poniedziałek, 31 grudnia 2012

2012 - podsumowanie


Koniec roku - czas na podsumowanie!

Co wydarzyło się nowego:
1. Założenie drużyny warszawskiej. Przy wsparciu pozostałych dokonaliśmy karkołomnego zadania: przygotowaliśmy gromadę dzieci do przyrzeczenia i konkursu biblijnego.
2. Zjazd ogólnopolski pathfinder. Skoro już o tym wspomniałam, to kawał pracy było z zorganizowaniem zjazdu i konkursu. Nie zapomnę wyprawy z Bratem Komendantem po nagrody - i ten ogromny smutek, kiedy oznajmił, że wyjeżdża. Nie zapomnimy cię!
3. Heyah's gone away, welcome to Play. Zmieniłam operatora i dołączyłam do tłumów z darmowymi rozmowami, nawiązując łączność z moją rodziną. Wkrótce dołączyła też Ola i po pół roku - Rozum. A taki był oporny :P
4. Szkolenie liderów w styczniu i wrześniu. Kawał dobrej roboty w diecezji z rzetelnymi ludźmi wykonaliśmy. Dużo dobrych kontaktów i materiałów do kolejnych szkoleń. Wschód rządzi!
5. Ostatnie koncerty z All4Him w starym składzie. To był ten moment, kiedy należało "ze sceny zejść" i zrobić sobie przerwę. Po maratonach koncertowych w marcu czuliśmy się wypompowani. Niektórzy zaczęli nowe życie jako samodzielni ludzie i opuścili nasz zespół.
6. Rower w Michałowicach. Bardzo przydatna rzecz w tych rejonach, gdy sporo tras muszę przemierzyć w krótkim czasie.
7. Alan :(  pierwsze tak bezpośrednie zetknięcie z tragedią.
8. Survival drużyny warszawskiej. Niesamowite upały na przełomie kwietnia i maja oraz kąpanie się w rzece :)
9. Nowa strona zespołu. Zostałam webmasterem :)
10. This is Warsaw Fanzone! Mistrzostwa Europy w naszym mieście :)
11. Biwak chorągwi wschodniej.  W tym roku byłam organizatorem tego wydarzenia i zajmowałam się finansami :) aa, bo zostałam zastępcą komendanta chorągwi...
12. Warsztaty Relay w Podkowie. Bardzo cenny czas, w którym nauczyłam się mówić kazania.
13. Camp Zatonie. Kolejny pracowity okres tego roku: chór i pomoc w zajęciach dla dzieci, epizodycznie pathfindersi.
14. Superhero. Obóz pathfinder z nowym komendantem i zgrają dzieciaków. Niesamowite docieranie charakterów.
15. Precedens. Nowy musical zaczął powstawać już na wakacjach (piosenki).
16. Wyprawa do domu w Zaborowie. Koniec pewnych marzeń, ale to było dobre doświadczenie.
17. Rozum zaszalał :P po tylu latach celibatu znalazł sobie dziewczynę i nadal z nią jest :)
18. Kurs polskiego dla obcokrajowców. Nowe, ciekawe doświadczenie w mojej karierze nauczycielskiej :)
19. Nowe pianino. Kolejne do kolekcji, które wzbogaciło wyposażenie mojej szkoły i ma służyć nauce gry.
20. Nowy skład A4H. Od września zaczęły się próby i ustalanie nowego składu. Wymieniliśmy tenory na basy, w górnym alcie też było niezłe zamieszanie, teraz próbujemy ustalić sopran... 
21. Konferencja z Edytą Jankiewicz. Wartościowy czas, chociaż nie byłam za bardzo zdrowa wtedy. Okazało się też, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie (Mariusz i Domi, którzy pomogli z brakiem telefonu).
22. 26. urodziny, czyli skończyło się rumakowanie :P niezwykły prezent od moich przyjaciół (suszarka). Skończyły się zniżki studenckie...
23. Henna :P Ola zaczęła nową szkołę i wykonała na mnie nowy zabieg kosmetyczny, który mi się spodobał i daje ciekawe efekty.
24. Nowa drużynowa. Przekazałam obowiązki drużynowego Dominice, ponieważ już miałam za dużo wszystkiego na głowie. Dosyć szybko od założenia, ale życie też pędzi szybko...
25. Mikołaj. Kolejna przebieranka, tym razem za Mikołaja. Na obozie byłam Egipcjanką... Chyba ta fucha mnie nie porzuci :P
26. Dentysta-sadysta :P rozpoczynam leczenie zębów po długiej przerwie.
27. Koniec świata ;)
28. DJ Kika ;) zobaczymy, jak to wyjdzie...

