czwartek, 28 lutego 2013

Dopieszczajmy się, gdy znosimy chłód i żar...

Entuzjazm był chyba przedwczesny. Wczoraj otrzymuję telefon od Sandry, że musiała pójść do szpitala i nie jedzie na zjazd. Suuuuper. Zostałam zatem głównodowodzącą i w obszernej rozmowie telefonicznej otrzymałam szczegółowe wytyczne, co powinnam dopilnować. Dopisałam sobie te cenne uwagi do swojego Niezbędnika, który na tę okoliczność został nazwany Niezbędnikiem Kikomendanta. Nie, nie jestem zdruzgotana ani przerażona, wszak wszystko jest ogarnięte i tylko wystarczy puścić machinę w ruch (aaaaa! panikuję!). Plusem tej niefortunnej sytuacji jest to, że lekarzom udało się ustalić płeć dziecka i Sandra z Łukaszem oczekują synka :)
Nie uwierzycie, ale dzisiaj ogarnął mnie luz i spokój. Odebrałam naszywki na zjazd, zrobiłam zakupy, jadąc z Magdą samochodem. Zwykle opróżniam lodówkę, tłumacząc sobie, że nie warto trzymać rzeczy przed wyjazdem, bo się zmarnują, a potem pomstuję, kiedy wracam i nie mam nic do jedzenia. Postanowiłam to zmienić. Ugotowałam dobry obiad na dwa dni, żeby mieć coś dobrego w pociągu, a wieczorem zrobiłam sobie długą kąpiel i wszelkie zabiegi upiększające. A co tam, czeka mnie weekend spania na podłodze, szybkiego prysznica i hałasu. Trzeba się dopieszczać czasami. 
Dla zupełnego odprężenia włączyłam nieskomplikowaną bajkę o misiu Colargolu, którą oglądaliśmy z zapartym tchem w dzieciństwie, zwłaszcza odcinki o zaczarowanej walizce, która zmieniała się w dowolny pojazd. Na oglądanie pełnometrażowego filmu nie mam czasu, bo jutro trzeba wstać wcześnie.



Czeka mnie podróż pociągiem z bandą krzykaczy ;) trzeba jakoś ich ujarzmić :P

wtorek, 26 lutego 2013

Something's in the air

Zaczynam mieć dosyć zimy. Buty mi regularnie przemakają od śniegu zalegającego chodniki, wczoraj zginęła mi czapka, a w rękawiczkach nie mogę odbierać telefonu i muszę je za każdym razem ściągać, co mnie denerwuje.
Dzisiaj wyszłam z domu i już od razu poczułam, że powietrze jest jakieś inne. Nie było wiatru ani chłodu, tylko takie ciepło dookoła, chociaż na niebie wisiały chmury. Kilka godzin później wyszło słońce i chociaż zostało mu zaledwie godzina świecenia, czuło się wiosnę w powietrzu.
Powoli wstępuje we mnie entuzjazm. Po wczorajszym spotkaniu na skype w sprawie zjazdu nabrałam otuchy, że uda się wszystko ogarnąć. Wyleczyłam też wczoraj ostatnie zęby, tym samym realizując drugie z postanowień na ten rok, a dzisiaj zadzwonił telefon, dając szansę na realizację kolejnego:) chodzi o kupno nowego laptopa. Oczywiście zgodnie z tradycją spędzę miesiąc na analizowaniu modeli :P
Mam nadzieję, że taka pogoda utrzyma się do końca weekendu i wyjazd nad morze będzie udany, jak rok temu.
Szykuje się pracowity miesiąc...

