poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Warszawa Singera





Mieszkam tutaj już 5 lat, a jeszcze ani razu nie byłam na Festiwalu Kultury Żydowskiej Warszawa Singera. W tym roku odbył się po raz dwunasty. Trwa cały tydzień, a wydarzenia odbywają się w różnych punktach miasta, związanych z judaizmem. Niedziela była zwieńczeniem festiwalu i tego dnia działo się naprawdę dużo. Ponieważ to także ostatni weekend sierpnia, czyli pożegnanie lata, imprezy spiętrzyły się w Warszawie do potęgi ;) Rano pobiegła masa ludzi w Półmaratonie Praskim, potem ulicą przeszedł pochód związany z wielokulturowym street party.


Były orkiestry, flagi, stroje narodowe, a nawet chiński smok ;)



Naszym celem (moim i Oli) był jednak festiwal, więc podążyłyśmy na ulicę Próżną, przylegającą do Placu Grzybowskiego, żeby zanurzyć się w klimacie jarmarku.



Co kryje taka stara, niezachęcająca kamienica? Całkiem sporo...


Pamiątki, rękodzieło, podkowy na szczęście, ręcznie robione zabawki i malutką knajpkę. 


Stare, ale piękne ściany, kiedy się je przystroi.



Krążąc po placu Grzybowskim spotkałyśmy pana z takimi oto instrumentami... Ma on swoją stronę Targowisko Instrumentów  i wyrabia fujarki oraz liry korbowe.  





Lira korbowa (ang. hurdy-gurdy) ma brzmienie podobne do szkockich dud, ale jest instrumentem strunowym. W Polsce jednym z wirtuozów liry jest Maciej Cierliński, zwany Maćko Korba. 



A tutaj zagraniczny mistrz hurdy-gurdy.



Muzyki nie koniec. Uśmiechając się do pani z biura festiwalowego, mieszczącego się w holu Teatru Żydowskiego, zdobyłyśmy miejscówki na koncert kwartetu smyczkowego Opium String Quartet w Synagodze Nożyków.






W pierwszej części usłyszałyśmy I Kwartet Smyczkowy urodzonego w Warszawie żydowskiego kompozytoraJoachima Mendelsona, który najprawdopodobniej zginął w warszawskim gettcie. Drugą część koncertu wypełnił monumentalny utwór "Chagall" Piotra Mossa, polskiego kompozytora mieszkającego w Warszawie.



Kiedy słuchałyśmy tego współczesnego utworu, każda z nas miała różne skojarzenia: Ola widziała czterdziestoletnią wędrówkę Izraelitów do ziemi obiecanej, walki z Amalekitami, brak wody, pustynię; ja widziałam getto, czas wojny, błąkanie się po zrujnowanym mieście, wywózkę, dźwięk syren, pociąg wywożący do obozu koncentracyjnego. Smutne i przejmujące były losy tego narodu, o czym przeczytałyśmy także na wystawie "Moi żydowscy rodzice, moi polscy rodzice" w Austriackim Forum Kultury na Próżnej. Były tam relacje kobiet, które ocalały podczas wojny, ponieważ podrzucono je polskim rodzinom. 



Mural na ścianie w pobliżu Synagogi Nożyków.


Bareizmy wiecznie żywe :P

Aż do wieczora chodziłam po wszelkich możliwych zakątkach placu Grzybowskiego, oczekując na koncert finałowy Matisyahu. Nie zostałam długo, bo napierające tłumy i zmęczenie mnie zniechęciły. Ale w zaciszu domowym przesłuchałam sobie kilka kawałków i stwierdzam, że jest dobrym muzykiem.


Przyjemnie jest wracać wieczorem rowerem do domu, nawet jeśli to oznacza tylko dojechanie z centrum do dworca zachodniego ścieżką rowerową. Schodzi upał i zaczyna się robić spokojniej. A tymczasem w Michałowicach trwały dożynki i na scenie szalał zespół Melodia Band, grając najpopularniejsze hity do tańca wszelkich epok. Pożegnanie lata to wszechobecna impreza ;)

niedziela, 30 sierpnia 2015

Você fala português?