I najważniejsza lekcja z 2012 roku: bez ludzi nie da rady ;)
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2013 :)

niedziela, 30 grudnia 2012

Sylwestrowy suchar w stolycy

Czy widzicie dobrze datę? Tak, tak, to dzień przed sylwestrem. W tym roku ze względów oszczędnościowych i tendencji stabilizacyjnych wybrałam lokalną imprezę, czyli Sylwestrowy Suchar w Stolycy. Po co mam gnać na koniec świata, skoro z jednego właśnie wróciłam. Na miejscu też się szykuje przednia zabawa ;)

Jak co roku zastanawiasz się, gdzie wbić na sylwestra?
Nawet nie patrz na to ogłoszenie. Co ciekawego można robić w stolycy?
Jeśli jednak się zdecydujesz, dobrze się zastanów.

GDZIE: Spotykamy się w starej piwnicy, gdzie z okien mamy jedynie widok na buty przechodniów. Można tylko pomarzyć o blasku fajerwerków z Placu Konstytucji.

KIEDY: Jeśli nie nastąpi koniec świata, to startujemy od 19.00. Nie zabieraj śpiwora, żeby przenocować. Myślisz, że ktoś wytrzyma dłużej niż do 22?

CO ROBIĆ: Oto jest pytanie, na które będziemy starali się znaleźć odpowiedź w ciągu tej długiej, grudniowej nocy. Może rozegramy pasjonujący turniej chińczyka, zrobimy pojedynek na suchary albo przebierzemy się za Majów?

KOSZT: Umawialiśmy się na 15, no może 20 zł, ale jaką masz gwarancję, na co to pójdzie, zwłaszcza, gdy zbiera to kierownik?

Teraz widzisz, w co się pakujesz. Może jeszcze to przemyślisz i spędzisz Sylwestra z Jedynką? 

Wskutek nieprzewidzianych okoliczności zostałam DJ-em. Postanowiłam podejść do tematu profesjonalnie, na ile pozwala mi mój nieprofesjonalny sprzęt i znajomość popularnych hitów. Zdałam się na sentymenty z młodości i skompletowałam pokaźną playlistę przebojów lat rozmaitych. Zasadniczą kwestią okazał się dobry odtwarzacz, a w nim dobra funkcja płynnego przechodzenia utworów. Mój winamp nie dawał rady. Wyszukiwarka i znajomy wskazali program Virtual DJ i po rozmaitych przejściach z instalacją w końcu udało mi się go uruchomić.



W ramach treningu przed jutrzejszym występem miksowałam cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek. Zabawa jakich mało :) już wiem, jak robić przejścia, jak dodawać efekty i tylko skratch mi niezbyt wychodzi, ale aż tak się nie muszę wygłupiać ;)
Mam lekką tremę...

środa, 26 grudnia 2012

Tajemnica Sagali


Znalazłam "Tajemnicę Sagali"! Serial, który oglądałam, będąc dzieckiem, czyli jakoś w 1996 roku, jak były ferie zimowe. Niestety ferie szybciej się skończyły niż serial i nie obejrzałam go do końca :( teraz sobie nadrobię ten żal z dzieciństwa. Znalazłam odcinki na Kinomaniaku :)
Lubię ludzi, którzy pamiętają takie dawne czasy, jak moje i dobrze je wspominają. Można godzinami gadać o saturatorach, sankach, serialach i innych :) pozdrawiam urodzonych w latach 80. :)

wtorek, 25 grudnia 2012

Bad boy



Dzisiaj skończyłam czytać "Niedobrego chłopca" Olivii Goldsmith. Kobieta zgrabnie pisze: bez nadużywania wulgaryzmów, co świadczy o braku mądrych rzeczy do powiedzenia, bez drobiazgowego opisywania głupot, trafnie i dowcipnie. Chociaż momentami za dużo myśli w jednym dialogu.

