środa, 31 października 2012

Skyfall


Jak fajnie spędzić urodziny, które wypadają w środku tygodnia? Pójść do kina.
Pomysł powstał zupełnie spontanicznie. Podczas porannego surfowania po stronach nieprzydatnych natrafiłam na ciekawą ofertę Multikina Wtorki z FB. Regulamin akcji okazał się zadziwiająco prosty: wystarczyło polubić stronę Multikina na fb, zalogować się do aplikacji Vouchery i odebrać dowolną ilość kuponów po 13 zł, które następnie trzeba było wydrukować i pójść z nimi do kasy (rezerwacja internetowa nie obowiązuje przy tej promocji). A ponieważ właśnie był wtorek, a w kinach pojawił się Skyfall, trzecia, najnowsza część Bonda, więc wybór padł na niego.
Moja akcja agitacyjna mająca na celu znalezienie chętnego na drugi kod promocyjny przez większą część dnia wyglądała na chybioną, więc po przemęczeniu pół dnia nad komputerem i tłumaczeniem filmiku powlokłam się smętnie do pracy. Miałam zamiar kupić bilety wcześniej, żeby potem nie stać w kolejkach, ale ponieważ chętnych na wypad do kina nie było, wstrzymałam się z tym przed pracą, rozważając jeszcze opcję zakupów w galerii. Ale już po drodze na tramwaj skusił mnie Butik różowymi balonami i promocjami -30% na wszystko, więc wstąpiłam i dokonałam spontanicznego zakupu czapki uszatki za 24,90 zł. Wygląd podobny, jak na zdjęciu. Oglądałam już wcześniej takie czapki i bardzo chciałam sobie kupić, ale nie bardzo mi się uśmiechało wydawać 60 zł na czapkę. Taka cena zdecydowanie bardziej mi pasuje.


 Na zajęciach pianina miałam miłe zaskoczenie: Maks był przygotowany, chętny do gry i w ogóle zupełnie inna praca, niż dwa tygodnie temu. Bardzo mnie to zmotywowało.
Znajomi, których zapraszałam do kina, nie odezwali się, albo odmówili, więc chęć zakupów powoli zwyciężała, aż do momentu, kiedy zobaczyłam wysiadającego z metra Błażeja. Kilka telefonów i tak ostatecznie poszliśmy na Skyfall, odstając swoje w kolejkach po bilety, następnie przed drzwiami do sali (co za oblężenie), spóźniając się na reklamy. Ale najważniejsze zobaczyłam, czyli nowy telefon Bonda: Sony Xperia T. 

Mój stary telefon, SE c902 był telefonem Bonda z "Quantum of solace". Więc może teraz... Xperia? Może, tylko nie w tej klasie ;) jeśli już, to Mini Pro.

Tyle reklam ;) czas na film.
Co mi najbardziej utkwiło:
-czołówka z piosenką Adele - po raz pierwszy z takim zapałem oglądałam napisy;
-gra świateł i kolorów w scenach z Shanghaju;
-panorama Szkocji - mistrzowskie ujęcie ponurego krajobrazu. Jednak co wielki ekran, to wielki ekran :)
-samonarzucające się motywy z innych filmów: Batman The Dark Knight i Kevin sam w domu ;)
-dyskusje i komentarze wymieniane na bieżąco, zakłócające z pewnością odbiór sąsiadom :P

Ogółem: zapraszam do kina, na laptopie nie przeżyjecie mocy tych efektów specjalnych :) ale zawartość Bonda w Bondzie jest mniejsza, niż w poprzednich częściach, a film jest bardziej psychologiczny, niż sensacyjny. Po filmie zapraszam na stronę dyskusji na filmweb, gdzie rozwieją wszystkie wasze dylematy co do fabuły :)
Moje 26. urodziny oceniam bardzo pozytywnie. Miły dzień, bez szaleństw czy wielkich niespodzianek.
Przed północą ostatni powrót kolejką w cenie biletu studenckiego... Wkraczamy w dorosłość :P

wtorek, 30 października 2012

Urodzeni 30 października

Fiodor Dostojewski...
30.10. 1821




Tadeusz Chyła...
30.10.1933



Diego Maradona...
30.10.1960



Fiat 126p... ;)
30.10.1971


Thomas Morgenstern...
30.10.1986



i Kika Harasim
30.10.1986



Jest tyle gór do zdobycia :)