poniedziałek, 25 lutego 2013

Między młotem a kowadłem

Minął weekend z All4Him, który uświadomił nam, że zostały dwie próby do rychłych koncertów. Ciągle jeszcze mam chaos w głowie, co jest po czym. W niedzielę zagraliśmy całość bez powtarzania. Pozostaje tylko studiować scenariusz i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.
Nie byłam w stanie za bardzo się skupić na próbie. Aktualnie żyję wyjazdem do Gdańska i sprawami zjazdu. To absorbuje mój czas i zżera nerwy. W piątek byłam tak rozbita od rana, że wszystko mi leciało z rąk. Byłam rozczarowana ludźmi, którzy mieli wpłacić do piątku pieniądze, żebyśmy mogli kupić bilety i miejscówki, a z planowanej listy prawie trzydziestu osób zostało ledwie kilkanaście.
Ciągle niepewne są osoby, które miały coś na zjeździe robić i w ostatnim momencie się wykruszają. Z tego wszystkiego późno zasypiam i chodzę cały dzień nieprzytomna, a mój żołądek odmawia współpracy. Znalazłam jakąś herbatę dla żołądkowców, trzeba będzie wypróbować.
Czasami zastanawiam się poważnie, która działka jest dla mnie ważniejsza: zespół czy pathfindersi i jeślibym z któregoś zrezygnowała, to co by bardziej ucierpiało, albo inaczej: gdzie jestem bardziej niezbędna. Rozum mówi, że zespół był pierwszy i powinnam do niego dostosowywać kolejne rzeczy, a nie odwrotnie. Ale zespół to kilkanaście osób, a pathfindersi to ponad setka i ustalenie terminów dla setki jest dużo trudniejsze. Najchętniej nie rezygnowalabym z niczego. Obydwa są moimi spelnionymi marzeniami z dzieciństwa i trudno powiedzieć, które bardziej mnie pasjonuje. Póki mam siły, chyba zostanę przy obydwu. 

Ps. Właśnie udało mi się kupić bilet na przejazd grupowy do Gdańska :) koniec koszmarów o zagubionych miejscówkach.

czwartek, 21 lutego 2013

Dziennik Bridget Jones


Czytam książkę, obejrzałam znów po latach film i tak powstało to śmieszne zdjęcie. Podobna jak nic, czyż nie?
I piosenka z czołówki. Płakałam ze śmiechu na widok Bridget. Piżama przebiła wszystko.


poniedziałek, 18 lutego 2013

Zasnę na stole.



W ten weekend dokonałam wolnej interpretacji piosenki Renaty Przemyk, mianowicie spałam na stole. Nie z powodu, że nie było innego miejsca, po prostu jakoś tak wyszło. Oddałam Sandrze łóżko, bo z jej brzuchem spanie na podłodze to byłaby męczarnia, a że w pokoiku stał niski stół, dostatecznie szeroki, żeby zmieściła się na nim karimata czy dmuchany pojedynczy materac, więc dałam upust swojej ciekawości świata i rozłożyłam się ze swoim spaniem na stole, stopy opierając o grzejnik.

Tak jak wcześniej wspominałam, byłam w Poznaniu. Nie jestem w stanie obliczyć, który to już raz w tym mieście, szósty, a może siódmy? W każdym razie nigdy do tej pory nie udało mi się go spokojnie obejrzeć, nie licząc wyprawy na camp w '97, kiedy zatrzymaliśmy się chwilę na Rynku i mamy kilka zdjęć, jak czekamy na trykające się koziołki. W sobotę wieczorem, po całym dniu obrad rady drużynowych, byłam tak wyczerpana siedzeniem w budynku, że bezwiednie wypowiedziałam na głos życzenie: "Ale bym sobie poszła na spacer" i zaraz, niczym dżin z lampy Aladyna, odezwał się Krzysiek: "Dobry pomysł, to idziemy?" No i poszliśmy. 


