czwartek, 31 maja 2012

Put down that map and get wonderfully lost.


Z dokonań dzisiejszego dnia: założyłam pasek od spodni na lewą stronę. Jakieś 3 minuty zajęło mi odkrycie, że jest jaśniejszy, niż zwykle i nie pasuje do swetra. Za późno poszłam spać wczoraj z tego wszystkiego.
Moi uczniowie ostatnio mają wywalone na szkołę i jeżdżą na wycieczki tudzież zielone szkoły. A tu trzeba jakoś zarabiać... Nadmiar wolnego jest zdecydowanie niefajny.
Biwak już za tydzień. Jeszcze nie czuję presji, bo dopiero odespałam dzień dziecka w Podkowie, ale zacznie się początkiem tygodnia, jak będą do odbioru naszywki i zakupy do zrobienia. Całe szczęście, że tym razem nie gram ani nie śpiewam, jeno pilnuję, aby wszystko działało na tym biwaku zgodnie z ustalonym programem. Za to camp i obóz tydzień później szykuje się ostro ;P
Znikam do pracy, póki jakaś jest.
Posłuchajcie sobie nowego hitu ThePianoGuys.  To tak w klimacie licznych ślubów w lecie, które, jak się dziwnie okazuje, komplikują nam organizację obozu ;)



środa, 30 maja 2012

Blog's come back.

Namyśliłam się. Blog's come back.
Nie spodziewałam się, że komuś będzie go brakować, ale jak usłyszałam, że dzięki zdjęciom z survivalu mama kolegi się dowiedziała, czy w ogóle żyje, stwierdziłam, że to poważna misja. Poza tym szkoda trochę tak ni z tego, ni z owego go zamykać po sześciu latach, czyż nie? Może w siódmym roku zrobię rok jubileuszowy ;)
Dzisiaj kupiłam brązowe (kamelowe) trampki z New Yorkera. Leżały sobie takie samotne bez sznurowadeł pod stertą butów i zrobiło mi się ich żal, że nikt ich nie chciał. A były ostatnie, dokładnie w moim rozmiarze. Dokupiłam sznurowadła w Deichmannie i tym sposobem mam buty za 38,99 zł. Czyż to nie piękne? :)
Na tych zdjęciach może niezbyt dokładnie widać kolor, bo już ciemno było, ale guma jest kremowa, lekko wpadająca w róż, lamówki ładnie błyszczące.


Z serii nabytków za 30 zł wpadł mi w ręce dawno poszukiwany beżowy sweter z C&A oraz koszulka z Top Secret z wdzięcznym napisem "Put down that map and get wonderfully lost" i rysunkiem dziewczyny z rowerem, w wersji różowej (nie wiem, co mnie na ten róż napada ostatnio, obiecałam, że więcej nic różowego nie wezmę, no ale była ostatnia i w moim rozmiarze, więc wzięłam). Koszulka jak koszulka,ale hasło i rysunek były akurat jak dla mnie, bo moim hobby jest jechać w nieznane :)
No, to się pochwaliłam jak najarana nastka. No ale przyznajcie, rzadko piszę o ciuchach, więc musicie mi wybaczyć :)
A co słychać u Serca i Rozumu? Rozum zarobiony jak nie wiem, odezwie się raz na dwa dni z jakąś mega ważną sprawą, po czym po pięciu minutach ucieka do swojej pracy. Chyba się przyzwyczaił i jakoś mu tak dziwnie bez wymienienia choćby wiadomości. Serce lawiruje jak zwykle między pracoholizmem a obijaniem się, bez palpitacji, czyli normalnie.
Niedługo Dzień Dziecka. Robicie sobie jakąś imprezę z tego tytułu? ;)


czwartek, 17 maja 2012

-Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz? - Naprawię.