poniedziałek, 29 października 2012

Na rozgrzanie

Za oknem październikowo-zimowy krajobraz, co sprawia, że mam mieszane uczucia. Nie zdążyłam dobrze pożegnać się z jesienią, a już zasypał ją śnieg. Sezon rowerowy został brutalnie zakończony, gdyż rower grzęznął w zaspach. Ponieważ w ten sposób zakończyła się też moja rowerowa aktywność, postanowiłam dzisiaj rano powrócić do ćwiczeń na nogi.
Kilka lat temu Ola podstępem podsunęła mi to ćwiczenia niby na zgrabne nogi i pośladki, ale, jak się w rzeczywistości okazało, zrealizowała ukrytą intencję mamy, żebym ćwiczyła kręgosłup. Faktem jest, że kiedy wzmacnia się mięśnie grzbietu, to kręgosłup trzyma się prosto. Przykładowy zestaw takich ćwiczeń można znaleźć  tutaj .
Ja zaczynam od rozgrzania górnej części tułowia, poprzez różne wymachy rąk, skłony, skrętoskłony, a potem przechodzę do ćwiczeń na nogi. Wykonuje się je w większości w pozycji leżącej, więc warto robić to na dywanie lub jakiejś macie. Niezależnie od pogody i temperatury staram się otwierać okno, żeby ćwiczyć na świeżym powietrzu. Cała taka gimnastyka zajmuje około 15 minut, więc nie jest to bardzo czasochłonne, a pomaga się dobrze rozgrzać.
W zeszłym roku zaczęłam się też hartować: po gimnastyce szłam pod prysznic, najpierw bardzo gorący przez kilka minut, a potem zimny na 30 sekund. Pierwszy raz rozciągał się w nieskończoność: nie mogłam się przełamać do włączenia zimnej wody. Ale kiedy to zrobiłam i potem szybko wytarłam się do sucha ręcznikiem, czułam, jak pali mnie skóra, a w ciele momentalnie rozprzestrzenia się ciepło. Taki zabieg pomagał mi przetrwać największe mrozy, bo nawet w środku dnia czułam, jak krew żwawo krąży i roznosi ciepło. Nawet na campie, kiedy trzeba było zaszyć się wieczorem do zimnego namiotu, robiłam dla rozgrzewki taką serię. Jak to powiedziała Mirka na ostatnim zebraniu kadry chorągwi: "Kika, ty jesteś masochistką, to jest zupełnie coś innego." :P
Taki prysznic rozpoczął też mój dzień i od razu wszystko stało się cieplejsze, a kręgosłup radośnie się wyprostował.
Dalsze sposoby na dobre rozgrzanie od rana to gotowany posiłek: owsianka, kasza jaglana z owocami, jakaś inna potrawa gotowana. Nie łudźcie się: szklanka herbaty czy kawy do zimnych kanapek czy muesli zalane mlekiem nie rozgrzeją. A ugotowanie kaszy czy owsianki wcale nie jest czasochłonne. Zwykle robię to tak: zagotowuję wcześniej wodę, wsypuję płatki owsiane lub kaszę, dodaję odrobinę soli oraz wsypuję pokrojone w kostkę jabłka i orzechy, czasem owoce suszone, jak morele i daktyle, jeśli ktoś lubi, może dodać rodzynki. To się gotuje i mięknie. Potem dodaję mleka sojowego, trochę cynamonu, ewentualnie cukru, ale przy tej ilości suszonych owoców wszystko robi się bardzo słodkie. Na talerz wkrajam jakieś świeże owoce, zalewam je ugotowaną kaszą i posypuję płatkami kukurydzianymi. Na mojej kuchence elektrycznej zajmuje mi to 20 minut, na gazie na pewno będzie szybciej.
Zapewniam was: po takim zestawie ma się mnóstwo energii i pozytywnego nastawienia na nowy dzień :)
Zatem... miłego poniedziałku ;)

Ps.: Powyższe sposoby są oczywiście przeznaczone dla kobiet, które mają wolniejsze krążenie. Mężczyźni w przeważającej większości mają wbudowany naturalny kaloryfer. Przypomniałam sobie o tym w sobotę wieczorem, siedząc tylko kwadrans obok mojego ulubionego Józefa :P

niedziela, 28 października 2012

Rozchwytywana

Nie wygłoszę niczego odkrywczego, jeśli oznajmię, że spadł śnieg. Najlepszy komentarz na ten temat znalazłam wczoraj:

Dzisiaj zakończyła się długo wyczekiwana konferencja w Podkowie. Nie czułam się na siłach, żeby tam uczestniczyć, ale zobowiązałam się, więc przyjechałam. Byłam rozłożona, ledwo mówiłam, kaszel mnie zaczął męczyć, dobrze, że do śpiewania była Ania, która bardzo mi pomogła, żebym nie zawaliła swojej działki na tej konferencji. Bardzo dobrze spędzony czas, chociaż już wszystko mi wiruje przed oczami.
Z szalonych perypetii muszę wspomnieć o następującej: w ciągu tego weekendu miałam 3 telefony. Jak? Wspominałam już, że mój telefon się zepsuł. Niestety próby reanimacji nic nie dały. Co gorsza w piątek okazało się, że  telefon mojej sąsiadki , od której miałam telefon zastępczy (Nokia, telefon nr 1), padł i potrzebuje odzyskać swój stary. Trudno się mówi, pojechałam w sobotę na nabożeństwo z kartą SIM zamkniętą w pudełku, szczęśliwa, że nikt ode mnie niczego nie chce. Ale najciekawsza historia była wczoraj, kiedy uświadomiłam sobie, że następnego dnia muszę wstać wcześnie i nie mam w domu żadnego budzika. A w nocy miała być zmiana czasu. Schodziłam zrezygnowana po schodach z Anią, kierując się powoli na kolejkę do domu i przechodził tam Mariusz. Pomyślałam: a co mi tam, zagadnę, czy nie ma jakiegoś budzika. Skończyło się tak, że zaofiarował mi swój własny telefon, żebym mogła rano wstać i przyjechać na konferencję do Podkowy. Rozwalił mnie zupełnie tym gestem. Kto by tak zrobił? Mało tego: każdy normalny człowiek, nawet jak już użyczy swój jedyny telefon, to wykasowuje prywatne wiadomości, żeby nikt do nich nie zaglądał. On nawet o tym nie pomyślał, dał go tak, jak stał, tylko kartę przełożyłam. Tak szczerego, życzliwego człowieka z takim prostolinijnym podejściem dawno nie spotkałam. Tym sposobem miałam na całą noc Nokię, telefon nr 2
Śnieg zasypał chodniki i niestety nie mogłam już przemieszczać się rowerem. W kolejce do Podkowy spotkałam Anię, która nocowała u Domi i powiedziała mi, że Domi ma dla mnie telefon zastępczy, który miała wcześniej od Estery, bo ona dostała telefon od Ani i tamten jest wolny. Zatem po południu zajrzałam do Domi, zrobiłam jej zakupy, bo leżała rozłożona w domu, pogadałyśmy, obejrzałyśmy "Step up", pochłonęłyśmy paczkę ciasteczek korzennych moczonych w herbacie i dostałam Motorolę, telefon nr 3. Jest zabawny, srebrny z klapką, normalnie tylko tipsów mi do niego brakuje i jest lans na maksa. Nie mogę go rozszyfrować, ma jakieś przedziwne ustawienia. Zdecydowanie się do niego nie przyzwyczaję i muszę kupić normalnego SE.
Chyba jestem przemęczona. Znajomi wysyłają mi kolejne zaproszenia na najbliższy długi weekend: przyjedź tu, zaśpiewaj tam, a może pojedziesz z nami gdzieś jeszcze... A ja najchętniej zaszyłabym się w domu albo pojechała do rodziców, albo gdziekolwiek, gdzieś, gdzie wcale nie muszę być pożyteczna, nie potrzebuję niczego śpiewać  albo robić inne rzeczy.
Niech mnie ktoś przytuli...

piątek, 26 października 2012

Marta


 Pojawiły się zdjęcia z próby, zamieszczam więc, po drobnych obróbkach graficznych (filtry i logo).
Powyżej nasz nowy skład, czyli: Sara (foto), Aga, Kika, Marta, Ola H, Ola S, Szymek, Tomek, Judyta, Dawid K. Z tyłu sali, której na zdjęciu nie widać: Dawid P, Krystian i Kasia.

 Sara dojechała później, w sobotę po południu, więc dopiero wita się z Martą. To nasz nowy górny alt. Jest odważna - zaśpiewała pieśń na Foksal przed kazaniem, stojąc na głównym podium, a wszystko leciało w internet ;)

 Mamy nowe, fajne teczki :) nareszcie nuty nie będą się niszczyły.

Wokale w komplecie.



Powinnam mieć na imię Marta. "Marto, Marto, troszczysz się o tak wiele rzeczy, a tak niewiele potrzeba..."


Październikowe słońce próbuje ogrzać pokój. To zwodnicze, na zewnątrz jest ziąb. Podobno w weekend ma padać śnieg, a na pewno będzie zmiana czasu. Ciekawe, czy zapomnę, jak zwykle...


środa, 24 października 2012

Diabeł ubiera się u Prady





 

Nigdy nie tęskniłam za pracą w korporacji, a książka i film "Diabeł ubiera się u Prady" absolutnie mnie w tym utwierdził. Świat modnych ciuchów i kosmetyków to zdecydowanie nie dla mnie. Książkę czytałam jeżdżąc kolejką do pracy, film obejrzałam, jak tylko skończyłam książkę. 
Książka regularnie podnosiła mi ciśnienie. Sugestywne opisy wyczynów Mirandy sprawiały, że nóż otwierał się w kieszeni. W filmie zabrakło tego czynnika potęgującego napięcie, a straszna szefowa okazuje nawet jakieś ludzkie oblicze. Ale za to można było pooglądać kolekcje obłędnie drogich ciuchów. To druzgoczące: nawet w zimie żadna nie nosiła tam swetra!
W jednym domu, w którym uczę, matka ma portfel i torebkę z Prady, a na korytarzu stoją wysokie kozaki z Gucci. Oczywiście to moi najlepsi klienci.
Niewesoło - coś mnie zaczyna rozkładać. A w weekend konferencja...

poniedziałek, 22 października 2012

Silny bądź.



Hiciarska piosenka z filmu "Mulan", a jak się okazuje, kolejna inspiracja musicalowych melodii ;) prześladują nas te motywy bajkowe w All4Him. Nawet w jednym z głosów okazało się, że jest motyw melodii... od Rubika :P
Weekend za szybko się skończył, próba mignęła niepostrzeżenie, wieczór z "Jaka to melodia" przypomniał nam radosne momenty z poprzedniego składu, kiedy w różnych okolicznościach towarzyszyły nam różne piosenki. Dla mnie najbardziej wyjątkowym momentem było, kiedy wyszłam podczas sobotniego obiadu na chwilę, po czym wracam, a wszyscy śpiewają "Sto lat" i wręczają mi paczkę, w której była... suszarka do włosów :D rozpłakałam się z wrażenia, że pamiętali o moich urodzinach tydzień wcześniej i podarowali mi prezent, który był mi pilnie potrzebny od zaraz. 
Judyta zrobiła mi w niedzielę rano fantastyczną fryzurę, którą podziwiali potem wszyscy studenci w Podkowie, a potem jeszcze przeczytała wierszyk z życzeniami urodzinowymi. Dziewczyna jest utalentowana niesamowicie, a do tego śliczna jak z obrazka. Ten Rozum to ma szczęście, że taka go zechciała ;) widać, że mają wielką radość z tego, że są razem. Bo to naprawdę fajna rzecz, aż by się też tak chciało...
W międzyczasie jeszcze byli biegający harcerze i zajęcia w Podkowie. Ilość wydarzeń w ciągu jednego weekendu tak mnie przytłoczyła, że złapałam chwilową załamkę w sobotę wieczorem. Jestem jakimś McGyverem, czy jak? Może powinnam z czegoś zrezygnować, zanim się całkiem zajadę?