Najbliżsi przyjaciele - On i Ona - spotykają się przy kawie w niedzielne wieczory, by ponarzekać na swoje nieudane życie osobiste.
Ona ma słabość do " złych chłopców ", On należy do " dobrych i romantycznych ".
Ona zdradza kilka sekretów na temat podrywania,a On korzysta.
Zabawna historia miłosna, napisana lekko i dowcipnie.
Przejrzałam kilkanaście artykułów do mojej pracy licencjackiej, napisałam zaczątek spisu treści i bibliografii i poczułam, jak to zadanie mnie przerasta. Jak ja wymyślę tyle mądrych rzeczy, żeby wyczerpać temat?

poniedziałek, 24 grudnia 2012

In a sentimental mood



W domu czuję się znów jak dziecko. Nie myślę o pracy, obowiązkach (przynajmniej do czasu, bo czeka mnie przygotowanie szkolenia i pisanie pracy), śpię do 10, jem domowe obiady, czytam i gram na pianinie. Dużo się śmiejemy i robimy same przyjemne rzeczy. Zima rozleniwia ;)
Ola przywiozła arsenał kosmetyków i zrobiła mi i mamie domowy salon piękności: hennę na brwi i rzęsy oraz maseczkę nawilżającą na twarz. Mama, która od lat się nie malowała, była tym lekko przerażona, ale efekt końcowy bardzo ją ucieszył i widać było, że ma podkreślone delikatnie oczy. Mi wyszły prawie czarne brwi, chociaż to była brązowa henna :P ale przez tydzień nie wychodzę z domu, więc nikogo nie przestraszę ;)
Tata kupił ostatnio grę planszową Wyspa Skarbów. Okazała się trafionym pomysłem na grę rodzinną i nawet Ronia mogła się w nią włączyć, wszystko chwytała i była szalenie przejęta, że gra z dorosłymi :)

Dzisiaj postanowiłam zrobić porządki z papierami. Rozpaliłam w kominku w pokoju na wieży i zaczęłam kilkugodzinne segregowanie. Na strychu uzbierało się kilka pudeł papierów ze studiów, które żal było mi do tej pory wyrzucić, a nie było dla nich dalszego zastosowania. Mama przekonała mnie, że swoje już odleżały i skoro do tej pory się nie przydały, to później tym bardziej. Powyciągałam jakieś pojedyncze ćwiczenia, które jeszcze się nadawały, część wykładów z historii języka (najbardziej je lubiłam i nie chciałam się z nimi rozstawać) i odłożyłam, żeby je zabrać do Michałowic. Resztę, czyli sterty materiałów ze znienawidzonej literatury, gramatyki kontrastywnej, przeznaczyłam na makulaturę. Przejrzałam też papiery sentymentalne, czyli ocalałe listy i pamiętniki. Pamiętniki z 2009 roku spłonęły w kominku jako znak ostatecznego odcięcia się od przeszłości (dziwne, że wcześniej tego z nimi nie zrobiłam), a listy, wierszyki i sympatyczne wpisy z kolonii sprzed 10 lat pozostały nadal w pudełku. Trudno się z nimi rozstać, chociaż kontakty z tamtymi ludźmi już dawno się zatarły.
Olę też natchnęło na porządkowanie. Znalazła swoje stare pamiętniki i czyta je, siedząc w fotelu przed kominkiem. 
Mam radosne i spokojne życie :) aż trudno uwierzyć, że przed kilkoma laty byłam taka narwana i rozemocjonowana. Ale, jak widać, człowiek staje się normalny, przynajmniej do czasu, aż mu coś nie odbije :P

niedziela, 23 grudnia 2012

Moje miasto Rzeszów

Minęło kilka miesięcy i znów jesteśmy razem w domu. Jest mama i tata, jest Ronia i Ola. Filip nie przyjechał, bo pracuje i nie bardzo ma jak się wyrwać teraz. Dostał teraz pracę w szpitalu i wszyscy się cieszymy, że będzie pracował w zawodzie :)
W piątek, 21 grudnia, kiedy wyjeżdżałyśmy z Olą PolskimBusem z Warszawy, spotkałam w środku Natalkę, koleżankę ze studiów, z którą się razem broniłam. Nie widziałam jej ponad dwa lata od tamtego czasu. Wracała z Hiszpanii z chłopakiem do domu na święta. Sympatyczne spotkanie :)
W Rzeszowie  miałyśmy 2 godziny oczekiwania na autobus do domu, więc Ola spotkała się z przyjaciółką, a ja wybrałam się na spacer po mieście. Poszłam sobie na plac Wolności, potem w kierunku Rynku...


