poniedziałek, 29 marca 2010

Dzisiaj nie.



Od jutra będę smutny, od jutra.
Dzisiaj jednak będę szczęśliwy.
Do czego służy smutek, do czego?
Dlatego, że wieje nieprzychylny wiatr?
Dlaczego mam się dzisiaj martwić o jutro?
Może jutro wszystko będzie jasne
Może jutro zabłyśnie już słońce.
I nie będzie żadnego powodu do smutku.
Od jutra będę smutny, od jutra.
Ale dzisiaj będę szczęśliwy.
I powiem do każdego smutnego dnia:
Od jutra będę smutny.

Dzisiaj nie.

Wiersz znaleziony w getcie w 1941r.

***

Strasznie mnie cieszy ta wiosna :D i chociaż trochę się ochłodziło ostatnio i trudno wyczaić, jaka pogoda będzie za parę godzin, to jest wreszcie słońce :) chce się żyć :)
Cieszy mnie także to, że dostałam wolne z pracy od czwartku i będę mogła pojechać na próbę przed festiwalem :D
Dobrze jest być Kiką dzisiaj i zawsze, niezależnie, jak jest :D
Pozdrawiam serdecznie :)

piątek, 26 marca 2010

Pasja miłości - historia o miłości, która odważyła się cierpieć.




Nowa rodzę się
Beata Bednarz&Monika Kuszyńska

Podniosłeś mnie,
gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie,
ciepłym płaszczem miłości swej.

Znalazłam Cię,
w natchnionych oczach dzieci Twych,
i stało się.
Pokochałam z całych swoich sił.

Ref:
Ufam słowom Twym Ufam Ci
Pragnę Twoją być Twoją być
Wprost ze źródła pić miłości Twej
Nowa rodzę się.
Kwitnie znów nadzieja,
serce me przepełnia
zobacz, jak się zmieniam
to z Twoich rąk płynie taka moc.

Wybrałam Cię,
wiem którą drogą pragnę iść
odkrywać chcę
wciąż na nowo
Ciebie uczyć się.

Jak dobrze jest Dobrze jest
Wolnym od lęku budzić się,
i wiedzieć, że
ból odejdzie, spokój w sobie mieć

Kwitnie znów nadzieja,
serce me, przepełnia
zobacz, jak się zmienia
to z Twoich rąk płynie taka moc.
Ufam słowom Twym Ufam Ci
Pragnę Twoją być Twoją być
Wprost ze źródła pić miłości Twej
Nowa dziś w Tobie rodzę się.

Dziękuję Ci
za Twoją łaskę,
za miłość
nadzieję
Dzięki Ci
Dzięki Ci.

***
Wczorajszy wieczór był jednym ze szczególnych dla mnie wydarzeń muzycznych, bo nie tylko były to wrażenia artystyczne, ale przede wszystkim duchowe. Kościół Saletynów w Rzeszowie wypełnił się protestanckimi pieśniami wykonywanymi przez Beatę Bednarz.
Zaśpiewała ona wszystkie utwory z nowej płyty z 2009 roku pt. "Pasja miłości", wypełniając całość słowem o pochodzeniu niektórych utworów, a także dzieląc się swoimi doświadczeniami z Bogiem.



Na koncert wybrałam się z Olą, jej koleżanką Sylwią i Justyną. Usłyszeliśmy głosy modlitw spod Ściany Płaczu i oryginalny izraelski instrument Oud w pieśni "Ludu mój, ludu", pełnej cierpienia skardze Boga.
Usłyszałam zupełnie nowe dla mnie słowa znanych mi pieśni, jak choćby "Stary krzyż":

O, jak kocham ten szorstki krzyż,
na nim Pan moc piekielną zmógł,
Wszystko składam u jego nóg,
by się we mnie uwielbił Bóg.


I z prawdziwą radością wysłuchałam słów mówiących o jedynej drodze do zbawienia, jaką jest Jezus Chrystus, wyznanie prawdy o usprawiedliwieniu dzięki ofierze Chrystusa.
Poruszającym momentem dla mnie była historia wypadku Moniki Kuszyńskiej, byłej wokalistyki Varius Manx, z którą Beata nagrała ostatni utwór na płycie "Nowa rodzę się". Tekst piosenki to opowiedziane słowami Moniki doświadczenie z Bogiem.



I na koniec dowiedziałam się, kto razem z TGD wykonuje "W cieniu Twoich rąk" ;)
Porobiłam też parę amatorskich zdjęć moim aparatem z telefonu, ale nie wyszły za ciekawe, bo musiałam robić bez lampy :(
Przy wyjściu nabyłam także płytę razem z podpisem Beaty Bednarz. I przemiłym spacerkiem z Olą i Sylwią zakończyłyśmy ten wieczór :)
Czekam na TGD :)

środa, 24 marca 2010

Iść, ciągle iść w stronę słońca... :D





Iść w stronę słońca
2+1

Iść, ciągle iść w stronę słońca
W stronę słońca aż po horyzontu kres
iść ciągle iść tak bez końca
Witać jeden przebudzony właśnie dzień
Wciąż witać go, jak nadziei dobry znak
Z ufnością tą, z jaką pierwszą jasność odśpiewuje ptak

Iść ciągle być w tej podróży
Którą ludzie prozaicznie życiem zwą
Iść, ciągle iść jak najdłużej
Za plecami mieć nadciągającą noc
Z najprostszych słów swój poranny składać wiersz
W kolorach dwóch raz zobaczyć to co niewidzialne jest

Iść, ciągle iść, trafiać celnie
W zawianej piaskiem trawy ślad
Być sobą być niepodzielnie
Oczami dziecka mierzyć świat
Iść, ciągle iść w stronę słońca
W stronę słońca aż po horyzontu kres

***
Jakie miłe niespodzianki spotykają człowieka w szkole ;) jak już wymarzłam się przez 8 h w pracy, opatulona w cienki płaszczyk (ach, chciałam tak wiosennie, kolorowo wyglądać, a tu na polu cieplej niż w budynku:P)pijąc herbatkę i ślęcząc nad zagadnieniami ze średniowiecza (ambitnie sobie postanowiłam, że zrobię ze 3 zagadnienia, a zrobiłam 5 ;) na koniec dnia dostałam wiadomość, że nie ma dzisiaj lekcji ;) no to wyciągnęłam Beatkę, a ona mnie na spacer nad Wisłok ;) ludzi oczywiście co niemiara, równie tyle zwierząt i dzieci, widać wszyscy spragnieni słońca, nie tylko my. Miło było złazić nogi, i tak całymi dniami siedzimy ;)
Lubię chodzić i gadać albo słuchać czyjegoś gadania ;) Taka filozoficzna refleksja mi się nasunęła, że jak się chodzi, to można do czegoś dojść ;)

Oczywiście zwieńczeniem tego dnia (jakżeby inaczej ;) było podziwianie siatkarzy Resovii na treningu na hali Podpromie ;) dzięki mojemu mistrzowi - Beatce - dowiedziałam się tego dnia o naszej siatkówce więcej, niż byłam w stanie spamiętać ;) może tylko tyle, że Resovia w latach 70. była czterokrotnym mistrzem Polski, a rok temu zdobyła tytuł wicemistrza :) a 18-letni gracz Mateusz Mika jest powołany do reprezentacji Polski :) no i zobaczyłam tych młodych, wysokich, przystojnych chłopców, który dzielnie zasuwali od linii do linii (aż mi się treningi z siatki w liceum przypomniały :P), a później rąbali w piłki ile sił ;)
Więcej o naszych rzeszowskich siatkarzach można poczytać:
http://www.assecoresovia.pl/
Więcej wiedzy nie jestem w stanie wytoczyć ze zmęczonego mózgu, dodatkowo obciążonego myśleniem po niemiecku w godzinach wieczornych (korki:P)
I tym siatkarskim akcentem, uwydatnionym dodatkowo na zdjęciu powyżej, żegnam was na dzisiaj :)
:)
:)

poniedziałek, 22 marca 2010

Być, nie mieć.