piątek, 19 października 2012

Happy working song



Próba już dzisiaj, ale trzeba się przed tym przygotować. Tym razem ludzie zjeżdżają się do Warszawy, więc sprawy zakwaterowania są na mojej głowie.
Kluczową sprawą w tym tygodniu było załatwienie pianina na próbę. Umówiłam się z Danielem, że pożyczy swoje, tylko muszę je odebrać przed weekendem. Umawialiśmy się kilkakrotnie, ale zawsze coś wypadało:  a to mi nie pasowała godzina, a to on zdobył w ostatniej chwili bilety na mecz Polska-Anglia i poszedł na Stadion Narodowy, a mi wtedy padł telefon i pojechałam do Warszawy na próżno. Ostatecznie umówiliśmy się na czwartek przed południem, po sprzątnięciu harcówki.
Był to naprawdę nie lada wyczyn. Wyobraźcie sobie salę, która od pół roku stała się magazynem wszystkich zbędnych rzeczy, które mieszkańcy kamienicy na Foksal 8 na okoliczność remontu tam wrzucili: stare dywany, szafy, wieszaki, nawet stary wielki magnetofon szpulowy. Oczywiście przez ten czas nikt tego nie sprzątał, no bo po co, skoro jest remont. 
Przyszła jedna dziewczyna, starsze małżeństwo, które mieszka w kamienicy i zabraliśmy się za odgracanie. Ciężka to była misja, bo jak się okazało, każdy przedmiot miał swoją historię, opowiedzianą starannie przez ciocie Halinkę. Powoli zaczynałam mięknąć, ale odparłam pokusę porzucenia tej roboty i ostatecznie wywaliliśmy wszystko. Zniknęły także pajęczyny, kurze i podłoga też zobaczyła światło dzienne. Czułam się brudna, spocona, zakurzona i miałam dosyć tego dnia, a to dopiero była jedenasta. Potem trzeba było pojechać po pianino i obrócić jeszcze na kolejkę do pracy. Nawet nie wchodziłam do Daniela do mieszkania, tylko on podszedł na przystanek i mi podał futerał. Czasu pozostało tak niewiele, że zdecydowałam zabrać to ze sobą do pracy. Widzicie mnie, jak wędruję podziemiami z wielkim czarnym pokrowcem, a potem ładuję go na rower i taszczę do mojej szkoły. Przypomniały mi się czasy podstawówki, jak nosiłam swój keyboard na akademie do szkoły. 
Dyrektorka jak mnie zobaczyła, zaczęła się śmiać, że kolejne pianino przynoszę. No nic, ale czas nagli, więc zostawiam instrument i  pędzę  przyprowadzić dziewczynkę na lekcję. Przychodzę do świetlicy, a tu się okazuje... że jej w ogóle nie było w szkole. Pomknęłam rowerem z wściekłością, która potęgowała się z każdym metrem. Jak wróciłam, to akurat zadzwoniła jej mama, ze dziewczynki nie będzie do końca tygodnia. Aaaaaaaaaagrrrrrrr!!!
Powietrze uszło ze mnie zupełnie. Siedziałam  przez 10 minut, żeby ochłonąć i nie zacząć przeklinać. Gdyby ta kobieta zadzwoniła godzinę wcześniej, to spokojnie bym zostawiła pianino na Foksal, a nie woziła je do Michałowic na złamanie karku. Dlaczego ludzie są tacy nieodpowiedzialni?
Jest jednak jeden wielki pozytyw z tej całej sytuacji: harcówka jest czysta. Czuję to na swoich plecach do tej pory. Żeby uwiecznić ten fakt, zamieszczam piosenkę z filmu "Zaczarowana", który obejrzałam wczoraj wieczorem dla odprężenia.
Zapewne nie będę miała czasu napisać czegokolwiek przez kilka dni, więc powiem, że czeka mnie pracowity, śpiewający weekend i cóż, I'm lovin' it ;)

czwartek, 18 października 2012

Gamla goda Erik.

Znalazłam telefon, który mi się podoba: Sony Ericsson c905, bardziej zaawansowany niż c902, rozsuwany, z wifi, GPS i aparatem 8 Mpx. Podobają mi się kolorowe telefony: złoty, srebrny, ewentualnie różowy, ale czarny tym razem nie. Ceny  na allegro także są pocieszające: nowy telefon można dostać od 340 zł.
Chyba jednak zostanę przy starym, dobrym Eriku. Przyzwyczaiłam się do jego układu menu, do tych wszystkich ulubionych funkcji, nawet do nieszczęsnego wejścia Fast coś tam, czyli ładowarka, słuchawki i kabel do komputera w jednym. Nokie mnie nie przekonują, a żadnego smartfona ani innego dotykowego nie chcę. Telefon ma być telefonem, a nie akwarium z szybką.
Zobaczymy, czy się uda w nowym miesiącu wykombinować na telefon... Może się okazać, że bilet kwartalny na WKD za prawie 300 zł (ach, ta dorosłość :( będzie pilniejszym wydatkiem...