Jestem filologiem, czyli z definicji miłośnikiem języków. Różnie z tą miłością bywa, ale pomimo wszystko wciąż lubię języki obce. Mentalnie wciąż jestem studentem, więc musiałam wymyślić sobie jakiś kolejny język obcy do nauczenia. Próbowałam uczyć się francuskiego (tutaj), ale zapał pochłonęła praca i aktualnie trwające studia teologiczne. Studia zakończyłam dwa lata temu i odczuwam ponownie potrzebę czerpania z krynicy wiedzy. Może powrócić do francuskiego? Ee, zgubiłam gdzieś mój fajny programik i swoje notatki. Poza tym straszne jest to czytanie. Muszę znaleźć coś prostszego, ale ładnego w brzmieniu.
Jakiś czas temu rozmawiając z Diego*, znajomym pathfindersem z Brazylii i kolekcjonerem naszywek, zerknęłam na stronę jego uczelni. Tekst był napisany oczywiście po portugalsku, ale przeczytałam go i ze zdumieniem stwierdziłam: rozumiem! Dużo wyrazów było internacjonalnych, s może nie każde słowo było dla mnie zrozumiałe, ale sens był jasny. Zaświeciła mi się w głowie lampka: a może portugalski? Nie wydaje się trudny. Po kilku dniach pomysł przerodził się w czyn.
Moje pierwsze wrażenia po słuchaniu tego języka? Ładnie brzmi, tak iberyjsko, ale lekko z francuska. Melodyjny, śpiewny, szeleszczący. Wiem, że hiszpański ma większy zakres, bo po portugalsku mówi się głównie w Portugalii i Brazylii i jeszcze w dwóch krajach afrykańskich, ale ponieważ wszyscy uczą się hiszpańskiego, ja nie chcę być jak wszyscy. 
Bardzo fajną rzeczą są proste kursy online. Wciągają jak zabawa, a jednocześnie dają dostęp do przyzwoitego pakietu słownictwa. Znalazłam też różne podręczniki i nagrania, ale na razie chciałabym przerobić jakiś jeden materiał dla bardzo początkujących.

Kilka przydatnych stron:
Busuu - kursy językowe
Portugalski.org
Glosbe - Słownik polsko-portugalski online
Mój portugalski - blog językowy

Wrzucam też znaną piosenkę z bardzo prostym tekstem i całkiem przyjazną wymową (zmagam się z tym aktualnie, jak poprawnie czytać te dziwne wyrazy i 3 odmiany "e"). 



Nossa, nossa
Assim você me mata

Ai, se eu te pego,

Ai, ai, se eu te pego


Delícia, delícia

Assim você me mata
Ai, se eu te pego
Ai, ai, se eu te pego



No Sábado na balada

A galera começou a dançar
E passou a menina mais linda
Tomei coragem e comecei a falar



Nossa, nossa

Assim você me mata
Ai, se eu te pego
Ai, ai se eu te pego



Delícia, delicia

Assim você me mata
Ai, se eu te pego
Ai, ai, se eu te pego


Ps. Jeśli znacie jakieś inne strony z kursami, słownikiem czy ciekawostkami o języku portugalskim, napiszcie w komentarzu :)

__________________________________
*Na blogu rzadko kiedy piszę o ludziach ich właściwymi imionami, zazwyczaj pojawiają się jakieś pseudonimy. Dla niego też mam jeden, jedno z moich ulubionych portugalskich słów: menino, co oznacza po prostu "chłopak". Wszystko dlatego, że on czasami mówi do mnie: menina (dziewczyno). Będę więc go jakoś tak na zmianę nazywać.

piątek, 28 sierpnia 2015

L.A. Confidential. Opowieść o mężczyznach

"Tajemnice Los Angeles" to mocna historia z lat 50., pokazująca blaski i cienie policji. Bohaterowie są prawdziwi, nie czarno-biali. Warto zwrócić uwagę na motywację, która ich popchnęła do pracy w policji. 




Kevin Spacey (Jack Vincennes)
Gwiazda ekranu. Nie pakuje się na siłę w bijatyki, woli dorabiać się innymi sposobami. Wie, jak się zakręcić wokół odpowiednich ludzi, żeby dobrze sprzedać informacje. Zapytany, dlaczego zdecydował się pracować w policji, mówi: "Nie wiem". Moment na zdjęciu, w którym wypowiada hasło: "Rollo Tomassi", jest zaszyfrowaną wiadomością dla Exleya, aby zdemaskował prawdziwego mordercę i ostatnim, w którym zyskuje prawdziwość.  


Russel Crowe (Bud White)
W filmie gra nieokrzesanego twardziela, wykorzystywanego do "zmiękczania podejrzanych". Jest pogromcą damskich bokserów, ale pod skorupą kryje się wrażliwy człowiek z oddanym sercem. Jak to określił ktoś na Filmwebie: "Russel nie grał. On był sobą."
Mój ulubiony aktor, uosobienie prawdziwego mężczyzny. 
"Bardzo szanuję takich facetów, jak Braddock. Cechowała go przede wszystkim odwaga, bo przecież stając na ringu miał świadomość, że może zostać poniżony przez drugiego faceta. Odwaga to dla mnie cecha sztandarowa u mężczyzny. Poza tym, dbał o swoją rodzinę, był honorowy. To prawdziwy mężczyzna. I to zaszczyt wcielić się w kogoś takiego.
"
Cytat z wywiadu dla IK.



