poniedziałek, 30 stycznia 2017

"W pustyni i w puszczy" - audiobook



Dzisiaj przy obiedzie w pracy rozgadaliśmy się z kolegami o książkach przeczytanych w dzieciństwie. Wspominaliśmy "Dzieci z Bullerbyn", "Tajemniczy ogród" i inne książki. Mówiliśmy też o audiobookach. Aktualnie słucham sobie audiobooka "Spójrz nowymi oczyma" i bardzo mi się podoba taki sposób czytania, bo mogę słuchać nawet w czasie pracy i nie rozprasza mnie to. Postanowiłam więc znaleźć inne książki do słuchania.
Na tej stronie można znaleźć różne strony i aplikacje z darmowymi audiobookami. Ja skorzystałam ze Spotify i tak znalazłam "W pustyni i w puszczy", jedną z ulubionych książek dzieciństwa. Szalenie mnie to wciągnęło. Warto poszukać więcej książek.

niedziela, 29 stycznia 2017

Stań



Piosenkę nagrałam dawno, ale nie publikowałam jej. Ma pokrzepiający tekst. Nie było łatwo ją śpiewać, bo nie mam czarnego głosu, jednak jakoś się udało :)



Powtórzyłam nagranie piosenki z "Zaplątanych", bo po weekendzie z All4Him byłam całkiem nieźle rozśpiewana.
Miłego słuchania :)

środa, 25 stycznia 2017

La La Land



Dlaczego "La La Land"? 
Termin la la land był używany na długo przed powstaniem filmu. Można tak powiedzieć w odniesieniu do osoby, która żyje z głową w chmurach, we własnym świecie marzeń i fantazji. W urban dictionary można znaleźć taką definicję:

 "The term either refers to Hollywood, Los Angeles or a state of mind synonymous with Hollywood that is out of touch with reality, focusing on dreams, fantasies or frivolous endeavors".

W takim świecie żyją bohaterowie filmu, który zgarnia ostatnio rekordową ilość nominacji do Oscara oraz ściąga do kin masy ludzi. Film jest musicalem w unowocześnionej formie, czyli romansem z elementami musicalowymi. Aktorzy nie są profesjonalnymi śpiewakami, ale radzą sobie z emocjonalnymi piosenkami bardzo dobrze. Podobnie było zreszta w "Nędznikach", gdzie aktorzy niemusicalowi śpiewali również wszystkie niełatwe partie. Do tych jednak osób, które oczekują tradycyjnego musicalu, muszę powiedzieć, że po filmie pozostaje muzyczny niedosyt. Reżyser zachował równowagę, ale widać, że realizuje temat podobnie jak z dyskusją bohaterów w filmie o tradycyjnym jazzie: czy zachować go w takim stylu, jak powstawał, czy grać w nowoczesnym stylu, żeby się sprzedawał.
Poza tymi technicznymi dyskusjami film ogląda się bardzo przyjemnie, chociaż dla współczesnego pokolenia przyzwyczajonego do błyskawicznych zwrotów akcji może się dłużyć. Scena otwierająca film na zatłoczonej autostradzie Los Angeles zarejstrowana po mistrzowsku bez cięć zapowiada tętniące życiem muzyczne widowisko. Są jednak w filmie momenty na nabranie długiego, głębokiego oddechu i zastanowienie się nad motywami postępowania bohaterów. Czy realizacja swoich planów i marzeń jest rzeczywiście tym, czego najbardziej pragnęli? Czy żyli ideami, czy chcieli zwyczajnie osiągnąć sukces? Jak iść na zdrowy kompromis w związku? 
Ostatnie pytanie, jakie po całym filmie mi się nasunęło, to: dlaczego ten film powstał? I chyba odpowiedź jest boleśnie banalna: dla rozrywki w długie, zimowe wieczory, żeby na chwilę było kolorowo i mniej ponuro. Żeby przez chwilę pobujać w chmurach i gwiazdach jak bohaterowie filmu i nucić "La La La" po wyjściu z kina. 
Enjoy.

