wtorek, 31 marca 2015

Toż to jeszcze nie maj.


Toż to jeszcze nie maj.

Czas mamy letni, ale pogodę zimową. Taka sytuacja. Czapka i rękawiczki wciąż niezbędne.
Czuję się, jakby ktoś ukradł mi godzinę snu. Budzę się rano i zwlekam z łóżka przez 20 minut. A przecież kładę się wcześniej, niż przed zmianą czasu!

Nie ma to jak przesyłki spersonalizowane ;)

Zamówiona sokowirówka dotarła do mnie cała i zdrowa. Paczkę odebrałam z paczkomatu InPost. Zrobiłam już sok dwa razy. Z jednej dużej marchewki i jednego jabłka wychodzi szklanka soku. Naprawdę mi smakuje! Mama byłaby ze mnie dumna.  


Już był w ogródku, już witał się z gąską...

Ostatnio w Łodzi będąc zrobiłam drugie podejście do PTNS. Zdążyłam dotrzeć przed zamknięciem (wydłużyli pory do 19), ale akurat tym razem odbywał się tam o 18 wykład i sklep jako sklep już nie funkcjonował. Nic to. Odbiłam to sobie w warszawskim sklepie na Koszykowej. Kupiłam dwie koszulki: Miss turnusu i koszulkę z Ambrożym Kleksem w wersji białej. Trzeba kupować dobre wzory, póki są dostępne, bo szybko odchodzą do lamusa. Tak na przykład Sanatorium już na składzie nie ma. A ja mam!

Obejrzałam pierwszy odcinek nowego sezonu "You can dance". Po szaleństwie "Tancerzy" zostało mi 300 MB internetu do 20 kwietnia. Jak żyć?

wtorek, 24 marca 2015

Gofery z dżemorem.



Lubię swoją konkretność i zdecydowanie. Sporządziłam dzisiaj w kalendarzu listę sprzętu agd, który zamierzam kupić, tj. parowar, sokowirówkę i wyciskacz do cytrusów, po czym wchodzę do Biedronki i kupuję... gofrownicę. Oczywiście gofrownica też w była w planach nieco bardziej odległych, a powyższych sprzętów na stanie nie było, nawet głupiego ręcznego wyciskacza do cytrusów. Nie chciałam wyjść nieusatysfakcjonowana, więc gofrownica uratowała mój dzień. 
Od razu po powrocie do domu wypróbowałam nowy nabytek. Gofry piekły się ładnie 7 minut według instrukcji, ale po skosztowaniu uzmysłowiłam sobie, że muszę dopracować przepis na ciasto. Wyszły trochę bułkowate i gumowate, daleko im było do chrupiących tworów cukierniczych z knajpek na Starym Mieście. Miałam za to własne ciasto ze sprawdzonymi składnikami, czyli bez jajek i ze zmniejszoną ilością cukru. Koniec kupowania gotowców z supermarketu. Niech żyje homemade :)
A jakie nadzienie? Najlepsze są świeże owoce. Uwielbiam borówki amerykańskie, truskawki, a z braku powyższych owoce z puszki też dają radę. Tym razem zabrakło mi bitej śmietany, więc było mniej kalorycznie, ale ze słodkimi owocami niewiele trzeba, żeby nasycić cukrowego potwora.
Oczywiście lista agd musi być zrealizowana. Aby uniknąć nieplanowanych zakupów, resztę sprzętu muszę wyszukać w internecie :P 

poniedziałek, 23 marca 2015

Szwarc, mydło i powidło.



Wspomnień ciąg dalszy. Gra ekipa z mojego muzyka z Rzeszowa, utwór to jazzowe opracowanie "Czerwonego jabłuszka". Ach, te zwariowane czasy szkoły... Popisy, koncerty w filharmonii, dyplomy, było czego słuchać... 

Mało odporna jestem na medialną perswazję. W drodze do pracy ciągle patrzyłam na bilboard i uległam reklamie. Kupiłam suchy szampon do włosów "Batiste". W Rossmanie na półce zostały jedynie dwie sztuki z jednego rodzaju "XXL volume", więc nie miałam wyboru. Szampon działa jak trzeba, łatwo się rozprowadza i ratuje z opresji. Polecam, do wyboru, do koloru.



