piątek, 30 listopada 2012

Chopin - Polonezy dziecięce

Już niedługo będę musiała ułożyć mojej uczennicy nowy program do grania, więc zaczęłam szukać utworów. Dostałam od Asi Micyk sporo nut (no i pianino :) i pośród nich znajdowało się kilka polonezów Chopina. Jak się dowiedziałam z jednego portalu, spośród szesnastu fortepianowych polonezów Chopina tylko siedem zostało opatrzonych opusem i uznanych przez kompozytora za godne wydania. Pozostałe dziewięć polonezów pochodzi z wczesnych lat twórczości Chopina i nie zostały wydane za jego życia. Należą do nich trzy pierwsze polonezy dziecięce: B-dur, g-moll i As-dur, skomponowane w latach 1817-21.
Bardzo spodobały mi się te utwory i postanowiłam się ich nauczyć, bo Chopina grałam bardzo mało. Muszę tylko kupić metronom i zebrać się do regularnego ćwiczenia. A także nastroić pianino.

Polonez g-moll


Polonez B-dur


Bardzo odprężająca jest muzyka Chopina. Dzisiaj położyłam się na chwilę po całym tygodniu, słuchając mazurków, walców, nokturnów, polonezów i preludiów - tych spokojniejszych. Brakowało mi tej muzyki...

wtorek, 27 listopada 2012

Gimnazja to zuo.

Rozum: Cześć Serce, a co Ty dzisiaj takie luzy masz?
Serce: Moi studenci piszą właśnie test.
Rozum: Sadystka :P
Serce: Ee, i tak to nie na oceny ;)
Rozum: To po co ich stresujesz i to bez oceny?
Serce: Żeby ich przygotować na stresy życia.Wczoraj miałam taką dyskusję z sekretarką u nas w szkole o tych wszystkich egzaminach w szkołach. Egzaminują dzieci już od 3 klasy podstawówki, ale z drugiej strony przez te testy dzieci już nie traktują egzaminów jak coś okropnie stresującego, tak jak przed reformą, kiedy pierwszym poważnym egzaminem była matura. Ponadto chętniej startują w różnych konkursach, bo są już odpowiednio zaprawione i w rezultacie są bardziej przygotowane do stresującego życia dorosłego. Ale i tak ostatecznie doszłyśmy do wniosku, że gimnazja to zło :P na dodatek  dzisiaj w Metrze był artykuł "Zero gimnazjów, zero problemu".
Rozum: Gimnazjum to sztuczny twór, bez niego też szkolnictwo istniało.
Serce: W ty artykule są wypowiedzi o tym, że  jest taki projekt, żeby zlikwidować gimnazja. O, patrz: "Zaczęło SLD, które we wrześniu zaprezentowało "lewicowy dekalog edukacyjny". Punkt czwarty: likwidacja gimnazjów. Pomysł podłapał PiS. A PJN od dwóch tygodni zbiera podpisy pod obywatelskim projektem ustawy, likwidującej gimnazja." Ale to dosyć radykalny pomysł, bo koszty dostosowania budynków, wypłacenia odpraw nauczycielom, będą duże i to kolejna reforma w ciągu ostatnich lat. Zresztą sam przeczytaj tutaj. 
Rozum: Serce, uwierz mi, że mam ciekawsze tematy w życiu, niż kolejna reforma oświaty i, że tak powiem, mam to gdzieś, co wymyślą :P
Serce: Ee... no niby tak, ten etap masz już za sobą.
Rozum: Nie niby, tylko zdecydowanie i nieodwołalnie.
Serce: Ja się interesuję tym z powodów zawodowych.
Rozum: I po co? Program się nie zmieni, zmienią się nazwy, podręczniki, kupa ludzi zarobi kupę kasy, dla szarego człowieka nie będzie różnicy.
Serce: Czytam jakieś wiadomości, tak? Żeby nie było, że nic nie wiem, co się w świecie dzieje i niczym się nie interesuję:P
Rozum: No dobrze, dobrze.
Serce: A że nie lubię czytać wiadomości w internecie, więc biorę gazetę Metro, jak jadę do pracy. Jak przeczytam, podrzucam gazetę studentom, oni wybierają jakiś artykuł i muszą go przeczytać i powiedzieć po polsku, co z niego zrozumieli, bo mają egzamin ustny po tym kursie.
Rozum: To wymyśl ciekawsze gazety :P  hahaha, jak ja lubię się czepiać i szukać dziury w całym :P
Serce: Eetam. Metro jest za darmo ;)

sobota, 24 listopada 2012

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść...



