poniedziałek, 30 listopada 2009

All forgot, czyli po próbie w Pszczynie :D




Odliczanie zostało zakończone :D odbyła się pierwsza w historii próba zespołu All4God w Pszczynie :) jeszcze nigdy się tak porządnie nie naśpiewałam ;) dziękuję wam wszystkim za przyjazd, za entuzjazm, za radość, za wszystkie wasze uwagi, bo to znaczy, że chcecie współtworzyć ten musical :) no i dziękuję Bogu, że wybrał do tego właśnie was :D

Zebrało się trochę hitów próby...

Piątek

*wsiąść do pociągu byle jakiego... czyli szalone podróże "chłopaka z gitarą", Filipa walka o przetrwanie na Dworcu Centralnym i Tomka do Pszczyny przez Bielsko (podobno zaplanowana ;)

Konrad - chłopak z gitarą.


* budzący powszechne zainteresowanie kalecy: Tomek i Ola - oczywiście łączymy się z wami w bólu ;)

Dr House ;)


* spontaniczny pomysł Oli na aranżację gospel popularnego adwentowego szlagieru "Gdy Jezus jest w rodzinie tej" ;)

Sobota


* burzliwa dyskusja na lekcji szkoły sobotniej ;)
* "To nie Dawid, to każdy z nas."

Kierownik (albo kierownica, jak kto woli;) wokalny i kierownik instrumentalny



* historia o strzyżyku, czyli kto lubi ptaki rano, a kto nie ;)

Seba - bębny czy konsola?



* krewetki i inne owoce morza, czyli meeeeega obiad :D :D :D wielkie ukłony i podziękowania :)

* magiczne znaki d'Olnych altów: "Idę w ślepą uliczkę, nie idź za mną."



* Tomka "modlitwa" nad spodniami :P
* "Zaczynamy nowy film" w Kołysance i "Zobacz sam, jak Gumisie skaczą tam i siam" w Będę śpiewać i inne bajkowe motywy ;)

Faworyzowane soprany, które nie sposób przekrzyczeć :P


* all forgot ;D

Dr House 2 - tylko bez laski :P


* "fajni jesteście chłopcy z tymi górami/kulami" - każdy słyszy, co chce :P

Tomek, Dawid i Filip - tenory :D


* Słoniu, słoniu, odezwij się!

Haunted House



* opowieści Oli i Patrycji ;)

Górne alty :)




* Czterech na kanapie - 3:1 dla chłopców (z jedna samobójczą bramką wbitą przez Kikę :P) , ale w niedzielę rano nie mielibyście ze mną szans :P




Niedziela


*historie o snach na jawie - Ola S. walcząca z Chińczykami xD

***
Niewyspani, nieprzytomni, rozłożeni jakimiś chorobami, ale szczęśliwi :D czekam niecierpliwie na kolejną próbę w styczniu :)
Kisses 4 all :* :* :*

środa, 25 listopada 2009

Na szczycie fali.

Kolejne wydarzenie artystyczne, w jakim brałam udział, to popis rytmiczek z naszej szkoły. Jest to zawsze wydarzenie, bo rytmiczki występują ze dwa razy w roku.
Wystąpiły dziewczyny z IV klasy w choreografiach grupowych i pojedynczych oraz dziewczyny z klasy VI, prezentując swoje solówki.
Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bo nawet nie zdążyłam zanotować pełnych tytułów utworów, jak cały czas gasili mi światło.
Najbardziej podobało mi się:

-> Iza Adamiec w wzorzystych pasiastych getrach i błękitnej bluzce wykonała szalony układ do muzyki z filmu animowanego. Genialnym momentem był jej śmiech na początku i na końcu. Środek też był świetny, ale nie mogę sobie przypomnieć szczegółów ;)

-> Kasia Nowińska do dźwięków saksofonu Jamesa Cartera omiotła salę ognistym spojrzeniem i wichurą włosów. A swoją drogą zainteresował mnie ten Carter i jego saksofon, więc osłuchuję jego nagrania na youtube ;) nie mogę znaleźć nagrania z "Layin' in the cut", ale macie inne.




-> Nigdy nie przypuszczałam, że "24. Kaprys" Paganiniego jest taki długi... Ale Zuzia Pociask poradziła sobie z nim mistrzowsko. Byłam pod wrażeniem perfekcji jej ruchów naśladujących każde drgnienie smyczka. Tego nie sposób opisać, to trzeba zobaczyć... No to zobaczcie ;)



-> Fortepian preparowany to specjalny sposób gry na fortepianie, polegający na umieszczaniu miedzy strunami instrumentu śrubek, nakrętek, monet, gumek do ścierania i innych drobnych przedmiotów, które zmieniają dźwięk. Ubrana w metalicznej barwy kostium Monika Jachyra szlifowała podłogę i trzęsła całym ciałem, energicznie oddając charakter utworu.
Nie mogłam znaleźć "Metamorfoz", ale jest coś innego.


Mała dygresja o Cage'u, bo akurat tkwimy na historii muzyki w XX wieku:

A oto słynny kawałek "4,33" w którym kompozytor... Sami posłuchajcie ;)


Eksperyment Imaginary Landscape No. 4, w którym muzyką są dźwięki dobiegające z 12 radioodbiorników obsługiwanych przez 24 osoby regulujące długość fal oraz głośność.



-> Na koniec powrót do klasyki, czyli stary dobry Vivaldi i układ grupowy. Wielkie wykonanie dziewczyn i kontratenora Andreasa Scholla.



***
Teoria o tym, że kobiety są jak fale, jest prawdziwa. Wczoraj byłam na szczycie: niespożyta energia aż do samego wieczora, co było widać na historii muzyki i na śpiewie, pokonywanie granic własnej skali, pęd do uczenia się i jakaś ogólna euforia ;) i tylko rozmiękczył mnie zamulasty odcinek u Kuby Wojewódzkiego, a przynajmniej część z Olgą Frycz, blondyną z innej bajki. Ale stwierdzam, że jednak Kałamaga i Łowcy.B rządzą.
No a dzisiaj muza i obijanie się, jak widać.
Ciao.

wtorek, 24 listopada 2009

Operowo w baroku.

Dzisiaj mała powtórka z historii muzyki, tym razem opera w baroku.

***
Główne ośrodki rozwoju opery we Włoszech


* CAMERATA FLORENCKA - schyłek XVI w. patronował jej hrabia Giovanni Bardi, później Jacopo Corsi.

Kompozytorzy:
-Jacopo Peri -> "Dafne", "Euridice" (1600) *recytatyw
-Giulio Caccini-> "Euridice" *odcinki kantylenowe
-Vincenzo Galilei
-Emilio de Cavalieri

Założenia:
->dążenie do odrodzenia idei antycznego dramatu greckiego
->prymat słowa nad muzyką - recytatyw (sylabiczny typ melodyki o niewielkim ambitus i motywami repetycyjnymi)

Cechy:
-tematyka mitologiczna
-dominacja recytatywów eksponujących tekst
-niewielki udział partii instrumentalnych



Tutaj można usłyszeć wszystkie cechy: niewielki zespół instrumentalny i recytatywne partie wokalne.