Tytułowego powidła nie ma, bo ograniczyłam słodycze ostatnio. Ale byłam dzisiaj w North Fish na Nowym Świecie i zrobili jakąś małą rewolucję w dodatkach. Pojawiły się nowe warzywa: marchewka i brukselka, sałatkę można sobie wymieszać samemu, polać oliwą lub sosem i są do tego pestki dyni :) informacja dla ścisłych wegetarian: w North Fish można zjeść nie tylko rybę. Można zamówić miseczkę dodatków za 8,99 zł i najeść się jak król. 
Mój mózg znowu jest niedotleniony przez katar. Ach, chcę być już zdrowa!

niedziela, 22 marca 2015

Tancerze



Mój ambitny plan oglądania seriali podczas chorowania w domu ziścił się w pełni. Obejrzałam cały III sezon "Tancerzy", polskiego serialu tanecznego z 2009 roku (tutaj). Kiedy jeszcze w telewizji leciał ten serial 6 lat temu, umknęło mi kilka ostatnich odcinków, niestety nie pamiętałam, których. Produkcję zakończono na III sezonie z powodu zbyt niskiej oglądalności. Szkoda, bo ostatni odcinek niby pewne wątki zamyka, ale inne zostawia z poczuciem niedosytu. Ale epoka fascynacji tańcem w telewizji trochę się wyczerpała, odkąd zniknął "You can dance". Pojawiły się teraz inne programy, jak "Celebrity splash" czy jakieś "Nagie randki". Rozrywka telewizyjna schodzi na psy i cieszę się, że kilka lat temu przestałam ją oglądać. 
Przy okazji "Tancerzy" przypomniał mi się z sentymentem nasz rodzimy film "Kochaj i tańcz" (wpis tutaj). Fajne to były czasy: chłopaki zrobili nam niespodziankę i zaprosili nas na dzień kobiet do kina. Potem przez cały tydzień w mieszkaniu leciał Afromental :) i z tą oto piosenką was zostawiam, niech wam dźwięczy na początek nowego tygodnia :)



EDIT: "You can dance" nie zniknął, właśnie trwają castingi i odcinki są transmitowane na http://youcandance.tvn.pl/. Dzięki za czujność i komentarze :)

sobota, 21 marca 2015

Słońca zaćmienie.



Dzisiaj pierwszy dzień wiosny. Pogoda idealna - słonecznie, ciepło, nic, tylko wyjść na spacer do parku albo nad rzekę, żeby uczcić ten wyjątkowy dzień. Eech, niestety nic z tego. Po powrocie z Niemiec dopadło mnie męczące choróbsko i utknęłam na kilka dni w domu. Myślałam, że chociaż zaległości w filmach sobie nadrobię, ale jak na złość skończył mi się transfer internetowy na dwa dni przed nowym doładowaniem. 
Z tego wszystkiego przegapiłam też wielkie astronomiczne zjawisko, jakim było częściowe zaćmienie słońca. Jednych to jara, innych nie, ale i tak nie miałam na tyle dobrego przyciemnianego szkła, żeby sobie słońce poobserwować. Zrobiło to wiele innych osób, umieszczając zdjęcia i filmiki na fb, więc sobie pooglądałam i prawie jakbym widziała. Jednym z takich filmików jest Kilka Minut Dobrych Wiadomości od Marka i tym się dzielę. Bo jak dzisiaj usłyszałam w kazaniu (oglądanym niestety przez internet, nie na żywo), wiele osób wpatrywało się wczoraj w niebo na słońce, nie zastanawiając się, czy jest tam coś więcej. A przecież to Bóg stworzył słońce, księżyc i gwiazdy, ułożył je w doskonałym porządku, który zadziwia naukowców wszelkich epok. Słońce może się zaćmić, ale Bóg się nie zmienia:

"Wszelki datek dobry i wszelki dar doskonały zstępuje z góry od Ojca światłości; u niego nie ma żadnej odmiany ani nawet chwilowego zaćmienia."
Jk 1,17