Serce: Hej, jesteś? 
Rozum: Jestem, co tam?
Serce: Chciałam ci opowiedzieć, jak się to wszystko potoczyło...
Rozum: A z czym?
Serce: No, z drużyną. Pamiętasz, mówiłam ci, że zrezygnowałam z funkcji drużynowego. 
Rozum: No tak, pisałaś, że miałaś za dużo obowiązków jako zastępca komendanta, no i zespół zaczął być bardziej absorbujący. 
Serce: Tak właśnie. Moja prośba została rozpatrzona błyskawicznie, bo tego samego dnia na zebraniu i wybrano nową drużynową, Dominikę, moją dotychczasową przyboczną. Dzisiaj mieliśmy zbiórkę i po raz ostatni poprowadziłam ją jako drużynowa drużyny warszawskiej. Na końcowym apelu przekazałam Dominice insygnia: granatowy sznur drużynowego, naszywkę i gwizdek. Trochę szkoda mi tego zostawiać, ale widzę, że mój plan przekazywania od początku innym odpowiedzialności powiódł się znakomicie i ludzie radzą sobie dobrze, więc jestem spokojna o przyszłość drużyny :)
Rozum: No to fajnie :)
Serce: Ech, jakoś tak dziwnie, jeszcze to do mnie nie dociera, ze się tak skończyło...
Rozum: Straszne. Nie rób scen :P
Serce: Nie, to nie chodzi o robienie scen.
Rozum: Oj no wiem, mówię tylko, że ten sentymentalizm jest zbędny.
Serce: Tylko próbuję sobie jakoś wytłumaczyć, co właściwie zrobiłam, bo jednak trochę mi żal.
Rozum: A kto Ci każe całkiem się od tego izolować?
Serce: Izolować się to nie, bo jednak ciągle jestem tym zastępcą komendanta, więc jest co robić. Szkolenie dla drużynowych niedługo, zjazd ogólnopolski w marcu, obóz w lecie - ktoś to musi organizować.
Rozum: No to co robisz sceny? :P
Serce: No bo rok temu sama zwoływałam ludzi do założenia drużyny, a teraz się wycofuję...
Rozum: Trzeba było nie zaczynać - czy tak byłoby lepiej?
Serce: Nie no, wiadomo.
Rozum: No to widzisz. Dobra, ja uciekam do spania.

piątek, 23 listopada 2012

Joanna Reflex Blond






Czy znacie ten preparat do rozjaśniania włosów? Trudno jest go znaleźć, nie ma go w Rossmannie na półce z farbami do włosów, pierwszą butelkę kupiłam jeszcze jak mieszkałam w Rzeszowie, w drogerii Wispol w galerii Europa. Potem kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, znalazłam w internecie informację od użytkowniczek, że produkt jest dostępny w sieci Superpharm, wprawdzie w skąpych ilościach, ale jeszcze go nie wycofali. Pytanie jednak brzmi: po co mi takie coś?
Muszę się wam przyznać do pewnego szaleństwa. Przed obroną mojej magisterki przyszła do nas Sylwia, koleżanka Oli ze studiów w nowym, rewelacyjnym odcieniu blond. Pamiętałam ją z ciemnymi blond włosami, a tu taka odmiana. Powiedziała nam wtedy, że znalazła taki spray do rozjaśniania włosów, który robi to stopniowo, w zależności, ile się go na włosy pryska. Ona użyła go, jak było widać, bardzo dużo. Zapewniała, że nie zawiera amoniaku, jest bezpieczny dla włosów i bardzo łatwo się go używa. Nie wiem, jaki miałam wtedy obraz siebie, ale ta perspektywa wywołała u mnie tęsknotę za moim kolorem włosów z dzieciństwa, kiedy jeszcze były jasne:


Powzięłam więc postanowienie: po obronie pracy zrobię coś z włosami. W końcu rozjaśniacz to nie farba, tak sobie tłumaczyłam. Nabyłam opakowanie, Ola zobowiązała się, że nałoży mi to na włosy. Z instrukcji wynikało, że nie jest to takie trudne, tylko trzeba zrobić kilka podejść, żeby uzyskać pożądany rezultat.