Guy Pearce (Ed Exley)

W tym stylu, okularach i wyrazem twarzy jak nic jest sobowtórem Tomka ;) na początku filmu strasznie denerwujący służbista i kapuś, w rozwoju akcji zyskuje zaufanie kolegów i męską odwagę w bitewnym ogniu. Podobnie jak Bud, wstąpił do policji, bo poszukuje sprawiedliwości. Znajduje ją, ale czy to przynosi mu to, czego tak naprawdę pragnął? Jego osiągnięcia są podsumowane następująco: 

"Jedni dostają medal w nagrodę, inni byłą prostytutkę i wyjazd do Arizony."

Na razie mam takie przemyślenia: "Nie najszybszym przypada nagroda". Nie trzeba być najlepszym na roku, zdobywać medale i wybijać się ponad innych, żeby zyskać miłość. Może właśnie to ci niezbyt błyskotliwi, ale prawdziwi, jak Bud, są tymi, którzy znajdują szczęście. 

PS.: Ostatnio trawię długie godziny wieczorne na komputerze i potem padam ze zmęczenia w dzień. Ale dla takiego filmu można zarwać czasem wieczór :) muszę jeszcze do niego wrócić za jakiś czas. 

wtorek, 25 sierpnia 2015

Let down your guard.



Let down your guard
JJ Heller

I can see it in your face
More somewhere below the surface So you hide yourself away A masterpiece behind the curtain Let down your guard I will never hurt you Let down your guard No matter what you've been through I will always love you Let down your guard Even though you've been afraid I believe you can be bolder I can teach you to be brave When you climb upon my shoulders Let down your guard I will never hurt you Let down your guard No matter what you've been through I will always love you Let down your guard You don't have to hide, you can be alive So, let down your guard I will never hurt you Let down your guard No matter what you've been through I will always love you Let down your guard I will never hurt you Let down your guard No matter what you've been through I will always love you Let down your guard You can be alive

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Jestem Kiksterem i jeżdzę rowerem!



Wspominam co i rusz o rowerze, a przecież nie powiedziałam, co się właściwie z nim stało. Rower jest, cały czas ten sam. Ponieważ cały czas stoi na dworze, a w ciągu dnia pod gołym niebem na stojaku przy kolejce, trochę mu się pordzewiało. Nie przejmowałam się tym zbytnio, dopóki nie spędziłam kilku dłuższych chwil z tylnym kołem. Jakieś dwa tygodnie temu złapał gumę, a ponieważ było upalnie, nie miałam spokojnej chwili, żeby mu zmienić dętkę, pożyczałam rower Magdy, żeby jeździć do pracy. Któregoś dnia po powrocie z pracy zauważyłam, że rower ma stłuczone tylne światło i scentrowane koło. Ktoś wjechał w nie, jak stał na stojaku. Miałam więc uziemione dwa rowery. Następnego dnia jechałam do Wojkówki, więc nie miałam jak żadnego naprawić i zajęłam się moim biedakiem po powrocie.
Mój sąsiad Piotr, mąż Magdy, jest fanem rowerów i zazwyczaj to on zmieniał mi dętkę, ale ostatnio wraca późno i jest tak zmęczony pracą i dziećmi, że nie chciałam mu zawracać głowy i zabrałam się sama za koło. Okazało się, że odkręcenie śrub to wcale nie taka prosta sprawa. Męczyłam się ponad pół godziny ze śrubą, która miała wyrobiony gwint i żaden śrubokręt nie dawał rady jej odkręcić. W końcu zszedł Piotr razem z córeczką Miriam i sprytnie wykorzystał obcęgi do odkręcenia koła. Miriam była zafascynowana. To zdopingowało go do dalszej pracy i dokończył zmiany dętki za mnie. Nie ma to jak podziw dziecka, ojciec wszystko zrobi :)
Pojeździłam sobie na rowerze kilka dni i wczoraj dętka pękła znowu. Pooglądałam tylną oponę i jej stan był mocno wskazujący na zużycie: starte bieżniki, pęknięcia, nic dziwnego, że na jakimś kamieniu znowu złapał gumę. Tego samego dnia kupiłam dętki i parę nowych opon w Decathlonie. Trafiłam na promocję 20% na parę, więc wyszło mi 32 zł za oponę :) niestety był tylko jeden rodzaj opon w tym rozmiarze - trekkingowe. Będą się ścierać na asfalcie, ale jak w końcu wybierzemy się na wyprawę do Kampinosu, będą jak znalazł.
Tym razem sama zabrałam się za robotę. Sama odkręciłam koło i upartą śrubę, zmieniłam dętkę i oponę i dobrałam się z papierem ściernym do rdzy. Wyszlifowałam koło, aż lśniło. Ciemno już było, padałam ze zmęczenia po rowerowej wyprawie, ale nie traciłam zapału. W dokręceniu pomógł Łukasz. Obiecał też przynieść normalną śrubę.
Dzisiaj zabrałam się za przednie koło i znowu odrdzewiałam. Za namową pana z Leroy Merlin nabyłam słynny WD-40, mający służyć do odrdzewiania, co okazało się przereklamowanym chwytem. Owszem, WD pomaga np. w odkręceniu zardzewiałych śrub, łańcuchów itp. i zostawia potem warstwę ochronną, dzięki której tryby gładko chodzą. Świetnie uporał się z zardzewiałą stopką. Jednak powierzchnia koła niewiele zyskała po nim, największą robotę zrobił papier ścierny. Tym razem nie dało się zrobić tak gładko, jak tylne. Rdza weszła głęboko, zdzierając srebrną farbę. Przednie koło nie wygląda więc reprezentacyjnie, ale na razie nie chcę go zmieniać. Wymiana opony, dokręcenie poszło już bez żadnych problemów. Jestem samodzielna :)
Pewnie cały ten opis zmiany koła dla większości z was będzie nudny i niepotrzebny. Wiem, że to takie niekobiece zajęcia, ale jestem zdana na siebie i muszę się ich nauczyć. Lubię każdy moment, kiedy zrobię coś sama i mam satysfakcję z tego. Lubię mój rower i nie chcę go zmieniać na nowy, póki jeździ, więc będę przy nim dłubać i wymieniać mu części. W kolejce czekają błotniki i koszyk :)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Szlakiem nadwiślańskich mostów i burgerów