My, ludzie, jesteśmy niestety zmienni i niestali. Przeglądałam dzisiaj moje stare dzienniki pokładowe, przypominając sobie myśli, sytuacje, które przeżywałam kilka lat temu. Potem w którymś momencie, chyba rok albo półtorej roku temu nastąpiła przerwa, przestałam zapisywać dziennik. Kupiłam kalendarz nauczyciela i odtąd wszelkie ważne rzeczy były w kalendarzu. Ale tam nie było miejsca na cytaty czy notatki z kazań. Przestałam robić to, co robiłam przez wiele lat i żałuję, bo była to prawdziwa kopalnia duchowych myśli. Wczoraj mama przypomniała mi o dzienniku modlitewnym, gdzie codziennie wieczorem notuje się 5 rzeczy, za które jest się wdzięcznym, a potem różne prośby i intencje. Chciałabym do tego wrócić. 

poniedziałek, 16 marca 2015

All4Him za granicą :)




Niemcy, Niemcy i po Niemczech... ten weekend był strasznie krótki i mignął bardzo szybko, choć działo się dużo. Wyjechaliśmy z Pszczyny w piątek o 6 rano i jechaliśmy szybko i sprawnie do granicy, śpiewając cała drogę. Mieliśmy tylko jedną komplikację na niemieckiej autostradzie - na godzinę przed planowanym przyjazdem utknęliśmy w korku. Najprawdopodobniej był tam jakis wypadek. Znaleźliśmy jakis objazd boczną drogą i ominęliśmy długą kolumnę samochodów. Zobaczyliśmy, że Pan Bog czuwa, bo gdybyśmy w odpowiednim czasie nie skręcili na parking, z którego odchodził objazd, to stalibyśmy w korku jeszcze przez kilka godzin. 
Dojechaliśmy do Meine, to malutkie miasteczko niedaleko Wolfsburga, gdzie mieszkają Polacy ze Śląska, większość tej niemieckiej grupy, którzy przyjeżdzają co roku na camp. Mają domy szeregowe i mieszkają obok siebie na jednej ulicy. Tam byliśmy zakwaterowani po dwie, trzy osoby w każdym domu i jedliśmy tam tak wypasione kolacje i śniadania, jakich jeszcze nigdy w historii naszego zespołu nie mieliśmy: polska gościnność połączona z niemieckim dobrobytem :) 




Po południu pojechaliśmy do Wolfsburga, żeby trochę pozwiedzać. Wolfsburg nie jest dużym miastem, w dodatku powstał dopiero po wojnie, więc ma jedynie jeden zamek, w którym mieszkali kiedyś grafowie, ale największą atrakcją miasta jest fabryka Volkswagena. W tym okręgu marzeniem większości chłopaków jest pracować w fabryce, ponieważ jest to największe przedsiębiorstwo w okolicy, w dodatku mogą kupić nowy samochód z dużą zniżką, a następnie po 9 miesiącach sprzedać go po cenie, za jaką kupili i wymienić na nowy. Nie dziwi więc, że po mieście jeżdżą niemal same Volkswageny. Ponadto firma troszczy się o rodziny pracowników, jest sponsorem drużyny piłkarskiej z Wolfsburga, która dzień wcześniej wygrała w meczu z Inter Mediolan :) nieopodal fabryki znajduje się także Autostadt, wielkie centrum rozrywki związane właśnie z samochodami, gdzie jest cała masa atrakcji, m.in. wielka szklana podłoga, pod nią znajduje się wiele kolorowych kręcących się globusów, które pokazują różne ciekawostki na świecie.


Nie mieliśmy czasu zobaczyć całości, bo na to trzeba poświęcić cały dzień. Ale pospacerowaliśmy nad kanałem i potem poszliśmy do miasta. Niestety tego dnia było pochmurno i zaledwie 4 stopnie, więc długo na zewnątrz nie dało się wytrzymać. 