Mieć czy być
Myslovitz

Strach przed lataniem i głód doświadczeń.
Wstyd przed mówieniem sobie "nie wiem".
Ogromna siła wyobrażeń,
To nie przypadek, że jesteśmy razem.

Już teraz wiem,
Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz.
Wszystko trwa, sam dobrze wiesz,
Że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być
codziennym zdumieniem...


Kolejna strona: mieć czy być?
Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?
W rzeczywistości ciągłej sprzedaży,
Gdzie "być" przestaje cokolwiek znaczyć.

Już teraz wiem,
Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz.
Wszystko trwa, sam dobrze wiesz,
Że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być
codziennym zdumieniem...


Już teraz wiem...

Już teraz wiem...

***

Znalezione przypadkowo po drodze moich egzystencjalnych rozważań. Ale straszliwie adekwatna. Bo czasem tak dopada i człowiek zastanawia się nad życiem trochę głębiej, niż tylko robienie bilansu zysków i strat. I wtedy dochodzi, dlaczego zyskał lub stracił...
Nie chcę MIEĆ. Nie chcę ciągle za czymś gonić, rekompensować we snach tego, czego nie udało się zdobyć, ciągle zmieniać image, żeby osiągać cel, bo to i tak niczego nie da. Nie chcę być ciągle nieszczęśliwa, bo nie mam tego, co chciałabym mieć.
Chcę BYĆ. Chcę żyć i cieszyć się dzisiejszym dniem ze wszystkim, co przynosi. Chcę umieć rezygnować i nie walczyć o swoje za wszelką cenę. Chcę być sobą i BYĆ tym, kim Bóg chce, abym była. Dzisiaj.

niedziela, 21 marca 2010

Oprócz błękitnego nieba.



PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY !!! :D

Trafiłam idealnie na inaugurację tego dnia, bo przyjechałam na weekend do domu na wieś :) i wybrałam się na długi, prawie półtoragodzinny spacer po polach. Jak się siedzi całymi dniami w biurze, to aż się chce tak pochodzić w słońcu :)



Pierwszy przystanek: przebiśniegi. Wybiły się, jak co roku, chociaż tym razem jest ich mniej, bo trochę cebulek się zmarnowało podczas prac związanych z osuszaniem domu, ale mama znalazła inne i planuje w maju je rozsadzić. Przebiśniegi niezmiennie kojarzą mi się z Zaborowem, gdzie sąsiad miał przed domem całą polanę przebiśniegów i co roku było tam biało :)

Z okazji wiosny po raz pierwszy chodziłam bez płaszcza ;) było tak niesamowicie ciepło, a ja byłam oczywiście cieplej ubrana (jeszcze nie będąc pewna pogody), więc po pewnym czasie musiałam się poddać;)

Wiosenne dźwięki unosiły się wszędzie, chyba dwa razy słyszałam skowronka :) przypomniała mi się piosenka, której uczyłam się w pierwszej klasie podstawówki:

Pierwszy obudził się pierwiosnek,
Potem chochoły spadły z róż,
Skowronek śpiewem woła wiosnę,
żeby na pola przyszła już.

Bo zima, bo zima, każdemu obrzydła,
niech słońce jej da pstryczka w nos.
Niech wiosnę, niech wiosnę, przyniosą na skrzydłach
bociek, jaskółka, szpak i kos.




Nad rzeką też zobaczyłam ptaki :) po wodzie pływał łabędź. Trochę się bałam, bo opowiadali, że może atakować, ale ciekawość fotoreportera zwyciężyła i podeszłam jak najbliżej się dało, oczywiście uważając, żeby nie wpaść do wody, bo rzeka po śniegach mocno wezbrała...



Zafascynowały mnie małe żyjątka, chociaż pewnie dla większości nie jest to zbyt ciekawy motyw na zdjęcia ;) ale wobec tak przygnębiającego braku zieleni każdy jej przejaw jest mile widziany :)



Tu kończy się asfalt, a zaczyna blues ;)



Impresje b&w z siatką ;)





I jeszcze... Coś z naszego domu. Nowa pasja mamy :) cztery własnoręcznie przez nią namalowane obrazy :)

Galeria obrazów



Żagle... zamiłowanie z młodości :)



Mój ulubiony, bo taki klimat śródziemnomorskiego miasteczka i przemiła grafika :)



Wspomnienie Zaborowa... 14 lat życia, czyli całe dzieciństwo, które pamiętam :)



Obrazek z kalendarza :)

I jeszcze korzystając z pogody próbowałam uczyć Ronię jeździć na rowerze (to jest dopiero uparte i ambitne dziecko ;) a na koniec dnia spadł wiosenny deszcz (oby spłukał resztki śniegu ;)
Szkooda, że trzeba było wrócić do miasta... tu wiosny nie widać i całymi dniami siedzi się w murach :/
Pozdrawiam promiennie :)

piątek, 19 marca 2010

Piano phase.


Jeunes filles au piano (Girls at the Piano)
Pierre-Auguste Renoir

***

Rozmowa o poezji
Stanisław Grochowiak

Od - do Lieberta…

D z i e w c z y n a:
Czy pan ją widzi? Czy ona się śni?
Czy też nadbiega - nagła jak z pagórka?

P o e t a:
Ona wynika z brodawek ogórka…

D z i e w c z y n a:
Pan kpi.
Pan ją jedwabnie - pan ją jak motyla
Po takich złotych i okrągłych lasach…
To jest jak z Dafnis bardzo czuła chwila…

P o e t a:
Owszem. Jak ostro
Całowany tasak.

D z i e w c z y n a:
Rozumiem pana. Z wierzchu ta ironia,
A spodem czułość podpełza ku sercu…

P o e t a:
Dlaczego z pani jest taka piwonia,
Co chce zawzięcie być butelką perfum?…

***
Kolejne wydarzenie kulturalne z życia szkoły muzycznej: popis improwizacji rytmiczek. Znowu dziewczyny pokazały, że są zdolne i mają pomysły na tworzenie muzyki. I znowu grał mój ukochany fortepian w najróżniejszych tonacjach i stylach:)dziewczyny zaprezentowały miniatury fortepianowe oparte na dowolnie wybranych motywach muzycznych lub literackich.

* Wichrowe wzgórza - zawierucha, strach, niespokojne akordy

* Wojna i pokój - naśladowanie akordami maszerującego wojska, wybuchów armatnich, chaosu bitewnego szmerami, na koniec zobaczyłam opadający po bitwie kurz i propagandowo zabrzmiała melodia "Ody do radości" ;)

*Poskromienie złośnicy
- Grrrrrrrr!
-Ależ nie gniewaj się, proszę...

*Rozmowa o poezji - dialog muzyczny dwóch osób, powtarzanie charakterystycznych fragmentów, efekt "zaciętej płyty", tekst: powyżej.

*Wspomnienie - "Polskie drogi", "Noce i dnie" i "Nad Niemnem" zmieszane razem w emocjonalnej gonitwie po klawiszach. Typowe procesy skojarzeniowe.

*Improwizacja jazzująca - tytułu nie pamiętam. Ładne, choć nie wiem, w jakim właściwie stylu, dlatego napisałam "jazzująca".

*Piosenka wędrowna - chyba autorka miała upodobanie do Beethovena, bo i w preludium stosowała akordy zmniejszone, no i wstęp do improwizacji miała burzliwy, beethovenowski... ale ten środek o Cyganach skąd się tam wziął? ;P

* Za horyzontem - skład: skrzypce, altówka, flet, fortepian i werbel
Turnauowe brzmienia i rytmy :) no i zasłużony burzliwy aplauz :)))

***
Tradycyjnie już planuję się wybrać na dyplom rytmiczek 19 kwietnia :) rano zaśpiewam swój, a po południu wyluzuję w "Masce" ;)

***
Obraz u góry widnieje w kolekcji plakatów w domu. Umieściłam, bo wyjeżdżam do domu na weekend.
Pozdrawiam wszystkich was.
Na wiosnę już czas.