Niedziela wolna od zajęć, więc trzeba ją czymś zająć. Umówiłyśmy się z dziewczynami na wyprawę rowerową po mieście. Estera znalazła trasę na MojRower.pl z Grochowa do Tarchomina. Trasa wiodła wzdłuż Wisły pod większością warszawskich mostów. Prawy brzeg Wisły jest naprawdę dziki :) drzewa, chaszcze rosną tam swobodnie, nie regulowane przez nikogo. Można jeździć na rowerze po górkach i dołkach :) 
Kiedy dojechałyśmy do naszego celu, przejechałyśmy na drugą stronę po moście Marii Skłodowskiej-Curie i stamtąd pojechałyśmy w stronę centrum. Zobaczyłyśmy Lasek Bielański, obszary AWF, gdzie studiowała Ola, przedostałyśmy się do nowo wybudowanych Bulwarów wiślańskich i wtedy przebiła mi się dętka :( dopiero co ją zakładałam kilka dni temu. Ciągnąc flaka dotarłyśmy do metra i pojechałyśmy metrem do Marszałkowskiej, żeby coś zjeść. Wyszło pewnie ponad 35 km. To się czuje ;)


Już od jakiegoś czasu chciałam znaleźć w Warszawie miejsce, gdzie można zjeść dobre burgery wegetariańskie. Poprzedniego dnia takie miejsce zareklamowali mi Mikołaj i Estera: Krowarzywa na Hożej i Marszałkowskiej. Poszłyśmy na Marszałkowską. Miejsce jest przyjemne, nowocześnie urządzone (ach, te drewniane żyrandole), a menu - jak widać na zdjęciach. 



Każda z nas zamówiła innego burgera, ja wybrałam cieciorexa, bo białkowy ;) był przepyszny, rozpływał się w ustach, a po zjedzeniu byłam tak najedzona, że nie trzeba mi było nic więcej. Piłam też lemoniadę grejpfrutową. Dobra rzecz :)


Polecam gorąco to miejsce. Inne restauracje w Warszawie, gdzie można zjeść wegetariańskie i wegańskie potrawy, możecie znaleźć tutaj.  Chętnie sprawdzę niektóre :)

Ps. Na zakończenie dnia zmieniłam w rowerze dętkę i założyłam nową oponę na tylne koło. Jeśli się teraz przebije, to przyczyną musi być taśma w rawce. 