* MANTUA

Przedstawiciel: Claudio Monteverdi "Orfeusz"

Cechy:
-wprowadzenie dokładnie określonego zespołu wykonawczego
-partie koncertujące i ilustracyjne
-wstęp "toccata" oraz sinfonie i ritornele
-recytatyw, aria, duet, pieśń, madrygał
-technika koncertująca



* RZYM - opera chóralna

Przedstawiciele:
-Steffano Landi "Il sant Alesio"
-Michelangelo Rossi

Cechy:
-silne tradycje wokalnej muzyki kościelnej
-treści religijne
-kastraci



* WENECJA - opera solowa

Przedstawiciel:
-Claudio Monteverdi "Powrót Ulissesa", "Koronacja Poppei"
-Francesco Cavalli "Dydona i Eneasz"

Cechy:
-pierwszy publiczny teatr operowy
-intryga miłosna z elementami komicznymi
-partie solowe w postaci arii, recytatywu i ariosa
-bel canto
-styl concitato (wzburzony)
-instrumentalny wstęp (sinfonia)
-ściśle określony skład orkiestry
-aria koncertująca

Rodzaje recytatywów:

-recitativo secco - deklamacja tekstu przy towarzyszeniu basso continuo
-recitativo acccompagnato - głos z rozbudowanym akompaniamentem



* NEAPOL

Przedstawiciel: Allesandro Scarlati "Tigrane", "Griselda"

Cechy:
-arie o różnej budowie - zwrotkowa - dwuczęściowa - da capo ABA (kontrast agogiczny)
-sinfonia (instrumentalny wstęp) - budowa trzyczęściowa - allegro-adagio/andante - allegro
-opera seria i opera buffa

poniedziałek, 23 listopada 2009

Mężczyźni są jak sprężyny, a kobiety są jak fale.

No, to wreszcie rozumiem, skąd mam okresowe doły... I że nie da się być wiecznie zadowolonym ani nie ma sensu się do tego zmuszać ;)


Nawet bardzo zakochany mężczyzna czasami musi na krótko odsunąć się od partnerki, nim znów się do niej zbliży.

Nastrój kobiety wznosi się i opada jak fala. Kiedy osiągnie dno - nadchodzi czas uczuciowych obrachunków.


Mężczyzna wciąż oscyluje między potrzebą bliskości i tęsknotą do niezależności.

Mężczyźni w swoich związkach wciąż się oddalają i zbliżają, a kobiety odczuwają na przemian wzrost i opadanie gotowości kochania siebie i innych.

Będąc przez dłuższy czas blisko partnerki, mężczyzna do pewnego stopnia zatraca swoją tożsamość.

Nawet wtedy, gdy mężczyzna znakomicie "podbudowuje" partnerkę, może się ona z początku wydać jeszcze bardziej zdenerwowana.

Mężczyzna, który rozumie swój cykl uczuciowy, odchodząc, uspokaja partnerkę zapewnieniem, że "niedługo wróci".

Kiedy tłumimy swoje negatywne uczucia, gasną również uczucia pozytywne - i miłość umiera.


Mężczyźni walczą o prawo do wolności, a kobiety o prawo do niepokoju.
Mężczyznom potrzeba przestrzeni, kobietom - zrozumienia.

Kiedy mężczyzna pomaga kobiecie, stając się uważnym słuchaczem, ona w odpowiedzi pomaga mu, rozumiejąc jego potrzebę oddalenia się.

Mężczyznę bardzo obciąża świadomość, że jest dla partnerki jedynym źródłem miłości i pomocy.

Kiedy finansowe potrzeby kobiety są zaspokojone, staje się ona bardziej świadoma swoich pragnień emocjonalnych.


***
Wysprzątałam dzisiaj całe mieszkanie, zrobiłam pranie, ugotowałam obiad, nauczyłam się na sprawdzian, zrobiłam zakupy i zrobiłam aranżacje do piosenek na próbę. Uff, jestem utyrana, ale dumna z siebie. Teraz mogę odpocząć, posłuchać muzyki, poczytać. I nie myśleć, że jutro cała bieganina zacznie się od nowa...
A za 5 dni zmiana środowiska... ;) już się nie mogę doczekać... :)
Pozdrowienia dla muzyków :)

niedziela, 22 listopada 2009

Gregorian.



Wish you were here

Pink Floyd


So, so you think you can tell
Heaven from Hell, blue skies from pain?
Can you tell a green field
from a cold steel rail?
A smile from a veil?
Do you think you can tell?

And did they get you to trade
your heroes for ghosts?
Hot ashes for trees?
Hot air for a cool breeze?
Cold comfort for change?
And did you exchange a walk-on part
in the war for a lead-role in a cage?

How I wish, how I wish you were here.
We're just two lost souls
swimming in a fish bowl, year after year.
Running over the same old ground.
What have we found? The same old fears.
Wish you were here.

***

Dzisiejszy dzień upływa pod znakiem chorału gregoriańskiego i wszystkiego, co z nim związane, czyli msza i jej części, tropy, sekwencje i inne takie szalone rzeczy. No, tak wyszło, że muszę jutro zaliczyć muzykę średniowieczną. A w ramach odmóżdżania włączyłam youtube i obadywałam kawałki Gregorian. Niektóre propozycje mnie zupełnie rozwaliły: "Boulevard of Broken Dreams" Green Day, "I still haven't found" U2 i "My heart will go on" z Titanica :P

***
Ale żeby nie było tak całkiem średniowiecznie, to załączam współczesną piosenkę we współczesnym wykonaniu. Kiedyś parę lat temu śpiewaliśmy ją ze szkolnym chórem i to był nasz ulubiony przebój :)



Ave śmiertelnicy.

sobota, 21 listopada 2009

Bel canto.


Trzy dni czystej klasyki, czyli III Ogólnopolski Konkurs Wokalny im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, 19-21 listopada 2009r.


Muszę powiedzieć, że było to dla mnie jedno z ważniejszych wydarzeń muzycznych, w jakich uczestniczyłam. Nie mam zwyczaju segregować koncertów na bardziej lub mniej prestiżowe, bo tak naprawdę muzyka jest dla mnie wyjątkowym przeżyciem, czy jest to koncert uczniów ze szkoły, czy koncert w filharmonii. Ale tym razem przeżyłam cały konkurs bardzo mocno, bo chociaż nie uczestniczyłam w nim w sensie rywalizacji, to byłam dość zaangażowana w jego przebieg.
Konkurs rozpoczął się we czwartek, tego dnia były pierwsze przesłuchania i tego dnia wybrałam się kibicować Oli oraz dziewczynom z naszej szkoły, Reni i Pauli. Miałam ze sobą nieodłączny dziennik pokładowy, żeby notować uwagi techniczne o śpiewie wykonawców i wszystko, co przeżywałam podczas ich występów. Po dwóch pierwszych umiarkowanie spokojnych występach panów (z pewnością zestresowanych rozpoczynaniem konkursu właśnie od nich) błyskawicznie szybko rozwinął się poziom konkursu. A trzeba przyznać, że był naprawdę wysoki i w wielu przypadkach wręcz zadziwiający, gdy spojrzało się do programu konkursowego i zerknęło chociażby na wiek uczestników (rozpiętość wiekowa wynosiła od 15 do 25 lat!). Zaskoczenie wywołały występy wielu siedemnastolatków, którzy pomimo młodego wieku wykazali się niezwykłą wrażliwością i dojrzałością muzyczną, o poziomie wykonawczym nie wspomniawszy. Właściwie już na tym etapie konkursu miałam swoją faworytkę. Nie jedyną, oczywiście, bo przy sporej ilości uczestników zaznaczałam gwiazdki, wróżąc im drugi etap, a nawet wyróżnienia i nagrody. Ale ta jedna była szczególna. O niej napiszę później.

