piątek, 30 stycznia 2015

środa, 28 stycznia 2015

ZUS w Pruszkowie - ruch po zdrowie!



Wczoraj miałam nieoczekiwaną przygodę. Miałam coś do załatwienia najpierw w gminie w Regułach, potem w ZUSie w Pruszkowie i wydało mi się to na tyle blisko, że nie chciało mi się czekać na kolejkę i pojechałam rowerem. Bardzo dobrze się jechało bocznymi drogami, z Michałowic do Pruszkowa jest jakieś 8 km w jedną stronę, jadąc spokojnym tempem nie jest to daleko, a przy tym ruch na świeżym powietrzu to czysta przyjemność. Jedynie momentami jest tam bardzo wąskie pobocze. Byłam już jakiś kilometr od domu i chciałam skręcić w lewo na ścieżkę rowerową, rozejrzałam się, zasygnalizowałam skręt i kiedy przejeżdżałam przez drogę, zobaczyłam kątem oka, że za mną jedzie duży samochód i wcale nie zwalnia... Stuknął mnie w tylne koło, na szczęście więcej nie sięgnął. Wylądowałam na drugiej stronie drogi. Samochód prowadziła kobieta, była nieźle przerażona, zwymyślała mnie, czemu tak szybko skręciłam, potem przeprosiła i pojechała dalej. Mi się nic nie stało, nawet się nie zadrasnęłam, gorzej się poturbowałam dwa miesiące temu, kiedy była szklanka. Tylko tylne koło było scentrowane i resztę drogi musiałam prowadzić rower. Wiem, co pomyślicie: mogłabyś sobie dać spokój z jeżdżeniem na rowerze w zimie :P ale równie dobrze mogłoby się to wydarzyć w lecie na tej samej drodze. Na razie i tak koło musi być naprawione, więc za szybko na nim nie pojeżdżę. Znalazłam dzisiaj serwis rowerowy niedaleko Opaczy, jutro zaniosę tam koło do nacentrowania. 
Byłam roztrzęsiona po tym wszystkim, szłam z tym rowerem i płakałam, bo właściwie nie wiedziałam, jak to się stało: czy faktycznie ja za szybko skręciłam po zasygnalizowaniu, może powinnam była poczekać i przepuścić samochód, czy zawiniła kobieta, bo widziała, że chcę skręcić i nie zwolniła, tylko jechała prosto na mnie. Ola mówi, że zawsze jest wina tego z tyłu, bo trzeba zachować odległość, ale starałam się zrozumieć też tamtą kobietę i jak zawsze w takich momentach było mi głupio, że sprawiłam komuś kłopot. Pewnie długo się nie dowiem, jak to się stało. Z tego wszystkiego dobre jest to, że jestem cała i zdrowa i że znowu Pan Bóg uratował mi życie. 

niedziela, 25 stycznia 2015

25 lat ZHA Pathfinder w Polsce



Kolejna relacja na blogu, tym razem z wielkiego jubileuszu Pathfinder w Warszawie.
Zjazd jubileuszowy przebiegł bardzo dobrze, chociaż po tygodniu rozmaitych wrażeń aż tak bardzo go nie przeżyłam. Mieliśmy nasze jedyne zadanie: granie i śpiewanie i udało się je zrealizować w miarę dobrze. Na samym początku, kiedy graliśmy hymn zjazdu, "Tylko w Jezusie", przed kulminacyjną zwrotką wysiadł prąd na sali, prawie jak na koncercie All4Him na campie ;) chłopaki szybko poprzepinali kable i potem nie było już takich historii. Hymn przyjął się bardzo dobrze i pasował do tematyki zjazdu.






Powstań i walcz, jak się da!



Bardzo miło wyszedł wieczór wspomnień w piątek wieczorem. Ludzie spontanicznie wychodzili i opowiadali historie z obozów, zbiórek i zimowisk. Rozpoznawaliśmy ich na zdjęciach i patrzyliśmy, jak to wszystko się ciekawie zmieniało. Fajne to musiały być czasy i żałuję, że nie byłam jako dziecko pathfindersem. Teraz coraz trudniej mi już się tak bawić jak dzieci. Ciekawą historią było także, jak niektóre pary się poznawały na obozach, np. rodzice Dawida Skrzypczaka. A kiedy na koniec zaproszono na środek pathfindersów z ich rodzinami, to było mocne świadectwo, jak pozytywny wpływ wywarło to na tych ludzi.