No i mamy październik znów: wieje, leje, nic tylko zaszyć się w domu z książką lub filmem i czekać na lepsze czasy. Jest to prawie do zrealizowania. Mówię: prawie, bo z jednej strony tydzień ten porwał mi dzieci na wycieczki i zielone szkoły i mam przymusowe wolne w różnych porach dnia; z drugiej w niedzielę czekają mnie egzaminy w Podkowie. Więc balansuję między nauką a relaksem i czytam książki z historii Kościoła, a wieczorami nadrabiam zaległości w filmach.
Dwa filmy chciałam dzisiaj przedstawić: obejrzałam je dzień po dniu i wydały mi się podobne treściowo.
Co je łączy? Wbrew pozorom bardzo dużo. Obydwa są oparte na prawdziwej historii z lat 60. ubiegłego stulecia. Każdy z nich pokazuje realia ówczesnej Ameryki i obnaża słabości systemu, jaki panuje. Łączy je także obraz bohaterów-antagonistów: złego przestępcy, uwikłanego w nielegalne procedery zdobywania kasy i dobrego policjanta, który nie zważając na nic, dąży do zatriumfowania sprawiedliwości oraz do przywrócenia skruszonego grzesznika społeczeństwu.

Jednak obraz nie jest aż tak jednolity. To, co automatycznie pojawia się podczas oglądania "Złap mnie, jeśli potrafisz" (2002), to śmiech. Policjant, a właściwie agent FBI, grany przez Toma Hanksa, to na pierwszy rzut oka sztywny, pozbawiony poczucia humoru i życiowego luzu służbista, pochłonięty jedną myślą: odnaleźć rabusia. Jego wpadki podczas tego zadania wywołują uśmiech rozbawienia. Kiedy poznajemy go bliżej poprzez jego kontakt z Frankiem Abagnale (notabene drugi czarny charakter też nosi imię Frank), dowiadujemy się, że w ten sposób znosi swoją samotność i rozdzielenie z rodziną.

Zupełnie inaczej jest w przypadku detektywa Richie Robertsa, granego przez Russela Crowe w filmie "American gangster" (2007). Z nim nie ma żartów: facet potrafi naprawę zrobić krzywdę. Podchodzi równie poważnie do swojej pracy, do tego stopnia, że oddał znalezione milion dolarów, co przypominają mu ludzie na każdym kroku. Nie bierze łapówek, nie rozprowadza narkotyków, nie kryje kolegów. Jednak w życiu osobistym nie potrafi zdobyć się na podobną uczciwość, z tego powodu żona go opuszcza. Pomimo tego udaje mu się, dzięki współpracy z Frankiem Lucasem,  doprowadzić do aresztowania wielu skorumpowanych policjantów i żołnierzy, którzy czerpali zyski z nielegalnego handlu narkotykami. 


 Zapomniałabym z tego wszystkiego napisać o głównych bohaterach, a to przecież sedno filmu. Obserwując młodego Franka (Leonardo di Caprio) wydaje się wręcz niewiarygodne, że siedemnastolatek miał takie pomysły. Ale od skutków, czyli pięcioletniej działalności poza prawem, ważniejsza i moim zdaniem ciekawsza wydaje się motywacja bohatera. Kiedy rodzina Franka rozpada się, ojciec popada w tarapaty finansowe, a matka poślubia innego mężczyznę, chłopak postanawia naprawić to i przywrócić rodzinie pozycję finansową oraz połączyć rodziców. Inspirowany nie zawsze pozytywnym przykładem ojca zdobywa pieniądze, fałszując czeki i wciela się w różne zawody, aby nie dać się schwytać. Początkowo niewinne zabawy (udawanie nauczyciela) wpędzają chłopca w pułapkę, z której nie może wyjść. Przytłoczony samotnością,  udawaniem i niepewnością o losy rodziców zaczyna szukać kontaktu ze swoim prześladowcą. Kiedy zostaje zapędzony w kozi róg, poddaje się. Ostatecznym złamaniem okazuje się wiadomość o śmierci ojca i nowej rodzinie matki. Jego motywacja umiera, a bohater zaczyna nowe życie jako współpracownik FBI w wykrywaniu oszustw czekowych.