sobota, 22 sierpnia 2015

Stepy józefowskie nad Wisłą


Sobotnie popołudnia z młodzieżą Foksal spędzamy w lecie na świeżym powietrzu. Tym razem pojechaliśmy za miasto do Józefowa, nad Wisłę. Niby ta sama rzeka, ale jakaś bardziej okazała. Krajobrazy niczym na stepach :) 



Razem z naszą grupą studiowaliśmy kolejny fragment księgi Objawienia. Piknik, nawet skromny, to też element naszych spotkań. Julia jak zwykle niezawodna :)


 W oddali widać dziwny kształt... Czyżby to Nessie? ;)

Chmury tylko postraszyły, deszczu nie było. A szkoda, bo jest susza...


wtorek, 18 sierpnia 2015

Żywiec Zdrój z korkiem i nasze reakcje


To nie będzie post o piciu wody w upały, choć zawiera lokowanie produktu. Picie wody jest ważne, ale tym razem to ma być tylko pretekst do czegoś ważniejszego.
Ludzie dzielą się na normalnych, takich zwyczajnych i zasadniczych. Ja należę do tych drugich. Zasady, idee, zadania są dla mnie nieraz ważniejsze niż ludzie. Ponieważ od kilku lat mieszkam sama, wypracowałam szereg schematów, według których żyję, a naruszenie ich powoduje wytrącenie z równowagi. Trzymam wszystko w ustalonych miejscach i porządku. Kupuję określone produkty, nie kupuję innych według zasad, które stale udoskonalam. Nie kupuję masła, majonezu, gazowanych napojów, sera żółtego (okresowo), niegazowanej wody mineralnej i innych. Staram się kupować skórzane obuwie, książki, które mają wartość i masło orzechowe z Primaviki. Noszę plecak zamiast torebki, żeby nie obciążać kręgosłupa. Słucham muzyki głównie online i mam płatny pakiet Spotify Premium. Lista mogłaby być długa, ale do rzeczy.
O co chodzi z tym Żywcem? Otóż Żywiec wyprodukował wygodną butelkę 0,7 l z korkiem, bardzo poręczną do trenowania. Kupiłam raz i tak się przyzwyczaiłam do niej, że zostawiłam sobie butelkę na dłużej. A ponieważ popieram akcję http://pijewodezkranu.org i nie chcę wspierać biznesu butelkowanej wody, więc napełniam moją butelkę w domu wodą z kranu (mam jeszcze filtr dla spokoju, ale w tylu miejscach piłam wodę, że nie mam już oporów). Zwykłe butelki 0,5 l są za małe i nie mają korka, więc mi nie odpowiadają. Zdarzyło mi się oczywiście w sytuacjach podbramkowych kupić wodę, nie jestem jakimś fanatykiem, zwłaszcza, kiedy są upały i trzeba uważać na siebie. Ale z przekonania wolę pamiętać o napełnieniu butelki przed wyjściem z domu, a wodę mam całkiem dobrą. 
Wczoraj pakowałam się do wyjazdu do Warszawy i szukałam mojej butelki, żeby ją napełnić wodą na drogę, ale nie mogłam jej znaleźć. Mama robiła porządki w kuchni i ją wyrzuciła. Moją spontaniczną reakcją w zarysie było: "Ale dlaczego ją wyrzuciłaś, komu przeszkadzała moja butelka? Nie chcę kupować nowej, tamta była dobra! Tu nie chodzi o wydanie 2 zł, chodzi o zasadę: ja nie kupuję butelkowanej wody!" Wtedy mama mnie ostudziła i powiedziała: "Uważaj, bo robią ci się samotnicze reakcje: to jest moje i tego nie wolno ruszać". Porozmawiałyśmy potem dłużej o tym. To prawda. Jak pisałam wyżej, jestem człowiekiem zasadniczym i schematycznym. Moje schematy nie są złe czy szkodliwe, ale w zderzeniu z innymi powodują reakcje, które dla innych są dziwne i egoistyczne, skoncentrowane na sobie. Bycie uporządkowanym jest dobre, ale jeśli staje się to główną życiową zasadą i wpływa na relacje z innymi, to może stać się złe. 
Jakby na potwierdzenie tego i wzmocnienia pozytywnego sytuacja z rana: wstałam wcześnie i wyszłam na autobus do Krosna. Tata wstał także, chociaż nie musiał, bo do przystanku miałam 5 min i pomógł mi z bagażem. Niestety na tabliczce był nieaktualny rozkład i w połowie drogi do przystanku zobaczyliśmy za nami jadący autobus. Rozpaczliwie zamachałam ręką i się zatrzymał. Zabrał mnie, dał mi ulgowy bilet, właściwie nie wiadomo dlaczego, a kiedy tłumaczyłam, dlaczego się spóźniłam i dziękowałam za zabranie, powiedział: "Nie ma sprawy". Żadnego marudzenia, narzekania, taka niezasłużona łaska. 
Życie na tej ziemi ma nas przygotować do życia wiecznego z Bogiem i innymi ludźmi w świecie wolnym od grzechu, egoizmu i cierpienia. Nasze złe nawyki muszą być pokonane i zastąpione dobrymi. Nasze negatywne cechy charakteru muszą zniknąć, jeśli chcemy w szczęściu i niezmąconej harmonii żyć na nowej ziemi. To ciężka praca, ale Bóg obiecał, że dokończy w nas dobre dzieło przed swoim przyjściem, więc nawet dla takiego uparciucha i egoisty, jak ja, jest jakaś nadzieja. 
Czekając na autobus w Krośnie, kupiłam sobie nową butelkę z korkiem. Trzeba przełamywać schematy.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Wisłok i Wisłoczek