Bajka, która tam się kończy, gdzie zaczyna.



Dzisiaj bez tekstu, bo nie ma miejsca. Zobaczcie tutaj.

***
A miejsce było potrzebne, bo na dzisiaj mam dla was bajkę. Alegoryczną. Zwykle nie rozwiązywałam moich alegorycznych historii, bo ich klimat w alegorii właśnie tkwił, ale tym razem nie muszę ochraniać niczyich nazwisk.

***

Związki z rozsądku nie bywają zazwyczaj udane.
Ona była jeszcze dzieckiem, kiedy rodzice zadecydowali: ten. Jest szlachetny, elegancki, kulturalny, ma bogate wnętrze i przebywanie z nim sprawi, że ona rozwinie swoje zdolności. Im wcześniej zacznie, tym lepsza czeka ją przyszłość. Co tu wiele mówić, idealna partia. Taki prawdziwy arbiter elegantiarum. I jeszcze w sąsiedztwie.
Słyszała wiele o nim wcześniej i wyobrażała go sobie. Nie był duszą towarzystwa. Nie lubił przebywać w grupie, przemawiał tylko czasami ponad wielkim zgromadzeniem, ale chociaż miał naprawdę dużo ważnych myśli do powiedzenia, nie zasiadał jakoś ze wszystkimi i nie dyskutował na równej, koleżeńskiej stopie. Był indywidualistą. Czuła podziw i szacunek połączony z nabożnym strachem. Tak, to musiał być ktoś wybitny.
Rodzice uznali, że powinni się lepiej poznać. Ale chyba nie był to zbyt trafiony pomysł w tym momencie. Przynajmniej w jej mniemaniu. Onieśmielał ją. Ledwo odważyła się wybąkać parę banalnych zdań. On też jakoś nie zdradzał chęci do poważniejszej rozmowy. Myślała: "Może potem się jakoś rozkręci. Znajdą się ciekawsze tematy do rozmowy." Ale mijały kolejne tygodnie, kolejne spotkania i nic się nie zmieniło. Po roku jej samej zdania te zdały się tak płaskie, że po jakimś czasie uznała, że nie można dłużej tego ciągnąć. Nie będzie się zmuszać. Rodzice byli niepocieszeni, ale uszanowali jej decyzję.

No nic, mówi się trudno i żyje się dalej. Ale został w niej jakiś sentyment. Kiedy widziała go z daleka, czuła, że chciałaby z nim porozmawiać. Tylko nie wiedziała o czym. Mijały lata na tych zmaganiach. Znajomi widzieli, że ją ciągnie do niego i trochę jej o nim opowiadali. Była zdziwiona, kiedy się dowiadywała, że wcale nie jest taki napuszony, że potrafi się śmiać i bawić ze wszystkimi, ale tylko w gronie wypróbowanych znajomych. Nie do wiary, to jednak się da z nim normalnie rozmawiać...
Wreszcie się odważyła. Zaczęła niby banalnie, o szkole, o muzyce itp. O dziwo, odpowiedział swobodnie, jakby od dawna się znali. Nie wierzyła, że to ten sam, z którym ledwo była w stanie wytrzymać przed 10 laty. Był zupełnie inny. A może to ona wreszcie zobaczyła go takiego, jakim był?
Teraz wszystko się odmieniło. Byli trochę oddaleni od siebie czasem i przestrzenią, więc spotykali się, kiedy i gdzie tylko mogli. Ona wymykała się nieraz z lekcji, on przyjeżdżał specjalnie tam, gdzie ona się udawała. Te skradzione chwile były jak święta. Z każdym dniem coraz bardziej, coraz więcej oddawała serce. Nie wyobrażała sobie, jak mógłby istnieć ktokolwiek inny, kto byłby w stanie go zastąpić...
W końcu to, co istniało między nimi, stało się oficjalne. On oświadczył się jej i został przyjęty. Jakżeby inaczej. I tak oskarżała siebie w duchu, jak mogła zmarnować tyle lat i być taka uparta. Jak mogła ciągle postrzegać go jako napuszonego, wyobcowanego sztywniaka, z którym nie da się porozmawiać. Teraz czeka ich cudowne, wspólne życie... Przez pierwszy rok narzeczeństwa.
Kiedy ona to wspomina, powtarza tylko: cudownie, fantastycznie, niesamowicie. Chciała tak szybko nadrobić wszystko, co zaniedbała przez 12 lat, kiedy nie chciała go przyjąć. Mogli spędzać ze sobą niemal całe dnie, a kiedy się rozstawali, ciągle za sobą tęsknili. Wszystko było jasne i proste. Prawdziwe szczęście zawsze jest jasne i proste. I byłoby tak, gdyby nie wmieszała się... rodzina.
Oczywiście jego, nie jej. "Arystokratyczna" rodzina, która uznała, że ich syn jest zbyt szlachetny, zbyt elegancki, zbyt kulturalny, żeby się wiązać z dziewczyną, która nawet nie ma wykształcenia. To tylko jakiś kaprys, burza hormonów. Ale trzeba pomyśleć o przyszłości. Jak to będzie później?

Teraz było trudniej. Ona, uparta i ambitna, postanowiła, że wypełni wymogi rodziny i skończy szkołę. Czekała ją ciężka, mozolna praca. Coraz mniej czasu mieli dla siebie. Rozdzielały ich obowiązki. Teraz nawet, gdy się spotykali, coraz trudniej było się porozumieć. Ona była zmęczona i nie miała nieraz siły, żeby być tak atrakcyjna, jaki kiedyś. Nagle pojawiły się blokady, które zupełnie utrudniały kontakt. Potrafili się nieraz kłócić całymi godzinami, ona wychodziła z płaczem, on z poczuciem winy, a to niczego nie rozwiązywało. A data ślubu była coraz bliżej... W chwilach rozpaczy biła się z myślami: a może powinni się rozstać?...

Załamana, postanowiła zmienić coś w życiu. Poszła poszukać porady specjalisty. Przecież nie można ciągle się usztywniać i kłócić ze sobą. Specjalista - kobieta okazała się najlepszym fachowcem. W ciągu roku odkręciła wszystko, co się piętrzyło przez ponad 12 lat. Spokojnie, cierpliwie tłumaczyła. Rodzina widziała zmiany w relacjach między nią a nim i była zaskoczona. Patrzyli na jej postępy i nie mogli uwierzyć, jak w tak krótkim czasie mogła tyle osiągnąć.

Zbliżał się dzień ślubu... Oboje byli zdenerwowani i przeżywali wszystkie przygotowania do tej chwili. Ale czuli, że przeszli naprawdę wiele i że są tego pewni.
Wreszcie STAŁO SIĘ. Mały kościółek, niewielkie grono najbliższej rodziny i przyjaciół, skromna sukienka, skromny garnitur, trema, potknięcie panny młodej na stopniach i triumfalny marsz na końcu. I to jej jedyne w swoim rodzaju uczucie, kiedy wychodzili przy dźwiękach muzyki razem z kościoła: "To uwieńczenie wszystkiego, co przeszliśmy..."

***
Bajka się jeszcze nie skończyła. Nadal trwa, jak to w bajkach, "długo i szczęśliwie". Są razem, pracują razem, ona oczekuje dziecka, snuje najróżniejsze plany, szykuje dziecku ubranka i zabawki. Ma klasyczne humory, czasem się śmieje, czasem płacze. Mimo tego jest przekonana, że poślubiła miłość swojego życia i to na dobre i na złe.