wtorek, 24 stycznia 2017

Chegaste



Wczoraj postanowiłam słuchać brazylijskiego radia, żeby osłuchiwać się z językiem. Znalazłam aplikację na telefon z rozgłośniami z całej Brazylii i przez cały dzień włączałam sobie różne stacje. Natrafiłam też na piosenkę, która od razu wpadła mi w ucho i odszukałam ją po fragmencie zapamiętanego refrenu: "Necessitava um amor sincero". Okazało się, że piosenka była wydana w grudniu minionego roku jako duet brazylijskiego piosenkarza Roberto Carlosa (nie mylić z piłkarzem) i Jennifer Lopez (informacje tutaj). 
Napaliłam się, żeby ją nagrać, ale jeszcze nie ma dobrych podkładów karaoke. Mój portugalski też nie jest jeszcze płynny, ale o dziwo śpiewało się bardzo dobrze. Po kilku prześpiewaniach wszystkie wyrazy łączyły mi się ze sobą 😊


poniedziałek, 23 stycznia 2017

Granola



Moje drugie śniadanie w pracy jest standardowe: muesli z owocami. Jest lekko, smacznie i zdrowo. Sama zrobiłam mieszankę płatków z rodzynkami, przyniosłam puszkę z muesli do swojego biurka. Wystarczyło tylko zalać płatki wrzątkiem i zostawić na 5 minut, a potem jeść albo z samymi owocami, albo z mlekiem z automatu do kawy. Mój szwagier jest autorem tego patentu i przejęłam go jako szybki sposób na śniadanie. Ostatnio jednak, kiedy byłam chora i nie miałam apetytu prawie na nic, niemal mi ta potrawa obrzydła. Zastanawiałam się, jak to przełamać i koleżanka z pracy podsunęła mi pomysł na granolę. 
Zrobiłam własną wersję, modyfikując dwa przepisy: http://www.mojewypieki.com/post/granola

Granola domowa

-płatki owsiane 1 opakowanie
-płatki orkiszowe 1 opakowanie 
-płatki jaglane 1 opakowanie
-wiórki kokosowe 
-garść sezamu uprażonego na patelni
-garść słonecznika uprażonego na patelni
-garść pokrojonych drobno orzechów 
-szklanka płynnego miodu
-2 szklanki soku z jabłek 
-4 łyżki oleju słonecznikowego 
-łyżeczka soli 
-2 łyżeczki cynamonu
-paczka rodzynków 
-inne suszone owoce

Wszystkie składniki oprócz rodzynków wymieszać, wysypać na blachę wyłożona  papierem do pieczenia i zapiekać 30-40 minut w temperaturze 180 stopni w piekarniku, mieszając co kilka minut, żeby płatki się nie przypaliły. Po ostudzeniu dodać suszone owoce. 

Ta ilość jest duża, mi zapełnia wielki 5-litrowy słój i starcza na dosyć długo. Mozna sobie zmniejszyć proporcje, miodu i soku dodawać tyle, żeby się płatki skleiły. Sok z jabłek zrobiłam sama w sokowirówce.

Zapach przy pieczeniu jest niesamowity, a granola smakuje rewelacyjnie - niech się schowają crunchy z cukrem i syropem glukozowo-fruktozowym ze sklepu! 

sobota, 21 stycznia 2017

Warszawskie Siekierki - 5 radosnych lat




Nie mogę uwierzyć, że to już 5 lat minęło od założenia drużyny... Kilka dni temu Facebook przypomniał mi to zdjęcie:


Tego dnia robiliśmy zapisy do drużyny i na apelu misyjnym informowałam, czym są pathfindersi i że chcemy rozpocząć zbiórki. Przypominałam sobie, jak Witek mnie do tego namówił:


Potem wspomniałam Remka i jego motywujące słowa na pierwszej radzie drużynowych, w której brałam udział: "Umiejętności obozowych można się nauczyć, ale liderem trzeba być, a ty właśnie jesteś liderem". Te historie i inne szczegóły z początków drużyny wspominaliśmy tej soboty podczas apelu misyjnego razem z komendantem chorągwi wschodniej Mirką oraz kolejnymi drużynowymi Siekierek: Dominiką i Sławkiem. 






Popołudnie z drużyną i gośćmi upłynęło w radosnej atmosferze świętowania. 

*smaczne posiłki: tradycyjna warszawska zupa pomidorowa, sałatki, kanapki i falafele;
*cięcie kebaba siekierką dostarczyło niezapomnianych chwil grozy:


*czas na pieśni i wspólne modlitwy, kiedy wzruszenie nie pozwalało mi śpiewać;
*tort z 5 świeczkami i siekierką
*gra terenowa z aplikacją - odnalazłam skarb!
*gry i zabawy: kalambury i "Kocham cię Siekierko"!