Krzysiek to ten pogodny człowiek, który 5 lat temu odwiedził nas w Warszawie w mieszkanku na Tureckiej i z którym zwiedzaliśmy miasto. Przypominam sobie, że zapraszać krakusa do Warszawy zdawało mi się wielkim faux pas, ale ma on na tyle otwarty światopogląd i umiłowanie przygód, że z chęcią przyjął zaproszenie. Zdjęcia z tej wyprawy tutaj. Z wyprawy po Poznaniu niestety nie mam zdjęć, mój aparat w telefonie nie poradziłby przy takim świetle. A szkoda, bo zakątki były piękne. 
 Wychodząc z Zeylanda zerknęliśmy tylko na mapę, żeby się zorientować, w jakim kierunku trzeba iść na Stare Miasto, ale potem i tak poszliśmy na przełaj. Kiedy spodobała się nam jakaś uliczka, to po prostu w nią skręcaliśmy. Tempo nie było bynajmniej spacerowe, bo przy tej pogodzie jedynie szybki marsz ratował od zamarznięcia. Ale lubię takie tempo, męczę się, chodząc wolno. Zobaczyliśmy zamek, filharmonię Poznańskich Słowików, Stary Rynek i kilka innych ładnych miejsc. Cieszyliśmy się jak dzieci, oglądając coś nowego. Przegadaliśmy też chyba ze dwie godziny o różnych ostatnich dziejach. Fajnie się dowiadywać o dobrych zmianach. 


Zdjęcia z posta były robione znienacka i przyłapano mnie w pozach co najmniej dziwnych, ale niech tak zostanie.
 

piątek, 15 lutego 2013

Kallos Latte

 Zima to ciężka pora dla włosów. Noszę obowiązkowo czapkę, bo jakbym ją zdjęła, na pewno nabawiłabym się jakiegoś zapalenia zatok, więc za każdym razem, jak ją ściągam, włosy stają dęba. Kiedy niemal przy każdym dotknięciu zaczynały fruwać jak aureola, załamałam się i zabrałam się za poszukiwanie ratunku na elektryzujące się włosy.
Na internetowych forach czytelniczki radzą:
  • włosy elektryzują się, gdy są przesuszone lub od prostownicy - jeśli musisz je prostować, stosuj preparaty do ochrony termicznej;
  • włosy trzeba odżywić i nawilżyć odżywką odbudowującą korę włosa, np. Gliss Kur, ale unikać tych z silikonem: Kallos, Gloria to maski bez silikonu;
  • używać najlepiej grzebienia drewnianego lub z kości słoniowej, a szczotki z naturalnego włosia, plastikowy wzmaga elektryzowanie;
  • zmoczyć szczotkę przed czesaniem i trzymać ją z dala od kaloryfera.

Wypróbowałam maskę Kallos Latte od Uli, miała w małej puszce, kupioną w Hebe. Bardzo mi się spodobało działanie: włosy miękkie, lekkie, wygładzone i pachnące maślanymi ciasteczkami. W sklepie fryzjerskim znalazłam wersję w litrowej puszce za 12 zł.

Opłaca się bardziej niż w małej, jeśli postawisz sobie w łazience i nie musisz tego przewozić :) na podróż potrzebuję przełożyć część do mniejszego pojemniczka.

Pan w sklepie poradził mi, żeby nakładać maskę grzebieniem na pojedyncze pasma włosów, potrzymać je w ręczniku przez kwadrans i potem spłukać. Faktycznie, odżywka lepiej działa.
Ubolewam jedynie nad tym, że musiałam się pożegnać z prostownicą na jakiś czas i chodzę z wichrem na głowie :P

Weekend spędzam w Poznaniu z drużynowymi i komendantami - będzie elitarnie ;)

czwartek, 14 lutego 2013

Ja mam przeczucie, że dzisiejsza noc będzie dob-dob-raa.




CeZik znowu zniszczył system :) doprawdy, niektóre, jeśli nie większość tekstów zagranicznych piosenek imprezowych jest płytkich jak spodek, do tego sprośnych. Fajnie to chłopak prześmiał :)
A co dzisiaj? Dzień jak co dzień, na zakończenie mamy spotkanie kadry w romantycznej harcówce :P
A poniżej walentynka od Gabrysi (5 lat), która jest straszną przytuLachą :)

Update po wieczorze:
Zrobiłam sobie prezent walentynkowy i kupiłam torebkę u Pucciniego w promocji za jedyne 79 zł. Decyzja była krótka, bo już zamykali. Lubię sobie sprawiać takie prezenty :)


środa, 13 lutego 2013

Dislike.