Taki kolor miałam przed rozjaśnianiem:
Jak widać, całkiem zwyczajny, ciemny blond, który w niektórym  świetle wyglądał jak rudy, ale zazwyczaj był po prostu mysi. Niestety w przypadku mojego typu urody (lato) włosy mają tendencję do szarzenia i tracenia blasku.



Zdjęcie po pierwszych próbach ze sprayem.










Nie widać jeszcze kontrastu, ale już co poniektórzy zaczynali dostrzegać, że włosy zaczęły zmieniać kolor.

Tutaj już wersja (prawie) ostateczna.
 Lato 2010 miało jeszcze jedno szaleństwo zaczynające się na literę J, ale chyba miało mniejszy zakres oddziaływania jak spray :P








Po kolejnych podejściach wyrównujących

Ola stwierdziła, że od tej pory nie będzie już pryskać na całe włosy, tylko na odrosty przy nasadzie.  Doszłyśmy do odcienia złoty blond, chociaż i tak co bardziej dokuczliwi twierdzili, że to rudy.


Wygląd aktualny




Pryskam coraz rzadziej, chyba że włosy przy wierzchołku wymagają już interwencji, bo zaczynają zbyt mocno odcinać się od reszty. W przeciągu tego czasu włosy były kilkakrotnie podcinane. 
Fryzjer zalecił mi stosowanie odżywki nawilżającej do każdego mycia, ponieważ mocno się wysuszyły, ale to normalne przy ingerencji chemicznej. Od tamtej pory włosy są naturalnie miękkie i błyszczące.








Od pewnego czasu zaczęłam myśleć nad wycofaniem się z rozjaśniania chemicznego. Jestem zadowolona z mojego koloru, nie chcę wracać do poprzedniego, Ola ma już dwa lata wprawy w utrzymywaniu go, ale nie wiadomo, jak długo będziemy mieszkać blisko siebie i kto to potem będzie robił. Na ostatniej próbie, kiedy powiedziałam koleżance, że rozjaśniam włosy, ona zdradziła mi sposób na naturalne rozjaśnianie bez chemii. Powiedziała, że też miała mysi kolor i zaczęła stosować szampon rumiankowy. Te dla dorosłych wysuszają włosy, ale najlepszy jest szampon Johnson's baby dla dzieci, ponieważ ma delikatną formułę. Jego cena jest też rewelacyjnie niska: butelka 200 ml kosztuje 7 zł. W Yves Rocher szampon rumiankowy jest za 11,90 zł, a po nim musiałam nakładać odżywkę obowiązkowo, bo włosy robiły się szorstkie.
Postanowiłam spróbować i zobaczyć, jak będzie działał na moich włosach. Używam go do każdego mycia, trochę mieszając z innymi szamponami, np. Biosilk z jedwabiem. Jeśli to opóźni użycie sprayu na odrosty albo całkiem wyeliminuje potrzebę używania go, to będę naprawdę zadowolona. Jeśli nie zadziała, to trudno, będę szukać czegoś innego. W każdym razie nic nie tracę, bo nie ingeruję chemicznie we włosy:) a opinie użytkowniczek i efekt widziany na włosach koleżanki są zachęcające.
A za pół roku przyjdzie lato i słońce też zrobi z włosami, co trzeba :)

czwartek, 22 listopada 2012

Pomme delice z Yves Rocher i inne zapachy kąpielowe

Zapomniałam się pochwalić prezentem od siostry z okazji urodzin (dostałam go pół miesiąca później, bo jakoś dziwnie długo przesyłka szła, a zamawiała przez internet). Nowy aromat jabłka w karmelu oczarował mnie zupełnie. 
Przestawiły mi się ostatnio preferencje: polubiłam intensywne zapachy do kąpieli, najlepiej apetycznie pachnące, które rozgrzewają. Długo trzymał mnie żel Radox z żeń-szeniem i czarnym pieprzem; podobno pobudzający, ale ja używałam go wieczorem i uwielbiałam ten zapach.

Z jeszcze wcześniejszych akcesoriów kąpielowych: Luksja płyn do kąpieli o zapachu czekolady i pomarańczy. Z trudem można się powstrzymać przed spożyciem. Pachnie jak delicje pomarańczowe :)  dzisiaj w Rossmanie widziałam w promocji, ale uznałam, że posiadanie czwartego żelu pod prysznic to byłoby już grzechem rozrzutności.