*życzenia od druha komendanta Marka prosto z Izraela:




Wspólne zdjęcie z Nastią z Roversów, bo wcześniej nie było okazji.


O wszystko zadbali harcerze i rodzice. Pękałam z dumy i wzruszenia patrząc na dorosłych już harcerzy, którzy wszystkim tak sprawnie zarządzali i wspominałam, jak byli jeszcze dziećmi w zastępach. Bogu niech będą dzięki za ten radosny czas. Ta drużyna tętni życiem i niech tak będzie przez kolejne lata! 

piątek, 20 stycznia 2017

Pożegnanie z naszywkami



Są może ważniejsze momenty w życiu do uwiecznienia, ale pudło z naszywkami to dla mnie symbol mojej działalności w harcerstwie. Zajmowanie się naszywkami zlecił mi Witek jako swoją "ostatnią wolę" przed wyjazdem do Rosji. Zajmowałam się tym sumiennie przez 5 lat. Nadszedł jednak czas na zmianę producenta. Chcemy teraz zamawiać naszywki w Białymstoku, więc będzie potrzebna osoba tam, na miejscu, która będzie odbierać i wysyłać naszywki. Powierzyłam to zadanie Agacie i ufam, że poradzi sobie doskonale z tym.
Miałam jednak smutny wieczór pożegnania z naszywkami: pakowałam i rozpakowywałam pudła, nie mogąc się tak zupełnie z nimi rozstać 😟 znałam wszystkie sprawności, ceny, wiedziałam, jakie kto sprawności chętnie zamawiał, zabierałam pudła na wszelkie harcerskie wydarzenia. Zajmowało to mój wolny czas, ale naprawdę to lubiłam. Będzie mi tego brakowało...

sobota, 14 stycznia 2017

All you need is...


Przeziębiona jestem ostatnio, moje tempo życia nieco zwolniło, więc w głowie odezwały się dogłębne analizy życiowe. Dzisiaj obudziłam się i zaczęłam rozmyślać nad potrzebami ludzkimi (patrz: znana ze szkoły piramida potrzeb Maslowa przedstawiona na rysunku powyżej i udoskonalona o największą potrzebę XXI wieku😉). Ponieważ oczywistym jest, że człowiek, aby żyć, potrzebuje jeść, pić, spać i się rozmnażać, nawet nie będę się na tym koncentrować. Pomyślałam o innych potrzebach z tej piramidy.
Kiedy rodzi się dziecko w zdrowej rodzinie, o wszystkie potrzeby dbają rodzice. Dzieci są otoczone opieką, chronione przed zagrożeniami, tulone, głaskane. Poświęcana jest im całkowita uwaga, są akceptowane w pełni, okazuje się im miłość i przywiązanie oraz troskę o ich uczucia. Kiedy zaczynają rosnąć i podejmować wyzwania na różnych etapach swojego rozwoju, wyrażane jest uznanie i zachęta do dalszego rozwoju. 
Kiedy człowiek dorasta i potrafi sam zadbać o większość swoich potrzeb, nadal potrzebuje zaspokojenia części z nich z zewnątrz. Nie jest sam z siebie zaspokoić potrzeby miłości, uznania i akceptacji, może to uzyskać jedynie od drugiego człowieka. Jest to czas, kiedy zakłada własną rodzinę i wtedy jako małżeństwo wspólnie zaspokajają swoje potrzeby (związane jest to oczywiście z rozwojem fizycznym i dojściem do głosu potrzeb seksualnych).
Według badaczy potrzeb jest nieraz z człowiekiem tak, że pewne potrzeby dominują na jakiś czas inne. Potrzeba samorealizacji może zagłuszyć pozostałe i człowiek dąży jedynie do osiągnięcia postawionego celu. Nie da się jednak ich na dłuższą metę ignorować i kiedy się osiągnie cel, okazuje się, że gdzieś po drodze poniosło się emocjonalne straty lub pewne relacje zostały zaniedbane. 
Może to wydawać się wam oczywiste i właściwie po co o tym mówię. Chyba dlatego, bo powoli odsapnęłam po kilkumiesięcznym maratonie wyjazdów i pracy, podsumowałam poprzedni rok i zaczyna mi się kształtować wizja celów na kolejny. Kiedy przeglądałam wydarzenia minionego roku miałam poczucie satysfakcji: spełniłam cele samorealizacji na ten rok, do których dążyłam od dłuższego czasu. Oczywiście muszą pojawić się nowe cele i wyzwania, bo rozwój nigdy się nie kończy, ale nagle odezwały się inne potrzeby, które były wcześniej zdominowane przez tamtą. Dostrzegłam, czego mi brakuje w tym "paśmie nieustających sukcesów", jak mówi tata. 
Kilka dni temu znalazłam obrazek z napisem: 
"Kiedy Adam poczuł się samotny, Bóg nie dał mu przyjaciół, lecz żonę". 
Wyraża to chyba najlepiej kontynuację roli, którą wykonywali w dzieciństwie dla nas rodzice. Nawet najlepsi przyjaciele czy bliscy nie będą sobie tak zupełnie oddani, jak małżonkowie. Miałam i mam w swoim życiu kilku dobrych przyjaciół, każdy z nich spełniał jakąś rolę, ale żaden nie był "od wszystkiego". Jeden potrafił poświęcić swoją całkowitą uwagę i zainteresowanie, inny akceptował i zapewniał wsparcie oraz motywację do rozwoju, jeszcze inny okazywał podziw i uznanie. Jest to ważne i potrzebne, aby od różnych osób doświadczać tego, jednak przyjaciele to nie "jedno ciało". 
Nie wiem jeszcze, co z tym spostrzeżeniem zrobię, mam swoje umysłowe, emocjonalne i społeczne blokady, ale Bóg zna moje potrzeby i wie, jak i kiedy je zrealizować.