Umieściłam w końcu tutaj piosenkę gościa z genialnym głosem, bo znalazł się kontekst.
Powiedzcie mi, bo nic z tego nie rozumiem: dlaczego jedni są ze sobą kilka lat, pobierają się i próbują dźwigać wspólnie to życie, jakie dostali, a inni są ze sobą kilka lat i nagle z jakiejś zdawkowej informacji na fb dowiadujesz się, że jest wolny, albo wszedł już w inny związek?
Niektórzy z was odpowiedzieliby: "Kika, sama miałaś chłopaka przez 3 miesiące, z którym się rozstałaś, jak zauroczenie się skończyło i teraz czepiasz się tych, co się rozstali po 3 latach? Co ty wiesz o prawdziwym związku?" Fakt, nic nie wiem. Wiem tylko, że wtedy to nie miało szans się udać, bo nie byłam szczera i gotowa, ale miałam w głowie chęć udowodnienia temu i tamtemu, że jestem coś warta i też mogę z kimś być. Dlatego się skończyło, jak się skończyło. 
Dopiero teraz zaczęłam "rok odpoczynku", czyli pierwszy rok po 7, a łącznie nawet 14 latach, kiedy czuję się wolna. Nie całkiem od wspomnień, bo te pozostaną, ale wolna od bycia zależnym od czyjegoś uznania, akceptacji, zainteresowania. Wolna od płaczu po nocach, od zazdrości, od porównywania siebie z innymi, od skrajnych emocji, od lęku, że zostanę sama. Uczę się tej wolności, uczę się szanować siebie nie za swoje osiągnięcia, ale prostu za to, że jestem i ciągle dostaję kolejny dzień. Czasem, kiedy opanuje mnie nuda, zaczynam się rzucać, że przecież mi też się coś od życia należy, ale wiem, że jeszcze nie teraz. Jeszcze nie do końca nauczyłam się doceniać ciszę, samotność, własne zdanie, wolny czas. Ciągle mam pokusę, żeby ktoś inny wypełniał moje braki. A przecież jeśli nie umie się dobrze żyć z samym sobą, jak można żyć szczęśliwie z innymi?

poniedziałek, 11 lutego 2013

Weekend z Sandrą Bullock

Chyba opanowała mnie bezbrzeżna nuda na koniec ferii, bo obejrzałam w ciągu weekendu dwie komedie romantyczne z Sandrą Bullock:

Two weeks notice (Dwa tygodnie na miłość) 2002




The Proposal (Narzeczony mimo woli) 2009


Komedie romantyczne według mężczyzn to zło wcielone, bo wytrąca kobiety z rzeczywistości i wpędza je w smutne myśli i kompleksy, że one tak nie mają. Nie wymyśliłam tego, to opinia kilku mądrych kolegów. Ale niechby sami spróbowali być przez jeden dzień kobietą, to nie byliby skorzy do wygłaszania takich mądrości. 
W obydwu filmach Sandra jest niezależną, przebojową kobietą, która nie oczekuje od mężczyzn żadnej pomocy, ale walczy uparcie o osiągnięcie swoich celów. Mężczyźni natomiast, Adnrew, czyli Ryan Reynolds w "The Proposal" i George-Hugh Grant w "Two weeks notice", wydają się początkowo nieco przytłoczeni dominacją kobiety - Andrew jest asystentem i wie o swojej szefowej wszystko, George, bogaty biznesmen, nie potrafi dobrać krawata bez jej pomocy - jednak ostatecznie pokazują, "kto tu rządzi" i sprawiają, że obie bohaterki, Margareth i Lucy, stają się kobietami, którymi zawsze chciały być.

To, co oceniam na plus w obydwu filmach: 
-bohaterowie nie idą do łóżka, co we współczesnych filmach jest rzadkością,
-chociaż fabuła jest nieco fikcyjna, to jednak wady i zalety bohaterów zostały pokazane bardzo realistycznie, przez co mit romantycznej miłości został dosyć spłycony, a przesłanie głosi: jeśli się dostatecznie do kogoś przywiążesz, to uczucie przyjdzie jako zwieńczenie na dobrej podstawie,
-dużo dobrego humoru. Z "Two weeks notice" śmiałam się niemal przez cały film na widok każdej miny George'a. Nie wiem, jak to się dzieje, że Hugh Grant zawsze gra takiego nieboraka ;)

Następny film obejrzę nie wiem kiedy, zaczyna się praca i znów wieczory staną się krótkie.