***

A żeby was nie trzymać w niepewności, rozwiązanie poniżej.

wtorek, 16 marca 2010

Księga zabije budowlę.



Photo by Nifek

-Do licha, a czymże są te wasze księgi?
-Oto jedna z nich - rzekł archidiakon.
I otwierając okno celi wskazał palcem na ogromny kościół Marii Panny, który, odcinając się od rozgwieżdżonego nieba ogromną czarną sylwetą swoich dwu wież i potężnych boków kamiennych, wyglądał jak jakiś olbrzymi dwugłowy sfinks, co usiadł w samym środku miasta.
Archidiakon wpatrywał się przez pewien czas w gigantyczną budowlę, po czym, z westchnieniem wyciągając prawą dłoń w kierunku drukowanej księgi, co leżała otwarta na stole, a lewą w kierunku katedry, rzekł przenosząc smutne spojrzenie z kościoła na książkę:
-Biada! To zabije tamto. (...) Biada! Biada! Małe rzeczy pokonują wielkie; ząb zwycięża bryłę. Szczur z Nilu zabija krokodyla, mała ryba miecznik zabija rekina, księga zabije budowlę.

Wiktor Hugo "Katedra Marii Panny w Paryżu"


Znalazłam ciekawy rozdział w książce Wiktora Hugo. Nie jest to jedynie powieść historyczna, można tam znaleźć ciekawe obrazy i filozoficzne dysputy. Jedną z nich jest dygresja autora na temat literatury i architektury: do wynalezienia druku głównym wyrazem ludzkiej myśli była architektura. Druk powoduje jej upadek, a wywyższenie innych sztuk.
Hugo rozwija to w ten sposób, że do czasów wynalezienia druku architektura miała znaczenie nadrzędne wśród sztuk. Tworzono ogromne gmachy pełne zdobień, rzeźb, symboli. Wszystkie inne dziedziny były podporządkowane kościołowi: i rzeźba, i malarstwo, i muzyka, i poezja.
Ponadto autor przyrównuje budowle do księgi. Każda budowla, czy to menhiry i dolmeny (por. Stonehenge) od czasów starożytnych, świątynia Salomona, świątynie greckie czy indyjskie, poprzez swój kształt i usytuowanie była "wielką księgą ludzkości, głównym sposobem wyrażania się człowieka na różnych stopniach rozwoju jego siły i myśli."

Jeśli streścimy wszystko, co powiedzieliśmy tutaj dotychczas bardzo pobieżnie, opuszczając tysiące dowodów i tysiące drobnych, szczegółowych wyjątków, dochodzimy do wniosku, że do piętnastego wieku architektura była główną kroniką ludzkości, że w tym okresie każda idea nieco bardziej złożona, która się na świecie pojawiła, wyrażała się w budowli; że miała swój pomnik każda myśl ludowa, że miało swój pomnik każde prawo religii. Że nie było myśli ważnej dla ludzkości, która by nie została zapisana w kamieniu. Dlaczego? Dlatego, że każda myśl - czy religijna, czy filozoficzna, dąży do utrwalenia się; dlatego, że idea, która poruszyła jedno pokolenie, chce poruszać następne pokolenia, chce pozostawić po sobie ślad. A jakże niepewna jest nieśmiertelność rękopisu. Jakże inaczej mocną, trwałą i odporną księgą jest budowla. By unicestwić słowo napisane na papierze, dość jest jednej pochodni i jednego barbarzyńcy. By zniszczyć słowo wybudowane, trzeba rewolucji społecznej lub żywiołu.


Natomiast z wynalezieniem druku przestano dbać o monumentalne budynki. Już nie powstawały takie zabytki, jak wcześniej. Sztuki skupione wokół architektury i kościoła stają się samodzielne, "wyzwalają się, zrzucają jarzmo architekta i odchodzą, każda w swoją stronę. I każda z nich zyskuje na tym rozstaniu. Samodzielność jest źródłem wszelkiej wielkości. Ornament rzeźbiarski staje się posągiem, malowidło staje się obrazem, kanon staje się muzyką."

Z kolei takimi jakby budynkami czy pomnikami stawały się książki. Już w czasach starożytnych czy średniowiecznych utwory literackie, wg Hugo, miały cechy gmachów. "W Indiach - księgi Vyasy są przeładowane, dziwaczne, zawiłe jak pagoda. Na egipskim wschodzie poezja, jak i budownictwo, jest potężna i prosta w liniach; w antycznej Grecji jest piękna, pogodna, spokojna; w Europie chrześcijańskiej ma w sobie majestat katolicki, ludową naiwność, bogate i bujne życie okresu odnowy. Biblia podobna jest do piramid, Iliada do Partenonu, Homer do Fidiasza. W wieku trzynastym - Dante to ostatni kościół romański; w wieku szesnastym - Szekspir to ostatnia gotycka katedra."

Obecną literaturę, wciąż tworzoną przez rozmaitych twórców, przyrównał do ogromnego ula, nieukończonej budowli, metropolii powszechnej myśli.

Zaiste, jest to również budowla, która powiększa się i rośnie w nie kończące się spirale; tu również mamy pomieszanie języków, nieustanne działanie, niezmordowaną pracę, w której bierze udział cała ludzkość; jest to schronienie obiecane rozumowi na wypadek nowego potopu, na wypadek zalewu barbarzyństwa. Jest to druga Wieża Babel ludzkości.


Wprawdzie można by polemizować z tym, ponieważ Hugo był romantykiem, a ci cechowali się skłonnością do przesady czy uniesień, jednak zastanowiło mnie to o tyle, ponieważ literaturę tworzą różni ludzie i nie zawsze budowla powstała z różnych kamieni będzie konstrukcyjnie spójna. Myślę także, że Hugo zawarł tam ukryty apel do twórców, aby czuli odpowiedzialność za tworzone dzieła-budowle. Kiedy uświadamiam sobie, jak najbardziej brudne, wynaturzone zwierzenia nastolatek są publikowane i mianowane do rangi literatury, to zastanawiam się, jak długo ten budynek poistnieje...

Pozdrawiam czytelników.

poniedziałek, 15 marca 2010

Love and marriage.





Something stupid
Frank Sinatra

I know I stand in line
Until you think you have the time
To spend an evening with me
And if we go someplace to dance
I know that there’s a chance
You won’t be leaving with me

Then afterwards we drop into a quiet little place
And have a drink or two
And then I go and spoil it all
By saying something stupid
Like I love you

I can see it in your eyes
That you despise the same old lines
You heard the night before
And though it’s just a line to you
For me it’s true
And never seemed so right before

I practice every day to find some clever
lines to say
To make the meaning come through
But then I think I’ll wait until the evening
gets late
And I’m alone with you

The time is right
Your perfume fills my head
The stars get red
And oh the night’s so blue
And then I go and spoil it all
By saying something stupid
Like I love you
I love you... x2

***
Wzięło mnie na Sinatrę :) zaczęło się od jakiegoś ciągu skojarzeniowego i piosenki "Love and marriage" ze "Świata według Bundych" ;)



Lubię stare piosenki, których jeszcze nie znam. Są takie spokojne, nieagresywne, melodyjne i ciągle inspirują do współczesnych aranżacji.
A tak btw. obejrzałabym jakiś dobry film. Ściągnęłam sobie ostatnio "Miasto gniewu", które oglądałam dokładnie 5 lat temu na zjeździe w Lublinie. Z okazji tej okrągłej rocznicy może warto go sobie przypomnieć...?