 Frank Lucas (Denzel Washington) również "udawał". Elegancko ubrany, obraca się w nienagannym towarzystwie, dba o swoją rodzinę, zapewnia pracę swoim braciom i kuzynom, sprowadza matkę do wystawnego domu, w którym urządza jej pokój, chodzi regularnie do kościoła, poślubia piękną kobietę, z którą zamierza żyć długo i szczęśliwie. Biorąc przykład ze swojego byłego pracodawcy, gangstera Bumpy'ego Johnsona, rozdaje ludziom żywność na Święto Dziękczynienia. W środku jednak postanawia żyć inaczej i wykorzystać to, co jego mistrz potępiał: postęp i wolny rynek, aby się wzbogacić. Omijając pośredników dociera do producentów heroiny i z pomocą amerykańskiego wojska, stacjonującego w dżungli, sprowadza towar do kraju. Jednak sieć powiązań między skorumpowaną policją a gangsterami zaczyna się niebezpiecznie oplatać wokół jego szyi i doprowadza do tego, przy znacznym udziale Richie, że Lucas zostaje aresztowany. Jego kara zostaje znacznie zmniejszona dzięki współpracy z detektywem, co doprowadza do rozerwania przestępczej sieci.

Czytając te dwa opisy, można by powiedzieć: hollywoodzki happy end. Ale przecież to życie napisało powyższe scenariusze. I chociaż obraz społeczeństwa, a także stróży prawa, maluje się tutaj jako przygnębiający i przytłaczający ogromem zepsucia, to jednak obydwa zakończenia przywracają wiarę w to, że dzięki zdeterminowaniu jednostki w zwalczaniu zła można uczynić ten świat lepszym.

Ps.1: Próba obejrzenia "Ojca chrzestnego", klasyki kina, zakończyła się niepowodzeniem. Czy ktoś ma metodę, jak przez ten film przebrnąć?
Ps.2: Dajcie czasem znać, że to czytacie, napiszcie jakiś komentarz, kliknijcie w reakcję, czy coś... Głupio tak pisać do ściany ;)



piątek, 11 maja 2012

Nie zRozum(i)em...



Uprzedzę komentarze - nie, to nie jest oficjalne wideo. To tylko piosenka podłożona do filmu, wszak tekst jest zupełnie o czymś innym, niż filmik (kto zna piosenkę, ten wie). Ale film warto obejrzeć. Chociaż wydaje się tak mało prawdopodobne, żeby uruchomiła się taka lawina dobra, mimo wszystko warto wierzyć, że dzięki drobnym gestom możemy zmienić kawałek świata.
Lubię mojego bloga. Znowu zrobiłam na nim małe porządki i przekonałam się, że wiodę ciekawe życie i otaczają mnie niezwykli ludzie, a każdy rok przynosi nowe wyzwania i przygody. Może nie odbyłam do tej pory podróży dookoła świata,o której skrycie marzę, ale pozostałych podróży by się na tę jedną z pewnością nazbierało :)
Uch, a miałam ponarzekać na Rozum, bo dzisiaj wyjątkowo denerwujący był ze swoim upieraniem się i czepianiem o rzeczy, które nie zrobiłam, tak jak to on potrafi. Nie chciałam, ale ponarzekałam. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Nie wiem, czy zauważyliście, ale jest obecny w tym blogu wytrwale od 6 lat, w różnych odsłonach. Na szczęście minęły już czasu kultu Rozumu ;) i nawet Serce wyrywne potrafi czasem przejrzeć na oczy...

Ps. Znowu obejrzałam "zakazany" film. Siostra wpadła do mnie, odpaliłyśmy "Mój tydzień z Marilyn". Nie powala, ale jest w nim coś ciekawego. "Nietykalni" wciąż czekają.


Życie sens właśnie ma, gdy się idzie i gra!

Wspominałam już, że jestem drużynową warszawskich pathfindersów? A że jest tam piętnaścioro dzieci i ośmioro kadry? Pewnie tak, trąbię o pathfindersach gdzie się da, już chyba niektórzy (czyt. Rozum) mają tego dosyć i uważają, że się bawię jak dziecko. Nic podobnego. Chociaż momentami może to tak wyglądać ;)
Zamieszczam dawno wyczekiwane zdjęcia i relację z naszej partyzanckiej wyprawy drużynowej do lasu nieopodal Skierniewic.

Niedziela, 29 kwietnia
(to jest ta część wyprawy w której nie brałam udziału, gdyż wracałam z tournee na Śląsku)
"This is madness... No, this is pathfinder survival!!!"


Plan zakładał, że przyjeżdżamy około godziny 14 i wędrujemy do 18 do naszego obozowiska,które miało leżeć kilometry od stacji PKP... Ponieważ przyjechałam nieco inaczej, niż pozostała część drużyny, więc byłam na miejscu długo przed nimi. A oni wędrowali i wędrowali...