Jak rozebrać SE



Ciąg dalszy wydarzeń z pechowego dnia. Postanowiłam zająć się moim zalanym telefonem, a raczej zawilgoconym wyświetlaczem, który po deszczowej przeprawie zdobył brzydki zaciek. Podzieliłam się swoimi zmartwieniami z niejakim Tygrysem i podsunął mi powyższy filmik. Była to woda na mój młyn małego odkrywcy. Na powyższym filmiku macie zilustrowane, co się stało z moim telefonem wczorajszego popołudnia. Ja jednak poszłam dalej i dotarłam do wyświetlacza. Kolumb, odkrywając Amerykę, nie mógł być bardziej zafascynowany, niż ja, kiedy zobaczyłam te zawilgocone folijki. Przetarłam je pieczołowicie i poskładałam cały aparat. Jednak po złożeniu okazało się, że coś musiałam przeoczyć i wyświetlacz przestał działać zupełnie. 
Znajomy pocieszał mnie mówiąc, że może musi porządnie wyschnąć przez tydzień i zaofiarował mi telefon zastępczy, Nokię E51. Nie jest zła, jest funkcjonalna, ale brak w niej zupełnie artyzmu i nowoczesności, który był w SE. Co z tego, że ma WiFi i GPS. Ale aparat 2.0 nawet nie wyciągam, mozolę się z napisaniem smsa. w którym nie mogę wstawić żadnego obrazka i nawet nie mam jak wgrać ulubionych dzwonków, bo nie mam kabla. Tęsknię za moim starym telefonem, nawet za jego zdezelowaną wtyczką do ładowania, zepsutym przyciskiem głośności i małą uporczywie świecącą diodą na panelu dotykowym aparatu. Ten telefon miał duszę. Jeśli nie powstanie z martwych po tygodniu, będę zmuszona wysupłać jakieś oszczędności i sprawić sobie nowy, co po 4 latach użytkowania go musi i tak kiedyś nastąpić.
W najbliższy weekend próba All4Him i gorączkowy tydzień przygotowań (załatwianie noclegu, obiadu, instrumentu, sprzątanie harcówki po remoncie i inne atrakcje) znajdzie swój finał.


wtorek, 16 października 2012

A to feler - westchnął seler.

Czasem jedna rzecz i już wiesz, że ten dzień będzie do kitu. Dzisiejszy dzień zaczął się od smsa: "Niestety muszę odwołać dzisiejsze i jutrzejsze zajęcia. Wyjaśnię wieczorem. M." Mam te zajęcia co dwa tygodnie, a i tak przepadły... Potem, z racji nadmiaru wolnego czasu, pojechałam odebrać naszywki i przy okazji na zakupy do Tesco. Jadąc rowerem powtarzałam sobie, że jestem szczęśliwą (inaczej błogosławioną), niezależną kobietą, która sama się utrzymuje, mieszka w apartamencie na poddaszu, gotuje to, co lubi i z racji życia w pojedynkę nie zawraca innym głowy swoimi problemami, tylko się modli. Te pobożne rozmyślania nie wystarczyły mi na długo. Chyba dostałam w sklepie jakiejś zaćmy, gdyż, o zgrozo, nie wiem, jak to się stało, ale wydałam na zakupy dwa razy więcej, niż zwykle... Powrót w siąpiącym deszczu z zakupami i pięciokilowym proszkiem do prania był smętnym konduktem pogrzebowym. Zakupy ciążyły mi w koszyku i na sumieniu...
Pyszne kotleciki z bakłażana poprawiły mi na jakiś czas humor, chociaż nie bardzo mi wyszły, ale może dlatego, że robiłam je pierwszy raz. Nie mam swojego zdjęcia, ale te wyglądają podobnie. Robi się bardzo prosto: obtacza w jajku z przyprawami i bułce tartej i smaży na patelni. Doradzają różni fachowcy na stronach internetowych, żeby posypać je solą i potem odsączyć, bo inaczej będą piły olej. Nie zważałam na to i faktycznie, były trochę tłuste. Ale na taką pogodę to może lepiej coś nasyconego zjeść.