Ps. Nie pretenduję absolutnie do jakiegoś publicznego głosu doradczego w zakresie kosmetyków i mody czy urody; blog jest kolażem moich rozmaitych prywatnych zainteresowań i ma kameralnych odbiorców, jak naiwnie wierzę ;) ale jak już kiedyś wyjaśniałam, nie chcę, żebyście pomyśleli, że ta dziedzina życia mnie nie dotyczy, więc od czasu do czasu coś babskiego na tapetę rzucę ;)

środa, 21 listopada 2012

A walk to remember

Moja siostra poleciła mi książki Nicholasa Sparksa jako "pogodne, ciepłe książki z chrześcijańskim przesłaniem", więc postanowiłam zacząć od bestsellera. Zarzekałam się, że nie obejrzę filmu, że to ckliwe romansidło, ale książka to co innego. 

Jest rok 1958. Beztroski siedemnastolatek, Landon Carter, rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej w Beaufort w Karolinie Północnej. Jego ojciec kongresman pragnie, by syn zrobił karierę - tymczasem Landon, podobnie jak reszta klasy, nie zaczął jeszcze zastanawiać się, co zrobić z dorosłym życiem. Jedynie Jamie Sullivan, cicha, spokojna dziewczyna, opiekująca się owdowiałym ojcem, pastorem, jest inna. Nie rozstaje się z Biblią, nie chodzi na prywatki, a dzień bez dobrego uczynku uważa za stracony. Tymczasem zbliża się doroczny bal. Nie mając akurat dziewczyny, Landon w odruchu desperacji zaprasza Jamie, na którą nikt dotąd nie zwrócił uwagi. Znajomość nie kończy się na balu. Wykpiwany przez kolegów chłopak początkowo unika Jamie, wkrótce jednak ich kontakty przeradzają się w przyjaźń, a potem głęboką miłość. Landon odkrywa prawdziwy sens życia - piękno natury, radość, jaką sprawia pomaganie innym, ból po utracie najbliższej osoby... 

Bardzo spodobał mi się styl pisania już od pierwszych stron. Na przemian śmiałam się i wzruszałam. Przemówiła do mnie postać Landona, jego dojrzewanie do roli człowieka świadomego celu swojego życia. Natomiast opis filmu, w którym akcja zaczyna się od sensacji, zupełnie do mnie nie przemówił. Tu nie chodziło o cudowną przemianę badboya w świętego. To zbyteczny dramatyzm w stylu Hollywood. Nie, nie chcę tego oglądać. 

Ps. Mam pomysł na temat pracy licencjackiej! Tak, został mi ostatni rok studiów teologii i mam do napisania pracę. Ciężka sprawa, mając za sobą magistra, ale jak trzeba, to trzeba.

wtorek, 20 listopada 2012

Lektor-K

Postanowiłam trochę opowiedzieć o mojej pracy, żeby czasem ktoś nie pomyślał, że skoro nie mówię, to nie robię nic ważnego. Tak więc, rozwiewając wszelkie wątpliwości, JESTEM NAUCZYCIELEM. Mam dyplom ukończenia studiów, czyli prawo do wykonywania zawodu nauczyciela języka niemieckiego. Znam na pamięć rozmaite reakcje na te informację, przeważa następująca: "niemiecki, ech, uczyłem się tego w szkole, ale niczego się nie nauczyłem, a w ogóle to mieliśmy beznadziejną nauczycielkę." Uwierzcie mi, że nie zapunktujecie u mnie ani nie stracicie niczego, jeśli uwielbiacie niemiecki lub go nienawidzicie. To wasza prywatna sprawa. 
Powracając do pracy, uczę już trzeci rok jako lektor języka niemieckiego w szkole języków w Michałowicach. Moi uczniowie są w różnym wieku, głównie są to dzieci, ale od zeszłego roku uczę także dorosłych studentów w WSTH w Podkowie. Rok temu zaczęłam też uczyć gry na pianinie, a w tym roku dzięki ogłoszeniu na portalu o korepetycjach rozwinęło się to na tyle, że mam już siódemkę dzieci, które uczą się bądź u nas w szkole, bądź u siebie w domu. Moim nowym doświadczeniem tego roku jest nauczanie języka polskiego jako obcego rosyjskojęzycznych studentów WSTH. Podejmowanie takich wyzwań jest bardzo rozwijające. Człowiek nawet nie wie, co potrafi, dopóki ktoś go nie wyzwie. A potem się okazuje, że to jest coś, co robi najlepiej i sprawia mu to radość.
Kiedy kończyłam studia, obawiałam się, jak to będzie z zatrudnieniem, ubezpieczeniem, ZUS i tak dalej. Po germanistyce z pracą jest ciężko, wiedzą to moje koleżanki z roku, które połapały co się da, a niewiele pracuje w zawodzie. Ja poszłam trochę na żywioł wyprowadzając się do Warszawy i zaczynając od niewdzięcznej pracy w call center, aż trafiłam do Michałowic i dzięki Bogu, pracuję tutaj od 3 lat. Rok temu po skończeniu 25 lat pojawiło się przerażające widmo samoubezpieczania się, ale i o to Pan Bóg zadbał, pomagając mi otworzyć własną działalność i podsyłając uczniów, żeby opłacić te wszystkie składki i rachunki, a także dając niezbędne pieniądze na życie. Po takich doświadczeniach człowiek przestaje się martwić, co będzie za rok. Przecież sprawiedliwemu chleba i wody nie zabraknie, prawda?
Następnym razem opowiem coś więcej o moich uczniach. To naprawdę ciekawi ludzie. 