Ponieważ wszyscy wstaliśmy bardzo wcześnie i byliśmy niezbyt przytomni, więc nasze zmęczone umysły produkowały całą masę śmiesznych haseł. Wujek Zbyszek opowiadał nam o ciekawostkach Wolfsburga i o słynnych wieżach, gdzie znajdują się wszystkie marki samochodów produkowane przez tą fabrykę. Objechaliśmy sobie to wszystko samochodami i potem zajeżdżamy na parking obok centrum handlowego. Zobaczyłam napis "Bugatti" i wypaliłam:
-To są te marki? 
W rezultacie nosiłam żółtą koszulkę lidera aż do następnego dnia, kiedy Tomek na koncercie zaśpiewał "A ty nie chcesz mądrości" zamiast "korony" :P
W piątek mieliśmy jeszcze próbę z niemiecką grupą Know Him, czyli odtwórcami po niemiecku musicalu "Zapytaj tych". Zaproponowali nam, żebyśmy zaśpiewali wspólnie na nabożeństwie "Bede śpiewać" po niemiecku i po polsku, wiec uczyliśmy sie w aucie tekstu :) kiedy wracaliśmy wieczorem do Meine na nocleg, wujek opowiadał nam ciekawe doświadczenia z ich koncertowania, jak po kilku miesiącach zrezygnował im akompaniator i nie mieli osoby, która czuwała nad stroną muzyczną, a potem przyjechał do nich jakiś chłopak ze Stanów na studia, któremu tak się spodobała idea musicalu, że nauczył się wszystkiego grać, a podobno świetnie gra ze słuchu i tak mogli występować. Też zjeżdżają się z różnych stron: jest Debbie z Berlina i chłopak z Norymbergii, podobno fantastyczny tenor, reszta jest z Wolfsburga, Meine, Gifthorn, czyli okolicznych miejscowości. Wszyscy są świetnymi ludźmi, bardzo fajnie śpiewają i mają masę zapału i radości z tego, co robią. Kiedy w sobotę śpiewaliśmy po apelu wielką grupą polsko-niemiecką, nie byliśmy nagłośnieni, a jednak słychać było potężnie. Przy ostatnim refrenie, który śpiewaliśmy razem po polsku, miałam łzy w oczach ze wzruszenia. 
W sobotę po obiedzie mieliśmy jeszcze spotkanie z młodzieżą i opowiadaliśmy doświadczenia z pracy w zborach i z działalności naszego zespołu. Nastawialiśmy się, że to my im będziemy opowiadać, a okazało się, że jest tam wiele osób, które ma naprawdę niezwykłe doświadczenia z Bogiem i ciekawe pomysły odnośnie ewangelizacji. Bardzo dzielnie przez cały dzień towarzyszył nam Tobias, który mówi płynnie po polsku i niemiecku i tłumaczył na niemiecki. W trakcie musicalu czytał także po niemiecku teksty z ks. Izajasza. 
Koncert wyszedł poprawnie, nie licząc naprawdę drobnych pomyłek w tekście. Mikrofony, światła działały jak trzeba, nic nie sprzęgało ani nie trzeszczało. Dodatkowym utrudnieniem były niemieckie napisy wyświetlane w trakcie koncertu i zajmował się tym Dawid P., więc miał masę stresu z tego powodu, ponieważ podczas nabożeństwa projektor wyświetlający także tekst do naszych pieśni odmawiał posłuszeństwa. Na koncercie wymienili go, ale były momenty, kiedy coś mu się zawiesiło w prezentacji i nie mógł ich wyświetlić. Napisy były kluczowe, bo jednak spora część publiczności to były osoby niemieckojęzyczne. My też byliśmy tymi napisami troszkę usztywnieni, bo w scenkach nie mogliśmy za bardzo tworzyć, ale staraliśmy się mówić ściśle, jak jest w scenariuszu. Jednak odbiór był bardzo dobry, ludzie długo jeszcze siedzieli na sali i nie chcieli od razu wychodzić. Podchodzili do nas, rozmawiali. Najbardziej poruszony był lokalny pastor, z pochodzenia Ukrainiec, który miał kilka słów po koncercie. Zaczął mówić po polsku i tak śmiesznie mówił, że Tobias tłumaczący go na niemiecki ledwo mógł go zrozumieć :P zapomniałam powiedzieć, że w tym zborze mają zaledwie siedmiu rodowitych Niemców, reszta to obcokrajowcy, którzy przyjechali do Niemiec i nauczyli się języka. Ogólnie w Niemczech jest posucha i gdyby nie napływowi Słowianie, to te zbory byłyby naprawdę biedne.
W niedzielę mieliśmy wspólną próbę z niemiecką grupą. Ciężko było ćwiczyć coś z musicalu, bo jednak w dwóch językach to niełatwe zadanie, więc wybraliśmy kawałek z chóru "Go down Moses" i połączył nas angielski ;) ja tak powtarzam "niemiecka grupa", ale oczywiście są tam Polacy, którzy mówią po polsku i niemiecku, są też i Niemcy, którzy z naszym językiem troszeczkę się osłuchują i na sobotnim występie zaśpiewali z nami refren po polsku. Samo ćwiczenie w grupach głosów to było bardzo fajne doświadczenie i jeszcze bardziej się zaprzyjaźniliśmy z tymi osobami. Na koniec zaśpiewaliśmy wyćwiczony utwór, nagrano to jako filmik i obiecano, że będzie wyświetlony na najbliższym nabożeństwie. 
Teraz czekamy na rewanż i odwiedziny niemieckiego zespołu u nas. Być może uda się to w ciągu kilku miesięcy zorganizować :)