___________________________
Do poczytania:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Potrzeba
https://pl.wikipedia.org/wiki/Hierarchia_potrzeb

czwartek, 12 stycznia 2017

Bóg zawsze znajdzie ci pracę



Mam trzecią książkę Reginy Brett i tym sposobem mam komplet 😊  zaczęłam czytać dzisiaj pierwsze felietony. Trudna historia się autorce przytrafiła, nie wiedziałam wcześniej, jak wyglądało jej życie. Zaczęłam myśleć o swojej drodze, ale zdecydowanie nie mam na co narzekać. Bóg zawsze znajdował mi pracę. 
Jako dzieciaki sprzedawaliśmy na targu warzywa i owoce, których było w nadmiarze w naszym ogrodzie i dzięki temu gromadziliśmy pieniądze na podręczniki i zeszyty do szkoły. Wstawaliśmy wcześnie rano, żeby zebrać śliwki czy fasolę szparagową przed upałem i jechaliśmy do miasta. 
W czasie studiów nie miałam czasu na szukanie pracy, bo chodziłam jeszcze do szkoły muzycznej. Miałam jednak swój mały "biznes" - dostarczałam mleko sojowe do sklepu ze zdrową żywnością. Tam nauczyłam się wypisywać faktury z VAT - wcale nie takie proste, jak by się mogło wydawać...
W międzyczasie podczas jednych wakacji wyjechaliśmy z rodzeństwem na miesiąc do Warszawy i zmierzyliśmy się z kwestią pracy dorywczej. Nie było wtedy aplikacji "Jak dojadę" ani smartfonów, więc adresów szukaliśmy na mapie. Poznałam wtedy to miasto z najróżniejszych stron. Nasza praca nie była ambitna - wszyscy pracowaliśmy przy sprzątaniu, ale byliśmy rzetelni i nasza szefowa była z nas wszystkich bardzo zadowolona. No i zapachy perfum z Sephory do tej pory rozpoznaję. 
Na ostatnim roku przez kilka miesięcy dostałam pracę w sekretariacie w biurze tłumaczeń - nudy przez cały dzień, ale dzięki temu napisałam pracę magisterską i przygotowałam porządne opracowania tematów do egzaminu z historii muzyki. 
Po studiach przeprowadziłam się do Warszawy i zaczynałam od pracy w call center na Marynarskiej, gdzie wytrzymałam zaledwie dwa miesiące. Ciągle miałam problemy z gardłem, zdecydowanie nie była to praca dla mnie. Ale poznałam tam Gosię i nauczyłam się, jak rozmawiać z teleankieterami, aby delikatnie, acz stanowczo dać im do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana zmianą oferty przez telefon. 
Ostatnie kilka lat opisywałam już wiele razy na blogu: prowadzenie własnej działalności gospodarczej, szkoła językowa, zajęcia z uczniami oraz praca dorywcza w biurze. Dużo się działo i zmieniało z dnia na dzień. Wiele razy zastanawiałam się, czy następnego dnia będzie praca, czy nie, jak dam sobie radę w wakacje, kiedy nie będzie zajęć z uczniami, ale Bóg zawsze znajdował mi pracę i nie brakowało mi na chleb. Nauczyłam się masy rzeczy związanych z prowadzeniem firmy, nie mając żadnego finansowego wykształcenia.
Obecnie jestem w fazie stabilizacji z pierwszą pracą na umowę o pracę i cieszę się wszelkimi profitami z tego wynikającymi. Chociaż praca należy do tych żmudnych i mało urozmaiconych, to jednak wykorzystuję różne zdobyte do tej pory umiejętności. Jak mówi moja mama, siedzenie i dłubanie w komputerze nigdy nie było dla mnie męczące. W międzyczasie uczę się kilku nowych języków obcych, bo mam na to czas. Jedna koleżanka z pracy rezygnuje w tym miesiącu, inna planuje zostać tylko do końca rocznej umowy, ale ja nie planuję na razie zmiany. Miałam tych zmian dosyć sporo ostatnio i na razie nie tęsknię za rozmowami kwalifikacyjnymi. Cieszę się też, że nie mam problemów z wychodzeniem w piątki wcześniej z powodu szabatu. Jest spokojnie i bezpiecznie, nie czuję się obciążona, a to jest ważne. Jeśli przyjdzie mi myśl, że warto by coś zmienić, to będzie też na to czas. 