wtorek, 13 listopada 2012

Sandwich. Jest pysznie

W piątek przed wyjazdem do Łodzi wstąpiłam na zakupy do Biedronki i wśród wielu produktów wypatrzyłam to: opiekacz, zwany inaczej sandwichem, do robienia tostów. Marzył mi się od jakiegoś czasu taki z wymiennymi wkładami do gofrów, ale zawsze było mi żal te 60 czy 80 zł wydać i się nie zdarzyło. Ten z Biedronki wydawał się fajny, ale nie było sensu kupować maszyny i wieźć jej do Łodzi i z powrotem, więc się wstrzymałam z kupnem. 
Podczas szalonego weekendu z najlepszym zespołem na świecie gościliśmy, a w sumie biesiadowaliśmy u Asi i Marka, wspólnie dorzucając się do obfitego szwedzkiego stołu i tam się okazało, że oni kupili właśnie tego sandwicha, bo campowy się już doszczętnie rozpadał. Więc powzięłam postanowienie, że po powrocie do domu też sobie kupię. No i kupiłam. Kosztował tylko 35 zł. Działa, aż miło, tosty sobie robię z chleba tostowego graham z serem żółtym lub camembert i jest pysznie :)
Kilka zdjęć z ostatniej próby.

Poniżej prezentuję profesjonalnego koka, czyli najładniejszą fryzurę, jaką kiedykolwiek miałam na głowie - dzieło Judyty.




Zwycięzcy Familiady - drużyna Hirołsów machają ;)
Drużyna Muminków w lekkiej konsternacji po sromotnej przegranej do zera.

Zakończyliśmy pracę nad piosenkami (została tylko jedna) i zaczną się warsztaty teatralne.
A także kolejny kurs polskiego...

czwartek, 8 listopada 2012

Henna u Oli

Ola skończyła studia w tym roku, ale postanowiła uczyć się dalej i zaczęła policealną szkołę kosmetyczną. Zajęcia praktyczne bardzo jej się podobają, ale na teorii straszliwie się nudzi, bo ma powtórkę z anatomii w okrojonym wymiarze, a przepisać jej ze studiów nie chcą, bo przedmiot nazywa się "anatomia z dermatologią". Ostatnio uczyli się nakładania henny na brwi i rzęsy, zdała na 5, więc namówiła mnie, żeby sobie na mnie popraktykować. A że ufam jej bezgranicznie (od dwóch lat rozjaśnia mi włosy i wychodzi jej to rewelacyjnie), więc wybrałam się wczoraj do niej na zabieg. W salonie w Warszawie kosztuje to 35 zł, mnie wyniosło to tylko koszt materiału, a wyszło tego tyle, że starczyłoby jeszcze na 5 osób.

Co kupiłam?
-2 opakowania henny proszkowanej Delia z Rossmanna (grafitowa i brązowa) - 2 x 2,50 zł
-wykałaczki do brwi- 1,99 zł

Potrzeba jeszcze:
-patyczek drewniany do rzęs (najlepiej do skórek z Rossmanna)
-woda utleniona
-płatki kosmetyczne
-oliwka lub tłusty krem.