Jezu chcę Cię wielbić




Jezu chcę Cię wielbić
(Jesus I will)

1.   Płynie przez palce czas
W ciszy mijają dni
Słońce rozjaśnia twarz
W deszczu spływają łzy
W świecie niepewnych spraw
Jezus jest wciąż ten sam.

Ref.
Jezu, chcę cię wielbić
I w radości, i przez łzy
Jezu, przyjmij dzięki,
Bo nadzieję dajesz mi
Jezu wznoszę ręce
Chcę przy tobie zawsze być
Twa miłość trzyma mnie
Dla ciebie chcę żyć.

2.  Ktoś wnosi słońca blask,
By znowu odpłynąć w cień
Zmierzch kryje smutną twarz
Po nocy znów przyjdzie dzień
Zaufam Ci, bo wiem,
Jezu, nie zmieniasz się

Ref.
Bridge
Tobie chcę śpiewać radości mej pieśń
Radością napełniasz mnie ty
Twe słowo pochodnią na ścieżkach mych jest
Ty Panie rozjaśniasz me dni, oooooo

Ref. w E

Tekst polski: Kika&Ola
Muzyka: Faith First

***

W piątek wieczorem dopadły mnie muzyczne wspomnienia i zaczęłam słuchać utworów z koncertów FamilyReunion, w tym Faith First. Graliśmy kilka z nich z Chofeszem. Pamiętam, jak mówiliśmy o nich, że to pieśni "z mocą". Pisałyśmy z Olą polskie teksty do nich, często inspirowane doświadczeniami, jak powyższy. Czasem jest mi żal, że nikt już tego nie gra. Przesłałam ten tekst jednemu Gitarrefanatiker, niech zrobi z tego użytek :)

niedziela, 10 lutego 2013

Alfa, a nawet Alfalfa ;)

Nadszedł czas opisać przygody z ostatniego weekendu, ale najpierw króciutko w ramach ciekawostek przyrodniczych o tytule.