Ogólnie bardzo dobrze oceniam też wszystkie nabożeństwa. Przebiegały bardzo sprawnie, a sobotnie nabożeństwo było pod tym względem rewelacyjnie zrobione. I chociaż w trakcie było kilka przemówień, a także filmik z Witkiem, który przekazywał pozdrowienia z Nowej Zelandii, lekcja, scenka, pieśni, to wszystko zmieściło się w ciągu 2 godzin i nikomu się nie dłużyło. Paul Tompkins mówił świetnie do młodych ludzi: miał zaledwie kwadransowe wystąpienia, a jednak w każdym była konkretna biblijna treść, apel i myśl przewodnia. Na ostatnim nabożeństwie zaapelował o decyzje chrztu, który odbędzie się na letnim obozie i widziałam kilka rąk w górze, w tym osób, które mnie pozytywnie zaskoczyły tą decyzją.





Zjazdowych atrakcji było całkiem sporo: gra miejska z wykorzystaniem komunikacji miejskiej, oczywiście dla dzieci największą frajdą była jazda metrem ;) tort, a właściwie trzy torty: z logo Adventurer, trójkąt pathfinder i flaga Polski oraz ścianka z logo pathfinder do robienia zdjęć, ręcznie malowana przez dziewczyny z warszawskiej drużyny ;) 





25 pompek na 25 lat ;)


Sobotni wieczorek na wesoło był przygotowany w formie teleturnieju "Awantura o kasę", a w niedzielę mieliśmy olimpiadę sprawności. Prowadziłam tam konkurs z wiedzy muzycznej, więc dopiero w drugiej połowie olimpiady mogłam się włączyć do dwóch dyscyplin: konkursu ortograficznego i wyszukiwania tekstów biblijnych na czas, tak, żeby się pobawić, nie traktowałam tego jakoś bardzo na serio. A jednak w konkursie ortograficznym nie miałam ani jednego błędu, więc w kategorii +18 miałam pierwsze miejsce. Jakoś mnie to nie zdziwiło, jak chodziłam do szkoły, wygrywałam takie konkursy za każdym razem ;) W konkursie wyszukiwania tekstów na czas (około kilkunastu tekstów) dokonałam tego w rekordowym czasie 1:19 i miałam najlepszy czas ze wszystkich uczestników. W kategoriach do lat 16 był chłopak, który miał czas 1:58, a osobna kategoria była dla grupy ukraińskiej, którzy też byli na naszym zjeździe i zwycięzca z tej grupy świetnie sobie radził z naszą polską Biblią :)

Szlachta nie pracuje. Szlachta pozuje.
Mniejsza o tytuł, liczy się sława, a tu lajki się zgadzajo ;P


Więcej zdjęć ze zjazdu na:

Za rok zjazd drużyn w Poznaniu ;)

czwartek, 22 stycznia 2015

Mind the gap. Londyn, dzień 2

Pobudka o 6 rano, żeby jak najszybciej dojechać i jak najwięcej zobaczyć. Podróż zatłoczonym metrem z rana to najlepsza integracja z klimatem tego wielkiego miasta. Oczywiście nie mogło zabraknąć tam Polaków i ich typowych rozmów. To niezwykłe zjawisko, że człowiek niewiele się zmienia, nawet gdy się przeprowadzi. Jeśli klnie, to w obcym mieście będzie klął jeszcze bardziej, bo myśli, że nikt go nie rozumie; jeśli narzeka, to nawet w miejscu, gdzie jest mu lepiej, niż dotychczas, i tak znajdzie powód do narzekania. Na koniec wspólnej przejażdżki jeden z panów wygłosił kwestię, która rozbawiła nas do reszty: "Muszę kupić sobie krem nivea, bo mam suchą cerę." ;)


Wysiadłyśmy na stacji Tower Hill i udałyśmy się do Tower of London. Zazwyczaj są tu tłumy turystów, ale środa o 8 rano to zdecydowanie nie pora dla nich ;) miałyśmy zatem widok na Tower Bridge tylko dla siebie. 


London City - miejsce, gdzie narodził się pierwotny Londyn, otoczony rzymskimi murami. Obecnie stanowi główne centrum finansowe Wielkiej Brytanii. Nie ma tam osiedli mieszkalnych, prawie wyłącznie biurowce i oczywiście stare budowle. Po drugiej stronie widać okrągłą City Hall. 


Tower Bridge jest mostem zwodzonym. Mogą pod nim przepływać większe statki. Nie zobaczyłyśmy tym razem, jak się podnosi, ale na środku jest rzeczywiście przerwa. Mind the gap, powtarzane nieustannie w metrze, pasowało i tym razem ;)


Po drodze minęłyśmy teatr The Globe, replikę oryginalnego szekspirowskiego budynku, gdzie od maja do września grane są przedstawienia pod gołym niebem.