Chociaż słyszałam, że ludzie robią sobie to samemu, ja jednak nie miałabym odwagi, po tym, jak widziałam, jak Ola to robiła. Pewnie wypaliłabym sobie oczy, znając swoje szczęście. Ola najpierw rozrobiła oba proszki w wodzie (chyba utlenionej). Miałam już przygotowaną twarz: zmyte dokładnie mleczkiem i tonikiem okolice oczu, żadnego tuszu od rana, skórę wokół brwi i rzęs posmarowaną oliwką, żeby się nie zabarwiła, a do tego Ola podłożyła pod powiekę namoczony płatek kosmetyczny i na nim umieściła rzęsy. Potem ostrzegła, żebym pod żadnym pozorem nie otwierała oczu, aż mi powie, bo inaczej będzie piekło w oczy. Nastraszyła mnie tak, że potem nie mogłam opanować mrugania. Bardzo się boję zabiegów na oczach, bo często robią mi się jęczmienie, a kiedyś miałam reakcję uczuleniową po kosmetykach, więc staram się nakładać na nie jak najmniej chemii. Ale Ola powiedziała, że henna jest naturalnym barwnikiem roślinnym, z rośliny o śmiesznej nazwie Lawsonia bezbronna, więc nie powinno się nic stać. 
Rozrobiona henna jest czynna tylko przez 15 minut, więc trzeba nakładać to szybko, ale ostrożnie. Na rzęsy nakładała to patyczkiem do skórek, a na brwi wykałaczką. (Tutaj uwaga od Oli: lepsze są wykałaczki o jednym zaostrzonym końcu). Na brwiach trzymała hennę około 3 minut, na rzęsach trochę dłużej. Potem zmyła wszystko dokładnie namoczonym wacikiem.Brwi miałam już wyregulowane, więc nie musiała nic robić, ale zwykle robi się to po hennie. Niedługo będą się uczyć depilacji woskiem, więc wtedy się wybiorę :)
Efekt bardzo mi się spodobał: brwi ciemniejsze, ale naturalnie, rzęsy głęboko brązowe aż po same końcówki (zwykle mam trochę jaśniejsze na końcach i pociągam je tuszem), a rzęsy na dole wreszcie widoczne. Efekt utrzymuje się przez 2 tygodnie i nie trzeba nakładać żadnego tuszu, chyba, że ktoś chce je dodatkowo pogrubić czy podkręcić. Ja się cieszę, że nie będę musiała, bo bardzo mnie denerwuje, że mając tusz nie mogę trzeć oka i wieczorem mam piekące powieki.












Kto chce pójść ze mną następnym razem? ;)

środa, 7 listopada 2012

WTW

Weszłam dzisiaj na wyższy poziom wtajemniczenia: znalazłam pliki w rejestrze systemowym i usunęłam część wpisów, które nie były mi potrzebne.
Ciąg dalszy reformy komputera przebiegł torem następującym: zaczęłam poszukiwać multikomunikatora, który będzie mniej obciążający pracę systemu, niż Skype, na którym miałam także kontakty z facebooka. Znalazłam taki:


Nazywa się WTW. Jak Rozum to usłyszał, aż zapiał ze śmiechu: "Coo? A może wtf? :P" A niech sobie gada. Program, jak widzicie, nie jest zbytnio wybajerowany graficznie, jak gg10 czy inne, ale dzięki temu nie pobiera wiele RAMu i nie spowalnia komputera. Kiedy korzystałam ze Skype, wiele razy mogłam się przekonać o prawdziwości zasady, że światło jest szybsze, niż dźwięk: kiedy komp zamulił na maksa, w momencie przyjścia nowej wiadomości na skype najpierw pojawiał się obrazek z jedynką na ikonce w dolnym pasku, potem okno rozmowy zaczynało migać, a dźwięk rozlegał się kilkanaście sekund później :P
Muszę tylko ogarnąć różne wtyczki do niego, bo on w sobie nie ma zestawów emotikon i dźwięków, trzeba wszystko instalować z zewnątrz. Ale przynajmniej mam nową zabawkę ;)
A w weekend próba All4Him w Łodzi i rada drużynowych w Leksandrowej... Czuję się rozdarta...