Lubella - uwielbiam :))


Kolaż Oli Olesińskiej

To już piąty raz pojawiłam się na zjeździe w Lublinie, no i co tu dużo mówić - był ŚWIETNY :D

Piątek


Photo: Marta Krok

Przyjechałam busem po pracy, sama, bo Ola pojechała wcześniej. Podróż minęła niewiarygodnie szybko i bardzo przyjemnie dzięki budującej rozmowie z koleżanką i moim prywatnym wieczorze uwielbieniowym ze słuchawkami na uszach ;) ten zjazdowy mnie ominął i trafiłam akurat na kolację ;) (w tym miejscu podziękowania dla brata i Tomka Sz., którzy zorganizowali mi transport z dworca, sama po nocy bym raczej nie trafiła do kaplicy :P)
Moje pierwsze wrażenie było niezbyt przyjemne - zobaczyłam ludzi, których nie widziałam bodajże od wakacji i czułam się dość nieswojo. Nie bardzo mogłam się odnaleźć w takim tłumie ludzi. Ale chwilę potem przyszła Aga (taaak! poznałam słynną Agugę :) i zrobiłyśmy sobie z dziewczynami (Olą H., Olą O., Agą i Izą) babski pokój za szybą :) zadziwiająco szybko i zgodnie się umyłyśmy i rozpoczęłyśmy pogaduchy do poduchy ;) niezliczone wariacje na temat imienia Iza: Izi dizzy, Izis, I ZAmilknij, itd ;) podobno ogólnie szybko zrobiło się cicho i nie było tradycyjnego rozrabiania ;) ludzie się starzeją chyba :P

Sobota

Klasyczne już kolejki do łazienek i lustra... Prawie jak na campie :P
Nabożeństwo: najważniejsze dla mnie myśli opisałam w Homo viatorze ;) notowałam zachłannie, bo otrzymywałam wręcz odpowiedzi na wiele nurtujących kwestii... Jak zawsze były:
pieśni,


scenka,






modlitwy i doświadczenia.




I jak zawsze musiałam się trochę popłakać... Dobrze, że pieśń Oli i moja była trochę później ;)
Wyznanie życia pastora Siei: "Jestem uzależniony od jedzenia. Codziennie muszę jeść." :P


Photo: Marta Krok

Powyższe hasło było osnową licznych dyskusji podczas oczekiwania na swoja kolej na obiad ;) wyszukiwaliśmy teksty biblijne mówiące o jedzeniu i planowaliśmy szturm na drzwi :P obiad był wynagrodzeniem trudów oczekiwania, bowiem zupa z makaronem krajanką i pieczarkami (Lubella - tradycyjny makaron ;) i szeroki wybór ciast były wprost wyśmienite :)


Photo: Marta Krok

Kolejnym punktem programu był Bible Trial - jedyne w swoim rodzaju połączenie podchodów, spaceru śladami lubelskich zabytków, aktywności umysłowej polegającej na rozwiązywaniu biblijnych zagadek i zdrowej rywalizacji zakończonej zwycięstwem zaledwie pięcioosobowej grupy (w pozostałych siedmiu grupach było po ośmiu zawodników).


Photo: Marta Krok

Przekonaliśmy się jednak po perypetiach z poszukiwaniem Placu Wolności o prawdziwości hasła "Everybody lies" :P a królowali w tym taksówkarze :P był też akt agresji młodocianych rozrabiaków z Lubartowskiej, którzy zaatakowali Olę i zmieszali ją z błotem (dosłownie) :P ale i tak zapisaliśmy się jako słynna zaginiona druga grupa, która miała najciekawsze przygody ;)

Zmęczeni wróciliśmy do kaplicy na warsztaty o konformizmie. Temat ciekawy i zawsze aktualny wywołał wiele rozmaitych głosów.

Pastor: "Niektórzy uzasadniają różne teorie, podpierając się tekstami E. White, np. "A bo E. White napisała, że nie wolno oglądać telewizji."
Chwila ciszy.
Kiki spontaniczne stwierdzenie oczywistości: "Przecież za czasów Ellen White nie było telewizji" :P
Pastor: "A, tak, załapaliście?"
<śmiech całej sali>


Wieczór kończący sabat był również niezapomniany nie tylko ze względu na poruszające pieśni i przemówienie pastora Kroka, ale głównie przez osobę konferansjera-debiutanta Rafała ;) jeszcze nigdy nie szłam tak zmieszana, z tak dygoczącymi nogami do pianina, będąc wcześniej zapowiedziana niemalże jak gwiazda światowej sławy :P ale to był zaledwie wstęp, innym dostało się jeszcze więcej :P



Photo: Justine

Po kolacji odbył się tradycyjny lubelski punkt programu, czyli wieczorek na wesoło ;) tym razem scenki kabaretowe były nawiązaniem do zwycięstwa Adama Małysza w Vancouver i ukazujące polskiego piłkarza Jacka Krzynówka ;) nie jestem w stanie powtórzyć najcelniejszych tekstów, poczekam na zdjęcia, bo one mówią wszystko ;)



Photo: Justine

tradycyjnie pominęłam też swój udział w grach bardziej kontaktowych (przekazywanie jabłka itp.) obserwowałam tylko grę z łyżką, która była tematem licznych żartów następnego dnia ;) no i uwieńczeniem była gra w zoo i pojedynek stonki-biedronki oraz konia :P zmachana po całym dniu położyłam się spać wpół do pierwszej, nie uczestnicząc już w nocnym życiu towarzyskim :P zdecydowanie się starzeję :P

Niedziela


Poranne nabożeństwo prowadzone przez Filipa (Iz.43,1-7) poprawiło zdecydowanie samopoczucie wszystkim tym, którzy z rana nie mieli ochoty patrzeć na siebie w lustrze ;)



Photo: Marta Krok

Tradycyjnie też był przygotowany sposób na odreagowanie fizyczne - sala gimnastyczna w szkole naprzeciwko ;) tym razem się przełamałam i wybrałam ze wszystkimi :) i chociaż miałam siły tylko na dwa ognie i kosza, to dałam z siebie, ile mogłam ;) musiałam się nieźle nazwijać, kiedy zostałam sama na boisku i ładowali we mnie piłką :P

Photo: Marta Krok

Liczebnie w porównaniu z chłopcami dziewczyn było niewiele, ale ich honor obroniła Ola, walcząc na bramce w piłce halowej jako jedyna dziewczyna:P


Photo: Marta Krok


Photo: Marta Krok


Photo: Marta Krok

No i nadszedł ten czas, kiedy po zjeździe trzeba posprzątać... Również była niezła zabawa pt. "Czyje to spodnie?" :P ale ostatnia, w policjanta i zabójcę z mruganiem i umieraniem (Show me your PAPIREN!) przebiła nawet zabawę z łyżkami :P

Tradycyjnym lubelskim busem powróciliśmy do domu, omawiając liczne zjazdowe wrażenia i kwestie ogólnoludzkie. Pozostałych relacji szukać na FB w opisach i komentarzach ;)

Czekam na kolejny zjazd za rok :)

czwartek, 11 marca 2010

Czary :P




"To nie jest telefon, to jest przekaz myśli. Pan sobie myśli, że dzwoni, a ja myślę, że odbieram" :P


Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie umieścić jeszcze raz, bo było takie adekwatne...
No bo jak wytłumaczyć to, że zadzwoniła do mnie tłumaczka na mój prywatny numer, a ja dzwoniłam do niej ze służbowego? (btw. ja już odruchowo chciałam swój telefon odbierać "CPF Tłumaczenia, słucham" :P ) Już wyjaśniam: dzwoniłam pierwszy raz na jej nr podany w bazie zaczynający się od 50.. a w ogóle to potem z innego numeru zadzwoniła: 616... To się nie dzieje naprawdę, to mi się śni... Normalnie czary :P

Dla Madzieńki :*






Dwudziestolatki
Maciej Kossowski & Czerwono-Czarni

Ja mam dwadzieścia lat,
Ty masz dwadzieścia lat,
Przed nami siódme nieba
Dziś nie potrzeba więcej nam do szczęścia
Chyba już nic.
Ja mam dwadzieścia lat
Ty masz dwadzieścia lat
Cóż więcej nam potrzeba?
Dwudziestolatkom zawsze
w pas się kłania
Świat ,cały świat!

