piątek, 27 lutego 2015

I wake with good intentions.



Dawno nie udostępniałam nagrań na wrzucie, a uzbierało się ich kilka od grudnia. Nie będę wrzucać wszystkich, tylko ostatnie, ale gdyby ktoś chciał je posłuchać, to zapraszam tutaj.
O proszę, jeszcze o Emeli Sandé na blogu nie pisałam. To brytyjska, a właściwie zambijsko-szkocka wokalistka o bardzo plastycznej barwie głosu, nieco podobnej do Aguilery. Zadebiutowała z własną płytą niedawno, bo w 2012 roku, wcześniej nagrała single "Heaven" i "Beneath your beautiful" z Labrinthem. Wystąpiła także podczas letnich igrzysk olimpijskich w Londynie. Jej piosenki mają niebanalne teksty, wystarczy posłuchać choćby tych, co tutaj udostępniłam.
Jutro ostatni dzień lutego. Błyskawicznie minął, czyż nie? Już dwa miesiące nowego roku za nami. Zima nawet nas nie dotknęła, więc nie miała czym zmęczyć, wiosna się przebija i nie da się tego zatrzymać. A poza prognozą pogody to był całkiem spokojny miesiąc, prawie bez wyjazdów, bez zabiegania, ale wypełniony rozmaitymi kulturalnymi wydarzeniami, które oceniam na plus :)
Czas na dobry sobotni odpoczynek. Pozdrowienia :)

wtorek, 24 lutego 2015

"Shirley" i Charlotte Brontë

Charlotte Brontë (1816-1855)

Wszyscy znają lub chociaż słyszeli o powieściach sióstr Brontë, które są zaliczane do klasyki angielskiej literatury: "Dziwne losy Jane Eyre" czy "Wichrowe wzgórza". Mało kto słyszał jednak o "Shirley", ponieważ w polskim wydaniu ukazała się dopiero w 2011 roku. Ja też odkryłam ją dopiero niedawno. Wokół sióstr pojawiło się wiele spekulacji, a w opracowaniu literackim "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące" autor Eryk Ostrowski dowodzi, że autorem wszystkich powieści była jedna i ta sama osoba: Charlotte, która pisała pod męskim pseudonimem. Jakakolwiek nie była by w tej historii wersja prawdziwa, nie ulega wątpliwości, że autorka(ki) miała prawdziwy talent. 
"Shirley" jest obszerną powieścią, a jednak czyta się ją bardzo szybko. Język jest dowcipny i dosadny, dialogi są przepełnione głębokimi przemyśleniami, ale sposób ich prowadzenia w niczym nie przypomina dostojnych salonowych small talk. W powieści występuje także dużo cytatów biblijnych, nic dziwnego, gdyż bohaterka Caroline jest bratanicą proboszcza, co jest bardzo wyraźnym rysem autobiograficznym Charlotte. Kobiety, bo właściwie one są głównymi bohaterkami powieści, są pokazane jako postacie o szerokim horyzoncie myślowym, snujące rozważania polityczne, społeczne i filozoficzne, w czym przewyższają mężczyzn opisanych głównie jako ludzi czynu. Nie da się ukryć, czytając choćby poniższy fragment, że Charlotte miała poglądy feministyczne dużo bardziej zaznaczone, niż to widać w powieściach Jane Austen. A jednak u jednej i drugiej jest to mądry feminizm, który chce uwolnić kobietę od roli salonowej lalki i uczynić z niej pełnowartościowego, samodzielnego i pożytecznego człowieka, godnego partnera mężczyzny. Na owe czasy były to rewolucyjne poglądy, nic więc dziwnego, że Charlotte była zmuszona pisać pod pseudonimem. 