poniedziałek, 9 marca 2015

II linia metra ruszyła na Dzień Kobiet :)



Miła niespodzianka z okazji Dnia Kobiet: od wczoraj działa II linia metra :) Nie było mnie wczoraj w Warszawie, więc nie uczestniczyłam w tłumnym objeżdżaniu metra, ale dzisiaj miałam okazję, jadąc na zajęcia na Pragę. Tłumów nie było, pomimo godzin szczytu. Ludzie po wyjściu z metra krążyli bezradnie w poszukiwaniu wyjść na poszczególne ulice. Jeszcze trudno jest się zorientować, którędy się dostać na powierzchnię, bo wyjść jest nieraz kilka. 

Prezentowana na zdjęciu stacja "Nowy Świat-Uniwersytet" to najgłębsza stacja II linii. Ma cztery kondygnacje, a peron znajduje się 23 m pod ziemią. Wynika to z geologii Warszawy - konieczne było poprowadzenie tuneli II linii metra osiem metrów pod dnem Wisły. Na stacji będzie aż 17 schodów ruchomych. Pasażerowie, by dostać się na peron, będą musieli pokonać trzy poziomy schodów.

Przeglądam artykuły w necie o II linii i doczytuję do momentu komentarzy. Nie lubię hejterów, którzy pomimo faktu, że metro w końcu jeździ, jest jasne, kolorowe, przestronne i nowoczesne, narzekają na wszystko, co się da. Jak się nie podoba, to nie jeździjcie! 

czwartek, 5 marca 2015

Whiplash




Poszłam za filmowym ciosem i obejrzałam "Whiplash". Czytając opis filmu nastawiałam się na emocje, które mnie czekały, ale i tak film mnie absolutnie zmiażdżył. Przesiedziałam jak na szpilkach i chyba nie było momentu, gdzie napięcie odpuszczało. Fakt, film jest świetnie zrobiony i oscar dla Simmonsa jest jak najbardziej zasłużony. Jednak, jak to napisał Mayki, to nie jest film o muzyce. Nie ma tam takiego momentu odpoczynku, cieszenia się muzykowaniem, nawet w najlepszych numerach czuć cały czas tę walkę bohatera o uznanie i lejącą się krew jako rezultat jego wysiłków. Gdzieś w trakcie pojawiła się taka myśl od Fletchera: "Nie przejmuj się tym całym liczeniem, po prostu graj", ale była to tylko prowokacja, bo cały czas chodziło o liczenie i przekraczanie swoich granic, bynajmniej nie o swobodne granie. No i strasznie ciężko się przebywa w otoczeniu człowieka, który nie szanuje nikogo, wrzeszczy, obraża, bije i prowokuje do najgorszych zachowań. Chyba każdy człowiek w obecności takiego typa jak Fletcher w końcu by nie wytrzymał i rzucił się na niego z pięściami. 
Nie wiem, jak w praktyce wygląda nauka gry na perkusji, ale przypuszczam, że odciski i otarcia to raczej norma, jak się ćwiczy coś długo i żmudnie. Zdarzyło mi się dwa razy w życiu trzymać w ręku pałeczki trochę dłużej i nawet coś tam bębnić i po półgodzinie takiego bębnienia czułam zmęczenie nadgarstków ;) przypomniała przy okazji moja szkoła muzyczna, kończyłam ją późno, w trakcie studiów. Dokonywałam cudów, żeby znaleźć czas pomiędzy zajęciami na ćwiczenie na fortepianie. Wymykałam się na okienkach między zajęciami biegiem do szkoły, brałam jakąkolwiek salę z pianinem i ćwiczyłam, w międzyczasie jadłam śniadanie, bo nie było kiedy, a na pulpicie obok nut były rozłożone notatki na studia, bo nawet w czasie sesji nie mogłam sobie pozwolić na przerwę w graniu, żeby nie stracić formy. Przychodziłam na lekcje, grałam zadane utwory, niestety w opinii mojej nauczycielki nigdy nie było dobrze, więc strofowała mnie, dorosłą kobietę, jak małe dziecko. W najcięższych momentach, kiedy na głowę zwaliły mi się egzaminy na studiach, wyjazdy, różne napięcia między ludźmi, po takiej lekcji wychodziłam z płaczem i miałam ochotę rzucić wszystko. Ale było mi żal odpuścić, wytrzymałam do końca, pokonałam swoje blokady i na koniec zagrałam tak, że nauczycielka była zdumiona. Ale kosztowało mnie to masę nerwów. W ogóle okres studiów był jednym z najcięższych czasów w moim życiu i jestem szczęśliwa, że mam to już za sobą. 