Wychowałam się na południowym wschodzie Polski i z dumą mogę powiedzieć, że to jeden z piękniejszych regionów kraju, głównie dlatego, że jest dosyć dziki. Lubię tu wracać i odkrywać miejsca, w których jeszcze nie byłam. Tym razem była to Rudawka Rymanowska koło Rymanowa, nieopodal Krosna, a właściwie obszary rzeczne. Na Podkarpaciu płyną dwie główne rzeki: Wisłok i San. Wisłok wpada do Sanu, a San do Wisły. San ma swoje źródła na Ukrainie, a Wisłok raczej w Polsce, ale tuż przy granicy ze Słowacją. Przez 14 lat mieszkałam w Zaborowie, wiosce położonej w dolinie Wisłoka w środkowym jego odcinku, obecnie rodzice mieszkają też nad Wisłokiem, w Wojkówce koło Krosna, czyli trochę wyżej, a tym razem zobaczyłam górski odcinek, ze skalistymi wąwozami, dopływami, na których są całkiem niezłe wodospady (rzeka Wisłoczek). Po sobotnim nabożeństwie pojechaliśmy tam na piknik, żeby się schłodzić, bo ciągle mamy niemiłosierny upał. Poszliśmy sobie na spacer korytem rzeki, strasznie ciekawi, co kryje się za kolejnym zakrętem. Do źródła nie udało się nam dotrzeć, to było jeszcze kilkadzieścia kilometrów, ale kusi mnie taka wyprawa :) w dzieciństwie wędrowaliśmy regularnie do źródeł strumyka, który płynął niedaleko domu. Było to zaledwie kilka km, ale trzeba było się przedzierać przez niezłe zarośla :) 

Cisza przed burzą - Mikromusic 
https://www.youtube.com/watch?v=73O_IXvAXWw








niedziela, 9 sierpnia 2015

Letnie przeboje z Moczydła

Afrykańskie upały zapanowały nad Polską. Kolejna niedziela spędzona nad wodą, znowu na Moczydle. Eska jednak nie zmienia repertuaru i przeboje sprzed tygodnia znowu zabrzmiały w ciągu dnia, niektóre nawet po kilka razy ;)



Takie śmieszne, dyskotekowe, o niczym, ale jak tylko zaczyna grać, to się wkręca. Obowiązkowo 4 razy w ciągu dnia, w tym na aqua zumbie.



Dobre, bo polskie. A i mądre.



Takie dziwne dźwięki, jakby na rurach grał. No i teledysk intrygujący.



Zwycięzca tegorocznej Eurowizji. Bardzo, bardzo dobre.

Schładzając się wypróbowuję wszystko: moczenie się w basenie, grejpfrut z lodówki, nogi w misce z wodą, wiatrak od Dominiki (chciałam kupić swój, ale znikają momentalnie w sklepach, jak tylko je wystawią), lemoniada pokrzywowa na Targach Śniadaniowych...


Dzisiaj po opalaniu musiałam użyć Panthenolu. Jestem spieczona jak rak ;(

czwartek, 6 sierpnia 2015

#postanowiłam zostać na After Camp

Camp bis to nowe wydarzenie w letnim kalendarzu. Odbył się jako przedłużenie krótszego w tym roku campu właściwego i był dedykowany głównie dla młodzieży, jednak grupa, która pozostała, była raczej przekrojowa. 