Dawno nie czytałam czegoś równie mądrego i przemyślanego, a jednocześnie zaliczającego się do tzw. powieści romantycznych. Romantyzm jest tu jednak rozsądnie dozowany, a postawa nieszczęśliwego zakochania opisywana jest z przyganą ze względu na niszczący stan, który wywołuje, a jednocześnie z wyrozumiałością i współczuciem niczym dla popularnie panującej choroby (którą zresztą jest ;) 
Drogie kobiety czasów obecnych, powinnyśmy podziękować naszym poprzedniczkom odwagi w walce o prawa kobiet. Jakkolwiek są one obecnie nadużywane i wypaczane, to dzięki nim możemy żyć jako samodzielne jednostki, rozwijać się intelektualnie i społecznie, a także być mądrymi partnerkami mężczyzn, nie będąc jednocześnie skazanymi na ich łaskę i niełaskę. 

sobota, 21 lutego 2015

W tym całym zwariowaniu.



Od kilku tygodni nigdzie nie wyjeżdżam i grzecznie spędzam soboty na Foksal. Jeszcze mi się to nie znudziło - tak sobie powtarzam, bo w marcu będzie wyjazd za wyjazdem, dlatego teraz cieszę się lokalną społecznością.
Dzisiaj był zaiste długi dzień, bo nabożeństwo, potem zebranie zborowe, obiad i przyjęcie urodzinowe w harcówce. Kilka miłych młodych ludzi zorganizowało wspólnie urodziny :) bawiliśmy się przednio, grając w różne gry w budynku i w parku, jedząc przepyszne sałatki, ciasta i tradycyjny pathfindersowy tort ;) 
Coś się ostatnio stało ze mną, ponieważ gubię różne rzeczy. Przepadł gdzieś pendrive, zgubiłam długopis ścieralny (odnalazłam go po tygodniu u siebie w szkole). Dzisiaj w roztargnieniu zostawiłam buty na obcasie w koszyku rowerowym, zapięłam rower i pojechałam kolejką, a po powrocie butów już nie było :( nie rozumiem tego, po co komu były używane cudze buty? Na szczęście nie były drogie, więc nie rozpaczałam zbytnio, ale przykro i tak. I do tego zgubiłam gdzieś rękawiczki. Czy to ta wiosna nieszczęsna się już zaczyna, że tracę koncentrację czy mam aż takiego pecha? W innych dziedzinach jestem skoncentrowana do granic, mój umysł pracuje na wysokich obrotach, rozważając różne kwestie, a w zwykłych życiowych sprawach tracę głowę. 
Motyw przewodni z dzisiejszego karaoke. 

poniedziałek, 16 lutego 2015

Mały, szary człowiek



Kolejny dzień odleciał gdzieś. Będąc człowiekiem pracującym wszystkie dni robocze wyglądają podobnie, tylko rozkład godzin się zmienia. Ot, życie małego, szarego człowieka w mieście, o czym trafnie mówi powyższa piosenka, która już swoje lata ma. 

Tyle słońca w całym mieście...

Przytrafiło mi się dzisiaj okienko w środku dnia i słońce skusiło mnie do Parku Praskiego na ławeczkę. Gdy nie ma słońca, jest mroźno i nie chce się nawet z domu wychodzić, ale w słońcu można siedzieć i wygrzewać twarz. Uwielbiam Pragę, jak już tu kilka razy pisałam, a szczególnie okolice Dworca Wileńskiego. Katedra wbija się w niebo, nieco dalej rozłożyła się cerkiew, park daje wytchnienie, a obok dworca niedługo powstanie metro. Ach, zamieszkać tam...


Utknęłam na półtorej godziny z książką. Nie jest mi łatwo trafić w Michałowicach na godziny otwarcia biblioteki, więc tym razem zrobiłam mały zapasik. Dzisiaj przeczytałam biografię Colina Firtha, brytyjskiego aktora, który zdobył Oscara za rolę w filmie "Jak zostać królem". Bardzo lubię filmy z jego udziałem, zawsze jest dystyngowany i szarmancki. Autor biografii pokazał go także z prywatnej strony jako oddanego męża i ojca oraz godnego szacunku człowieka walczącego o prawa uciśnionych. 

Tak wygląda moje miasto nocą.