Idąc wzdłuż Tamizy tzw. The Queen's Walk, trasa przebiega urokliwymi uliczkami, w których panuje jeszcze klimat sprzed dwustu lat. Są tam tawerny, doki, budynek dawnego więzienia i wiele innych miejsc. W jednym z doków stoi replika okrętu sir Francisa Drake'a, królewskiego korsarza, który odbył wyprawę dookoła świata. 
Kolejny most prowadzi w prostej linii do katedry św. Pawła. Zboczyłyśmy na chwilę z południowego brzegu, żeby przyjrzeć się jej z bliska.



Po drugiej stronie zobaczyłyśmy koszmarny budynek z ogromnym ceglanym kominem. Zachodziłam w głowę, kto mógł wpaść na pomysł, by zbudować coś tak szpetnego w takiej okolicy, ale papierowy przewodnik podpowiedział mi, że to Tate Modern z charakterystycznym kominem dawnej elektrowni Bankside, w której urządzono galerię awangardowych dzieł zagranicznych twórców. Ok, jeśli to jest sztuka, to się nie sprzeczam, o gustach się nie dyskutuje.



O 10.00 zmarzłyśmy już trochę i zrobiłyśmy sobie przerwę na gorącą czekoladę w Caffe Nero w Oxo Tower. O tej porze grała tam przyjemnie muzyka klasyczna. 


Coraz bliżej było już do London Eye i Parlamentu, więc zdjęcia zintensyfikowały się. Strasznie podoba mi się architektura Parlamentu, głównie te misterne zdobienia wokół okien.








Okrążyłyśmy Houses of Parliament i dotarłyśmy do opactwa Westminster. To kolejna piękna budowla. Zamierzałyśmy obejrzeć ją z balkonu kościoła metodystycznego naprzeciwko, ale nie udało się nam wejść do środka. Pozostało nam jedynie robienie zdjęć z perspektywy budki telefonicznej, bo tylko tak można było ująć katedrę w całości.


Maluch - symbol PRL.

Idąc dalej obejrzałyśmy Horse Guards Parade, czyli komendą główną sił zbrojnych, a potem skręciłyśmy do parku St James. W styczniu żaden park nie wygląda za pięknie, ale mimo wszystko było tam sympatycznie. Mieszka tam wiele ptaków wodnych, w tym pelikany. A tuż przy ulicy stoi taki oto domek :)

Madness

No i wreszcie Buckingham Palace. Dookoła stoją bramy z podpisami dawnych angielskich kolonii. Tutaj brama Australii :)




Od pomnika Wiktorii odchodzi szeroka arteria The Mall. Nad nią krążą co chwilę śmigłowce. Idąc wzdłuż The Mall dotarło do mnie, jak potężne było to państwo w czasach, kiedy monarchia miała funkcję nie tylko reprezentacyjną. Nasz Trakt Królewski w Warszawie nie robi takiego wrażenia, jak ten o czerwonej barwie. Po drodze mijałyśmy wspaniałe pałace i pomniki z różnych epok. Na końcu był Łuk Admiralicji i niebawem znalazłyśmy się na Trafalgar Square.


Trafalgar Square - jak skromnie wygląda przy tym nasza kolumna Zygmunta...

Na Trafalgar Square stoją na cztery cokoły, jeden z nich jest to cokół z wystawą tymczasową, która zmienia się co kilka miesięcy. Rozumiem lwy i jeźdźców, ta jednak wydaje się być jakimś awangardowym dziwadłem. Co ma wspólnego z Anglią niebieski kogut, który jest symbolem Francji?


Wstąpiłyśmy na dłuższą chwilę do National Gallery. Można tu zobaczyć dzieła takich artystów, jak Gainsborough, Rembrandt, Rubens, El Greco czy Van Gogh. Wstęp wolny, a do niemal wszystkich obrazów można podejść i obejrzeć je z bardzo bliska.
Kilka ulic dalej i znaleźliśmy się w Covent Garden, dawnym targu kwiatowo-owocowo-warzywnym, obecnie pasażu handlowym. Na dole występują rozmaici uliczni artyści. Tym razem grał świetny kwartet smyczkowy i występowała kobieta z ariami operowymi. Stanęłam jak zaczarowana, słysząc muzykę na żywo. Zatrzymaliśmy się tam też na chwilę, żeby coś zjeść w burgerowni, gdzie znowu się okazało, że Londyn to jednak polskie miasto ;)


Do ostatniego miejsca naszej wycieczki dojechaliśmy metrem. Już pierwszy rzut oka nie pozostawia wątpliwości, jakiego bohatera tu spotkamy. Metro w Londynie wygląda zdecydowanie gorzej, niż w Warszawie, chociaż z drugiej strony co za sztuka utrzymać w porządku jedną linię :P


Na Baker Street 221b mieści się muzeum Sherlocka Holmesa. W środku jest także sklep z pamiątkami, książkami, czapkami Sherlocka i kapeluszami doktora Watsona. Opowiadań o Sherlocku przeczytałam całkiem sporo i obejrzałam dwa ostatnie filmy o jego przygodach.