W piątek nie mogłam się na notowaniu skupić, bo razem z Olą zapowiadałyśmy wykonawców i oczywiście kibicowałyśmy Madzi. Sporo bezimiennych (z racji obecności na sali uczestników) uwag padło podczas piątkowego seminarium, prowadzonego przez przewodniczącego jury,choćby o tym, jak dobór repertuaru odbił się na poziomie wykonawczym, bądź pozytywnie (dobrany do możliwości i wrażliwości wykonawcy), bądź negatywnie (znacznie przerastający możliwości wykonawcy, wybrany "na siłę", "pod publiczkę", żeby zrobić wrażenie na komisji). O tym, jak ważne jest zachowanie równowagi między cichym, słabo nośnym śpiewaniem a krzykiem, jak wielki wpływ na efekt wykonania ma psychika i niezwykle trafna uwaga o tym, że uprawianie sportu może wzmocnić psychikę.

Ominął nas także cały drugi etap konkursu, ponieważ odbywał się w piątek po zachodzie i w sobotę rano, jednak uwieńczenie konkursu w postaci sobotniego wieczornego koncertu laureatów nie mogło nas ominąć.

Nie sposób przedstawić tutaj wszystkich zapisków z dziennika, bo zanudziłabym was do reszty uwagami typu: "rasowy głos", "mało dźwięczne doły", "niezwykła muzykalność i genialna interpretacja" itp. a także zdecydowanie ciekawszych notatek z programu Oli (te wszystkie skojarzenia o ziarnie soi, pralce Zanussi i rysunki okularków informatyka ;)Może opowiem tylko o paru najciekawszych uczestnikach, którzy zwrócili moją uwagę i, jak się potem okazało, otrzymali wyróżnienia i nagrody.


* Zaskoczeniem była dla mnie Aneta, niepozorna dziewczyna w fioletowej sukni i w możdżerowskich okularach, która nauczyła mnie, że "pozory mylą". Wiecie, rasowe śpiewaczki mają trochę ciała, żeby mieć z czego wydobyć głos, a ona była zupełnym zaprzeczeniem tego stereotypu. Ale okazała się wokalnym Goliatem w ciele Dawida i arię starowłoską "Squarciami pure il seno" Vivaldiego zaśpiewała tak stylowo i z taką muzykalnością, że zakrólowała sceną. Jury doceniło ją, dając jej w ostatecznym etapie wyróżnienie. Chyba nie do końca była w stanie to psychicznie udźwignąć, bo podczas koncertu finałowego falowały jej nogi a jej twarz sprawiała wrażenie, jakby miała się zaraz rozpłakać. Ale dzielnie (tym razem bez okularów) opanowała wzruszenie i zaśpiewała arię "Va godendo" z opery "Xerkses".

* Patryk, niejaki uczeń prof. Jana Ballarina, przewodniczącego jury, utkwił mi w głowie dzięki pieśni "Stary kapral" i gromkim okrzyku "Naprzód wiara". Poza tym to bez szału, ale jury postanowiło go wyróżnić. Muszę jednak przyznać, że miał naprawdę imponujący bas.

* Paula, najkrótsza stażem z reprezentujących naszą szkołę wokalistek, niezwykle miła i skromna osoba, nie zawiodła mnie w wykonaniu "Polnej różyczki", a także urzekła publiczność w sobotni wieczór wdzięczną ariettą Oscara "Saper vorreste" Verdiego, udowadniając przy tym, że klasyka nie musi być trudna i niezrozumiała i wcale nie trzeba przytłaczać ludzi Szymanowskim, żeby zrobić dobre wrażenie. Wrażenie zrobiła także na jury, które ją wyróżniło, dodatkowo także za najpiękniejszy sopran ziemi rzeszowskiej.

* Poziom głośności w sobotnim koncercie wzrósł wraz z przekroczeniem bariery wyróżnień i wystąpieniem laureatki III nagrody, Agnieszki, która zaśpiewała arię "Il mio bel foco" oraz pieśń Szymanowskiego "Wysła burzycka". Tu muszę się jednak przyczepić: Szymanowski nie jest łatwo strawnym kompozytorem i nawet koneserzy ledwo sobie z nim radzą, dlatego na tym koncercie był zgrzytem. Poza tym myślę także, ze uczniowie szkół średnich nie są do niego dostatecznie dojrzali...

* No, tym razem wokalistka była odpowiednich rozmiarów, miała rasowy wygląd, klatkę piersiową suknię i naszyjnik. I kawał głosu, bo to przecież najważniejsze w tym wszystkim. Adriana, bo o niej mowa, z furią zaśpiewała na eliminacjach arię Vaganta z oratorium Judyta triumfująca, a na wieczornym koncercie nienaganną ruszczyzną zaśpiewała arię Parasji z opery "Jarmark soroczyński" Musorgskiego. Zasłużone II miejsce.

* And last, but not least - moja absolutna faworytka, zwyciężczyni I nagrody, Adriana Ferfecka. Z każdego ruchu, każdego słowa, każdej wyśpiewanej nuty przemawiała z niej prawdziwa artystka. I jak się dowiedziałam od koleżanek z muzyka, które ją poznały, ma również wyjątkową osobowość, co właściwie tak naprawdę decyduje o wartości artysty. Z prawdziwymi łzami w oczach wykonała w sobotni wieczór arię "Lascia ch'io pianga" (Pozwólcie mi płakać) oraz z niezwykle przekonywującym ruchem scenicznym i prześliczną dziewczęcością pieśń "Odejdź Jasiu od okienka". Jeśli dodam, że dziewczyna miała 17 lat i była bardzo drobna, to chyba nie będzie wątpliwości, że to rzadkie zjawisko. No i suknię miała przepiękną... Gorąco życzę jej najlepszej kariery :D

Na koniec mojego przydługiego sprawozdania (chyba coraz bardziej upodabniam się do taty, w budowaniu długich zdań i wyszukiwaniu skomplikowanego słownictwa:P) chciałam osobiście wyróżnić moje kochane wokalistki: Olę, Renię i Madzi, które chociaż nie zdobyły żadnej nagrody, ale pokazały na tym konkursie to, co najlepiej potrafiły i to, co im najpiękniej wychodziło.
I szkoda, że w tym roku kończę szkołę i że konkurs odbywa się co 2 lata...

***
I niech sobie mówią, co chcą, że śpiew klasyczny jest nudny, nie da się tego słuchać i w ogóle najgorsze okropieństwo, żeby nie użyć mocniejszych wyrazów. Dla mnie klasyka jest PIĘKNA i UWIELBIAM JEJ SŁUCHAĆ. Koniec, kropka.

niedziela, 15 listopada 2009

Z nadmiaru siedzenia.

