Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2015

I wake with good intentions.

Dawno nie udostępniałam nagrań na wrzucie, a uzbierało się ich kilka od grudnia. Nie będę wrzucać wszystkich, tylko ostatnie, ale gdyby ktoś chciał je posłuchać, to zapraszam tutaj. O proszę, jeszcze o Emeli Sandé na blogu nie pisałam. To brytyjska, a właściwie zambijsko-szkocka wokalistka o bardzo plastycznej barwie głosu, nieco podobnej do Aguilery. Zadebiutowała z własną płytą niedawno, bo w 2012 roku, wcześniej nagrała single "Heaven" i "Beneath your beautiful" z Labrinthem. Wystąpiła także podczas letnich igrzysk olimpijskich w Londynie. Jej piosenki mają niebanalne teksty, wystarczy posłuchać choćby tych, co tutaj udostępniłam.
Jutro ostatni dzień lutego. Błyskawicznie minął, czyż nie? Już dwa miesiące nowego roku za nami. Zima nawet nas nie dotknęła, więc nie miała czym zmęczyć, wiosna się przebija i nie da się tego zatrzymać. A poza prognozą pogody to był całkiem spokojny miesiąc, prawie bez wyjazdów, bez zabiegania, ale wypełniony rozmaitymi kulturalnymi …

"Shirley" i Charlotte Brontë

Charlotte Brontë (1816-1855)
Wszyscy znają lub chociaż słyszeli o powieściach sióstr Brontë, które są zaliczane do klasyki angielskiej literatury: "Dziwne losy Jane Eyre" czy "Wichrowe wzgórza". Mało kto słyszał jednak o "Shirley", ponieważ w polskim wydaniu ukazała się dopiero w 2011 roku. Ja też odkryłam ją dopiero niedawno. Wokół sióstr pojawiło się wiele spekulacji, a w opracowaniu literackim "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące" autor Eryk Ostrowski dowodzi, że autorem wszystkich powieści była jedna i ta sama osoba: Charlotte, która pisała pod męskim pseudonimem. Jakakolwiek nie była by w tej historii wersja prawdziwa, nie ulega wątpliwości, że autorka(ki) miała prawdziwy talent.  "Shirley" jest obszerną powieścią, a jednak czyta się ją bardzo szybko.Język jest dowcipny i dosadny, dialogi są przepełnione głębokimi przemyśleniami, ale sposób ich prowadzenia w niczym nie przypomina dostojnych salonowych small talk. W powieści występ…

W tym całym zwariowaniu.

Od kilku tygodni nigdzie nie wyjeżdżam i grzecznie spędzam soboty na Foksal. Jeszcze mi się to nie znudziło - tak sobie powtarzam, bo w marcu będzie wyjazd za wyjazdem, dlatego teraz cieszę się lokalną społecznością. Dzisiaj był zaiste długi dzień, bo nabożeństwo, potem zebranie zborowe, obiad i przyjęcie urodzinowe w harcówce. Kilka miłych młodych ludzi zorganizowało wspólnie urodziny :) bawiliśmy się przednio, grając w różne gry w budynku i w parku, jedząc przepyszne sałatki, ciasta i tradycyjny pathfindersowy tort ;)  Coś się ostatnio stało ze mną, ponieważ gubię różne rzeczy. Przepadł gdzieś pendrive, zgubiłam długopis ścieralny (odnalazłam go po tygodniu u siebie w szkole). Dzisiaj w roztargnieniu zostawiłam buty na obcasie w koszyku rowerowym, zapięłam rower i pojechałam kolejką, a po powrocie butów już nie było :( nie rozumiem tego, po co komu były używane cudze buty? Na szczęście nie były drogie, więc nie rozpaczałam zbytnio, ale przykro i tak. I do tego zgubiłam gdzieś rękaw…

Mały, szary człowiek

Kolejny dzień odleciał gdzieś. Będąc człowiekiem pracującym wszystkie dni robocze wyglądają podobnie, tylko rozkład godzin się zmienia. Ot, życie małego, szarego człowieka w mieście, o czym trafnie mówi powyższa piosenka, która już swoje lata ma. 
Tyle słońca w całym mieście...
Przytrafiło mi się dzisiaj okienko w środku dnia i słońce skusiło mnie do Parku Praskiego na ławeczkę. Gdy nie ma słońca, jest mroźno i nie chce się nawet z domu wychodzić, ale w słońcu można siedzieć i wygrzewać twarz. Uwielbiam Pragę, jak już tu kilka razy pisałam, a szczególnie okolice Dworca Wileńskiego. Katedra wbija się w niebo, nieco dalej rozłożyła się cerkiew, park daje wytchnienie, a obok dworca niedługo powstanie metro. Ach, zamieszkać tam...