Wracając do "Whiplash" - jeśli zdecydujecie się go obejrzeć, nastawcie się, że zjecie własne paznokcie, dlatego lepiej weźcie kogoś do towarzystwa, w razie potrzeby użyczy wam swoje. 

poniedziałek, 2 marca 2015

You Only Live Once. Birdman



Proszę państwa, w tym roku jestem na bieżąco: obejrzałam zwycięzcę Oscara tydzień po rozdaniu nagród ;) Mam pozytywne wrażenia artystyczne, bo montaż jest perfekcyjny, sceny przechodzą płynnie jedna w drugą praktycznie bez cięć, a ścieżka dźwiękowa, oparta głównie na solo perkusji, jest fenomenem muzycznym. Osobiście jednak nie rozumiem, na jakich zasadach przyznawane są Oscary za najlepszy film, bo jeśli chodzi o treść i jakieś przesłanie, nie zauważyłam żadnego konkretnego, a za elementy techniczne ocenia się osobno. Ale z moich obserwacji wynika, że obecnie nagradzany film nie ma za zadanie poruszać głębokiego problemu i po obejrzeniu podnosić widza na wyższy poziom duchowy, tylko zaintrygować, zbudować napięcie, przykuć uwagę efektami i pozostawić jedynie wrażenia estetyczne. Może się mylę, ale takie są moje wrażenia na świeżo po obejrzeniu filmu.
Jedynym filozoficznym przekazem, jaki odebrałam, jest tytułowe YOLO. To współczesna wersja klasycznego "carpe diem" i motto to przyświeca społeczeństwu XXI wieku. Żyj chwilą, baw się, nie oglądaj się na konsekwencje, zabłyśnij na scenie i w portalach społecznościowych, bo żyje się tylko raz i niewykorzystane okazje już się więcej nie powtórzą. Zasada ta tworzy rozchwiane społeczeństwo, którego jedynym celem w życiu jest przeżycie czegoś ekscytującego. Jesteś singlem, więc pewnie tęsknisz do znalezienia drugiej połowy? Ee, po co się do kogoś przywiązywać na stałe, przecież szczęście można znaleźć wszędzie, nieważne jakiej płci. Masz rodzinę, więc zapewne trzeba by o nią dbać? Zapomnij o tym, to tylko ogranicza. Za chwilę możesz się rozstać i znaleźć kogoś innego, jeśli ci coś nie pasuje. Dostałeś niezwykły talent i możesz nim uszczęśliwić społeczeństwo? Who cares? Zajmij się swoją pasją, realizuj marzenia, co zdobędziesz, to twoje. 
Brzmi przerażająco? Tak właśnie wygląda myślenie i postępowanie współczesnych ludzi. Można by dyskutować, że dotyczy to tylko ludzi niewierzących, ale to nieprawda, dotyka to wszystkich. Są sobie ludzie wierzący, a potem coś im przychodzi do głowy i odchodzą od Boga, porzucają żonę i dzieci, rozpadają się rodziny. Inni niby się nawracają i przyjmują chrzest, żeby poślubić jakąś osobę z innego wyznania, a po ślubie przestają się zupełnie interesować Bogiem. Trudne czasy nastały dla zakładania rodziny, a będzie jeszcze trudniej. Nikomu nie można ufać, że zawsze będzie duchowym wsparciem, tak naprawdę można polegać tylko na Bogu. 
Odpowiem przy okazji na komentarz pod walentynkowym postem: w niektórych przypadkach lepiej być nieszczęśliwym samotnie, niż nieszczęśliwym z kimś innym. W życiu chodzi o coś więcej, niż bycie szczęśliwym. Związek z drugim człowiekiem z punktu widzenia wierzącego musi być oparty na wspólnej służbie dla Boga i ludzi i ma nas oduczyć wrodzonego egoizmu. Usiłując w związku znaleźć jedynie szczęście i spełnienie, bez poczucia większego celu to życie według zasady YOLO. A ja nie chcę żyć raz. Chcę żyć wiecznie. 