Dzisiaj było kolejne podejście do książki "Mężczyźni są z Marsa...". Krótkie streszczenie poprzednich rozdziałów:

Rozdział II
PAN ZAŁATWIACZ I DOMOWY KOMITET ULEPSZEŃ



Udzielając mężczyźnie rad, kobieta sugeruje, że on sam nie wie, co robić, lub że nie potrafi tego zrobić samodzielnie.
Samopoczucie kobiety jest uzależnione od stanu jej uczuć i jakości jej związku.
Kiedy kobieta spontanicznie doradza i próbuje "pomóc" mężczyźnie, nawet sobie nie wyobraża, jak krytycznie i "niemiłośnie" brzmi to w jego uszach.
Kobieta próbuje po prostu podzielić się uczuciami, a mąż, sądząc, że pomaga,
przerywa jej, proponując, według siebie, znakomite rozwiązanie.
Jeśli partner odrzuca naszą pomoc, to najprawdopodobniej dlatego, że źle wybraliśmy czas i okazję do jej okazania.
Mężczyzna potraktowany nie jako problem, lecz jako rozwiązanie problemów, chętnie dokona ulepszeń.



Rozdział III
MĘŻCZYŹNI ZASZYWAJĄ SIĘ W SWOICH JASKINIACH, A KOBIETY MÓWIĄ


Żeby się odprężyć, Marsjanie udają się do swoich jaskiń, by samotnie rozwiązać swój
problem.
Aby poczuć się lepiej, Wenusjanki spotykają się ze sobą i otwarcie rozmawiają o swoich problemach.
Tak jak mężczyzna spełnia się, odrzucając zawiłe detale i poświęcając się rozpatrywaniu sprawy zasadniczej, tak kobieta czuje się usatysfakcjonowana, jeśli omówi swój problem w najdrobniejszych szczegółach.



Rozdział IV
JAK WPŁYWAĆ NA PŁEĆ PRZECIWNĄ

Moc i chęć działania mężczyzn płynie z przekonania, że są potrzebni.
Kobiety znajdują motywację i siłę do działania, kiedy są otoczone czułe opieką.
Mężczyzna obdarowany szansą udowodnienia swoich możliwości ujawnia to, co w nim
najlepsze. Na swe dawne, egoistyczne pozycje cofa się tylko wtedy, gdy czuje, że może mu się nie udać.
Brak poczucia, że jest komuś potrzebny, oznacza dla mężczyzny powolną śmierć.
Jeśli kobieta czuje, że jest warta miłości, słabnie jej naturalna skłonność do brania wszystkiego na siebie. Pamiętając, że nie musi na to uczucie w żaden specjalny sposób "zasłużyć", może się odprężyć, ofiarować mniej, a więcej przyjąć.
Jest tego godna.
Kiedy kobieta się zbudzi i przypomni o swoich potrzebach, partner również się ocknie
i zapragnie ofiarować jej więcej.
Mężczyzna najbardziej obawia się tego, że okaże się niekompetentny i nie dość dobry
w tym, co robi. Mężczyzna staje się nieczuły na cudze problemy wtedy, gdy odczuwa strach.
Kobiety odczuwają obawę przed braniem, a mężczyźni boją się dawać.
Jak na ironię: kiedy mężczyźnie naprawdę bardzo na kimś zależy, strach przed porażką wzrasta i Marsjanin daje mniej. Żeby nie narazić się na niepowodzenie, przestaje cokolwiek ofiarowywać. Dotyczy to głównie tych osób, którym chciałby dać najwięcej.
Jeśli mężczyzna nie czuje się bezpieczny, może to sobie rekompensować, nie zajmując się nikim poza samym sobą. Jego automatyczną reakcją obronną jest powiedzenie: "Nie zależy mi". To z tej przyczyny Marsjanie nigdy nie pozwalali sobie na nadmierną troskę o innych.
Mężczyzna niechętnie słucha kobiety nieszczęśliwej i rozczarowanej, ponieważ odnosi
wówczas wrażenie, że to on zawiódł.


Jednak zdecydowanie bardziej chętne do czytania takich książek są kobiety. Mężczyźni są przekonani, że są super, wiedzą wszystko i niczego więcej nie potrzebują, więc po co im jakieś poradniki. Znam tylko jednego gościa, który to przeczytał, a nawet sam mi polecał, ale to wyjątek potwierdzający regułę :P a naprawdę, gdyby obie strony to przeczytały, żyłoby się łatwiej...

***



To mój dzisiejszy pomysł z nadmiaru siedzenia. Natka mi poleciła Szóstkę Weidera. Wciągnęłam w to Olę i zamierzamy dojść do kaloryfera :P to naprawdę będzie wyczyn, żeby po tym dojść choćby do drzwi... :P

Zaczynamy nowy, pracowity (I hope :P) tydzień. Czas pisać drugi rozdział pracy i jakoś spróbować przebrnąć przez angielskie książki, tłumacząc je na niemiecki.
See ya.

sobota, 14 listopada 2009

Trzy ekrany.



Wieczór przed trzema ekranami: "Mam talent" w TV, kopiowanie zdjęć z komputera i film z laptopa. Ale z tego wszystkiego najbardziej wkręcił mnie był film, oglądany w przerwach na reklamy i po "Mam talent" już nieprzerwanie do końca. No, może z przerwami na przerzucenie zdjęć. Wprawdzie miałam do wyboru jeszcze dwa sezony House'a i "Króla Artura" oraz kilkanaście innych sensacyjnych, sci-fi i w ogóle hitów kinowych ostatniego roku, ale obejrzałam cukierkową, nierealistyczną francuską komedię romantyczną o samo-za-siebie-mówiącym tytule "Miłość. Nie przeszkadzać!".

Irene (Audrey Tautou) zajmuje się uwodzeniem bogatych mężczyzn. Pewnego dnia myli nieśmiałego i biednego jak mysz kościelna kelnera z Grand Hotelu Jeana (Gad Elmaleh) ze znanym milionerem. Gdy okazuje się, że portfel mężczyzny świeci pustkami, piękna Irene odchodzi. Niezrażony i zakochany w niej Jean podąża jednak jej śladami.
Kobieta uczy go jak zdobywać serca zamożnych dam. Jednak odmieniony Jean zaczyna podobać się także swojej nauczycielce miłosnego fachu...

W niczym nie przypominała mojego życia, nawet fragmentu mojej historii, w ogóle mnie nie roztkliwiła, nie wywołała żadnego żalu, nie przywołała żadnych marzeń ani wspomnień, po prostu była i się skończyła. Lubię czasami obejrzeć takie filmy, które niczego nie wnoszą ani niczego nie zabierają. Za dużo myślenia i przeżywania męczy.



Jutro ostatni dzień samotnego weekendu w mieszkaniu. Trochę zaczyna to być nużące, te trzy ekrany. Każda powinna mieć swój.

Dwa tygodnie i "Będę śpiewać..." :D



ZA DWA TYGODNIE PRÓBA MUSICALU!!!