Program campu bis był luźniejszy, ale główna forma została zachowana: pobudka nieco później, poranne nabożeństwo i wykład o 10.00 w dużym namiocie. Zaraz po wykładzie był blok warsztatowy, a potem przerwa na rekreację aż do wykładu wieczornego o 19.00. Taki układ sprawiał, że można było odpocząć i zaplanować różne wyjazdy w ciekawe miejsca, nie tracąc nic z programu.
Wykładowcą na Camp Bis był pastor Andrew Davis, który miał świetny kontakt z młodzieżą. Jego kazania były pełne ciekawych, a niekiedy dramatycznych historii z jego życia. W każdym wykładzie nawoływał do decyzji w różnych dziedzinach życia. Zachęcał do modlitw o rzeczy wielkie, powołując się na moc i potęgę Bożą. Wiele z jego myśli było potem cytowanych w zwykłych rozmowach, co świadczy, że jego przekaz był skuteczny.
Warsztaty dla młodzieży prowadził pastor Piotr Zawadzki, a dotyczyły one seksu. Mówił o zjawisku kodowania partnera podczas stosunku, wyjaśniał zagrożenia wynikające z niekontrolowanego współżycia. 
Popołudniowa rekreacja odbywała się albo nad wodą, albo na boisku. Jednym z nowych dla mnie sportów była zespołowa gra w frisbee. Z najbardziej zaangażowanych graczy pot lał się strumieniami, ale poziom endorfiny był wprost proporcjonalny :)
W poniedziałek udaliśmy się grupą 60 osób do parku linowego w Rudnicy koło Wałcza. Kilkugodzinne powietrzne wspinaczki przeplatane zjazdami zmęczyły większość uczestników, ale było to pozytywne zmęczenie, nagrodzone perspektywą oglądania świata z góry. Największą atrakcją był zjazd nad strumieniem czy na wysokości 15 metrów nad ziemią. Nie obyło się bez otarć od liny czy siniaków przy nieudanym hamowaniu, ale nikomu nic poważnego się nie stało. 


Kapryśna pogoda campowa dała się odczuć we wtorek, kiedy w południe nad jeziorem rozpętała się burza. Bardzo szybko jednak wyjrzało słońce i mogliśmy uczestniczyć w zapowiedzianej na ten dzień atrakcji, czyli w rejsie żaglówką. Nie była to długa wyprawa, ale krajoznawcza: nasza grupa odkryła mieliznę w jeziorze ;)
Późnym popołudniem pojechaliśmy równie liczną grupą, jak na parku linowym do Złocieńca. Podczas pobytu tam wykonywaliśmy pieśni, rozdawaliśmy literaturę i "Znaki Czasu", pastor Andrew miał kilkuminutowe wystąpienia, w których opowiadał o zdumiewającej miłości Boga do człowieka. Ludzie zatrzymywali się, słuchali i rozmawiali z nami. 
Tego dnia odbył się także wieczór dla kobiet. To wyjątkowy czas, w którym dzielimy się swoimi przeżyciami, mamy duchowy czas i coś dla ciała, czyli masaże, peelingi, poczęstunek i relaksującą muzykę. Tym razem dzieliłyśmy się myślami, co sprawia, że czujemy się wartościowe.
Panowie mieli swój męski wieczór przy ognisku. Toczyły się poważne rozmowy o życiu i śmierci i z wypowiedzi uczestników wynika, że chcą to kontynuować. 
Do samego końca stałym punktem wieczornych spotkań była kawiarenka, gdzie miały też miejsce tradycyjne spotkania "na plaży" na zakończenie dnia. Nigdy nie brakowało tam smacznego jedzenia i gorącej herbaty. 
Z takiego campu aż żal wyjeżdżać, ale kiedyś trzeba wrócić do domu i do cywilizacji. Życzę wszystkim, aby zachowali atmosferę campową przez cały rok w swoich myślach i relacjach. 

Papierowe miasta

"Zawsze w drodze, zawsze na szlaku". 
[Whitman]

Ostatnio w kinie ciężko trafić na coś skłaniającego do głębszych przemyśleń, bo komu też chciałoby się myśleć w taki upał? Ale Ola zaproponowała "Papierowe miasta" i obejrzałyśmy. Jest to kolejna ekranizacja książek Johna Greena, autora "Gwiazd naszych wina", powieści dla nastolatków. Ponieważ nie jestem nastolatką, więc nie jestem na bieżąco w filmach dla nastolatków, z lekką obawą przyjęłam propozycję, ale nie rozczarowałam się. Film miał dobre, nieprzewidywalne zakończenie. Nie był typowym romansidłem ani wyciskaczem łez. Był nieco metafizyczny, zabawny i poruszający zarazem. Polecam. A w dalszej kolejności książkę, żeby przedłużyć wrażenia i dopełnić obrazu. W filmie oczywiście nieco pożonglowano wątkami z książki i zredukowano do minimum całą masę cytatów, co oczywiście jest naturalne dla filmu, który się ogląda, a nie czyta. Zachęcam zatem do książki, żeby nie wyciągać z filmu oczywistych wniosków i rozważyć zagadnienie z nieco innej perspektywy.


