Przejdź do głównej zawartości

Mind the gap. Londyn, dzień 1

Po półtorej tygodniu pracy od 6 stycznia w województwie mazowieckim nastały znowu ferie. Rozwiązanie fatalne, bo wolnego na święta było aż nadto i wiadomo, że z ferii niewiele osób skorzysta, bo wykorzystali urlopy wcześniej. Ale skoro mamy ferie, to trzeba z nich skorzystać :)
Już kilka miesięcy wcześniej kupiłam bilety lotnicze do Londynu na 20 stycznia, powrót zaplanowałyśmy następnego dnia wieczorem. Trochę krótki okres, jak na porządne zwiedzanie, ale w środku tygodnia ciężko znaleźć więcej czasu, zwłaszcza osobom pracującym w normalnym wymiarze godzin, jak Karolina i Ola. Dzięki temu jednak mogłyśmy zapakować się w plecak i wygodnie chodzić z nim po mieście.
Najtańsze połączenie do Londynu to Ryanair, za bilet w jedna stronę zapłaciłam około 85 zł. Jedynym mankamentem tego rozwiązania jest to, że lot jest z Modlina na Stansted, oba te lotniska znajdują sie poza miastem i trzeba wydać jeszcze 50 zł, żeby do nich dojechać. Do Modlina najlepiej dojechać Kolejami Mazowieckimi KM9, stamtąd ze stacji PKP odjeżdża dwa razy na godzinę bus, który w niecałe 10 minut dojeżdża do lotniska. Bilet lotniskowy kosztuje 17 zł i jest ważny na wszystkie linie kolejowe w obrębie Warszawy. Są tez busy z centrum, ale jeśli nie zarezerwuje się ich dużo wcześniej, to wychodzą dwa razy drożej. Na Stansted jest do wyboru kilka busów, mi Marek polecił ostatnio Easy Bus, ktory ma bilety nawet za 2 funty, też trzeba  rezerwować wcześniej. Ja zamarudzilam 3 tygodnie i zapłaciłam po 4,5 funta :( Easy Bus to dosyć egzotyczna linia. Kierowcy mówią niemal łamanym angielskim, ale mozna sie z nimi nieźle dogadać, nawet jeśli zapomniało się wydrukować biletu ze strony ;) kierowca dał mi swój telefon, połączył ze stroną, pobrał bilet w PDF i wpuścił nas do środka. 
Lotnisko Modlin jest nieduże, na terminalu nie ma zbyt wielu sklepów, wiec dłuższe oczekiwanie może byc nieco monotonne. Na Stansted strefa wolnocłowa to długi labirynt, ktory zazwyczaj utrudnia szybkie przemieszczenie się do odpowiedniej bramki. Jeszcze nie zdarzyło mi sie włóczyć po Stansted. Do tej pory przebiegalam, zeby zdążyć. 
Po spokojnym locie Easy Bus, mknąc jak wiatr, zawiózł nas na Baker Street. Przyjechaliśmy kilka minut przed czasem, ale Karolina już była i czekała na nas. Według czasu londyńskiego była dopiero 19.30, zatem spokojnie przed nami było kilka godzin na zwiedzanie miasta nocą :) Na poniższej mapie zaznaczyłam naszą trasę wycieczki. Mam hopla na punkcie planów i map. Lubię wiedzieć, gdzie właśnie jestem i zapamiętywać trasę, którą szłam. Nie mogę powiedzieć, czy tak dokładnie przebiegała,  być może po niektórych ulicach przechodziłyśmy kilkakrotnie, ale zaznaczone punkty na pewno odwiedziłyśmy.

Idąc wzdłuż Baker Street w kierunku południowym aż do końca, dotarłyśmy do Oxford Street. To ulica pełna ekskluzywnych sklepów i oczywiście ludzi różnych kultur. Wśród nich był sklep Disneya :) kusiło nas, żeby wejść, ale spieszyło się nam do dalszych atrakcji. Stamtąd skręciłyśmy w stronę Picadilly Circus, do którego prowadzi Regent Street, wyróżniająca się elegancką architekturą. Picadilly Circus ze swoją półokrągłą ścianą z bilboardami przypominającymi te w Nowym Jorku jakoś nie bardzo do niej pasowała. Ale gdzieś trzeba było rozpocząć cykanie fotek i tak pomimo kiepskiego światła zrobiłyśmy nasze pierwsze londyńskie selfie ;)




W pobliżu Picadilly Circus można znaleźć restaurację Jamiego Olivera. Idąc dalej, obok Leicester Square, czuć z daleka zapach czekolady i po chwili widać wielki, kolorowy budynek. To M&M's World, wielopoziomowy sklep z wszelkimi akcesoriami M&M's: zabawki, koszulki, poduszki, wielkie figury... No i oczywiście czekoladowa ściana ze wszystkimi smakami M&M'sów. Raj dla dzieci, ale i apetyczne miejsce dla dorosłych :) zrobiłyśmy tam jedno zdjęcie, ale znalazłam obszerną relację fotograficzną na blogu Rodzinne Podróże


Chwilę później wkroczyłyśmy do Chinatown w Soho. Bardzo egzotyczna dzielnica, wypełniona małymi knajpami z azjatyckim jedzeniem, nad ulicą wiszą chińskie lampiony i przechodzi się przez chińskie bramy. Gdybyśmy przyjechały na przełomie stycznia i lutego, załapałybyśmy się na wielkie święto chińskiego Nowego Roku. 



West End to miejsce, które stało się konkurencją dla Broadway. Tutaj wystawiono słynne musicale "Jesus Christ Superstar", "Koty", "Upiór w operze" i "Les Miserables". Musicale są bardzo popularne w Londynie. Musicalowe plakaty zdobią gęsto ściany metra na równi z plakatami filmowymi. 


Tego dnia był to koniec naszego zwiedzania. Pojechałyśmy z Karoliną metrem do Northolt. Spałyśmy w tradycyjnym angielskim domu, gdzie nad drzwiami wejściowymi znajdował się obrazek wykonany haftem krzyżykowym z napisem "Bless our home" :)

Komentarze