Dzień odchodzi na Pradze. Ludzie wracają z pracy, latarnie rozświetlają uliczki. Ja też kończę tam zajęcia i wracam do domu. 

sobota, 14 lutego 2015

Ciemna strona Greya


Co roku na walentynki wypuszczane są komedie romantyczne i w tym roku padło na ekranizację powieści "Pięćdziesiąt twarzy Greya" (pisiont, jak popularnie się mówi ;). Od dłuższego czasu unikam oglądania komedii romantycznych, bo nie chcę się faszerować wymyślonymi historiami obcych ludzi. Ale nie tylko z tego powodu nie zamierzam czytać ani oglądać losów Greya. 
Jestem osobą wierzącą i mam przekonanie, że większość filmów czy historii, gdzie pokazuje się niemoralność i przemoc, zapisuje się w naszej psychice i wypacza naszą osobowość oraz osłabia nasze relacje z Bogiem. Poza tym jest to w przeważającej części obrzydliwe. I nie tylko ja to zauważam. O książce już jakiś czas temu z oburzeniem pisała moja koleżanka z podstawówki: jak można się zaczytywać w takich powieściach, gdzie zasadniczą treścią jest wyuzdanie i pornografia. Czytając książkę można sobie jedynie to wyobrażać, natomiast oglądając film jesteśmy bombardowani obrazem bezpośrednio. 
Psycholodzy odnaleźli także inne ciemne strony Greya. W artykule w języku angielskim już na wstępie możemy przeczytać, że nie ma żadnej szarości w "50 twarzy Greya" (gra słów ang. "gray" - szary i Grey), wszystko jest czarne. Fabuła wprowadza zamieszanie w poglądach młodych ludzi na temat miłości. Kobiety wierzą w mity, że przemoc, wykorzystywanie, manipulacja uczuciami, seksualne eksperymenty pozamałżeńskie są w porządku, wprowadzają ekscytację i dzięki uległości można zmienić bad boya i uleczyć jego emocjonalne problemy. Nieprawda, nieprawda i jeszcze raz nieprawda. Nie można stworzyć zdrowej relacji z kimś, kto jest emocjonalnie niestabilny bądź uszkodzony. Nie uleczymy kogoś przez to, że się w nim zakochamy i będziemy spełniać jego chore zachcianki. Wreszcie miłość to nie jest układ, gdzie jedna strona ma kontrolę nad drugą i narzuca jej swoje poglądy. Wielu ludzi tkwi w rozmaitych toksycznych relacjach i myśli, że wszystko jest w porządku, ponieważ odczuwa uczucia, namiętność i zależność, a tego typu filmy czy książki utwierdzają ich w tym. 
Jeśli nie oglądaliście jeszcze "50 twarzy Greya", nie róbcie tego. Są takie filmy, których się żałuje potem po obejrzeniu i trudno jest wyrzucić z umysłu sceny, których się nie chce pamiętać. Ci, co czytali książkę, potwierdzą moje słowa. A jeśli mimo to zamierzacie, to robicie to na własną odpowiedzialność. 

Walentynkowo, spacerowo, zbiórkowo.

Wiosna trwa nadal, 14 lutego okazał się pięknym, słonecznym dniem. A ponieważ to była sobota, więc rano byłam na nabożeństwie, po południu wybraliśmy się na spacer nad Wisłę.



 Pomnik Sapera 

 Ileż można pozować w słońcu ;P

Po powrocie na Foksal poszłam na specjalną walentynkową zbiórkę. Było sympatycznie i miło :) rozmawialiśmy na różne praktyczne tematy odnośnie chodzenia ze sobą i małżeństwa, były kartki walentynkowe, które każdy mógł napisać i wrzucić do specjalnego pudełka, były galaretki w kształcie serca i były dzieci oraz rodzice-ambasadorzy i te wszystkie wspaniałe momenty przeżywaliśmy w obu pokoleniach :) mieliśmy też na początek dobrą przebieżkę po parku, trochę musztry i dzięki temu odrobiłam w tym dniu solidną porcję ruchu na świeżym powietrzu :P