Utknęłam na półtorej godziny z książką. Nie jest mi łatwo trafić w Michałowicach na godziny otwarcia biblioteki, więc tym razem zrobiłam mały zapasik. Dzisiaj przeczytałam biografię Colina Firtha, brytyjskiego aktora, który zdobył Oscara za rolę w filmie "J…

Ciemna strona Greya

Co roku na walentynki wypuszczane są komedie romantyczne i w tym roku padło na ekranizację powieści "Pięćdziesiąt twarzy Greya" (pisiont, jak popularnie się mówi ;). Od dłuższego czasu unikam oglądania komedii romantycznych, bo nie chcę się faszerować wymyślonymi historiami obcych ludzi. Ale nie tylko z tego powodu nie zamierzam czytać ani oglądać losów Greya.  Jestem osobą wierzącą i mam przekonanie, że większość filmów czy historii, gdzie pokazuje się niemoralność i przemoc, zapisuje się w naszej psychice i wypacza naszą osobowość oraz osłabia nasze relacje z Bogiem. Poza tym jest to w przeważającej części obrzydliwe. I nie tylko ja to zauważam. O książce już jakiś czas temu z oburzeniem pisała moja koleżanka z podstawówki: jak można się zaczytywać w takich powieściach, gdzie zasadniczą treścią jest wyuzdanie i pornografia. Czytając książkę można sobie jedynie to wyobrażać, natomiast oglądając film jesteśmy bombardowani obrazem bezpośrednio.  Psycholodzy odnaleźli także i…

Walentynkowo, spacerowo, zbiórkowo.

Wiosna trwa nadal, 14 lutego okazał się pięknym, słonecznym dniem. A ponieważ to była sobota, więc rano byłam na nabożeństwie, po południu wybraliśmy się na spacer nad Wisłę.



 Pomnik Sapera 
 Ileż można pozować w słońcu ;P
Po powrocie na Foksal poszłam na specjalną walentynkową zbiórkę. Było sympatycznie i miło :) rozmawialiśmy na różne praktyczne tematy odnośnie chodzenia ze sobą i małżeństwa, były kartki walentynkowe, które każdy mógł napisać i wrzucić do specjalnego pudełka, były galaretki w kształcie serca i były dzieci oraz rodzice-ambasadorzy i te wszystkie wspaniałe momenty przeżywaliśmy w obu pokoleniach :) mieliśmy też na początek dobrą przebieżkę po parku, trochę musztry i dzięki temu odrobiłam w tym dniu solidną porcję ruchu na świeżym powietrzu :P
Dobrze jest spędzić taki dzień w gronie przyjaciół w miłej atmosferze i nie dawać się tej ogólnej psychozie, że wszyscy dookoła kogoś mają, a my, single, jesteśmy najnieszczęśliwszymi osobami na świecie. Bo to nieprawda. Jest ty…

Trzynastego nawet w lutym jest wiosna.

Końcówka tygodnia to kumulacja takich wydarzeń, jak tłusty czwartek, piątek trzynastego i walentynki, co dla niektórych ma równą wagę, jak BN, więc chyba wypada zasygnalizować te dni na blogu. Oczywiście nie jestem tradycjonalistyczna, przesądna czy komercyjna.  Co zatem z okazji trzynastego? Piosenka stara jak świat. Rzeczywiście pojawiła nam się wiosenna pogoda. Słońce świeciło tak, jak początkiem kwietnia. Odważyłam się znowu na dłuższy wyjazd rowerowy i nałapałam słońca i ruchu na odpokutowanie wczorajszej bomby cukrowej. Może niekoniecznie w lutym potrzebujemy takiej pogody, ale przynajmniej było pięknie :)
Trzynastego wchodzi do kin kilka nowych filmów, jak "Kingsman - tajne służby" z obsadą brytyjskich gwiazd, takich jak Colin Firth, Samuel L. Jackson i Michael Caine oraz osławione "50 twarzy Greya". Dlaczego nie chcę zobaczyć tego ostatniego - napiszę jutro.

Donut worry.