niedziela, 4 listopada 2012

iStockphoto


Na szkoleniu liderów we wrześniu dowiedziałam się o bogatym, legalnym źródle obrazów do prezentacji. Jest to portal iStockphoto, gdzie znajduje się wiele zdjęć, obrazów wektorowych, filmików i podkładów muzycznych do zrobienia profesjonalnej prezentacji multimedialnej. Ja takowych nie robię, a jeśli już, to niekomercyjnie, ale okazuje się, że nawet używając zdjęć niekomercyjnie trzeba mieć do nich prawo, nie można ich sobie kopiować z grafiki Google, nawet podając link, skąd pochodzą, bo jest to nieprawne przywłaszczanie sobie cudzej własności.
Na iStockphoto można kupić zdjęcia w najlepszej rozdzielczości, jak choćby tutaj . Ale jest jeszcze bardzo przydatna opcja Free Photo of the Week, gdzie co tydzień można za darmo pobrać zdjęcie. Równocześnie wyświetlane są cztery ostatnie darmowe zdjęcia. Powyższe zdjęcie pochodzi właśnie stamtąd i mam prawo do jego użytkowania, na zasadzie licencji royalty free.
Royalty free (wolne od tantiem) − model licencjonowania różnych form własności intelektualnej, takich jak patenty, znaki towarowe, prawa autorskie, który polega na tym, że licencjobiorca płaci jednorazową opłatę licencjodawcy po czym zyskuje prawo do wielokrotnego, dowolnego użycia własności intelektualnej, bez konieczności wnoszenia kolejnych opłat.
From http://pl.wikipedia.org/wiki/Royalty_free

 Niestety nie znalazłam archiwalnych zdjęć, więc czeka mnie gromadzenie kolekcji od początku. 
Oprócz zdjęć tygodnia można znaleźć tam również grafikę, filmik, podkład muzyczny, wszystko na wysokim poziomie.
Znalazłam jeszcze jeden portal z opcją pobierania darmowych zdjęć, tym razem kolekcja jest niemalże nieograniczona: Pixmac.pl . Można wyszukiwać, jakie tylko są potrzebne, chociaż nie są już takie rewelacyjne, jak na iStockphoto.
Oczywiście zawsze można robić własne zdjęcia i umieszczać je na blogu czy w prezentacjach, lub poprosić znajomych o udostępnienie ich zdjęcia. Zatem muszę się w końcu dorobić aparatu lub telefonu z porządnym aparatem ;)

sobota, 3 listopada 2012

The movie weekend


Wstyd mi się przyznać, ale powiem, skoro już zaczęłam, o tym, jak spędziłam długi weekend. Od czwartku miałam wolne, nie licząc jednej godziny zajęć z keyboardu w piątek, więc zaprosiłam do siebie Olę, zrobiłam wielkie zakupy i cały czwartek spędziłyśmy na jedzeniu i oglądaniu filmów. Obejrzałyśmy łącznie 5 filmów: "007 Quantum of solace", "Królewna Śnieżka i łowca", "Memento", "Nigdy nie mów nigdy" i "Rozważni i romantyczni - Klub miłośników Jane Austen" - każde z innego gatunku i klasy.
"Quantum" obejrzałyśmy będąc w klimacie Bonda od kilku dni. Największą zagwozdkę miałyśmy oczywiście po "Memento" - znalezienie wytłumaczenia tej skomplikowanej fabuły zajęło nam trochę czasu. Śnieżka była gotycka - tak w klimacie minionego Halloween (grała aktorka ze "Zmierzchu", więc się zgadzało), "Nigdy nie mów nigdy" - jak to polskie filmy, o życiu, ale zero romantyzmu, jak uznała Ola. Dlatego zdecydowałyśmy obejrzeć jeszcze "Rozważni i romantyczni". A na dobitkę dzisiaj wieczorem obejrzałam "Mr&Mrs Smith", czyli komedię sensacyjną z Bradem Pittem i Angeliną Jolie i zjadłam ostatnie orzeszki w panierce.
Znajomi pojechali na kongres do Płocka, inni wykorzystali wolne i też się wybrali na jakiś wyjazd rekreacyjny. A ja miałam szaloną chęć posiedzieć w domu i nie wyjeżdżać nigdzie, nie śpiewać i niczego poważnego nie robić. Prawie się udało.