zielonych spodni: Ola szmaragdowe, a ja trawiastozielone ;) noszą się fantastycznie, a ich kolor jest na maksa optymistyczny, jak już się do niego przełamałam :) 



środa, 7 maja 2014

Dla zdrowych i chorych.




Łódzką markę odzieżową "Pan tu nie stał" zobaczyłam nieświadomie na filmie "Facet (nie)potrzebny od zaraz", potem u Asi, a potem postanowiłam sama poszperać i znalazłam stronę sklepu. Zobaczyłam kilka koszulek i zostałam złowiona. No bo jak tu nie polubić np. koszulki z napisem "Działka moje hobby"? Książka ta była ogrodniczą Biblią mojej mamy i z niej uczyła się uprawy, a ja jako dziecko i urodzony mól książkowy oczywiście oglądałam ją namiętnie ze względu na kolorowe obrazki. Dzięki nim wiem, czym jest endywia ;)


Inne wzory i kolory, które mi się spodobały:


Myślę jeszcze o torbie podróżnej i pościeli:


Przez internet nie odważę się zamówić, zanim nie zmierzę, jak na mnie leży. Sklep, niestety, znajduje się tylko w Łodzi. Ale zaplanowałam już wyprawę na weekend :) pojadę w piątek, przejadę się na Piotrkowską i pomierzę wszystko, co mnie interesuje, a wtedy będę mogła zamawiać kolejne przez internet :) a potem zostanę do soboty do koncertu "Spacer w ogrodzie". To lubię :)

Pojedynczo i grupkami.


Zdjęcia zestawiłam nieprzypadkowo, gdyż znalazłam na blogu u Sztywniary informację o okularowym konkursie. Nie noszę na co dzień okularów, tych przeciwsłonecznych też się jeszcze nie dorobiłam, ale okulary to element mojego image'u scenicznego, więc wykorzystałam zdjęcia z moimi znajomymi i tak oto powstał ten malowniczy kolaż.
Wstawiam też piosenkę tematyczną Agnieszki Osieckiej, w interpretacji Anny Marii Jopek, śpiewaną wcześniej przez Sławę Przybylską i Magdę Umer, a także Czesława Mozila ;)
Anna Maria Jopek - Okularnicy

sobota, 3 maja 2014

P-Łańcut.




Ostatnia wyprawa tego weekendu to wyjazd do Łańcuta. Tata miał kazanie w zborze rano, zostaliśmy potem na obiedzie u jednej rodziny, a po obiedzie poszliśmy na spacer do pałacowego parku. Byliśmy tam już wiele razy, ale dawno temu. Rodzice nie mogliby odpuścić  okazji, żeby nie obejrzeć roślinek ;)


Pogoda nie nadawała się na długie spacery czy malownicze zdjęcia. Było po deszczu, znacznie się ochłodziło, czego nie przewidziałam i zabrałam lekki strój i nowe zielone buty. Ronia dała się namówić na spacer tylko pod warunkiem robienia zdjęć z figurami. 


Fantastyczny czas, kiedy wszystko kwitnie. Zobaczyliśmy tyle odmian i kolorów tulipanów, jak nigdzie :)


Nie ma słońca i pogodnego nieba, ale można sobie też sesję w parku machnąć ;)




Niestety zbyt lekki strój i rozregulowane ogrzewanie w samochodzie doprowadziły do tego, że się rozłożyłam. Ostatni dzień pobytu w domu spędzę w łóżku...

piątek, 2 maja 2014

Beatlesi i czekolada Studentska, czyli majowa wyprawa zagraniczna



Bardzo wycieczkowy ten weekend majowy :) Dzisiaj rano wyruszyliśmy na wycieczkę do Słowacji. Do granicy mamy całkiem niedaleko. Obraliśmy kierunek na Bardejov i jechaliśmy trasą przez Duklę, Krempną, przejście graniczne przez przełęcz Beskid i dalej drogą przez Zborov do Bardejova. 
Już sama droga do granicy przez lasy była malownicza. Wjechaliśmy w Beskid Niski, w obszar Magurskiego Parku Narodowego, tereny niemal wyludnione, gdzie można jeszcze spotkać pasące się owce i krowy na wielkich halach. Coś pięknego :)


Przejeżdżając zaledwie kilka kilometrów od granicy trudno było uwierzyć, że jesteśmy w innym kraju, ponieważ krajobraz niewiele się zmienił. Ale im dalej, tym bardziej widziało się, że Słowacy inaczej gospodarują. Widzieliśmy podobnej wielkości domy usytuowane w jednolitym porządku, różniące się co najwyżej kolorami. Nie było konkurencji w wielkości i bogactwie, jak to widać na wsiach w Polsce.