następnie do Filharmonii...

i mojej szkoły muzycznej. Nie zastałam mojej pani od śpiewu, pewnie w ostatni dzień zajęć nie mogła przyjechać. Ale kontynuowałam mój spacer, idąc Aleją Pod Kasztanami ...


...i 3 Maja, a w końcu Grunwaldzką i przeszłam nową, okrągłą kładką nad Aleją Piłsudskiego.


W sobotę po południu obejrzeliśmy także z rodzicami nowo otwartą Galerię Rzeszów, która rozmiarem przewyższa Złote Tarasy, a po wejściu do niej ma się wrażenie, jakby się nie wyjeżdżało z Warszawy.


Rzeszów zmienia się pozytywnie i kiedy go odwiedzam co pół roku, widzę, jak powstają nowe budynki, a stare miejsca i ulice, po których wędrowałam przez 5 lat studiów, nadal mają swój urok. Zdecydowanie lubię to miasto i czasem mi żal, że nie znalazłam w nim miejsca.

piątek, 21 grudnia 2012

W dniu końca świata... jedziemy na koniec świata ;)

  Piosenka o końcu świata

Czesław Miłosz
 

      W dzień końca świata
      Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
      Rybak naprawia błyszczącą sieć.
      Skaczą w morzu wesołe delfiny,
      Młode wróble czepiają się rynny
      I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć. 
       
      W dzień końca świata
      Kobiety idą polem pod parasolkami,
      Pijak zasypia na brzegu trawnika,
      Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
      I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
      Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
      I noc gwiaździstą odmyka.

      A którzy czekali błyskawic i gromów,
      Są zawiedzeni.
      A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
      Nie wierzą, że staje się już.
      Dopóki słońce i księżyc są w górze,
      Dopóki trzmiel nawiedza różę,
      Dopóki dzieci różowe się rodzą,
      Nikt nie wierzy, że staje się już.

      Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
      Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
      Powiada przewiązując pomidory:
      Innego końca świata nie będzie,
      Innego końca świata nie będzie.

środa, 19 grudnia 2012

ZUS ZU(A)O

Zbliża się koniec roku i postanowiłam napisać sobie kilka noworocznych postanowień. Jednym z nich było udać się w końcu do dentysty i wyleczyć zęby. Znalazłam w Michałowicach przychodnię, która leczy na fundusz i prywatnie i postanowiłam przynajmniej przegląd zrobić na fundusz. Umówiłam się na wizytę na czwartek o 9 rano. Ponieważ nie byłam wcześniej zarejestrowana, pani przez telefon poprosiła, żeby przed wizytą przynieść dowód osobisty i zaświadczenie o ubezpieczeniu. 
Wykonałam telefon do przyjaciela, tj. mojego sąsiada: co to jest zaświadczenie o ubezpieczeniu? Wam, starym wygom, takie pytanie może wydawać się dziwne, ale ja prowadzę działalność gospodarczą dopiero od roku  i jednym z atrybutów tej formy zatrudnienia jest to, że sama się muszę martwić o wszystko, co jest potrzebne do legalnego i korzystnego zatrudnienia tudzież ubezpieczenia. Gdyby ktoś miał jakieś pytania dotyczące działalności, walcie śmiało. Nie czuję się jakimś wielkim ekspertem, ale przeprowadziłam wnikliwe studium stron internetowych z tego zagadnienia i przetestowałam tę wiedzę w praktyce.
Okazało się, że takie zaświadczenie odbiera się w ZUSie i jest ono ważne miesiąc. Do tego potrzebne są dowody aktualnej wpłaty składek i z tak pięknie przyszykowanym dokumentem można iść do przychodni. 
Wszystko pięknie, tylko pojawiły się dwa problemy: 
1) zaświadczenie musiałam zdobyć w ciągu dzisiejszego popołudnia; 
2) odległość od stacji WKD w Pruszkowie do ZUSu, któremu podlegam, jest taka, jak na poniższym zdjęciu, a ja, jak pamiętacie, miałam uziemiony rower na stacji w Michałowicach:

Przepadły mi jedne zajęcia, więc zyskałam godzinę na załatwienie sprawy. Trudno, będzie spacerek. Nie powinno mi to zająć więcej niż 20 minut w jedną stronę. Tak też się stało. 
Pani w ZUSie była bardzo miła i wystawiła mi druk ZUS ZUA wraz z dowodem ostatniej wpłaty. Naprawdę nie musiała tego ostatniego robić; przezornie przygotowałam sobie wyciąg z konta. Podała jeszcze informację, że od stycznia 2013r. zmieniają się przepisy i w przychodniach musi im wystarczyć pisemne oświadczenie o ubezpieczeniu oraz dowód wpłaty. Panoszą się, mówiła, i dodają im roboty. Jedną panią wyrzucili ze szpitala, bo nie miała zaświadczenia. Całe szczęście, że to weszło. Jakbym miała co miesiąc tę trasę po zaświadczenie do ZUSu pokonywać, to wolałabym się wcale nie leczyć albo robić to prywatnie.
Jeśli wszystko się uda, to czeka mnie dzisiaj jeszcze jeden spacerek: po rower...

Moi uczniowie - dzieci z Mokotowa

Serce: Nie opowiadałam ci, co się ostatnio wydarzyło z moim rowerem?
Rozum: Dalej nim jeździsz? :P po tym, jak wywinęłaś dwa razy na chodniku? :P 
Serce: No dalej, bo szkoda mi czasu na chodzenie piechotą... Dwa dni temu nim jechałam i zostawiłam go obok kolejki, jak zwykle; wtedy, co był deszcz i mówiłam, że nie ma śniegu.
Rozum: No, pamiętam. I co?
Serce: I wieczorem, jak wracałam i chciałam go odczepić, okazało się, że zamek w kłódce zamarzł... kręciłam tym kluczem i nic, aż się wygiął, to próbowałam go odgiąć... i się złamał:( Rower stoi tam od 2 dni i nie ma go jak odczepić. Dopiero dzisiaj ma znajomy z narzędziami przyjechać i spróbować upiłować tę kłódkę. Doprawdy, trzeba być mną, żeby mieć takie przygody :P
Rozum: Hahahaha, brawo :P
Serce: Ale i tak największy zonk miałam, jak odkryłam skrót.
Rozum: Skrót? Do czego?
Serce: W listopadzie czy w październiku zadzwoniła do mnie starsza pani, żeby ustalić lekcję gry na pianinie dla jej wnuków: Zuzi (10 lat) i Maksa (7 lat). Chodzili wcześniej rok do szkoły Yamaha, ale nie byli zadowoleni, że to tak zbiorowo i woleli indywidualnie. Powiedziano mi, że trzeba się kierować od stacji Metro Wilanowska, to się wychodzi kawałek i trzeba się cofnąć, ale dojście nie zajmuje dłużej, niż 5 minut. Chyba trochę ci o nich opowiadałam: Maks ma niepospolitą wyobraźnię i jest bardzo żywy, dlatego ma tylko pół godziny zajęć, bo później trudno mu się skoncentrować, a Zuzia to śliczna dziewczyna i uwielbia grać, więc lekcja z nią jest przyjemnością.
Rozum: Mało istotne szczegóły, no ale mów:P no i co dalej?
Serce: A potem doszły mi zajęcia z Gabrysią, która ma 5 lat. Mieszkają obok komendy głównej policji, w bloku, gdzie dzwoni się na recepcję i pan anonsuje gości :P 
Rozum: No no :P
Serce: Udało się ustalić tak, że miała lekcję przed Maksem i Zuzią, więc za jednym zamachem 2 zajęcia w Warszawie. Historia pierwszej lekcji była wręcz epicka. Nie dostałam początkowo smsa z adresem i przez cały tydzień, który pozostał do lekcji byłam przekonana, że nic z tego nie będzie. Tego dnia, gdy miała być lekcja, jechałam sobie spokojnie do Warszawy do Maksa i Zuzi, a tu dzwoni moja siostra, że jakaś kobieta do niej wydzwania, że jej córeczka płacze,bo miała mieć lekcję :P okazało się, że znalazła nazwisko Oli na stronie naszego zespołu i tak przez nią odzyskała mój numer, który jej w międzyczasie zaginął. 
Rozum: Fajnie, na coś się ta nasza strona przydaje :)
Serce: Kiedy się już udało skontaktować, mama Gabrysi powiedziała, że to obok stacji Metro Wierzbno, jedna stacja przed Wilanowską, więc tak jeździłam, od Wierzbna do Wilanowskiej. Ale do metra trzeba dojść, wsiąść, wysiąść, znów dojść i to trwało jednak trochę dłużej, niż wstępnie zakładałam.
Rozum: No spoko.
Serce: Trwało to tak jakoś z półtora miesiąca. Dopiero wczoraj mnie natchnęło, żeby sprawdzić te adresy na mapie i zobaczyłam to.... co na tym obrazku. Jak to przeszłam na piechotę (nie zajęło mi to więcej niż 10 min, bo jednak między blokami były jakieś dziwne bramki) i popatrzyłam, ile ja sobie nakładałam wcześniej drogi, jeżdżąc tym metrem, to mnie z nóg ścięło. Z jednego domu było widać dosłownie drugi:P