Uświadomilam to sobie we czwartek wieczorem, kiedy Dawid przeslal mi nuty do "Kolysanki", tak jak obiecywal, dwa tygodnie przed próbą. I wtedy dotarlo to do mnie, że to już niedlugo :) to byl taki pierwszy radosny impuls :D
Drugiego doświadczylam wczoraj, kiedy dostalam kolejne nuty i zaczęlam je przesluchiwać w Finale Note Pad. Nie wiem, czy odczuwaliście kiedyś coś takiego, że sluchacie utworu, który sami skomponowaliście, każdą nutę, każdą wartość rytmiczną, każdy pion harmoniczny i widzicie to zapisane przez kogoś innego, niemal dokladnie tak, jak slyszycie to w swojej glowie? I uświadamiacie sobie, że ktoś to uznal za warte opracowania i wykonania, że podjąl się wspólpracować? A potem myślicie, że już za dwa tygodnie to uslyszycie na żywo? Nie jestem w stanie zwerbalizować tego uczucia, które mi wtedy towarzyszylo. Taka osobliwa radość i glębia satysfakcji z tworzenia. Przyszlo mi wtedy na myśl urodzenie dziecka. Może to niezbyt dobre porównanie, ale to też w pewnym sensie tworzenie... Ja tam nie palę się do tego, ale może kiedyś się przekonam ;)
I co to ja jeszcze chcialam powiedzieć... Wlaściwie to to, że teraz będę żyla tą jedną myślą, że to już za 2 tygodnie :D i będziemy się pakować i jechać pociągiem, i przyjadą sami fajni ludzie, i będziemy śpiewać i grać, i znowu zacznie się szalone muzyczne życie :D i już wiem, że będzie sporo interakcji międzyludzkich i to trochę mnie niepokoi, ale co tam ;) zawsze wolalam, jak się coś dzialo, niż jak nic się nie dzialo ;P
A w międzyczasie będzie konkurs wokalny, w ktorym bierze udzial Ola i który prowadzimy następnego dnia, i koncert finalistów za tydzień, i lekcje śpiewu, i czekanie na poprawiony rozdzial pracy, i chodzenie do muzyka, i wysylanie nut i masę, masę innych drobiazgów ;) czekanie i cieszenie się jest takie fajne :) wlaściwie jak nie ma na co czekać, to nie ma po co żyć...

Ściskam was mocno, bo inaczej nie mogę :D

czwartek, 12 listopada 2009

Independence Day.




Nie będę wcale oryginalna, jeśli powiem, że w święto niepodległości obejrzałam "Independence Day", przekonana, że to taki hit, a ja go jeszcze nie widziałam. Pod koniec filmu zorientowałam się, że już go kiedyś oglądałam :P ale co tam, były dekoracje z tektury, plastikowi obcy i sztuczne wybuchy. God bless America.

***
Z tego dnia wolnego pożytek niewątpliwy był taki, że skończyłam pisać pierwszy rozdział pracy mgr i wysłałam go promotorowi. Czuję taką swoistą satysfakcję, chociaż pewnie będzie tam masę rzeczy do poprawy. Ale niech nie mówią, że się obijam albo siedzę pół dnia na necie (chociaż siedzę ;) i gadam przez pół dnia ze znajomymi (chociaż gadam :P), bo napisałam. I już.

***
Czytam nadal po fragmenciku "Mężczyźni są z Marsa..." i ogrom nowych nabytych wiadomości mnie tak przepełnia, że najchętniej opowiadałabym o tym wszystkim, ale osoby, na które liczyłam, nie mają ochoty, a ci bardziej entuzjastyczni już to czytali :P i co ja mam z tym zrobić? :/

A, i jeszcze jedna ciekawostka z FB tym razem:

Kika completed the quiz "Jaki mezczyzna da ci szczescie?" with the result Twój typ - romantyczny intelektualista jak William Thacker z "Notting Hill" (w tej roli Hugh Grant)..

U ciebie milosc nie rodzi sie w sercu ani w zoladku, ale w glowie. Cenisz u mezczyzny intelekt i autoironiczne poczucie humoru. lózkowe porywy na...mietnosci spychasz na dalszy plan. Lubisz tez przewodzic w zwiazku, zawsze miec ostatnie slowo. To, ze nie dajesz sie zwariowac biurowym przystojniakom, to twoja zaleta. Masz racje - w milosci liczy sie przede wszystkim dopasowanie charakterów i wspólne tematy do rozmów. Ale nie bagatelizuj tej drugiej, cielesnej strony uczucia! Dyskutujcie, spierajcie sie - mozecie przeciez robic to... w sypialni..


Powiedzmy, że zawsze o tym wiedziałam, ale teraz mi to unaoczniono... :P


***
Dzisiaj popis wokalistek, tym razem pewnie się z tego nie wykręcę... I trzeba będzie coś zaśpiewać...

Zatem wysyłam życzenia z wczoraj:
ALLES GUTE ZUM INDEPENDENCE DAY ;P

wtorek, 10 listopada 2009

I want perfection.



Bodies
Robbie Williams

God gave me the sunshine,
Then showed me my lifeline
I was told it was all mine,
Then I got laid on a ley line
What a day, what a day,
And your Jesus really died for me
Then Jesus really tried for me

UK and entropy,
I feel like its ****in’ me
Wanna feed off the energy,
Love living like a deity
What a day, one day,
And your Jesus really died for me
I guess Jesus really tried for me

Bodies in the Bodhi tree,
Bodies making chemistry
Bodies on my family,
Bodies in the way of me
Bodies in the cemetery,
And that’s the way it’s gonna be

All we’ve ever wanted
Is to look good naked
Hope that someone can take it
God save me rejection
From my reflection,
I want perfection

Praying for the rapture,
‘Cause it’s stranger getting stranger
And everything’s contagious
It’s the modern middle ages
All day every day
And if Jesus really died for me
Then Jesus really tried for me

Bodies in the Bodhi tree,
Bodies making chemistry
Bodies on my family,
Bodies in the way of me
Bodies in the cemetery,
And that’s the way it’s gonna be

All we’ve ever wanted
Is to look good naked
Hope that someone can take it
God save me rejection
From my reflection,
I want perfection

Bodies in the Bodhi tree,
Bodies making chemistry
Bodies on my family,
Bodies in the way of me
Bodies in the cemetery,
Bodies in the bodhi tree,
Bodies making chemistry
Bodies on my family,
Bodies in the way of me
Bodies in the cemetery,
And that’s the way it’s gonna be

All we’ve ever wanted
Is to look good naked
Hope that someone can take it
So God save me rejection
From my reflection,
I want perfection

Jesus didn’t die for you, what do you want?
(I want perfection)
Jesus didn’t die for you, what are you on?
Oh Lord
(Jesus really died for you) Ohh
(Jesus really died for you)
(Jesus really died for you) Ohh

***
Umieściłam tę piosenkę, bo chodzi za mną od tygodni, nie dlatego, że utożsamiam się z jej tekstem. Ale ponieważ umieszczam tutaj rzeczy, które mnie poruszają, więc znalazło się i to. Ola twierdzi, że tekst jest wbrew pozorom dość głęboki i mówi o kompleksach.

***
Generalnie to nic ciekawego u mnie. Marnotrawię czas na kompie, pisząc pracę mgr i sprawdzając strony. Dostałam zgodę na ITS i mogę legalnie nie chodzić na zajęcia. I dobrze, bo to strata czasu.
Ostatnio moje synapsy zwierają dość nietypowo, bo przypominają mi się sytuacje i rozmowy sprzed paru lat. Uświadamiam wtedy sobie, jak innym człowiekiem kiedyś byłam... Mniej uległym i mniej uspołecznionym...
Nic to, brniemy dalej. Dość ma dzień utrapień swoich.
Ciao.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Mężczyźni są z Marsa.