Ponieważ mamy tłusty czwartek, więc dzisiaj fota spożywcza. Raz na jakiś czas można zaszaleć i zjeść pączka z jakiejś lepsiejszej cukierni. Chociaż i tak więcej niż dwa nie jestem w stanie, a łączenie ich z gorącą czekoladą to potężna rozpusta. Moja głowa czuła się jak po głębszym.  Rok temu na tłusty czwartek byłam w domu i piekłyśmy donuty/donaty? (u nas mówiło się na to oponki). Domowe pączki czy w ogóle domowe ciasto to produkt, który potrafię jeść bez opamiętania i nie martwię się żadnymi kaloriami czy dodatkowymi kilogramami. I dlatego motto z koszulki New Yorkera tak bardzo pasuje :)



A4H w Krakowie

Zbieram się, żeby napisać coś nowego, ale mam takie zaległości w spaniu, że jak wreszcie wieczorem mam chwilę czasu, to umysł juz woła o sen. Chyba po tym weekendzie dopada mnie jakieś choróbsko. Pogoda nas nie rozpieszcza. Albo sypie, albo leje. Momentami jest ładnie, ale trzeba mieć niezłą odporność, żeby się nie rozłożyć.

Bardzo fajny czas mieliśmy teraz z zespołem w Krakowie. Przede wszystkim nareszcie po 4 miesiącach przerwy mieliśmy koncert i wspólne zgrupowanie :) wszyscy się cieszyli. Modliliśmy się w ten weekend bardzo często i ta radość z tego, że znowu gramy przewijała się przez wszystkie modlitwy.  Przez ostatni czas znowu pozmieniał się nam skład. Na miejsce Tomka Sz wskoczył Piotrek z Krakowa. Kilka miesięcy temu dołączył do nas Szymek, taki chłopak ze Śląska, którego Krystian przyuczał do obsługi świateł. Teraz Krystian zrezygnował, bo coraz trudniej było mu pogodzić wyjazdy z pracą i Szymek został głównym oświetleniowcem. Zmienił się też nam akustyk. Grzesiek niestety co…

A ja lubiłam Zbyszka.

A ja lubiłam Zbyszka, takim jak był granatowe oczy, kiedy był zły oranżowe stopy, w nich płynie czas który poszedł ze Zbyszkiem w las

Zaraziłam się Domowymi Melodiami. To taka urocza, niekomercyjna grupa. Wydali dwie płyty, nagrane domowym sposobem i kiedy się ich słucha, to przypomina się dzieciństwo, jak wymyślaliśmy podobne piosenki, tylko nie odważyliśmy się ich nagrać, tak jak oni.
Piosenka o Zbyszku tłucze mi się po głowie od kilku dni i zdecydowanie wypiera inne melodie. Współczuję bohaterce. Tak to w życiu jest: polubisz jakiegoś łobuza, a on potem gdzieś wyjeżdża i znika. Kiepska perspektywa z tym przywiązywaniem się do kogokolwiek.
A ten kawałek mnie rozwalił. Tak patrzy kobieta, której marzenie się spełniło :) w mojej głowie też gra symfonia. Chciałabym doczekać kiedyś, że zagra na żywo :)



Ps. Post nr 900 ;)

Nie więcej - Step

Na Kulturalnej Warszawie była reklama jeszcze jednego wydarzenia, które szczególnie zainteresowało Olę. Po zwiedzeniu Muzeum POLIN wybrałyśmy się w okolice Siekierek na premierę spektaklu tanecznego "Nie więcej".


Wieczór Niespodzianka- spotkanie Przyjaciółek. Przy okazji jest to pretekst do pokazania tańcem różnych osobowości Kobiet. Muzyka i teksty piosenek podkreślają indywidualność i różnorodność Tancerek.

Kilka zdjęć bez flesza, które udało mi się zrobić z tego wydarzenia. Ciężko jest fotografować telefonem w ruchu, ale było to ciekawe zajęcie.

Single ladies 


Oops, I didn't again 
 Paris, Paris

Selfie ;) 
 Libertango



Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN

W piątek wieczorem byłam u Oli na rozpoczęciu sabatu. Wracałam potem późno do domu i Ola namawiała mnie, żebym nocowała u niej. Nie mogłam wtedy, bo musiałam zabrać z domu rzeczy na sobotnie wyjście ewangelizacyjne i wspólny obiad, więc nocowałam u niej z soboty na niedzielę. Sobotni wieczór spędziłyśmy na filmach, a niedziela była kulturalna od początku do końca :) Jeżeli macie wolny dzień, a nie wiecie, jak go ciekawie spędzić, polecam stronę Kulturalna Warszawa. Znajdziecie tam wykaz różnych kulturalnych wydarzeń w mieście. Jest sporo imprez biletowanych, jak przedstawienia teatralne czy baletowe, ale można też znaleźć inne ciekawe wydarzenia, może nie tak prestiżowe, jak "Sen nocy letniej" w Teatrze Wielkim, ale równie inspirujące i do tego ze wstępem wolnym, o czym napiszę w kolejnym poście. A tymczasem opowiem o zasadniczej wycieczce, czyli Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.  Muzeum mieści się na ulicy Anielewicza, nieprzypadkowo tam, ponieważ człowiek ten, czyli M…