Rozum: No nie, nie mogę :P
Serce: Oj, to nie wynikało z jakiejś mojej ćwierćinteligencji, tylko do tej pory nie popatrzyłam na mapę, polegałam tylko na wskazówkach od tych ludzi.
Rozum: Serce, i ty jesteś harcerzem, a mapy nie używasz? :P
Serce: Ee,no :P ale  to było odkrycie dnia :D
Rozum:  Hahaha, kolumbowie wieku XXX :P
Serce: Ale mimo wszystko to był przyjemny dzień. Gabrysia dała mi laurkę z serduszkiem, powiedziała, że jest chora i siedzi w domu i czeka tylko na nasze lekcje, więc było miło :) 
Rozum: Fajnie :)
Serce: A Zuzia i Maks grali koncert w domu dla rodziców i dziadków, którzy nagrywali wszystko kamerą i robili zdjęcia. Sama nie wiem, kto się bardziej denerwował, ja czy oni :P no, jeszcze dwa dni i wolne...
Rozum: Niektórzy to mają dobrze...

wtorek, 18 grudnia 2012

Ikeja to będzie w Jankach.


Kojarzycie film "Ile waży koń trojański"? Jest tam niezapomniana scena, kiedy bohaterka kłóci się ze swoim mężem, który chce zainwestować w Ikeę w Łomiankach i pada zdanie kobiety, która trafiła z przyszłości: "Ikeja to będzie w Jankach". I tak też się stało :)
Już jakiś czas temu, jak zaczęły się mrozy, stwierdziłam, że potrzebuję gruby, polarowy koc. Ula stwierdziła, że takowe muszą być w Ikei. Kiedy wróciłam wczoraj do domu i zobaczyłam, że przyjechała służbowym autem, namówiłam ją, żebyśmy właśnie w tym momencie pojechały. Koca niestety nie znalazłam, takiego, jakiego chciałam. Mama powiedziała, że swój kupiła na targu. Ale było masę innych ciekawych drobiazgów i w końcu kupiłam zestaw trzech pojemników w nutki. Środkowy przeznaczyłam na ciastka, najmniejszy jest idealny na kawę, a na największy jeszcze nie mam pomysłu. Ma ponad 2 l pojemności. Może wy coś wymyślicie?
Jakiś czas temu w Metrze było reklamowane, że Lidl ma wprowadzić w grudniu torebki Wittchen. Bardzo bym chciała zapolować na taką, ale na stronie sklepu jest mowa tylko o rękawiczkach i portfelach... Gdzie te torebki?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Mężczyzna nie musi być piękny...


Mężczyzna nie musi być piękny
Jacek Fedorowicz

Mężczyzna nie musi być piękny,
Wystarczy, że ma w sobie coś,
Wystarczy, że czasem zamruczy ktoś basem:
„Z was, kolego, ciekawy jest gość.”