Przemogłam dzisiaj swoją niechęć do czytania z ekranu i sięgnęłam do dawno polecanej mi książki "Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus". Ciekawe myśli znalazłam już we wstępie... Wysyłam zatem ten fragment, może was trochę zaciekawi ;) dysponuję wersją do wysłania :)


PRZEGLĄD DZIELĄCYCH NAS RÓŻNIC

W poszczególnych rozdziałach książki będę szczegółowo omawiał dzielące nas różnice. Kolejno uzyskamy wgląd w nowe i rozstrzygające sprawy. Oto główne odmienności, jakie zgłębimy:

W rozdziale drugim przeanalizujemy, czym różni się męska skala wartości od kobiecej. Spróbujemy też zrozumieć dwa największe błędy, jakie popełniamy w kontaktach z płcią przeciwną: mężczyźni błędnie ofiarowują rozwiązania i dezawuują uczucia, a kobiety dają rady i instruują. Dla tych, którzy zrozumieją nasze marsjańsko-wenusjańskie pochodzenie, stanie się jasne, dlaczego mężczyźni i kobiety nieświadomie robią pewne błędy. Pamięć o dzielących nas różnicach umożliwi nam uniknięcie tych błędów i reagowanie w sposób bardziej efektywny.

W rozdziale trzecim odkryjemy, w jak różny sposób mężczyźni i kobiety reagują na stres. Podczas gdy Marsjanie zwykle zamykają się i milcząc, rozmyślają o tym, co ich gnębi, Wenusjanki czują instynktowną potrzebę mówienia o trawiących je niepokojach. Poznamy nową strategię zdobywania tego, na czym nam w tym pełnym konfliktów czasie zależy.

Jak postępować z płcią przeciwną, dowiemy się w rozdziale czwartym. Mężczyzn pobudza wrażenie, że są potrzebni, a kobiety - że są traktowane z czułością. Omówimy trzy etapy ulepszania naszych związków i nauczymy się przezwyciężać największe wyzwania: mężczyźni muszą przełamać swój opór przeciw dawaniu miłości, podczas gdy kobiety muszą pokonać opór przeciw przyjmowaniu jej.

W rozdziale piątym dowiecie się, że mężczyźni i kobiety zwykle nie mogą się porozumieć, ponieważ mówią różnymi językami. Słownik wyrażeń marsjańsko-wenusjańskich zawiera tłumaczenia wypowiedzi, które najczęściej bywają błędnie rozumiane. Dowiecie się, że mężczyźni i kobiety mówią, a niekiedy przestają to robić z całkowicie różnych powodów. Kobiety mogą nauczyć się, co robić, kiedy mężczyzna milknie, a mężczyźni - jak można lepiej słuchać, nie poddając się frustracji.

W rozdziale szóstym odkryjecie, jak odmienna jest potrzeba intymności mężczyzn i kobiet. Mężczyzna dąży do zbliżenia, lecz potem nieuchronnie pragnie się odsunąć. Kobiety nauczą się, jak przebrnąć przez tę fazę zachowania dystansu, tak by partner jednym skokiem wracał do poprzedniego etapu. Dowiedzą się także, jakie chwile są najlepsze do prowadzenia z mężczyzną intymnych rozmów.

W rozdziale siódmym zbadamy, jak natężenie uczuć kobiety wobec obiektu miłości rytmicznie podnosi się i opada na podobieństwo fali. Mężczyźni nauczą się, w jaki sposób odpowiednio interpretować te czasem nagłe wahania emocji. Dowiedzą się też, jak się zorientować, kiedy są najbardziej potrzebni, i w takich przypadkach umiejętnie mogą służyć pomocą, bez konieczności poświęcania się.

W rozdziale ósmym odkryjemy, że mężczyźni i kobiety ofiarowują ten rodzaj miłości, jakiego sami potrzebują, nie zaś ten, którego oczekuje płeć przeciwna. Mężczyźni pragną w miłości przede wszystkim zaufania, akceptacji i docenienia. Kobiety szukają miłości niosącej zrozumienie, uwagę i szacunek. Poznacie sześć powszechnie, choć nieświadomie przez nas stosowanych sposobów odpychania partnera.

W rozdziale dziewiątym zbadamy, jakie są sposoby unikania bolesnych kłótni. Mężczyźni nauczą się, że zachowując się tak, jakby mieli zawsze rację, dezawuują uczucia kobiet. Kobiety dowiedzą się, że zdarza im się niechcący wysyłać sygnały dezaprobaty zamiast sygnałów niezgody i w ten sposób prowokować męskie mechanizmy obronne. Przeprowadzimy szczegółową analizę kłótni. Sformułujemy praktyczne rady dotyczące sposobów komunikowania się, pomocnych w podobnych sytuacjach.

Rozdział dziesiąty pokaże, że mężczyźni i kobiety prowadzą odmienne "zapisy zdobytych punktów". Mężczyźni dowiedzą się, że dla Wenusjanek każdy - niezależnie od wielkości - podarunek miłości liczy się tak samo (jest równie ważny). Przekonają się, że nie muszą skupiać się na jednym dużym prezencie, skoro maleńkie dowody uczucia mają tę samą wartość. Przedstawimy listę 101 sposobów "zdobywania punktów" u kobiet. Kobiety tymczasem nauczą się poświęcać energię tym sprawom, które "liczą się" u mężczyzn: dawać im to, czego oni oczekują.

W rozdziale jedenastym poznacie sposoby porozumiewania się w trudnych chwilach. Omówimy odmienne u mężczyzn i kobiet sposoby ukrywania uczuć, a także wagę dzielenia się swymi emocjami. "Technika Listu miłosnego" będzie naszym sposobem wyrażania negatywnych uczuć, jakie czujemy wobec partnera, metodą odnalezienia większej miłości, drogą do wybaczenia.

W rozdziale dwunastym dowiecie się, dlaczego Wenusjankom trudniej przychodzi prosić o pomoc, a także dlaczego Marsjanie zwykle odmawiają tej prośbie. Nauczycie się, dlaczego wyrażenia "czy mógłbyś" i "czy możesz" zniechęcają mężczyzn i co powiedzieć w zamian. Poznacie sekret, jak zachęcić mężczyzn, by dawali z siebie więcej. Odkryjecie moc drzemiącą w odpowiednio dobranych słowach, wypowiadanych zwięźle i wprost.

W rozdziale trzynastym odkryjecie cztery pory miłości. Realistyczne spojrzenie na to, jak miłość zmienia się i wzrasta, pomoże wam przezwyciężyć nieuniknione w każdym związku kłopoty. Dowiecie się, jak przeszłość wasza i waszego partnera wpływa na teraźniejszość waszego związku. Nauczycie się, jak utrzymać miłość.

niedziela, 8 listopada 2009

Przyjdzie, nie przyjdzie...? - zjazd w Krakowie

Uwaga, uwaga, nadchodzi...



Niezapomniane wrażenia i przemyślenia :) gratulacje dla krakowskiej ekipy i nowego reżysera :D

***

Weekend spędziłam w Krakowie. Totalny spontan, choć planowany. To jest w sensie, że rozmyślałam o tym: "Ale fajnie byłoby pojechać na zjazd do Krakowa..." i "Ale nie bardzo opłaca mi się jechać na jeden dzień..." A jednak rodzice mieli trochę zajęć do zrealizowania w Krakowie-Nowej Hucie, więc udało mi się pojechać z nimi. Tacie aż wszystko w środku chodziło, jak wjechał do Huty, w końcu jego rodzinne strony... Jednak na samotny wieczorny spacer ulicami mama nie chciała się zgodzić. Huta to Huta... Przemęczył się potem, a ja wraz z nim, śpiąc na krzesłach w kaplicy.