 
Na zajęciach z pianina zasypiałam nad klawiaturą, a mały Maks rozwalał mnie zupełnie swoim totalnym nieprzygotowaniem. Zuzia grała dzielnie, jak zawsze wzorowa, ale też deszczowa pogoda wywoływała u niej niekontrolowane ziewanie. Kiedy już wychodziłam, mama dzieci zaproponowała mi, że pożyczy mi parasol, bo leje, ale Kika-chojrak odpowiedziała: "a po co mi jakiś parasol, przecież mam kaptur". Bardzo szybko okazało się, że to był błąd... Tłumy kibiców ciągnęły na Stadion na mecz Polska-Anglia w strugach deszczu, a autobusy i tramwaje jeździły mocno spóźnione. Po naszym spotkaniu kadry powlokłyśmy się z Domi na tramwaj, ale ponieważ nie jechał przez kilka minut, ruszyłyśmy na autobus. W rezultacie zwiał nam i autobus, i tramwaj, a po ulicach płynęły już strumienie wody... W międzyczasie Domi wyznała o tym, jak na ich trening przyszła Kayah i jak zrobili sobie z nią zdjęcie :P do kolekcji spotkań ze sławnymi osobami dołączył Adam Ferency na dworcu WKD...
Nasze kurtki i buty można było już wykręcać. Ale jeszcze czekała mnie podróż rowerem z przemokniętym siodełkiem do domu. I kiedy pędziłam jak wicher, spadł mi łańcuch... Więc znowu powlokłam się zrezygnowana przez deszcz...
Na miejscu okazało się, że moja torba z książkami też jest zalana, telefon zalany, a próba wysuszenia telefonu skończyła się spaleniem suszarki... Aaaaaaa!
Ale nie, nie denerwujemy się. Przecież nawet taki nieudany dzień nie jest tego wart. Poza tym niedługo się skończy.
Żeby jeszcze zamknąć wątek kulinarny w tym poście, polecam zastosowanie mrożonej startej cytryny do różnych potraw. Więcej informacji na blogu kulinarnym Natalis.
A zatem...


Dobrej, suchej nocy.

poniedziałek, 15 października 2012

Power of the blonde



Obejrzałam dwie części "Legalnej blondynki" i jestem fanem tego filmu :) a Aga powinna grać główną rolę w musicalu, jest wykapaną Reese Witherspoon :)
Kampania "Blądynki fcale niesom gópie" coraz bliżej. To nie jest tylko moja fantazja. To rzeczywistość, z którą będziecie musieli się zmierzyć.

niedziela, 14 października 2012

W najwyższej komnacie, w najwyższej wieży.

 W mojej wieży, do której wchodzi się po kręconych schodach, odwiedzili mnie goście. Trochę ścięte sufity i drążek w łazience, który Ula zawiesiła na niebezpiecznej wysokości dały im się we znaki, ale nie porozbijali sobie głów. Tylko ja rąbnęłam się w sufit, bo spałam po innej stronie, niż zwykle. To takie sympatyczne, że każdy, kto przyjeżdża, mówi, że u mnie jest ładnie. Niezupełnie u mnie, bo to nie jest moje, ale ma klimat to mieszkanie na poddaszu.
Czekam na zdjęcia z sobotniej sesji "Blądynki fcale niesom gópie". A tymczasem, dla odprężenia po poważnym weekendzie, piosenka ze świeżo obejrzanej disneyowskiej bajki "Zaplątani".



Zima się zbliża do nas i chyba niektórzy chcą przed nią uciec, więc wylatują na antypody. Nie nadążam za niektórymi zmianami.
Chciałam coś powiedzieć, coś wykrzyczeć, ale chyba wystarczy jedno słowo: granda. Chyba, że znów mi się przywidziało...

czwartek, 11 października 2012

Metrem.



Ostatnimi dniami forum zespołowe dotknęły zmiany wizualne, więc z rozpędu i mój blog zmienił wygląd na jesienno-zimowy. Powyżej zdjęcie pulpitu, żeby to uwiecznić, do kolejnych zmian. Jest kolorowo, nastrojowo, klimatycznie.
Mam teraz kilka zajęć w Warszawie, więc podróżuję komunikacją miejską. Moje ostatnie częstsze podróże metrem przyniosły kilka ciekawych momentów.

Bezpłatne wstępne badania wzroku 11-14 października
Takie ogłoszenie widniało na ekranach w metrze. W wybranych salonach optycznych i gabinetach okulistycznych można zrobić wstępne badania wzroku. Na stronie https://www.acuvue.pl/dobrywzroknacalezycie jest wyszukiwarka, gdzie wpisujemy nasz adres i wyszukuje nam najbliższe dostępne gabinety objęte akcją promocyjną. Mam zamiar wybrać się na takie badania jutro do salonu w Blue City.

Jesteś moim sobowtórem!
Kiedy wychodziłam z metra, zagadnęła mnie dziewczyna, wyraźnie zszokowana, przedstawia się i mówi: "Jestem w szoku, jesteś taka do mnie podobna, kolega mi mówił, że jeździ metrem taka dziewczyna, która jest identyczna, jak ja". Miała długie blond włosy i mniej więcej taki sam wzrost, ale aż tak bardzo podobna nie była ;) ale takie spotkania dają odczuć, że wokół mnie są prawdziwi ludzie.

Jadąc na spotkanie modlitewne przechodziłam wczoraj przez Patelnię na Metro Centrum i widziałam, jak się rozstawia grupa kościoła ulicznego. Słyszałam dużo o tym, ale nigdy o tej porze nie byłam przy metrze. Fajnie, że są i robią coś dla ludzi, którzy są potrzebujący.

Bruno Mars
A to już z WKD. Po raz drugi spotkałam gościa o ciemnej karnacji, ale nie z typowymi murzyńskimi rysami, ale bardzo wymowną twarzą. Zerkaliśmy na siebie ukradkiem, właściwie nie wiem dlaczego. Przed snem olśniło mnie: to sobowtór Bruno Marsa!