Dobrze jest spędzić taki dzień w gronie przyjaciół w miłej atmosferze i nie dawać się tej ogólnej psychozie, że wszyscy dookoła kogoś mają, a my, single, jesteśmy najnieszczęśliwszymi osobami na świecie. Bo to nieprawda. Jest tyle ciekawych rzeczy, które można robić, tyle ciekawych miejsc, które można zobaczyć i tyle ciekawych ludzi, których można spotkać i spędzać z nimi czas. Dlaczego wmawiać sobie, że bez posiadania jednej osoby nie będziesz szczęśliwy? Człowiek może być szczęśliwy zawsze, w każdym stanie. A jeśli nie potrafi być szczęśliwy sam ze sobą, to nie będzie umiał się cieszyć także w związku.



Znalazłam tę piosenkę i skojarzyła mi się z dzisiejszą dyskusją na zbiórce o tym, co zrobić, kiedy dwóm dziewczynom podoba się ten sam chłopak. One wybrały przyjaźń :) i to chyba prawidłowa odpowiedź.

piątek, 13 lutego 2015

Trzynastego nawet w lutym jest wiosna.



Końcówka tygodnia to kumulacja takich wydarzeń, jak tłusty czwartek, piątek trzynastego i walentynki, co dla niektórych ma równą wagę, jak BN, więc chyba wypada zasygnalizować te dni na blogu. Oczywiście nie jestem tradycjonalistyczna, przesądna czy komercyjna. 
Co zatem z okazji trzynastego? Piosenka stara jak świat. Rzeczywiście pojawiła nam się wiosenna pogoda. Słońce świeciło tak, jak początkiem kwietnia. Odważyłam się znowu na dłuższy wyjazd rowerowy i nałapałam słońca i ruchu na odpokutowanie wczorajszej bomby cukrowej. Może niekoniecznie w lutym potrzebujemy takiej pogody, ale przynajmniej było pięknie :)
Trzynastego wchodzi do kin kilka nowych filmów, jak "Kingsman - tajne służby" z obsadą brytyjskich gwiazd, takich jak Colin Firth, Samuel L. Jackson i Michael Caine oraz osławione "50 twarzy Greya". Dlaczego nie chcę zobaczyć tego ostatniego - napiszę jutro.

czwartek, 12 lutego 2015

Donut worry.


Ponieważ mamy tłusty czwartek, więc dzisiaj fota spożywcza. Raz na jakiś czas można zaszaleć i zjeść pączka z jakiejś lepsiejszej cukierni. Chociaż i tak więcej niż dwa nie jestem w stanie, a łączenie ich z gorącą czekoladą to potężna rozpusta. Moja głowa czuła się jak po głębszym. 
Rok temu na tłusty czwartek byłam w domu i piekłyśmy donuty/donaty? (u nas mówiło się na to oponki). Domowe pączki czy w ogóle domowe ciasto to produkt, który potrafię jeść bez opamiętania i nie martwię się żadnymi kaloriami czy dodatkowymi kilogramami. I dlatego motto z koszulki New Yorkera tak bardzo pasuje :)




wtorek, 10 lutego 2015

A4H w Krakowie


Zbieram się, żeby napisać coś nowego, ale mam takie zaległości w spaniu, że jak wreszcie wieczorem mam chwilę czasu, to umysł juz woła o sen. Chyba po tym weekendzie dopada mnie jakieś choróbsko. Pogoda nas nie rozpieszcza. Albo sypie, albo leje. Momentami jest ładnie, ale trzeba mieć niezłą odporność, żeby się nie rozłożyć.