Sobota była niezwykle bogata w treść. Ciekawsze myśli z kazania opiszę w Homo viatorze. Oprócz tego było sporo muzyki i doświadczeń. Chłonęłam wszystko i zapisywałam, co się dało, bo byłam wygłodniała. Ale nie tylko treści, muzyki i doświadczeń, ale i rozmów z ludźmi. I na szczęście udało mi się pogadać, pogadać i jeszcze raz pogadać :)



Najprzyjemniejszym momentem był wieczór na Starym Mieście, spacer po ulicach wokół Rynku i Kazimierza, widok Teatru im. Słowackiego (zdj. powyżej), śmiech, dyskusje o literaturze, zabytkach i takie tam ;) i szalony powrót autobusem na gapę o 23 do Huty :P

I teraz znowu długie tygodnie oczekiwania na kolejny wyjazd... Ale w życiu piękne są tylko chwile ;)

Pozdrawiam wszystkich krakusów :D

środa, 4 listopada 2009

Es schwindelt mir, es brennt mein Eingeweide...



Lied der Mignon
Text: Johann Wolfgang von Goethe
Musik: Franz Schubert


Nur wer die Sehnsucht kennt
Weiß, was ich leide!
Allein und abgetrennt
Von aller Freude,
Seh ich ans Firmament
Nach jener Seite.

Ach! der mich liebt und kennt,
Ist in der Weite.
Es schwindelt mir, es brennt
Mein Eingeweide.
Nur wer die Sehnsucht kennt
Weiß, was ich leide!

***

Tym razem coś z klasyki, a konkretnie z mojego programu do dyplomu. Dziewczyna, która to wykonuje, ma 18 lat, bardzo jasny sopran, jak dla mnie za mało dramatyczny, jak na taki tekst, ale jednak poprawny. Tutaj wolałabym wykonanie mezzosopranowe w niższej tonacji, żeby zadźwięczało, na przykład wykonanie Krystyny Szostek-Radkowej, które mam na płycie. Albo to poniższe:



Odrobinę zastrzeżeń miałabym do wymowy, ale wykonanie w pełni profesjonalne, a dramatyzm aż przygniatał :) chciałabym to zaśpiewać choćby w jednej czwartej jak ona...

***

Dzisiejszy dzień przesiedziałyśmy z Olą w domu, ona przeziębiona, a ja osłabiona zatruciem i bólami brzucha. Tekst "Es schwindelt mir, es brennt mein Eingeweide" (mam zawroty głowy, palą mnie wnętrzności), jest jak najbardziej adekwatny do mojego wczorajszego stanu :P ponadto rano gadu odmówiło posłuszeństwa i do południa nie miałyśmy wody w kranach, bo była awaria na osiedlu... Prawie jak globalna katastrofa :P

No i tak w sumie nudno... Zajęłam się produkowaniem moje pracy magisterskiej, a Ola telewizją, bo jej kompa zabrakło... Oglądałyśmy właśnie program "Rozmowy w toku" o seksoholiczkach. I takie się nam spostrzeżenia nasunęły: one wszystkie były mało atrakcyjne, a jednak miały już setkę facetów (jedna z nich nawet 300! ) Chyba mają wydzielane za dużo testosteronu, mają trochę niższe glosy, bardziej surowe, jakby męskie rysy twarzy, i wszystkie miały na początku jakiś problem: albo mąż nie akceptował jej, albo przeżyły gwałt i postanowiły się odegrać. Bały się stałych związków, żeby nikt więcej ich nie uzależnił od siebie i nie wykorzystał, dlatego postanowiły się wyładowywać na jednodniowych związkach. Paranoja, co się w tym świecie dzieje...

Aha, niech żyje Facebook, najlepszy czasopochłaniacz :P
Pozdrawiam wszystkich uzależnionych :P

poniedziałek, 2 listopada 2009

I'm so scared but I don't show it.



The show
Lenka

I'm just a little bit caught in the middle
Life is a maze and love is a riddle
I don't know where to go I can't do it alone I've tried
And I don't know why

Slow it down
Make it stop
Or else my heart is going to pop
'Cause it's too much
Yeah, it's a lot
To be something I'm not

I'm a fool
Out of love
'Cause I just can't get enough

I'm just a little bit caught in the middle
Life is a maze and love is a riddle
I don't know where to go I can't do it alone I've tried
And I don't know why

I'm just a little girl lost in the moment
I'm so scared but I don't show it
I can't figure it out
It's bringing me down I know
I've got to let it go
And just enjoy the show

The sun is hot
In the sky
Just like a giant spotlight
The people follow the sign
And synchronize in time
It's a joke
Nobody knows
They've got a ticket to that show
Yeah

I'm just a little bit caught in the middle
Life is a maze and love is a riddle
I dont know where to go I can't do it alone I've tried
And I don't know why

I'm just a little girl lost in the moment
I'm so scared but I don't show it
I can't figure it out
It's bringing me down I know
I've got to let it go
And just enjoy the show

Just enjoy the show

I'm just a little bit caught in the middle
Life is a maze and love is a riddle
I dont know where to go I can't do it alone I've tried
And I don't know why

I'm just a little girl lost in the moment
I'm so scared but I don't show it
I can't figure it out
It's bringing me down I know
I've got to let it go
And just enjoy the show

dum de dum
dudum de dum

Just enjoy the show

dum de dum
dudum de dum

Just enjoy the show

I want my money back
I want my money back
I want my money back
Just enjoy the show

I want my money back
I want my money back
I want my money back
Just enjoy the show

***
Doceniłam nareszcie w pełni ten utwór, bez narzekania na jego długość, po przypadkowym obejrzeniu tego teledysku całkiem niedawno. I teraz mi się to ułożyło w sensowną historię.

***
Wrócę jeszcze do pani Dalloway, bo pominęłam istotny wątek. Clarissa nie wyszła za mąż za człowieka, który ją kochał, bo się bała, że nie będzie mógł ją zabezpieczyć finansowo i będzie za bardzo na nią wpływał. Wyszła za niezbyt błyskotliwego, zamożnego parlamentarzystę. Jej życie było nieciekawe: mąż był wiecznie w pracy, ona sobie żyła, od czasu do czasu urządzała przyjęcia u siebie w domu, na które się nastawiała całą sobą, bo to była jedyna odmiana. Podczas tego jednego dnia i spaceru po mieście uświadamia sobie, że coś w życiu zagubiła. Kiedyś była entuzjastyczna, otwarta, chciała zmieniać świat, kochała i była kochana, ale bała się zaryzykować. W końcowej scenie spogląda przez okno i myśli o młodym człowieku, który popełnił samobójstwo i przyznała, że on przynajmniej pokonał swój strach. Jej znajomi podczas przyjęcia mówią o niej, że ona przestała być sobą, że jej życie to udawanie zadowolenia, bo tak wypada, bo w towarzystwie nie można inaczej. I faktycznie, Clarissa jest nieustannie pogodna, dystyngowana i cieszy się jak mała dziewczynka, że może pójść sama i kupić kwiaty.