Dwudziestolatki,
Dwudziestolatki ,
To ja i ty!
To ja i ty!
Zapytaj ojca ,zapytaj matki
Jakie się wtedy ma sny!
Ja mam dwadzieścia lat
Ty masz dwadzieścia lat
Nie będzie nigdy więcej,
Bo zakochani zawsze mają tylko
Dwadzieścia lat!
Dwudziestolatki
Lubią kino,
Dwudziestolatki
Lubią teatr.
Dwudziestolatki
Lubią słońce,
Dwudziestolatki
Lubią gwiazdy,
Dwudziestolatki
Lubią tańczyć,
Dwudziestolatki
Madisona ,
Dwudziestolatki
Charlestona, Sax solo,

Dwudziestolatki

Dwudziestolatki
To ja i ty!
To ja i ty!


Zapytaj ojca
Zapytaj matki
Jakie się wtedy ma sny!

Ja mam dwadzieścia lat,
Ty masz dwadzieścia lat
Nie będzie nigdy więcej
Bo zakochani zawsze mają tylko
Dwadzieścia lat!

***
Dla Madzieńki :*
Bądź szczęśliwa, śpiewaj pełną piersią i sercem radosnym, kochaj i żyj wiecznie :)
Przed Tobą stoi cały świat :)
:*
:*
:*

środa, 10 marca 2010

Transferowy dzień c.d.



Znalazłam dzisiaj tę przeuroczą piosenkę, mp3, nuty, tekst i wszystko. Jak zawsze wywołuje kupę śmiechu ;) podobnież jak i cały film :P
Transferowy dzień c.d. Wczoraj wysyłałam w pracy album Nory Jones, The Best of Katie Melua, potem po powrocie do domu do wpół do dwunastej notatki z Hzl i TGD. Dzisiaj dalszy ciąg TGD, pobieranie najróżniejszych nut, dyskografii Pointer Sisters (właściwie nie wiem, po co, bo zależało mi na 2 piosenkach, ale tak jakoś siłą rozpędu:P) i "Miasta gniewu". Tak, oglądałam to już, ale nie pamiętam szczegółów. Wtedy byłam równie nieprzytomna, jak dzisiaj ;)
W ogóle ostatnio jakaś degrengolada u mnie. Nie chce mi się uczyć z historii muzyki (a zostało całe średniowiecze i renesans), pisać pracy (bo to wymaga siedzenia w domu ze słownikami), robię wszystko inne, żeby nie zajmować się rzeczami naukowymi, chodzę kupować ciuchy (wczoraj kupiłam skórzane kozaki za 75 zł i kurtkę na wiosnę za 20 zł :P) i chodzę późno spać :P
Na domiar wszystkiego dzisiaj od rana chodzę w przekonaniu, że jest czwartek :P jak wysyłałam zlecenia na jutro, to pisałam, ze mają być na piątek 11 marca:P i ja jeszcze planuję jechać na weekend do Lublina, gdzie będę jeszcze bardziej nieprzytomna :P samobójstwo:P
Trzymajcie się. Jak dotrwam do końca tego szalonego dnia (praca, muzyk, korepetycje), to będzie wyczyn tygodnia.

wtorek, 9 marca 2010

Uwolnić kolory.



Chodź pomaluj mój świat
2+1

Piszesz mi w liście, że kiedy pada,
kiedy nasturcje na deszczu mokną,
Siadasz przy stole, wyjmujesz farby
i kolorowe otwierasz okno.
Trawy i drzewa są takie szare,
barwę popiołu przybrały nieba.
W ciszy tak smuto, szepce zegarek
o czasie, co mi go nie potrzeba.

Więc chodź, pomaluj mój świat
na żółto i na niebiesko,
Niech na niebie stanie tęcza
malowana twoją kredką.
Więc chodź, pomaluj mi życie,
niech świat mój się zarumieni,
Niech mi zalśni w_pełnym słońcu,
kolorami całej ziemi.


Za siódmą górą, za siódmą rzeką,
moje sny zamieniasz na pejzaże.
Kiedy się wlecze wyblakłe słońce,
oświetla ludzkie wybladłe twarze.

Więc chodź, pomaluj mój świat
na żółto i na niebiesko,
Niech na niebie stanie tęcza
malowana twoją kredką.
Więc chodź, pomaluj mi życie,
niech świat mój się zarumieni,
Niech mi zalśni w_pełnym słońcu,
kolorami całej ziemi.

***
Nie chciałam edytować wczorajszego posta, ale Dzień Kobiet się tak całkiem na życzeniach nie skończył ;) zrobiłam małą dywersję, bo zboczyłam z drogi do muzyka najpierw do sklepu z butami, poszukując zimowych kozaków po obniżce, a potem zwiałam zupełnie, stwierdzając, że: 1. i tak jestem spóźniona; 2. te zajęcia są nieobowiązkowe; 3. nie wzięłam nut na śpiew, więc z czego pani mi będzie grać; i poszłam na polowanie do galerii :P Z wiadomości w internecie wpadła mi w oko jedna istotna informacja, że dzień kobiet to dzień wyprzedaży w galeriach. No to trzeba zaszaleć ;) no i zaszalałam ;) nie kupiłam butów ani wiosennego płaszczyka, które zamierzałam, ale bluzkę w kolorze arbuzowym i szare bolerko ;)
Tak dzisiaj szłam i smutno mi się zrobiło, bo wszędzie szaro. Jak znowu ten śnieg spadł, wszystko wyblakło, słońca prawie nie widać, ulice szare, chodniki szare, szara trawa i szarzy ludzie. Ja też szłam w szarym płaszczu, szarych spodniach i szarej torebce. Ale miałam na sobie kolorową chustkę i arbuzową bluzkę i czułam się jednak raźniej ;) czekam na wiosnę, żeby zacząć chodzić w kolorowych bluzkach, kupić sobie kolorowy płaszcz i uwolnić włosy spod czapki. A co do kolorów - widziałam szałową torebkę w paski w Orsayu... ;) ale nie jest mi potrzebna, mam już jedną ;)
Oj, Kiko, szalejesz:P dość już tego :P
Pozdrawiam tęczowo :)
:)
:)
:)

poniedziałek, 8 marca 2010

Chwarny dzień.



Godziny w pracy dobiegają końca, a potem liczne obowiązki nie dopuszczą mnie do komputera, zatem czas uwiecznić dzisiejszy dzień, aby nie odszedł bez echa. Dzień Kobiet to albowiem. Z tej to okazji uraczona zostałam okolicznościowymi życzeniami, jednakże najbardziej wymowne były poniższe:

Z okazji dzisiejszego święta komunistycznego - Z wyrazami wielkiego szacunku dla Towarzyszów Płci Żeńskiej i ich pracy nad potęgą matki Rosyji, które w pocie czoła wespół z innymi walczą ramie w ramie z kapitalistycznym złem świata i Masońskim USA przesyłam te oto Życzenia Tobie - Член комиссар (Towarzysz Komisarz) - Michaił Szłowieńcow


Na taki popis krasomówstwa nie mogłam pozostać dłużna, odpisałam zatem, stosownie do formy:

"Dziękuję, Towarzyszu Komisarzu!
Ku chwale ojczyzny!
Towarzyszka Karolina Gierasimowna
"


Nie spodziewałam się już więcej wiadomości, wszak wymiana korespondencji nastąpiła, ale ostatnie słowo musiało należeć do Towarzysza Komisarza:

Bywaj Hara-Szo :P


Pozostawiam was z lekturą tej oto ciekawej notki oraz okolicznościowej piosenki.