Bardejov to miasteczko ze średniowiecznym rynkiem, do którego wyprawia się sporo Polaków. W sklepach można się swobodnie porozumieć. 


Prawie jak w Toskanii ;) mury obronne miasta.



Ciekawostka: w Bardejovie można spotkać słowackie napisy wykonane gotykiem.


Bazylika czy też katedra św. Idziego.


W jej pobliżu ciekawe miejsce: ulica Johna Lennona i mały parczek z kamieniami pamiątkowymi ku czci Beatlesów ;)



"You may say I'm a dreamer, but I'm not the only one."

Ja z tatą zwiedzaliśmy i robiliśmy zdjęcia, mamy cel był zupełnie inny. Dostała kiedyś od sąsiadki czekoladę "Studentska" z bakaliami i owocowymi żelkami i postanowiła, że wybierze się sama na Słowację i kupi sobie własną :) oczywiście była w każdym sklepie, w różnych smakach, więc każdy wybrał sobie swoją tabliczkę w ulubionym smaku. Jest naprawdę inna niż wszystkie :) do tego znaleźliśmy tanie i smaczne pasztety sojowe, tzw. pomazanki. 


Z Bardejova pojechaliśmy drogą powrotną przez Zborov. Tam znajdują się ruiny średniowiecznego zamku. Wspinaczka była niełatwa, głównie z tego względu, że nie poszliśmy głównym szlakiem, tylko na przełaj przez las. Było to tak strome podejście, że górka w Zaborowie się nie umywała :P

Tata był załamany stanem ruin. "Jakbym ja miał pracować przy restauracji tego zamku, chyba bym się załamał. Załatasz kilka kamieni i nawet nie widzisz różnicy. Toż to niekończący się remont." :P


Wyszliśmy najwyżej, jak tylko się dało i ile pozwalał mamy lęk wysokości. Widoki były imponujące.



Przed wejściem znajduje się puszka na datki dla tych, co chcieliby wesprzeć remont zamku. Nie wiem, ile im to zajmie, bo budowla jest naprawdę ogromna.



W drodze powrotnej przez Polskę napotykaliśmy takie oto tabliczki. Niestety żadnego wilka ani niedźwiedzia nie zobaczyliśmy. Może następnym razem o innej porze dnia? :)


czwartek, 1 maja 2014

Pan tu nie stał!


Przed wyjazdem do domu kupiłam nową grę, bo gry planszowe to jest coś, w co u nas w domu chętnie się gra :) nauczyłyśmy się szybko z mamą i Ronią i bardzo się nam spodobała. Trzeba myśleć, kombinować, planować... Aż się mamie przypomniały tamte czasy. Nie były to niestety dobre wspomnienia, kiedy mówiła, jak żyli w strachu przez władzą i innymi ludźmi. Jak dobrze jest żyć w innych czasach. Jak dobrze jest doceniać to, co się ma. Jeśli się nie umie cieszyć z tego, co się ma, prawdopodobnie człowiek nie będzie umiał cieszyć się z tego, o czym marzył. 
Uciekam do spania, bo jutro kolejna wyprawa :)

99 Luftballons.

Jestem w domu. Przyjechałam blablacarem późno po północy i runęłam ze zmęczenia. Dawno nie kładłam się tak późno, więc spałam jak zabita do rana, kiedy obudziła mnie mama i Ronia, wołające: Kika, wstawaj, balony! Byłam tak markotna i sceptyczna, jak tylko można być zaraz po przebudzeniu, ale kiedy wyjrzałam przez okno, przestałam żałować, że się obudziłam. Górskie Zawody Balonowe na majówkę to wydarzenie w Krośnie, które jest tak wyjątkowe, że mama nastawia budzik, żeby nie przegapić, jak będą przelatywały nad naszym domem. Żałuję, że nie udało się zrobić lepszego zdjęcia, bo widok był niesamowity. Ale za to nadrobiłam po południu, bo balony startowały niedaleko naszego domu :)




I muzyczne skojarzenie :)




Wybraliśmy się też tego dnia na krośnieńskie lotnisko, gdzie odbywały się pokazy lotnicze, spadochronowe i kręciło się wesołe miasteczko, na którym Ronia mogła sobie poszaleć, ale nie tylko ona ;)


Nie spodziewałam się takich atrakcji, ale kolejne dni też mają być fajne :) Pogoda jest fantastyczna. Mamy lato :) wyszłam dzisiaj w letniej sukience grabić skoszoną trawę i było ciepło, jak w lipcu :) ale się cieszę, że jestem w domu :)