I tak sobie myślę: co w tym jest, że jedni ludzie tak walczą przeciwko rutynie, udawaniu zadowolenia, a inni nie chcą ryzykować, tylko wolą poszukać łatwiejszego rozwiązania, a potem okazuje się, że wcale nie tego chcieli? I pytanie zasadnicze: jakim typem ja jestem?


PS: Jeśli ktoś zna skuteczną kurację na zmniejszenie wyobraźni, to niech się do mnie zgłosi. Objawy: zaburzenia snu spowodowane nadmiernym myśleniem, tworzenie teorii spiskowych, które okazują się niewypałem, wymyślanie historii, które nigdy się nie spełniają, nastawianie się i frustracje, kiedy to się nie spełnia itp. Może ktoś ma sposób, jak to pożytecznie spożytkować.
Pozdrawiam.

niedziela, 1 listopada 2009

Hitch. Najlepszy doradca przeciętnego faceta




Zauroczyła Cię piękna, niedostępna kobieta? Nie wiesz jak ja zdobyć? Ten film zrealizowano specjalnie dla Ciebie!
Poznajcie Hitcha (Will Smith) najsłynniejszego nowojorskiego swata. Miłość to jego profesja i za opłatą pomaga nieśmiałym mężczyznom zdobyć wymarzone kobiety - w nie więcej niż trzy randki - gwarantowane! Jest doskonały w swoim fachu, ale cały czas stara się zachować anonimowość. Jednym z jego klientów jest Albert (Kevin James), doradca finansowy bogatej dziedziczki fortuny Allegry Cole (Amber Valletta), w której jest szczerze zakochany. Podczas jednego ze spotkań z klientem Hitchowi wpada w oko śliczna Sara Melas (Eva Mendes). Tymczasem Sara jest dziennikarką i za wszelką cenę próbuje zdemaskować sławnego na całym Manhattanie mistrza w rozwiązywaniu kłopotów sercowych śledząc każdy krok Allegry. Miłość spada na Hitcha jak grom z jasnego nieba i w bohaterze zachodzi istna przemiana. Sara natomiast pozostaje nieustępliwa nie zdając sobie sprawy, że ten, którego szuka znajduje się tuż obok.


Parę ciekawszych cytatów:

Życie to nie liczba wydechów, życie to te chwile, w których zapiera nam dech w piersiach.
Life is not the amount breaths you take. It's the moments that take your breaths away.


Never lie, steal, cheat or drink
but if you must lie - lie in the arm the one you love
if you must steal - steal away from bad company
if you must cheat - cheat death
and if you must drink - drink in the moments that take your breath away.



-Może jest tak jak mówiłeś, pójdziemy własnymi ścieżkami i będzie dobrze.
-A jeśli dobrze to za mało?


- On skoczył na samochód!
- Co? Dlaczego skoczyłeś?
- Bo tak właśnie robią zakochani - skaczą i święcie wierzą, że potrafią latać. Gdyby tak nie było spadaliby z hukiem przez cały czas myśląc: "Dlaczego do cholery skoczyłem??"


***
Brakuje mi filmów ostatnio. Obejrzałabym coś dobrego, trzymającego w napięciu, z zagadką i nieprzeciętnymi postaciami. W telewizji tak rzadko coś sensownego leci. Jakiś czas temu obejrzałam "Ja,robot". Też z Willem Smithem. Byłyśmy z Olą wstrząśnięte fabułą... A potem już nie było takiego filmu...
Czuję, jak pogrążam się w rutynie i codzienności. Ruszyłabym się gdzieś, już nie mogę wysiedzieć na jednym miejscu... Pobyć z ludźmi, pogadać, pośmiać się, pośpiewać...

Pozdrawiam Błażeja, który jest pełen entuzjazmu i zawsze ma coś ciekawego do opowiedzenia ;) i Witka, który pisał wytrwale, stojąc w korku w busie do Lublina, bo jak powiedział, "jedynym człowiekiem, który zareaguje na to normalnie i któremu mogę napisać darmowego smsa, to ty" ;)

I pozdrawiam wszystkich, od których dostałam życzenia urodzinowe w piątek: mailem, smsem, telefonem, wiadomością na n-k, facebooku i gg ;) fajni jesteście wszyscy :D

Pani Dalloway.



Weekend w domu, wieczór filmowy. Nieszczęsne DVD miało zepsutą głowicę, więc nie chciało mi czytać większości płyt. Włączyłam "Pani Dalloway" i odnalazłam film, którego klimat zupełnie mnie wciągnął.

Recenzja z filmweb.pl

Obiecujący początek. Taki jak książki. Świadectwo tamtych czasów. Historia o miłości, przyjaźni, wspomnieniach i tragediach ludzkich. Oraz bezduszności, zimnej obojętności na los weteranów wojennych. Clarissa Dalloway była taka, jak można było ją sobie wyobrażać. Dystyngowana kobieta, żona. Trochę za bardzo przejmująca się swoim przyjęciem, ale w tym wszystkim niezwykle urocza. Z sentymentem, radością i rozrzewnieniem wspomina dawne czasy.

Wszystkie retrospekcje są przywołane jakimś zdarzeniem. Czy to pojawienie się Petera, dawnego przyjaciela, a nawet kogoś więcej, czy też zwykły spacer. To wszystko przenosi Clarisse do świata, którego już dawno dla niej nie ma. Jednak pojawiają się w jej życiu duchy przeszłości. Przyjaciele, muzyka, taniec.
Wątek młodego chłopaka, który wrócił z frontu, jest charakterystyczny dla twórczości międzywojennej. Jest on tworem żyjącym w dwu wymiarach. Po części należy do świata, a po części został na stałe na froncie i próbuje ocalić przyjaciela. Spotyka się z bezdusznością i zostaje skierowany do szpitala psychiatrycznego.
Mówiąc o tym filmie, ciężko mi pisać o tak prozaicznych sprawach jak gra aktorów. Dla mnie bowiem nie było aktorów, ale Clarissa i Peter, oraz inni. Wykreowane postacie żyły, wpadały na siebie i świadomie lub nie zmieniały swoje życie. Muzyka, stroje, całe przedstawienie świata było hipnotyzujące. Chciało się wierzyć w to, co czuli bohaterzy, śmiać z chęci wprowadzenia przymusowej emigracji do Kanady i płakać nad śmiercią.


Podczas tego filmu uświadomiłam sobie, jak mocno przeżywam samobójstwa i choroby psychiczne. Widok tego człowieka, który w niektórych momentach zachowywał się zupełnie normalnie, miło spędzając czas ze swoją żoną, by za chwilę kulić się ze strachu i wzywać Evansa, zmarłego przyjaciela, był wstrząsający...
Znam kilka osób, które borykają się z depresją i próbowały targnąć się na swoje życie. Jakie to musiało być straszne doświadczenie dla ich rodzin... Taka niepewność każdego dnia, czy dzisiaj nie wydarzy się tragedia... A jednocześnie wiem, że ci ludzie tęsknią za normalnością i szczęśliwym życiem. Co z tego, kiedy ludzie się ich boją i nie chcą podejmować zobowiązań...

No, takie moje dylematy. Po prostu czasem się nad tym zastanawiam, dlaczego spotykam takich ludzi i zyskuję ich zaufanie. Przecież nie mogę im pomóc... A tylko za bardzo się wczuwam...