Jutro mam drugą lekcję z Klaudią, która startuje na casting do Romy. Jakoś sobie radzi z tą piosenką, chociaż głos jej trochę schodzi z tonacji. Niech jej się wiedzie ja najlepiej. Pożyczyłam jej płytę z naszym musicalem, żeby też zobaczyła coś innego.
Najbliższy weekend znów intensywny.

poniedziałek, 8 października 2012

Moulin Rogue



Genialny musical. Nie potrafię nawet opisać, jakie wrażenie zrobiła na mnie muzyka, zmontowana i przearanżowana. Więcej komentarza chyba by tylko pogorszyło wrażenie, więc już nic więcej o filmie.
Zgłosiła się do mnie dziewczyna, żebym ją przygotowała na casting do "Romy". Chce śpiewać piosenkę z musicalu "Legalna blondynka". Przedsięwzięcie karkołomne, ale zobaczymy, jak ona śpiewa... Zresztą sami posłuchajcie tego nagrania. Ja wymiękam...



Robi się chłodno, wręcz zimowo. Psuje się ten październik...

niedziela, 7 października 2012

Na las muszę mieć czas.

Dużo by mówić o ostatnich trzech dniach, ale po tym wszystkim czuję, że żyję. W piątek krzątałam się po moim małym gospodarstwie, zbierałam orzechy (po nocnej wichurze same pospadały, zaoszczędziło mi to skakania po drzewach), pomagałam Magdzie ze śliwkami, sprzątałam mieszkanie, aż furczało i nawet zdążyłam się wybrać na młodzieżowe do Warszawy! Tak dawno nie byłam. Integracja z warszawską młodzieżą jest fajna.
W sobotę byłam w Podkowie na nabożeństwie. Zasadniczo miałam tylko zaakompaniować do jednej pieśni i zaśpiewać coś do wieczerzy, ale skończyło się tak, że prowadziłam lekcję, grałam do nabożeństwa, no i oczywiście śpiewałam, co miałam zaśpiewać. Jak sobie nabrałam sił przy posiłku, to razem z Janą i Poliną dopadłyśmy instrumenty, ja pianino, one skrzypce i ze 2 godziny grałyśmy nasze ulubione pieśni. Fajnie się z nimi gra. Dogadujemy się, pomimo tego, że dziewczyny dopiero od miesiąca próbują coś mówić po polsku. Więc używamy trochę rosyjskiego, trochę polskiego, angielskiego. Muzyka jest uniwersalnym językiem.
Niedziela też była aktywna, bo rozpoczęliśmy zbiórki i wybraliśmy się z naszą drużyną i Podkową do Lasku Kabackiego. Pobiegaliśmy solidnie po lesie w poszukiwaniu flagi, a potem podreptaliśmy na ognisko. Poniższe zdjęcia są autorstwa Błażeja.


Tak się czaiłam, czy jechać w mundurze wukadką, brałam strój na przebranie, a tu większość Podkowy przyjechała w moro. No to w drodze powrotnej nie miałam już takich dylematów.
 
 Dzielne strażniczki flagi. Gdyby nie one, Paweł nigdy by nie znalazł flagi ;)

 W zasadzie McDonald nie jest już potrzebny.

 Drużyna łączy ludzi :) poznali się na zbiórkach...

Tego dnia piekliśmy najdziwniejsze rzeczy: cebulę, banana, sojowe parówki, jabłka, chleb z masłem czosnkowym... Było pysznie. Dawno nie smakował mi tak chleb z masłem, jak po kilku godzinach biegania na świeżym powietrzu.
Dziewczynki powiedziały mi, że jestem najlepszą drużynową i że mnie kochają. Nie wiem, czym się zasłużyłam...
Nie oglądam więc już dzisiaj nic nowego i idę spać, bo padam ze zmęczenia.

czwartek, 4 października 2012

Wicher wieje, z nieba leje, ja się śmieję uhaha!

Serce mi dzisiaj mocniej zabiło i popłynęły łzy wzruszenia, bo dzięki uprzejmości znajomych usłyszałam legendarne nagranie bajki Brzechwy "Jaś i Małgosia" z 1966 roku :) kiedy byliśmy mali i nie chcieliśmy jeść, mama nam recytowała i śpiewała z pamięci całe słuchowisko. Razem z rodzeństwem słuchali tego jako dzieci wiele razy i znali na pamięć :)





I jeszcze "Brzydkie kaczątko".



A pogoda prawdziwie jak z piosenki Czarownicy.