Dla ochłody zanurzali się z lubością w rzece... Mając w pamięci zalecenia z kartki, że nie będzie możliwości mycia.



Nareszcie drużyna w komplecie. Można ich porządnie przemusztrować, zagwizdać trzy razy, żeby się wszyscy zbiegli... Oj, trzy gwizdki stały się legendarne...

Jak już wszyscy ochłonęli po mękach podróży z plecakiem (co niektórzy z walizką na kółkach, czego nie zapomną chyba do końca życia, a na pewno ci, którzy musieli tę walizkę zamiast nich ciągnąć), odbyła się długa kolacja i wieczorne nabożeństwo w świetle gwiazd. Na zdjęciu Marek, odrobinę niewyraźny, bo nie wziął Rutinoscorbin.

Płonie ognisko i szumią knieje... Drużynowa jest wśród nas ;)

Pozostała część dnia, a raczej wieczoru, nie była odpowiednio naświetlona do robienia zdjęć, więc tylko wspomnę, że zagraliśmy w słynną grę "Wilki i myśliwi". Stąd narodziła się idea prześladującego gwizdka :P
Zasypiamy wokół ogniska, nad głową gwiazdy.

Poniedziałek, 30 kwietnia

Dzień zaczął się wyjątkowo wcześnie, bo już o 4 rano. Słońce i ptaki nie dały spać mieszczuchom przyzwyczajonym do upojnej miejskiej ciszy zalegającej zakorkowane ulice. Dzieci powstawały skoro świt, tylko zdeterminowana kadra bezskutecznie naciągała śpiwór na uszy aż do regulaminowej pobudki o 7 rano. 


 Śniadanie ze zdrową owsianką pokrzepiło wszystkich,a kolejki po tę wysokoenergetyczną potrawę ustawiały się już na godzinę przed jej ugotowaniem.

  
 Szkolenie praktyczne tego dnia obejmowało znaki patrolowe. Po lesie rozbiegły się radosne grupy, zostawiając ślady z patyków i szyszek. To chwila wytchnienia dla kadry...

 
Stary niedźwiedź mocno śpi... my się go boimy, na palcach chodzimy, jak się zbudzi to zagwiżdże:P

Popołudnie było równie intensywne. Oczywiście rzeki ciąg dalszy (proszę zwrócić uwagę, że weszliśmy do wody w KWIETNIU!) i bitwa o flagę. Trochę leniwą strategię przyjęliśmy i przypominało to Sitzkrieg z czasów I wojny światowej lub zimną wojnę. No cóż, temperatura nie sprzyjała takim manewrom.

 Leśna cisza sprzyja natomiast dobrym rozmyślaniom... Wieczorem czeka nas wspólne studium Biblii.

Przygotowania do prawdziwej uczty :) nanosiły się dzieci mąki, to trzeba było ją zużyć :)
Mistrz kuchni: Marta, a menu dnia: zupa pomidorowa, jajecznica tofu i balaski, czyli ciasto chlebowe pieczone na kiju z masłem czosnkowym. Moją dietę diabli wzięli...


Ten moment, kiedy poziom żartów spada poniżej poziomu morza...


Wieczorne studium  7. rozdziału Ewangelii Mateusza było dla mnie odkrywcze. I mam cichą nadzieję, że dla pozostałych także.
I znowu lekcja astronomii przed snem.

Wtorek, 1 maja

Koniec survivalu... Noc była tym razem dłuższa. Andrzej, niczym starożytna westalka dzielnie pilnował ognia, aby nikt nie zmarzł.


A dla rozgrzewki poranne dżampki, czyli kadra wprowadza dyscyplinę.
 
Kaja, najmłodszy członek drużyny.

Na zakończenie wręczyliśmy panu Andrzejowi, gospodarzowi miejsca naszego biwakowania, książkę na pamiątkę. Za symboliczną stawkę 5 zł za noc mieliśmy do tego dostęp do wody pitnej. Taniej się chyba nie dało zorganizować ;)

 Podróż na stację. Tym razem droga okazała się cztery razy krótsza, niż w dniu, kiedy zaczynał się survival ;)
Po dwóch dniach nauczyliśmy się odczytywać mapę ;)


Gra kolejowa: głuchy telefon. Zajęła dzieci na całe półtorej godziny.