Bardzo fajny czas mieliśmy teraz z zespołem w Krakowie. Przede wszystkim nareszcie po 4 miesiącach przerwy mieliśmy koncert i wspólne zgrupowanie :) wszyscy się cieszyli. Modliliśmy się w ten weekend bardzo często i ta radość z tego, że znowu gramy przewijała się przez wszystkie modlitwy. 
Przez ostatni czas znowu pozmieniał się nam skład. Na miejsce Tomka Sz wskoczył Piotrek z Krakowa. Kilka miesięcy temu dołączył do nas Szymek, taki chłopak ze Śląska, którego Krystian przyuczał do obsługi świateł. Teraz Krystian zrezygnował, bo coraz trudniej było mu pogodzić wyjazdy z pracą i Szymek został głównym oświetleniowcem. Zmienił się też nam akustyk. Grzesiek niestety coraz mniej miał czasu i musieliśmy pomyśleć o znalezieniu kogoś bardziej dyspozycyjnego. Dawid odkrył Daniela, akustyka zespołu "Genezaret" z Jaworza. Przekonaliśmy się, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Bardzo dobrze nas nagłośnił podczas wszystkich występów tego weekendu. Do pomocy dobraliśmy mu jeszcze takiego młodego chłopaka, Aleksa. Jest bardzo wesoły, mówi niemal cały czas w gwarze śląskiej i razem z Piotrkiem wprowadzili dużo młodzieńczej energii ;) 



Weekend w Krakowie był wypełniony na maksa. W sobotę zaczęliśmy o 7.30 próbę przed nabożeństwem, śpiewaliśmy na nabożeństwie i podczas wieczerzy, po południu mieliśmy próbę aż do wieczornego wykładu, gdzie też śpiewaliśmy 3 utwory. Po wykładzie zagraliśmy "Zapytaj tych" jako próbę dla nowego oświetleniowca. Na koniec jeszcze próba sceniczna "Precedensu" przed niedzielnym koncertem. W niedzielę 7.30 rozśpiewanie, bo o 8 jechaliśmy już do więzienia. Po koncercie w więzieniu obiad i kolejna próba do 17.30. 
Sytuacja z pogranicza snu i jawy. Piątek wieczór, zasypiam prawie i nagle słyszę chór męskich głosów: "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy, polski my naród, polski ród, królewski szczep piastowy..." Najpierw myślałam, że to szalony pomysł naszych panów jako protest wobec postępującej w naszym zespole germanizacji ;) ale okazało się, że to jakaś imprezowa ekipa śpiewała idąc ulicą.

Koncert był w zakładzie karnym w Nowej Hucie. Na wejściu okazało się, że na liście nie ma Piotrka, bo jak Dawid podawał listę z numerami dowodów, to jeszcze wtedy go nie było. Nie chcieli go wpuścić. Stanęliśmy i zaczęliśmy się modlić. I wtedy Judyta podeszła do wychowawcy i zaczęła tłumaczyć, ze on ma jedna z głównych ról i nie bedzie jak go zastąpić. Wychowawca powiedział, ze musi zadzwonić do dyrektora. Chwilę to trwało, ale się zgodził. 


Po raz kolejny wychowawcy i strażnicy byli pod wrażeniem naszej pracy. Kiedy przyjeżdżamy do więzienia, mamy mało czasu i wszyscy biorą się do roboty, żeby przenieść sprzęt z auta do sali i rozstawić światła, stoły i nagłośnienie, nie ma znaczenia, czy chłopak, czy dziewczyna. Wyglada to jak mrowisko, kiedy wszyscy sie kręcą ;) już kilka razy słyszeliśmy, że to jest rzadkie zjawisko, ze wykonawcy po występie biorą sie do pomocy przy zwijaniu sprzętu. Ale przecież to nasza wspólna misja i nawet takie rzeczy są dla ludzi świadectwem. 
Na miejscu okazało się, że na nasz koncert przyjdą także kobiety. Pierwszy raz mieliśmy do czynienia z żeńskim więzieniem i nagle zaczęliśmy się bać, bo kobiety, które trafiły do więzienia są bardziej agresywne niż mężczyźni.
Ale Tomek powiedział mądrą rzecz, że przecież ten musical jest wlasnie dla kobiet, bo opowiada o problemie kobiety. I wtedy nabraliśmy otuchy.