Chłopcy mają kompleksy,
Oblegają Peweksy,
Tu szampony kupują, tam kremy,
To bez sensu metoda –
Krem urody nie doda,
Zresztą po co uroda, gdy wiemy...

Mężczyzna nie musi być piękny,
Wystarczy, że zgrabny ma chód,
Gdy w kuchni się krząta
Czy sprząta po kątach,
W domu zawsze roboty jest w bród.

Baba pudrem się przytrze,
Wie, że baby są brzydsze,
Więc nie może wyjść na dwór tak sauté,
Chłopak nawet wprost z wanny
Jest ogólnie staranny,
Estetyczny nie tylko w sobotę.

Mężczyzna nie musi być piękny,
Wystarczy, że wdzięczny ma gest,
Gdy głos ma milusi, być piękny nie musi,
Chociaż wcale nie szkodzi, gdy jest.
Chociaż wcale nie szkodzi, gdy jest.
Gdy głos ma milusi, być piękny nie musi,
Chociaż wcale nie przeszkadza, gdy jest.

***
Piosenka, którą znałam tylko z podśpiewywania mojego taty, a czasem i mamy, ale dopiero wczoraj usłyszałam w oryginale. Jestem zauroczona :) chociaż głos Fedorowicza w tej piosence jest absolutnie niemęski :P
Kreatywność mojej drużyny jest wręcz niesamowita. Na razie nie mogę zamieścić prezentacji konkursowej, zamieszczam więc wolną twórczość, która zdobyła popularność na facebook'u:


Pozostał ostatni tydzień pracy w tym roku. Byle przetrwać z dziećmi, którym już wybitnie się nie chce uczyć i do domu...

czwartek, 13 grudnia 2012

Moi uczniowie - Julka i Krzyś

Obiecywałam jakiś czas temu, że opowiem coś o moich uczniach. Chyba dzisiaj to się spełni. Oto pierwsza historia z tej serii.
Julka jest chyba pierwszym moim uczniem, kiedy rozpoczynałam pracę w tej szkole 2 lata temu. Chodziła wtedy do III klasy. Kiedy ją poznałam, stwierdziłam, że to taka "mała dorosła". Okazało się, że jest najmłodsza w rodzinie, ma dorosłe rodzeństwo i siostrę w Niemczech, która wyszła za Niemca i jej dzieci mówią po niemiecku. Bardzo chciała się uczyć niemieckiego, żeby się z nimi porozumieć, no i co tu kryć, lubi niemiecki bardziej, niż angielski. Julka ma bardzo dobry akcent i chętnie śpiewa. W zeszłym roku była w grupie z Rafałem, chłopakiem, który był starszy od niej o 2 lata i mieszkał 4 lata w Niemczech, więc w biegłości językowej znacznie ją przewyższał. A dodając do tego fakt, że Julka jest systematyczna, ale powolna, to nieraz zajęcia wywoływały frustracje.
W tym roku Julka jest w grupie z Krzysiem. Krzyś jest w IV klasie. To bardzo wesoły i pilny chłopiec. Chodzi dodatkowo do szkoły muzycznej i gra na pianinie. To zadziwiające, ale Krzyś ma wyjątkową niezdolność do uczenia się ze słuchu: niemal każdy wyraz przekręci, kiedy ma go wymówić. Pomimo tego chwyta szybko zasady i łatwo uczy się słówek. W przeciwieństwie do Julki lubi matematykę i przedmioty ścisłe.
Dzisiaj tłumaczyłam dzieciom, co to jest (albo raczej był) walkman :P jak zobaczyłam to bezbrzeżne zdziwienie na twarzach, to mnie rozwaliło. Więc kontynuuję: "aa, bo wy nie pamiętacie... to był taki przenośny odtwarzacz ze słuchawkami, wkładało się tam kasety magnetofonowe" a one: aha, mp3? Poczułam się strasznie wiekowym dinozaurem, który pamięta jeszcze takie zamierzchłe czasy, jak epokę walkmanów :P
Zamieszczam więc piosenkę o walkmanie z dedykacją dla innych dinozaurów.


wtorek, 11 grudnia 2012

Żucie gumy - a fuj!