Czołem, towarzysze.

niedziela, 7 marca 2010

Co ma wspólnego gawron z sekretarzykiem, czyli Alicja w 3D



Spontaniczny pomysł na wypad w sobotę wieczór do kina z Olą? I tak, i nie. Plakat z "Alicją w krainie czarów" i wielkim wizerunkiem Johny'ego Deppa jako Szalonego Kapelusznika mijałam codziennie w drodze do pracy i z powrotem. Chęć zobaczenia filmu była spotęgowana wrażeniem po obejrzeniu w telewizji jakiś czas temu "Charlie i fabryka czekolady". A tam Depp poszalał... Spodziewałam się zatem (i zresztą słusznie), że w roli Szalonego Kapelusznika będzie równie obłędny.



Kiedy Alicja była małą dziewczynką, pobiegła za Białym Królikiem, wpadła do jego nory i niespodziewanie znalazła się fantastycznym i nieco dziwacznym świecie, gdzie żyją bajkowe stwory, mówiące zwierzęta i śpiewające kwiaty, a mieszkańcy obchodzą nie-urodziny. Teraz Alicja ma już 19 lat i powraca do tej niezwykłej krainy, by ponownie spotkać dawnych znajomych.



Tim Burton ("Edward nożycoręki", "Batman") podjął się zaczarowania świata doskonale znanego z dwóch książek Lewisa Carrolla – „Alicja w Krainie Czarów” oraz „Alicja po drugiej stronie lustra”. Scenariusz do tej fantastycznej produkcji stworzyła Linda Woolverton, która stoi za sukcesem „Króla lwa”. W tytułowej roli wystąpi młoda australijska aktorka polskiego pochodzenia – Mia Wasikowska, Natomiast w postać Zwariowanego Kapelusznika wcieli się Johnny Depp.




Właściwie trudno mi zdecydować, który element filmu spodobał mi się najbardziej, bo wszystkie były równie świetne. Pierwsze miejsce zdobył jednak efekt 3D (to był mój pierwszy raz z okularami ;) i magiczne momenty: lot Alicji w głąb dziury, znikający Kot oraz fruwający nad widownią motyl Absalem :) do tego dochodzą oczywiście zdjęcia, scenografia (wielkie grzyby, kwiaty, zamki). Całkowicie inny świat ;)



Muzyka w filmie także tworzyła magiczny nastrój, jakżeby inaczej. Zestawy moich ulubionych akordów ;)



I pewnie ciekawym akcentem był quasi-romantyczny wątek między Alicją i Kapelusznikiem: wymiana spojrzeń (zwłaszcza tych toczonych z roziskrzonych zielonych oczu Kapelusznika ;), zdań ("Jesteś obłąkany, zbzikowałeś, kompletnie ci odbiło. Ale wiesz? Tylko wariaci są coś warci.", "Nareszcie jesteś w idealnym rozmiarze." ). Aż trudno było się pogodzić z tym, że musiała powrócić do zwyczajnego świata...



Pomimo baśniowej tematyki nie był to jednak film dla dzieci (sceny walki i skomplikowane dialogi, pełne wyrazowych neologizmów). Dla mnie film był po prostu niesamowity i świetnie oderwał od szarej rzeczywistości. Polecam w kinach :)
*
*
*

piątek, 5 marca 2010

Piosenka na piątek :) Miłego weekendu :)



The long day is over
Norah Jones

Feeling tired
By the fire
The long day is over

The wind is gone
Asleep at dawn
The embers burn on

With no reprise
The sun will rise
The long day is over

The past comes back :P



Kordian, Metallica... does the past come back? :P

***
Piosenka z dzieciństwa ;) I efekt wczorajszego wdychania "Euphorii" Calvina Kleina i innych perfum w Douglasie z Beatką ;)



Scatman's world
Scatman John


(Scatting by Scatman John)

I'm calling out from Scatland
I'm calling out from Scatman's world.
If you wanna break free you better listen to me.
You got to learn how to see in your fantasy.

I'm calling out from Scatland(...)

Everybody's talkin' something very shockin' just to
Keep on blockin' what they're feelin' inside but
Listen to me brother, you just keep on walkin' 'cause
You and me and sister ain't got nothin' to hide.

Scatman, fat man, black and white and brown man
Tell me 'bout the colour of your soul.
If part of your solution isn't ending the pollution
Then I don't want to hear your stories told.
I want to welcome you to Scatman's world

(Scatting by Scatman John)

I'm calling out from Scatland(...)

Everybody's born to compete as he chooses
But how can someone win if winning means that someone loses.
I sit and see and wonder what it's like to be in touch.
No wonder all my brothers and my sisters need a crutch.

I want to be a human being not a human doing.
I couldn't keep that pace up if I tried.
The source of my intention really isn't crime prevention.
My intention is prevention of the lie (yeah)
Welcome to the Scatman's world

(Scatting by Scatman John)

I'm calling out from Scatland(...)

(Scatting by Scatman John)

I'm calling out from Scatland(...)
I'm calling out from Scatland(...)
I'm calling out from Scatland(...)

***

A tak mnie naszło przeczytać swojego bloga od początku. Uff, to było dłuuuugie:P Nie jest w takim kształcie, jak kiedyś, zauważyłam, że usunęłam jakiś czas temu najbardziej EMOskie posty, zostawiłam chyba takie w miarę sensowne;) Do tego wniosku doszłam już pół roku temu. Nie warto pisać smętów ani za bardzo się wywnętrzniać. Taka wewnętrzna cenzura. Ludzie nie pomogą, a będę się czuła zobowiązana, żeby wyjaśniać na bieżąco. Szkoda czasu. Przecież dzieje się tyle innego ciekawego i dobrego :)

Wnioski? Hmmm...

*Kiedyś miałam zdecydowanie więcej czasu na wymyślanie i pisanie wyszukanych artystycznych wynurzeń ;) różne ukryte dna, symboliki, alegorie, dobieranie niecodziennych słów. Dzisiaj... czytam to i się śmieję ;) no bo właściwie kto to czyta i się tym zachwyca? :P chyba naprawdę niewielu :P a zresztą... przestało mi zależeć, żeby swoim blogiem być w centrum uwagi ;) może tylko czasami przychodzą takie myśli, żeby napisać coś i zaszokować... Ale po co?

*Nie zmieniły mi się zainteresowania ;) nadal króluje muzyka, potem literatura, trochę psychologia, nadal pozostałam pracoholikiem (okresowo nasilającym swoją aktywność ;) i perpetuum mobile ;) zmienił się tylko zakres działań i chyba trochę rozsądniej przyjmuję na siebie nowe obowiązki ;)

*Przestałam się upierać przy ideale Statuy Wolności ;) w końcu uznałam, że to głupie myślenie, wynikające z kompleksów i próby zwrócenia na siebie uwagi. Prowadzi do pogardzania ludźmi i wywyższania się. Zuuuuuooo.

*Zmienił mi się styl ubierania ;) mam niezły ubaw ze swoich starych zdjęć, z moich bojówek, naciągniętych swetrów w przeróżnych kolorach, manii na czerń i włosów układanych przez wiatr ;) nadal uwielbiam kolory w różnych zestawieniach, ale już trochę inaczej, niż kiedyś ;)

*Nadal mieszkam nie u siebie i ciągle jestem w zawieszeniu :P i nie mam pojęcia, kiedy osiądę gdzieś na stałe ;) ale źle nie było i Pan prowadził :)

*Nadal jestem introwertykiem. I to się chyba nie zmieni. Mogę chodzić nawet do dziesięciu szkół, pracować w 5 firmach, a i tak będę mieć swój świat, do którego będę wracać po kontaktach z ludźmi. A ostatnio jak pracuję w biurze i prawie całymi dniami nie rozmawiam z ludźmi, bo nie mam zajęć na uczelni, to mam problem z wysławianiem się, jak kogoś spotkam znajomego na ulicy ;) a przecież niby regularnie wyjeżdżam co miesiąc na próby i cośkolwiek mówię. Śmieszne uczucie, ale chyba więcej ćwiczę ciało niż język ;)

* Pewnych rzeczy się wstydzę, inne chciałabym wymazać z pamięci, niektóre mną wzdrygają, jak czytam. Chciałabym mieć już dystans do tego, pomalutku mi się to udaje, ale nie do końca.