Po sąsiedzku można zajrzeć także do sklepu Beatlesów. Tutaj także koszulki, torby, przypinki, płyty i zdjęcia tych legendarnych chłopaków. Zdjęcie z dedykacją dla Kamila, fana Beatlesów :)


Easy Bus w stronę lotniska wyrusza z sąsiedniej ulicy, Gloucester. Znowu przeżyłyśmy dreszcz napięcia, czy zdążymy na czas. Jednak pomimo pory korków bus dojechał z zaledwie kilkuminutowym opóźnieniem na lotnisko. Przebrnęłyśmy szczęśliwie przez kontrolę i poleciałyśmy do domu. Następnym razem koniecznie musimy zobaczyć British Museum i wziąć trochę więcej funtów na galerię figur woskowych. Udało się w jeden dzień oblecieć miasto, ale zostało jeszcze kilka ciekawych zakątków, dla których warto tam wrócić :)

Mind the gap. Londyn, dzień 1

Po półtorej tygodniu pracy od 6 stycznia w województwie mazowieckim nastały znowu ferie. Rozwiązanie fatalne, bo wolnego na święta było aż nadto i wiadomo, że z ferii niewiele osób skorzysta, bo wykorzystali urlopy wcześniej. Ale skoro mamy ferie, to trzeba z nich skorzystać :)
Już kilka miesięcy wcześniej kupiłam bilety lotnicze do Londynu na 20 stycznia, powrót zaplanowałyśmy następnego dnia wieczorem. Trochę krótki okres, jak na porządne zwiedzanie, ale w środku tygodnia ciężko znaleźć więcej czasu, zwłaszcza osobom pracującym w normalnym wymiarze godzin, jak Karolina i Ola. Dzięki temu jednak mogłyśmy zapakować się w plecak i wygodnie chodzić z nim po mieście.
Najtańsze połączenie do Londynu to Ryanair, za bilet w jedna stronę zapłaciłam około 85 zł. Jedynym mankamentem tego rozwiązania jest to, że lot jest z Modlina na Stansted, oba te lotniska znajdują sie poza miastem i trzeba wydać jeszcze 50 zł, żeby do nich dojechać. Do Modlina najlepiej dojechać Kolejami Mazowieckimi KM9, stamtąd ze stacji PKP odjeżdża dwa razy na godzinę bus, który w niecałe 10 minut dojeżdża do lotniska. Bilet lotniskowy kosztuje 17 zł i jest ważny na wszystkie linie kolejowe w obrębie Warszawy. Są tez busy z centrum, ale jeśli nie zarezerwuje się ich dużo wcześniej, to wychodzą dwa razy drożej. Na Stansted jest do wyboru kilka busów, mi Marek polecił ostatnio Easy Bus, ktory ma bilety nawet za 2 funty, też trzeba  rezerwować wcześniej. Ja zamarudzilam 3 tygodnie i zapłaciłam po 4,5 funta :( Easy Bus to dosyć egzotyczna linia. Kierowcy mówią niemal łamanym angielskim, ale mozna sie z nimi nieźle dogadać, nawet jeśli zapomniało się wydrukować biletu ze strony ;) kierowca dał mi swój telefon, połączył ze stroną, pobrał bilet w PDF i wpuścił nas do środka. 
Lotnisko Modlin jest nieduże, na terminalu nie ma zbyt wielu sklepów, wiec dłuższe oczekiwanie może byc nieco monotonne. Na Stansted strefa wolnocłowa to długi labirynt, ktory zazwyczaj utrudnia szybkie przemieszczenie się do odpowiedniej bramki. Jeszcze nie zdarzyło mi sie włóczyć po Stansted. Do tej pory przebiegalam, zeby zdążyć. 
Po spokojnym locie Easy Bus, mknąc jak wiatr, zawiózł nas na Baker Street. Przyjechaliśmy kilka minut przed czasem, ale Karolina już była i czekała na nas. Według czasu londyńskiego była dopiero 19.30, zatem spokojnie przed nami było kilka godzin na zwiedzanie miasta nocą :) Na poniższej mapie zaznaczyłam naszą trasę wycieczki. Mam hopla na punkcie planów i map. Lubię wiedzieć, gdzie właśnie jestem i zapamiętywać trasę, którą szłam. Nie mogę powiedzieć, czy tak dokładnie przebiegała,  być może po niektórych ulicach przechodziłyśmy kilkakrotnie, ale zaznaczone punkty na pewno odwiedziłyśmy.