Deja vu



Serce: Obejrzałam wczoraj Deja vu.
Rozum: I jak?
Serce: Noo... Dobry był. Ale jakoś się boję takich filmów, tego, że one dochodzą do granic, które człowiek nie powinien przekraczać...
Rozum: Czy ja wiem...:P
Serce: Wiesz, ludzie mają mocno namieszane w głowach przez różne rzeczy, jak książki Dana Browna czy tego typu filmy. Zaczynają wierzyć, że chrześcijaństwo to manipulacja, prawdę można odkryć wszędzie, drzemią w nas nieodkryte siły, dzięki którym możemy zmienić świat, nie potrzebujemy do tego Boga. A to... szalona pokusa.
Rozum: E tam. Póki traktujesz to jak bajki, to wszystko jest ok.
Serce: No nie wiem. Skoro White mowila o czytaniu wymyślonych powieści,  ze to jest szkodliwe...
Rozum: W takim razie nie stosuj tego do tych filmów, tylko zastosuj do wszystkich, bo jest s-f i na dobrą sprawę nie wiemy, jak działa czas. A co do możliwości ludzkiego mózgu - one faktycznie są wieksze, niż ten film pokazuje.
Serce: Ale jeśli ktoś cofa się w czasie i zmienia coś, co już się wydarzyło, to jakby wchodzi w kompetencje Boga. 
Rozum: Oj przestań już. Niekoniecznie zmienia - może się opierać na teorii wszechświatów równoległych. A człowiek stawia się na miejscu Boga nawet podejmując samodzielne decyzje. Już nie demonizuj tego tylko dlatego, że takie filmy wywołują u Ciebie niepokój. Tak naprawdę bardziej szkodliwe są filmy, które promują rozwiązłość itp.
Serce: Nie wiem, czy jakiekolwiek filmy są teraz bezpieczne...
Rozum: No pomyśl, co jest bardziej prawdopodobne, że będzie Cię kusić - niemoralność, czy podróż w czasie? Hmm... chociaż przy Twojej wyobraźni odpowiedź nie jest tak oczywista:P
Serce: No właśnie :P
Rozum: Tym niemniej wyobraź sobie mnie marzącego o podróży w czasie:P
Serce: Nie miałeś nigdy chęci?
Rozum: To jest czysto teoretyczne rozważanie motywujące do znalezienia błędów w swojej przeszłości i wyciągnięcia z nich wniosków. Tym niemniej odpowiadając na to, o co faktycznie pytasz - nie, nigdy konkretnie o tym nie myślałem ani nie wyobrażałem sobie tego.
Serce: Naprawdę? Nie chciałeś spróbować wejść w miejsce, w którym byłeś i zrobić coś, czego nie udało się zrobić albo coś podobnego? Mi się zwykle przypominają sytuacje, kiedy nie miałam odwagi do kogoś zagadać :P
Rozum: Nie każdy ma taką wyobraźnię, jak Ty:P

***
 
I takim to sposobem Rozum znów sprowadził mnie na ziemię...
Dzisiaj tortilla z pełnoziarnistymi naleśnikami. Promocja w Biedronce.

środa, 3 października 2012

Limitless


Wybaczcie tę odrobinę samochwalstwa, ale po raz pierwszy podoba mi się moje wykonanie, no, może poza wizją, bo robię okrutne miny :P natomiast wokal jest ustabilizowany i wyrównany. Nareszcie, po tylu latach :) Rozum spisał się z akompaniamentem, chociaż machnął go od niechcenia. Nie wierzę, że jazzuje. Tak długo nie można było się go o to doprosić i w końcu się nauczył... Wszyscy się zmieniamy na  lepsze :)
Przyznam się, że obejrzałam dzisiaj niecny film pod tytułem "Jestem bogiem" (ang. Limitless). Nie rozwalił mnie zbytnio ani nie wywołał emocjonalnego wstrząsu, a pozytywne zaskoczenie wręcz rozczarowało. Czemu nie skończył marnie? Przynajmniej byłoby ostrzeżenie dla innych, żeby nie brać tego świństwa. No ale nic, trudno. 
A film nie jest taki sci-fi, na jaki wygląda. Kiedyś, gdy Bóg nas odnowi, odzyskamy pełną powierzchnię mózgu i wtedy to będziemy poznawać wiedzę. Ale w bezpieczny i prowadzący do szczęścia sposób. Może wtedy nauczę się liczyć w pamięci i będę umiała błyskawicznie czytać nuty tak, że będę mogła rozpisywać partytury na orkiestrę. To byłoby niesamowite...

Wyeksperymentowałam także przepyszny sposób na cukinię. Dusimy na patelni razem z cebulą i pomidorami, zasypujemy słodką papryką i zalewamy octem balsamicznym. Można użyć do makaronu, kaszy, posypać tartą mozarellą. Pycha :) nie mam zbyt wysublimowanego smaku, jeśli o to idzie. Ale coś tam umiem przyrządzić.
Na razie mam otępiały umysł przez katar i chropowate gardło. Muszę się wziąć w garść do soboty, żeby zaśpiewać na nabożeństwie.

poniedziałek, 1 października 2012

Zainspirowani


Weekend był bardzo intensywny. Mieliśmy szkolenie liderów młodzieży diecezji wschodniej w Podkowie Leśnej i tematem było "Inspirujące nabożeństwo". Tym razem oprócz obsługi muzycznej prowadziłam warsztat dotyczący pieśni w nabożeństwie. Było... ciekawie, jak zawsze, kiedy ludzie dyskutują o muzyce :P materiały ze szkolenia już niebawem na stronie http://mlodzi.adwent.pl/
Tak jak obiecywałam, wybrałam się w końcu do fryzjera, żeby coś zrobić ze swoimi włosami. Jak zwykle żyją własnym życiem, nie słuchając mnie zupełnie, ale przynajmniej ocalała ich długość. Podobno dopiero po 2 tygodniach robią się fajne.



Czuję, jak mnie coś rozkłada. Mama przysłała mi skrzynkę jabłek na soki, może takie stężenie witaminy pomoże w walce z przeziębieniem. Jednak jedzenie lodów na szkoleniu nie było dobrym pomysłem...