Jest tak wielu ludzi. Łatwo zapomnieć, jak przepełniony ludźmi jest świat - świat pęka w szwach od ludzi, a każdego z nich możemy sobie wyobrazić, tylko że nieodmiennie tworzymy sobie o nich niewłaściwe wyobrażenia. (...) czasami nasze wyobrażenie drugiej osoby niewiele ma wspólnego z tym, kim ona naprawdę jest.

Ludzie są inni, kiedy możesz poczuć ich zapach i zobaczyć ich z bliska.

Nic nigdy nie zdarza się tak, jak to sobie wyobrażamy. [...] Z drugiej strony, jeśli sobie niczego nie wyobrażasz, nigdy nic się nie wydarza.

Wyobrażanie sobie, że jest się kimś innym albo, że świat jest inny, jest jedyną drogą do wnętrza.

Możemy usłyszeć innych i możemy do nich podróżować, nie ruszając się z miejsca, możemy ich sobie wyobrazić, przy tym wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni jakimś zwariowanym systemem korzeniowym, niczym niezliczone źdźbła trawy - jednak ta gra każe mi się zastanawiać, czy rzeczywiście możemy kiedykolwiek stać się drugim człowiekiem.

Wyobrażenia nie są idealne. Nie można całkowicie zanurzyć się w tę drugą osobę.

Jakże łatwo można dać się zwieść, wierząc, że człowiek jest czymś więcej niż tylko człowiekiem.

Odchodzenie jest przyjemne i czyste tylko kiedy zostawia się za sobą coś ważnego, coś , co miało dla nas znaczenie Kiedy wyrywa się życie razem z korzeniami. Ale tego nie da się zrobić, dopóki nasze życie nie zapuści korzeni.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Fismoll



Odkrycie Daniela zwanego Maykim z ubiegłego roku, a od wczoraj i moje. Płytę "At glade" dostałam od Daniela w podziękowaniu za tworzenie relacji campowych. Bardzo fajny prezent muzyczny. To lubię :)
Fismoll jest młodym polskim muzykiem, który tworzy dopracowaną, klimatyczną formę muzyczną na wysokim poziomie. Przyjemnie się go słucha, a powyższy teledysk też tworzy ciepły klimat. Polecam :)

Macbook nie umarł, Macbook żyje!


Stary dobry Macbook żyje :) przejechał na camp i z powrotem. Tygrys wykręcił z niego dysk, przebadał go i okazało się, że dane są nieuszkodzone. Nie mógł jednak odkryć przyczyny, dlaczego się wyłączał i nie miał urządzenia do podłączenia go do komputera. Po powrocie do domu zagadnęłam Piotra i ten następnego dnia przyniósł takie oto pudełko z różnymi kablami, którymi podpiął dysk do mojego nowego komputera i przerzuciłam sobie z niego wszystkie dokumenty. Dzisiaj przyjechał do nas Maciek z Olsztyna. Podpiął dysk, przeczyścił kości RAM, uruchomił kompa i okazało się, że znowu działa. Potrzebuje jednak formatu, żeby odzyskać trzecią młodość i służyć Roni. Trzeba więc zrobić bootowalnego pendrive z systemem, sformatować dysk, zainstalować system, potem go aktualizować do Mavericsa... Te dziwne hasła pewnie niewiele wam mówią, ale ja z radością uczę się tych kolejnych umiejętności :)

sobota, 1 sierpnia 2015

Mówili: nie ma Warszawy, a tu jest Warszawa.


1 sierpnia to w stolicy podniosły dzień. O 17 wyje syrena i mieszkańcy wspominają bohaterów powstania. My sobotę spędziliśmy na Górce Szczęśliwickiej, podziwiając panoramę miasta. Żyjąc w naszych w miarę spokojnych czasach aż trudno uwierzyć, że kiedyś to miasto było w ruinie.



Osobiście ubolewam nad śmiercią tysięcy ludzi podczas tego zrywu. Szkoda było życia tylu istnień i zniszczeń tylu budynków. Nie znam się na polityce, nie rozumiem powodu, dla którego ludzie zdecydowali się na taki desperacki czyn. Wojna to dziwny, nielogiczny wynalazek ludzkości i najlepiej byłoby, gdyby nigdy się nie powtórzyło takie wydarzenie, jak to.



Pozostawiam z przebojem z dawnych lat. Taka sentymentalna nuta niech dzisiejszego dnia przygrywa.