Idąc wzdłuż Baker Street w kierunku południowym aż do końca, dotarłyśmy do Oxford Street. To ulica pełna ekskluzywnych sklepów i oczywiście ludzi różnych kultur. Wśród nich był sklep Disneya :) kusiło nas, żeby wejść, ale spieszyło się nam do dalszych atrakcji. Stamtąd skręciłyśmy w stronę Picadilly Circus, do którego prowadzi Regent Street, wyróżniająca się elegancką architekturą. Picadilly Circus ze swoją półokrągłą ścianą z bilboardami przypominającymi te w Nowym Jorku jakoś nie bardzo do niej pasowała. Ale gdzieś trzeba było rozpocząć cykanie fotek i tak pomimo kiepskiego światła zrobiłyśmy nasze pierwsze londyńskie selfie ;)




W pobliżu Picadilly Circus można znaleźć restaurację Jamiego Olivera. Idąc dalej, obok Leicester Square, czuć z daleka zapach czekolady i po chwili widać wielki, kolorowy budynek. To M&M's World, wielopoziomowy sklep z wszelkimi akcesoriami M&M's: zabawki, koszulki, poduszki, wielkie figury... No i oczywiście czekoladowa ściana ze wszystkimi smakami M&M'sów. Raj dla dzieci, ale i apetyczne miejsce dla dorosłych :) zrobiłyśmy tam jedno zdjęcie, ale znalazłam obszerną relację fotograficzną na blogu Rodzinne Podróże


Chwilę później wkroczyłyśmy do Chinatown w Soho. Bardzo egzotyczna dzielnica, wypełniona małymi knajpami z azjatyckim jedzeniem, nad ulicą wiszą chińskie lampiony i przechodzi się przez chińskie bramy. Gdybyśmy przyjechały na przełomie stycznia i lutego, załapałybyśmy się na wielkie święto chińskiego Nowego Roku. 



West End to miejsce, które stało się konkurencją dla Broadway. Tutaj wystawiono słynne musicale "Jesus Christ Superstar", "Koty", "Upiór w operze" i "Les Miserables". Musicale są bardzo popularne w Londynie. Musicalowe plakaty zdobią gęsto ściany metra na równi z plakatami filmowymi. 


Tego dnia był to koniec naszego zwiedzania. Pojechałyśmy z Karoliną metrem do Northolt. Spałyśmy w tradycyjnym angielskim domu, gdzie nad drzwiami wejściowymi znajdował się obrazek wykonany haftem krzyżykowym z napisem "Bless our home" :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Grand Budapest Hotel



Zbliżają się Oscary 2015. Tym razem chciałabym chociaż zobaczyć kandydatów, więc dzisiaj padło na "Grand Budapest Hotel",  który został nominowany do Oscara. Właściwie nie wróżę mu wygranej, ponieważ tendencja ostatnich lat pokazuje, że zwycięzcami są poruszające dokumenty, a GBH do takich nie należy, ale kto wie, może zwycięży co innego? To widowiskowa komedia dopracowana w każdym wizualnym szczególe. Z prawdziwą przyjemnością ogląda się cukierkowy hotel oraz cały jego przepych. Film jest pełen ujęć niczym ze starej fotografii, gdzie pozowano godzinami, jak choćby ta poniżej.

















Chociaż fabuła nie jest szczytem finezji kina akcji, to jednak trzyma w napięciu do samego końca, a jednocześnie co rusz napięcie jest łagodzone scenami komediowymi. 
Niewątpliwym atutem filmu jest także muzyka Various Artists – The Grand Budapest Hotel (Original Soundtrack , z brzmieniami charakterystycznymi dla krajów Europy Wschodniej od Węgier po Polskę czy Austrię oraz Rosję. Mieszanka ta nie jest chaotyczna, ale doskonale ilustruje akcję. 
Całkiem luźne skojarzenie z tytułem przyniosła mi poniższa piosenka. Fajny klimat, lekki i jednocześnie dobrze brzmiący kawałek.



No to jak, jedziemy do Budapesztu? ;) raz byłam, ale niczego nie zwiedziłam, może trzeba się wybrać jeszcze raz :)