Lucerna siewna  (Medicago sativa, ang. alfalfa) - gatunek rośliny należący do rodziny bobowatych. Spotykana jest przede wszystkim w uprawie, ale często dziczeje i porasta także przydroża, murawy i zarośla. Kwitnie od maja do września. Roślina uprawna – uprawiana już w starożytności. Ze względu na dużą zawartość białka jest ważną rośliną pastewną. Nadaje się na zielonkę, na siano i na kiszonkę, wchodzi w skład wielu mieszanek traw pastewnych. Od niedawna jest używana również w celach spożywczych. Jej podkiełkowane nasiona nadają się do sałatek i na kanapki.
  • Lucerna siewna wykazuje silne działanie wzmacniające organizm, dlatego też zaleca się jej stosowanie w przypadku ogólnego osłabienia, zmęczenia czy rekonwalescencji;
  • Działa regeneracyjnie na błonę śluzową (owrzodzenia, nadżerki);
  • Regeneruje dziąsła, leczy parodontozę;
  • Wykazuje działanie odżywcze (w szczególności w przypadku tzw. kurzej ślepoty, anemii czy osteoporozie);
  • Dzięki zawartości dużych ilości witaminy C działa przeciwszkorbutowo;
  • Stosuje się ją w również w celu uregulowania cyklu miesiączkowego;
  • Pobudza laktację, dzięki obecności fitoestrogenów;
  • Działa moczopędnie, zaleca się jej stosowanie w przypadku obecności kamieni w nerkach;
  • Działa uspokajająco;
  • Zapobiega powstawaniu oparzeń słonecznych w trakcie opalania – dzięki zdolności zatrzymywania i filtrowania promieni słonecznych;
  • Przyspiesza oczyszczanie organizmu – jest bogata w chlorofil i składniki odżywcze, dzięki czemu alkalizuje i odtruwa organizm, w szczególności wątrobę;
  • Stosowana przez wielu producentów kosmetyków, gdyż działa odżywiająco na skórę oraz zapobiega jej starzeniu.
***
Jak już zapewne opowiadałam, mieszkam na poddaszu. Nasze mieszkanie jest szczególne, bo zdominowane przez kobiety, a co za tym idzie, jest czyste i zadbane, ale brakuje tzw. męskiej ręki, żeby naprawić to i owo. Jakiś czas temu zepsuła się sprężyna w drzwiach do łazienki i klamka nie działa. W piątek, kiedy śpieszyłam się do pracy, urwała się gałka, która służyła jako zamek do drzwi i przez 20 minut nie mogłam jej zamocować, żeby wyjść. Wyobraźcie sobie moją frustrację, kiedy siedziałam zamknięta na dywaniku w łazience i nawet nie mogłam nikogo zawołać, bo byłam sama w domu, a telefon leżał po drugiej stronie drzwi. Nasz sąsiad obiecał, że się z tym upora, jak tylko kupi odpowiednie narzędzia.
Dzisiaj odkryłam na banerze bloga dziwne teksty o hiacyncie, których nigdzie nie publikowałam. Pomimo moich prób ingerowania w szablon nie udało mi się tego usunąć, więc poprosiłam o pomoc Tygrysa. W tajemniczy i niezrozumiały dla mnie sposób (rzekłabym, że to magia, ale ma to swoją fachową nazwę: Teamviewer) operował na moim pulpicie, będąc oddalonym o tysiące kilometrów. Nie jestem w stanie wyrazić swojego zdumienia, kiedy kursor sam chodził, kopiując i wklejając, a wiadomości pojawiały się we wszelkich możliwych oknach :) Ostatecznie znalazł ukryty kod tekstu i wszystko wróciło do normy. Szalone, co? I like it ;)
Owszem, jestem samodzielną, zaradną i niezależną kobietą i dobrze mi z tym, ale czasem lubię poczuć się trochę niesamodzielna, bezradna i zależna, kiedy działa jakiś Alfa.

I tak oto ferie się skończyły...


Blogger mobile

Tym razem piszę posta... Z telefonu. Pewnie już dawno wiedzieliście, że istnieje coś takiego, jak aplikacja Bloggera, ale ja znalazłam to dopiero kilka dni temu. Nie wiem, czy to się mi bardzo przyda, ale cóż, wypróbuje.
Aplikacja umożliwia dodawanie zdjęć bezpośrednio z telefonu, ma prosty interfejs i można swobodnie zarządzać wszystkimi blogami. Przyda się na długie podróże i jak mi się skończy umowa na internet w laptopie;)
Zdjęcie szyby z mojego okna na poddaszu. Zachwyciły mnie któregoś dnia kryształy lodu, ale nie dało się tego ująć tak, jak to naprawdę wyglądało.

czwartek, 7 lutego 2013

Hiacynt


Wróciliśmy wczoraj z zimowiska, po bardzo intensywnym czasie. O samym zimowisku napiszę coś więcej, kiedy będą zdjęcia. Na pożegnanie dostałam nieoczekiwany prezent: hiacynt od cioci Heleny, która pomagała nam w różnych przedsięwzięciach. Powiedziała, że sama go wyhodowała, a jak go pielęgnować, znajdę w internecie.
Muszę wyjaśnić, że jeśli chodzi o rośliny doniczkowe, zupełnie się na tym nie znam. W naszym domu przetrwały tylko te, które były wieloletnie i nie trzeba było ich regularnie podlewać. Większość kwiatów rosła po prostu w ziemi, w ogrodzie. U siebie w pokoju też nie trzymałam kwiatów, bo wyjeżdżając na wakacje, nie miałby kto się nimi zająć. 
Dowiedziałam się, że hiacynty trzeba regularnie podlewać, a jak przekwitnie, wysuszyć cebulę i wysadzić ją znowu na jesień. Na razie kwiat pięknie kwitnie i intensywnie pachnie. Może poszukam więcej takich kwiatów?