Odbiór był bardzo dobry. Po koncercie, kiedy zwijaliśmy sprzęt, więźniowie zostali z nami, rozmawiali. Kobiety zrobiły dla nas na pamiątkę koszyczki z różyczkami z papieru, naprawdę misterna robota. Były poruszone, mówiły, że trafiło do serca. Wychowawca, który początkowo był sceptycznie nastawiony do przedstawienia religijnego z innego kościoła, zupełnie zmienił swoje nastawienie, polecił nasz musical swojemu koledze w innym zakładzie karnym, a nawet polubił naszą stronę na fb :) zostaliśmy znowu zachęceni do tej pracy. Teraz żeby tylko koncerty się nadal kręciły, to będzie wszystko dobrze :)

środa, 4 lutego 2015

A ja lubiłam Zbyszka.



A ja lubiłam Zbyszka, takim jak był
granatowe oczy, kiedy był zły
oranżowe stopy, w nich płynie czas
który poszedł ze Zbyszkiem w las


Zaraziłam się Domowymi Melodiami. To taka urocza, niekomercyjna grupa. Wydali dwie płyty, nagrane domowym sposobem i kiedy się ich słucha, to przypomina się dzieciństwo, jak wymyślaliśmy podobne piosenki, tylko nie odważyliśmy się ich nagrać, tak jak oni.
Piosenka o Zbyszku tłucze mi się po głowie od kilku dni i zdecydowanie wypiera inne melodie. Współczuję bohaterce. Tak to w życiu jest: polubisz jakiegoś łobuza, a on potem gdzieś wyjeżdża i znika. Kiepska perspektywa z tym przywiązywaniem się do kogokolwiek.
A ten kawałek mnie rozwalił. Tak patrzy kobieta, której marzenie się spełniło :) w mojej głowie też gra symfonia. Chciałabym doczekać kiedyś, że zagra na żywo :)



Ps. Post nr 900 ;)

niedziela, 1 lutego 2015

Nie więcej - Step

Na Kulturalnej Warszawie była reklama jeszcze jednego wydarzenia, które szczególnie zainteresowało Olę. Po zwiedzeniu Muzeum POLIN wybrałyśmy się w okolice Siekierek na premierę spektaklu tanecznego "Nie więcej".


Wieczór Niespodzianka- spotkanie Przyjaciółek. Przy okazji jest to pretekst do pokazania tańcem różnych osobowości Kobiet. Muzyka i teksty piosenek podkreślają indywidualność i różnorodność Tancerek.


Kilka zdjęć bez flesza, które udało mi się zrobić z tego wydarzenia. Ciężko jest fotografować telefonem w ruchu, ale było to ciekawe zajęcie.


Single ladies 


Oops, I didn't again 
 Paris, Paris

Selfie ;) 
 Libertango


 


Po tym radosnym, kolorowym i rozgrzewającym widowisku wracałyśmy do domu autobusem, a koło Agrykoli wysiadłyśmy, żeby zobaczyć z bliska kolorowe światełka :) Warszawa jest piękna :)


Radosnego i inspirującego tygodnia :)

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN

W piątek wieczorem byłam u Oli na rozpoczęciu sabatu. Wracałam potem późno do domu i Ola namawiała mnie, żebym nocowała u niej. Nie mogłam wtedy, bo musiałam zabrać z domu rzeczy na sobotnie wyjście ewangelizacyjne i wspólny obiad, więc nocowałam u niej z soboty na niedzielę. Sobotni wieczór spędziłyśmy na filmach, a niedziela była kulturalna od początku do końca :)
Jeżeli macie wolny dzień, a nie wiecie, jak go ciekawie spędzić, polecam stronę Kulturalna Warszawa. Znajdziecie tam wykaz różnych kulturalnych wydarzeń w mieście. Jest sporo imprez biletowanych, jak przedstawienia teatralne czy baletowe, ale można też znaleźć inne ciekawe wydarzenia, może nie tak prestiżowe, jak "Sen nocy letniej" w Teatrze Wielkim, ale równie inspirujące i do tego ze wstępem wolnym, o czym napiszę w kolejnym poście. A tymczasem opowiem o zasadniczej wycieczce, czyli Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN
Muzeum mieści się na ulicy Anielewicza, nieprzypadkowo tam, ponieważ człowiek ten, czyli Mordechaj Anielewicz, był przywódcą powstania w getcie warszawskim w 1943 r. To wielki, nowoczesny budynek, gdzie główna wystawa mieści się pod ziemią. Na zwiedzanie wystawy stałej trzeba sobie zarezerwować minimum 2 godziny, a i tak nie wystarczy, jeżeli chce się spokojnie poczytać liczne opisy, cytaty, źródła i wypróbować różne interaktywne urządzenia. W budynku muzeum są także wystawy czasowe. Cena biletu normalnego to 25 zł. Bardzo korzystne są bilety rodzinne. Chociaż tematyka jest trudna dla dzieci, to jest tam sporo eksponatów, które dzieci mogą zainteresować. 
 Żydowskie miasto