Po powrocie  jedyną słuszną czynnością było: wyszorować się i spać. I tak przez najbliższe 12 godzin...

Byle do czerwca... i następny biwak ;)

niedziela, 6 maja 2012

Ja mówię: no, no, no.



Piosenka pożegnalna osoby X
Tekst: Ola H.
Melodia: Amy Winehouse

Kazali zacząć mi się czesać, ja mówię: no, no, no.
Kazali zmyć ten czarny makijaż, ja mówię: no, no, no.
Ja jestem zbuntowana, krzyczę na własną mamę,
Kazali ubrać mi legginsy, ja mówię: no, no, no.




Nie będę tu po scenie skakać, wolę już płakać
Nie wiecie, nie wiecie, więc mnie nie uczcie
Ja jestem zbunt, co gniecie ulotki
Nie dam się, odczepcie się,
Przeżywam to, jak chcę.



Kazali zacząć mi się czesać, ja mówię: no, no, no.
Kazali zmyć ten czarny makijaż, ja mówię: no, no, no.
Ja jestem zbuntowana, krzyczę na własną mamę,
Kazali ubrać mi legginsy, ja mówię: no, no, no.

piątek, 4 maja 2012

Zaklinacz koni

"Czasem coś, co wygląda jak poddanie, wcale nim nie jest. Chodzi o to, co dzieje się w naszych sercach. O dokładne widzenie, jakie jest życie i akceptowanie go, i bycie wobec niego lojalnym, niezależnie od bólu, bo ból z powodu nie bycia lojalnym jest o wiele, wiele większy."

Odkąd wróciłam z lasu, wstąpiła we mnie jakaś niechęć do aktywnego życia. Nie muszę wychodzić do pracy, nie mam napiętego grafiku zajęć i chociaż masę pilnych rzeczy do zrobienia czeka cierpliwie rozłożonych na półkach, zupełnie nie mam ochoty się nimi zająć. Oglądam jakieś filmy, czytam książki, siedzę w internecie i gadam przez skype. Ot, przedwczoraj odwiedziła mnie Ola, żeby przeskanować pendrive'a i została dłużej, więc obejrzałyśmy najnowszego Sherlocka. Nie był tak fascynujący, jak pierwszy, ale też trzymał w napięciu. Wyciągnęłam też rolki i dwa dni z rzędu katuję się jazdą po wybrukowanych michałowickich uliczkach, ale wracam solidnie spocona i to jest najważniejsze. W internecie ludzie przeżywają ciągle decyzję o hymnie Euro 2012 i chyba przez to sama zacznę gdakać "kokoko". 
Wczoraj pogadałam sobie po niemiecku z koleżanką ze studiów, która pracuje w Niemczech i udziela korepetycji przez skype. Jestem zadowolona, bo brakowało mi kontaktu z językiem na poziomie wyższym, niż uczę w szkole. Gdyby ktoś był zainteresowany jej ofertą, polecam stronę internetową http://www.magdalenasurowiec.pl/index.html
Skończyłam też czytać książkę "Zaklinacz koni" Nicholasa Evansa. Wzbudziła we mnie mieszane uczucia, jak zwykle, kiedy jest poruszany wątek zakazanego związku, ale w pewien sposób poruszyła z powodu historii kalekiej dziewczynki i jej konia oraz historii porozumienia nawiązanego między nią a matką. Znamienna scena jest wtedy, kiedy dziewczynka po kłótni z matką wyznaje jej, że zaczęła miesiączkować i w rozpaczy pyta: 
-Kto mnie będzie chciał? Nikt.
-Och, Grace, to nieprawda...
-Niby czemu mieliby chcieć?
-Bo to jesteś ty. Jesteś niesamowita. Jesteś piękna i silna. Jesteś najdzielniejszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałam w całym swoim życiu.
I wtedy zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi. To wcale nie chodzi o to, jaka jesteś, czy jesteś zabójczo piękna, oszałamiająco inteligentna i nieprzeciętnie zaradna, czy wręcz przeciwnie, straciłaś nogę w wypadku, masz bliznę na twarzy lub zwyczajnie zbyt grube uda. Chodzi o to, kim jesteś teraz. Czy ciągle drżysz ze strachu, bo boisz się wyjść ze swojej strefy bezpieczeństwa; czy walczysz rozpaczliwie o uznanie i aprobatę osób, którym na tobie nie zależy w takim stopniu, w jakim ty tego oczekujesz; czy umiesz porzucić swoją potrzebę kontrolowania drugiej osoby i dopasowywania jej do swojego wizerunku i czy masz odwagę pozwolić jej być sobą w pełni, a następnie ją taką zaakceptować i pokochać bez względu na wszystko.
Rozum na to wszystko powiedział mi: "Odsuń pobudzające jeszcze bardziej Twoją wyobraźnię romansidła, bo nawet jeśli jest tam parę ciekawych myśli, to ich ogólny wydźwięk jest dla Ciebie szkodliwy." Nie lubię mu przyznawać racji, nawet wtedy, gdy ją ma. Taki zwyczaj mówienia mu na przekór, żeby nie dać się zdominować. Może to przemyślę i przyznam mu rację za kilka dni, jak zwykle. 
No nic, wychodzę się zmęczyć i wywiać z głowy myśli. 