* Nauczyłam się szanować sen, zdrowie, odpoczynek. Przynajmniej odkąd pracuję, czuję się jakoś poważniejsza i starsza.

* Chyba więcej czytam książek religijnych, więcej się modlę i znajduję więcej mądrych myśli, którymi mogę się dzielić z innymi. I to jest dla mnie ważne, ważniejsze nawet od różnych artystycznych przeżyć, którymi kiedyś się karmiłam. Można żyć bez słuchania muzyki, bez czytania książek i oglądania filmów, nawet bez kontaktów z ludźmi można żyć (jakiś czas) ale bez modlitwy i Biblii nie można żyć i być szczęśliwym. Inaczej to tylko wegetacja i szukanie zaspokojenia w czymś, co nigdy go nie da.

* Uświadamiam sobie obecnie z całą brutalnością, jakie mam paskudne wady i jak mnie one denerwują. Wiem, jaka nie chcę być i co muszę zmienić. Ale chyba na każdym etapie życia są rzeczy, które uświadamiamy sobie bardziej, niż inne i próbujemy z nimi walczyć. Ale może to i dobrze...? Gdybyśmy tego nie odczuwali, nie byłoby dla nas szans, żeby coś zmienić...


No cóż, jak tak wniknęłam w siebie, doszłam do wniosku, że nawet lubię tę Kikę, chociaż nieraz strasznie mnie denerwuje, jak jest taka niepoprawna, wredna, zazdrośnica i egoistka, upiera się przy swoim, nawet jeśli potem się okazuje, że wcale nie miała racji :P ale muszę siebie lubić, bo jak sama siebie nie będę lubiła, to kto mnie będzie lubił? I to wcale nie znaczy, że wszystko w sobie akceptuję. Ale wierzę, że jest Ktoś, kogo nie denerwuję, kto mnie lubi najbardziej na świecie i kto jest w stanie to wszystko niedobre zmienić. I Jego lubię najbardziej :)

Aż mi się ciśnie piosenka Zacheusza z musicalu, do której wczoraj próbowałam układać melodię (nie, to nie jest o mnie ;):

A On – polubił mnie od razu
Nie pytał o nic, nie oceniał mnie
Choć wiedział kim jestem
Nie zważał, że wszyscy mną gardzą
Po prostu – polubił mnie.


A za 2 godziny... weeeeeeekend :D :D nie żebym się jakoś zmęczyła, bo w tym tygodniu obijałam się nieprzeciętnie (żadnego zagadnienia z historii muzyki nie ruszyłam, nie mówiąc o magisterce:p) ale tak po prostu jakaś odmiana od wstawania o 6 będzie ;)
See ya on Monday ;)
Ski-Bi
dibby
dib
yo
da
dub
dub
Yo
dab
dub
dub
;)

czwartek, 4 marca 2010

Inny świat.



Jakiś tydzień temu natchnęło mnie niespodziewanie po pracy, żeby odwiedzić miejsce, którego dawno nie odwiedzałam - bibliotekę. Tak to jakoś przez ostatnie lata bywało, że nie odwiedzałam biblioteki, bo ledwo mi starczało czasu na przeczytanie bieżących lektur, a co dopiero czegoś dodatkowego. W ramach relaksu wolałam posiedzieć na necie albo obejrzeć jakiś film. Ale ostatnio wieczorami zrobiło mi się trochę czasu wolnego, a nie miałam nic ciekawego do oglądania i mama poleciła mi zacząć coś czytać.
W dzieciństwie przeszłam przez czytanie bardzo dogłębnie. Czytałam nałogowo, co popadnie. W bibliotece spędzałam całe godziny, przeglądając półki z książkami, pomagając pani wypisywać karty czytelników. Mama musiała robić mi ograniczenia na książki, bo byłam zupełnie oderwana od rzeczywistości. Ale to był najmilej spędzany czas, kiedy nikt mnie nie poganiał, kiedy nie musiałam zajmować się nauką czy pracą, ale mogłam usiąść z czymś smacznym i pogrążyć się w lekturze.
Obecnie nieraz, kiedy wchodzę do księgarni lub antykwariatu, ogarnia mnie takie odurzenie i onieśmielenie. Zapominam o wszystkim, co się wokół dzieje i przeglądam okładki. Wiem, że nie będę mogła sobie na książki pozwolić, bo są drogie. Ale samo oglądanie i świadomość, że one nadal istnieją i wciąż powstają nowe, przynosi takie uczucie szczęścia :)
Pamiętam, jak chyba 2 lata temu, kiedy mieszkaliśmy miesiąc w Warszawie, wybierałam się wieczorami do Empiku, żeby poczytać nową powieść Musierowicz. Ola i Filip byli w pracy, nie chciałam siedzieć sama w mieszkaniu, więc jechałam do Złotych Tarasów, żeby poczytać. Było... niesamowicie :)


Bibliotekę na osiedlu mamy niewielką, ale przypomniała mi dzieciństwo, jak buszowałam między półkami. Spędziłam tam chyba ponad pół godziny, przeglądając półki powieści dla dorosłych. Cóż za awans ;) patrzeć na tytuły, o których tylko gdzieś słyszałam, a nie miałam okazji przeczytać ;) wypatrzyłam chyba kilkanaście książek, które chciałabym przeczytać, ale limit na dzień wynosił pięć. Ostatecznie wybrałam trzy. Spędziłam jeszcze chwilę czasu na rozmowie z bibliotekarką o powieściach Jane Austen, o nowym systemie katalogowania i wyszłam oszołomiona i szczęśliwa jak po odwiedzinach w innym świecie :)
Zaczęłam czytać Katedrę Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo, znaną także pod tytułem "Dzwonnik z Notre Dame". Mam szacunek do tego autora po Nędznikach. Nie pamiętam już, czy czytałam książkę, czy oglądałam film, czy jedno i drugie, ale byłam poruszona historią i problemem, jaki tam był ukazany.
Z wybranych książek próbowałam ruszyć Chmielewską - ale nie byłam w stanie się skupić na wątkach kryminalnych i dociekaniu, kto miał jakie motywy, żeby zabić. Przypomniało mi to popularną grę towarzyską "Mafia", w której nigdy nie chciało mi się myśleć ;) trochę było mi szkoda, bo kobieta pisze naprawdę dowcipnie i mama uwielbiała jej książki za jej styl, oczywiście polecała mi je - ale może akurat źle trafiłam z tytułem.
Czeka jeszcze w kolejce Dama kameliowa Dumasa (którą jako wokalistka powinnam znać, bo na jej podstawie powstało libretto Traviaty Verdiego) i Bracia Kamarazow Dostojewskiego. Dostojewskiego też szanuję. Trafiłam dzisiaj na spis cytatów z jego dzieł i jak żywo stanęły mi przed oczami: Zbrodnia i kara, Potulna oraz Inny świat Grudzińskiego, który powoływał się na Zapiski z martwego domu Dostojewskiego.

Jak tylko coś nowego przeczytam, to się podzielę. Wyszperam cytaty, napiszę recenzję. Uświadomiłam sobie na nowo, jak czytałam wczoraj powieść Hugo, że przecież książki to źródło wiedzy o dawnych czasach. Filmy tego nie oddają w takim stopniu.
Pozdrawiam serdecznie starych i nowych czytelników.
:)
:)
:)