piątek, 6 stycznia 2017

Jestem MG!


Stało się: jestem oficjalnie Master Guide z chustą, kasetą z gwiazdą i wszystkimi stopniami oraz certyfikatem z numerem 3 😀 uroczystość złożenia zobowiązania instruktorskiego i zawiązanie chusty odbyło się w piątek 6 stycznia na zjeździe pathfinder "Strongman" w Chorzowie. Byłam nieco zaskoczona, bo nastawiałam się na sobotę. O kilku innych szczegółach uroczystości też dowiedziałam się 20 minut przed ceremonią, co spotęgowało moje przerażenie, ale ostatecznie wyszło bez żadnych wpadek 😊




Ten moment :)






Wszyscy MG w Polsce

Ponieważ nasyciłam się już tym nowym statusem, więc planuję zdobywać kolejny stopień, PLA Pathfinder Leadership Award.  To oznacza kolejne dwa lata szkoleń, ale mam motywację, żeby się nadal rozwijać 😀
Hitem na zjeździe okazał się hymn zuchowy o Samsonie ;) wszyscy "wywijali szczęką" długo po zakończeniu :)


A poniżej zapowiedź zjazdu w przyszłym roku!

niedziela, 1 stycznia 2017

Nowy rok - bądźcie mocni!

Jak rozpoczął się u was nowy rok 2017? Ja wstałam rozpustnie o 9 po sylwestrowym szaleństwie do północy 😂 zabrałam się za wszystkie zaległe wpisy na blogu, ugotowałam, zrobiłam pranie, rozliczenie księgowości za rok 2016 i tak w spokoju upłynął 1 stycznia. Niewiele się różnił od każdej innej niedzieli. Jak tylko mam wolne i jestem w domu, to krzątam się przy pracach domowych.
Wczoraj na spotkaniu młodzieżowym rozmawialiśmy o postanowieniach noworocznych, celach i planach. Kiedy opowiadałam o poprzednim roku, wyznałam, że muszę poszukać nowych wyzwań na rok 2017. Serio, nie mam nic oszałamiającego w planach. Rozpisałam jak zwykle strefy działania, wydarzenia, jakie mnie czekają, ale chyba nic nowego. Zostawiłam pustą przegródkę z ??? na nieplanowane wyzwania. Może jeszcze w trakcie roku się pojawi?
Kilka dni temu koleżanka udostępniła grafikę z takimi hasłami. Pasuje do wielu postawionych sobie celów, jak np. trzymanie diety, treningi, podjęcie nowego kursu czy studiów. Zrobiłam własną wersję tej grafiki i umieszczam jako motto na rok 2017. Mam takie niejasne przeczucie, że będzie potrzebne. 


Oprócz tego mam jeszcze motto z Pisma Świętego:


Żyjmy mądrze, bądźmy użyteczni, pielęgnujmy to, co ważne i ufajmy Bogu we wszystkim, co się nam przydarzy!