czwartek, 3 maja 2012

Koko Euro Spoko, czyli jaki kraj, takie Waka Waka :P





Jak wynika z wiadomości na WP.pl, powyższa piosenka stanie się nowym hymnem piłkarskich Mistrzostw Europy 2012. Jak napisała moja koleżanka z muzyka: "Jaki kraj, takie Waka Waka". Ja tam nie wiem, nie znam się aż tak. Ale skoro ma być coś narodowego, to jest jak najbardziej w klimacie,  mi się nawet podobają układy harmoniczne w zwrotkach, robią napięcie.
A ja się pytam, dlaczego się wstydzimy polskiego folkloru? Czy jak Zakopower by zaśpiewało po góralsku, to byłoby lepiej, bo to to Zakopower i ma renomę? Wszak to taki sam folklor jak panie z Janowa Lubelskiego. A ci, którzy z rozrzewnieniem wspominają piosenkę Maryli Rodowicz z 74 roku chyba zapominają, że czasy rock and rolla dawno minęły.
Mimo wszystko podrzucę wykonanie szkoleniowe, jak się powinno śpiewać.


środa, 2 maja 2012

People don't change



Wróciłam z lasu brudna i spocona. Dawno z taką rozkoszą nie brałam prysznica. Człowiek docenia te zdobycze cywilizacji, kiedy pobędzie trzy dni bez dostępu do łazienki... Było radośnie z tą naszą warszawską młodzieżą. Przypomniały się szalone czasy sprzed 10 lat, kiedy jeździliśmy na kolonie do Zatonia i graliśmy w zdobywanie flagi w lesie, brudząc się popiołem w celu maskowania; owczy pęd chłopców do bardziej rozchwytywanych koleżanek i tego typu nastoletnie klimaty. W ogóle to strasznie dużo retrospekcji uprawiam ostatnio. Czyżbym się starzała?

Odszukuję we wcześniejszych doświadczeniach pewne prawidła oraz przy okazji odkryłam przerażającą prawdę: LUDZIE SIĘ NIE ZMIENIAJĄ. Co z tego wynika?
Jeśli ktoś jest z natury lovelasem, to nim pozostaje i żadne pobożne życzenia "jak się zakocha, to się zmieni" nie działają. Wniosek: Olej go, niech szuka innej naiwnej.
Jeśli ktoś jest uparty i nieprzystępny, może wprawdzie nabrać trochę ogłady, ale jak już teraz ci to nie odpowiada, to nie licz, że za 10 lat stanie się czarującym dżentelmenem, bo tak sobie założyłaś w swoim harmonogramie oswajania. Wniosek: Weź się za jego sympatycznego brata/kumpla/kuzyna :P
Jeśli znosisz kogoś na słowo honoru, bo sobie obiecałaś, że w ten sposób będziesz szlifować swoją miłość bliźniego, nie licz, że wskutek twoich umartwiań stanie się on kimś innym, niż jest. Wniosek: przestań uprawiać tę masochistyczną pokutę i poszukaj kogoś normalnego.

Mnie też się to tyczy... Człowiek zmienia wprawdzie poglądy na różne sprawy, ale w środku pozostaje taki, jaki był. Może tylko lepiej potrafi nad pewnymi rzeczami panować...
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy dzień.