niedziela, 1 marca 2015

Move your body na wiosnę

Jednym z moich noworocznych planów było schudnąć 6-7 kg. Jakimś dziwnym zrządzeniem w ostatnim roku przeszłam z rozmiaru 38 na 40. Nie jest to jeszcze wielka tragedia, ale kupowanie spodni w takim stanie nie należy do najprzyjemniejszych czynności. 
Plan na taką reformę jest prosty: dieta i ruch. Mówiąc o diecie mam na myśli oczywiście nie jakieś skomplikowane liczenie kalorii, nigdy tego nie robiłam i kompletnie się na tym nie znam. Wystarczy kilka zasad:
-proste posiłki (kasze, ryż, warzywa, owoce) najlepiej gotowane na parze;
-regularne pory posiłków; 
-unikamy późnych i obfitych kolacji;
-nie bierzemy dokładek;
-unikamy słodyczy i ukrytych cukrów. 

W związku z powyższym kilka ciekawostek.
Ukryte cukry znajdują się w popularnych produktach dietetycznych, takich jak płatki, jogurty czy soki. Australijski aktor przeprowadził eksperyment, żywiąc się przez 60 dni tymi produktami i przytył aż 9 kg (artykuł tutaj). Nakręcił o tym dokument, który wchodzi właśnie do kin. Bardzo lubię płatki i jem je co drugi dzień na śniadanie, ale już dawno zwróciłam uwagę, że w mieszankach crunchy znajduje się sporo cukru. Najlepszym sposobem jest zatem robienie własnej mieszanki muesli z różnych płatków zbożowych albo gotowanie owsianki z dodatkiem innych płatków, np. jęczmiennych, oraz suszonych i świeżych owoców. Unikamy wtedy dodatkowego cukru.


Owocem polecanym w diecie odchudzającej jest grejpfrut. Zalecane jest jedzenie świeżych owoców, picie soku, można także kupić herbatę z sokiem z grejpfruta. Jej gorzki smak pomaga obniżyć łaknienie i można ją pić między posiłkami.



Popularnym urządzeniem do gotowania na parze jest parowar. Mój brat polecił mi ostatnio to urządzenie i postanowiłam się rozejrzeć za takowym. Pomógł mi artykuł tutaj, aby rozeznać się w różnych parametrach technicznych. Po przejrzeniu różnych modeli zdecydowałam się wstępnie na taki. 



Niestety przeszukując stacjonarne sklepy nie znalazłam go na ich stanie, więc pozostaje mi kupno przez sklep internetowy z odbiorem osobistym w Warszawie. Znalazłam taką ofertę tutaj i mam nadzieję ją zrealizować w tym miesiącu :)

Drugi element, czyli ruch, zamierzam wdrożyć przez powrót do treningów z Mel B oprócz porannej gimnastyki. Sprawdziłam, że karnet na treningi fitness w pobliskim OSiR Ursus kosztuje 100 zł (8 treningów). Do Ursusa mam jakiś kwadrans jazdy rowerem, a godziny nie zawsze mi pasują, więc postanowiłam realizować te 2 treningi w tygodniu we własnym pokoju, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć np. na kupowanie książek czy jeszcze czegoś innego. Kiedy się trochę ociepli, spróbuję wziąć się za rolki, a i oczywiście nie rezygnuję z roweru :) Nie upieram się, że ma już być 15 stopni i słońce, ale gdyby pogoda się skonkretyzowała, to byłoby miło ;)