Wystawa to korytarz i różne większe sale, w których można zobaczyć, jak na przestrzeni lat Żydzi żyli w Polsce. Na jednej sali znajduje się żydowskie miasteczko. Jest tu targ, karczma, dom mieszkalny, synagoga. W środku w gablotach znajdują się unikalne eksponaty. 

Drewniana synagoga.

Sala z okresu rozbiorów. Jakkolwiek ciężki to był okres dla państwa polskiego, dla Żydów także, to jednak w obszarach zaborów mogli mieszkać, pracować i tworzyć kahały, czyli rady gminy. Były nałożone na nich różne ograniczenia odnośnie wykonywanych zawodów. W niektórych zaborach nie mogli się osiedlić, jeśli wcześniej tam nie mieszkali. Były też spore zaostrzenia odnośnie tradycyjnych strojów. W zaborze rosyjskim Żydzi nie mogli chodzić w pejsach czy chałatach, kobiety także musiały być ubrane "po europejsku". Wolno jednak było im się żenić, jak głosił napis na ścianie ;)



Chupa, baldachim ślubny z napisem: 
"Głos radości i głos wesela, głos oblubieńca i głos oblubienicy"
1891 r.

Stacja kolejowa


Zachwycającym miejscem była międzywojenna żydowska ulica ze sklepami, pocztą, a nawet kinem :) oczywiście wszystkie napisy były wyświetlane przez projektor na ścianie. Jednak na podłożu był prawdziwy bruk, stała rzeczywista latarnia i ławeczka :)


Na wyobraźnię oddziałują nie tylko eksponaty, ale kolory i dźwięki, które rozlegają się w różnych częściach wystawy. Kiedy wkracza się w korytarze wojen, np. okresu sprzed rozbiorów, robi się niespokojnie, mroczno, słychać wojenną muzykę. Jednak kiedy wchodzimy w okres II wojny światowej, efekt jest podwójnie przytłaczający. Właściwie nie da się przejść bez poruszenia przez tę część wystawy. Ciasne, ukośne ściany w szarym kolorze, wiele czarno-białych zdjęć i filmów. Jest tu chyba najwięcej zachowanych świadectw ludzi, którzy bezpośrednio przeżywali te doświadczenia. Najbardziej poruszyła mnie relacja z powstania w getcie i schemat Umschlagplatz narysowany na podłodze, na którym zbierano Żydów, by ich wywieźć do obozu zagłady. 


Okres powojenny to emigracja Żydów za granicę. Część wyjechała do nowoutworzonego państwa izraelskiego, ale większość wyjechała do Stanów czy Szwajcarii. Smutne zakończenie historii Żydów na naszych terenach. 
Muzeum jest doskonale przystosowane do zwiedzania przez obcokrajowców, każdy eksponat jest opisany w języku polskim i angielskim. Są także dostępne oprowadzania w języku polskim i angielskim o stałych porach. Chciałabym wybrać się tam jeszcze raz, żeby móc na spokojnie doczytać wiele informacji, których na raz nie mogłam przyswoić.