Mam kilka "wielkopańskich" zwyczajów: nie ogryzam zwyczajnie jabłka, tylko go przekrajam i wyjmuję pestki i nie lubię żuć gumy. Nie mówię, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Czytelnicy mojego pokolenia pamiętają jeszcze gumy Donald z historyjkami obrazkowymi, gumy Turbo ze zdjęciami samochodów czy superbohatera z gumy Boomer (i robi taaaaakie duże balony!). Każdy musiał choć raz spróbować. Ale zasadniczo nie uznaję gumy. Kojarzy mi się 1) z niechlujnym osobnikiem, mającym znudzony wyraz twarzy i lekceważące podejście do życia; 2) z obrzydliwymi złogami gum przyklejonych pod ławkami i krzesłami. A jak się ostatnio dowiedziałam, żucie gumy jest szkodliwe dla zdrowia. 
Na przeważającej większości gum znajduje się informacja: „Zawiera źródło fenyloalaniny, spożycie w nadmiernych ilościach może wywołać efekt przeczyszczający”. To nie jest jedyna szkodliwa dolegliwość. Zobaczcie na poniższy rysunek.

Żucie gumy jest ponadto niekulturalnym zachowaniem, które nie ma nic wspólnego z dbaniem o zdrowe zęby. Jak słusznie zwracają na to uwagę autorzy podręcznika pt. „ABC dobrego wychowania” Maciej A. Brzozowski i Roman Wysocki mycie zębów i inne zabiegi higieniczne są równie ważne dla naszego zdrowia, a nikt tego nie próbuje robić publicznie. Więcej na ten temat znajdziecie w poniższym artykule.
Są jednak sytuacje, kiedy musimy jakoś "zabić smak w ustach", a nie mamy możliwości umycia zębów, i co wtedy? Osobiście polecam drażetki Mentos. Nie zawierają aspartamu, są słodzone cukrem, szybko się rozpuszczają i są naprawdę skuteczne. Mój ulubiony smak to Strong Mint, w Biedronce można kupić 2 rolki w jednym opakowaniu za korzystną cenę.


Stare reklamy to było to, co nie? :)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Mój to czas, mój to świat...



Bardzo, bardzo fajny weekend był. Próby poszły sprawnie, zaczęliśmy robić scenki. Było też masę śmiesznych momentów, dlatego pomimo różnych trudnych wydarzeń (podziękowania dla Marty, która niestety nie udźwignęła wokalnie repertuaru i poszukiwanie nowego sopranu za Sarę, która wyjeżdża w maju za granicę) mieliśmy radosny czas ze sobą :)
Przy tej okazji zamieszczam ogłoszenie z naszego profilu na fb.

Wanted!!!

Szukamy głosów do nowego musicalu: sopranu i altu.
Potrzebujemy osób, które :
-chcą śpiewać
-potrafią samodzielnie utrzymać się w głosie
-nie przeraża ich gra aktorska
-chcą zrobić coś dla Boga
Jeśli jesteś zainteresowana, skontaktuj się z nami
667 888 558 lub udostępnij dalej.

Do usłyszenia :)
W niedzielę po południu przed wyjazdem obejrzeliśmy jeszcze ze Smykami "Meridę Waleczną". Nietypowa bajka, bez wątku romantycznego, ale z piękną celtycką muzyką i szkockimi krajobrazami. Szalenie spodobała mi się piosenka śpiewana przez Anitę Lipnicką, którą możecie posłuchać, klikając filmik u góry. Idealnie dobrany wokal i  łamania głosu.
Rozum jechał do stolycy na rozmowę o pracę i dzisiaj byłam jego pilotem przez telefon: gdzie skręcić, w co wsiąść. Oczywiście wcześniej usiłował trzymać fason, jak każdy facet: "no, poradzę sobie, jakoś tam trafię, GPS włączę i też jakoś dojdę". Ale kiedy po wszystkim zdążył na wcześniejszy pociąg i siedział już sobie wygodnie w cieple, to napisał i podziękował za pomoc, mówiąc, że sam nie dałby sobie rady. No, bez przesadyzmu, oczywiście, że by sobie poradził, tylko trwałoby to zapewne trochę dłużej;) Chociaż powinnam mówić za siebie, bo dla mnie przygody i odkrywanie nowych miejsc to sama frajda, ale są ludzie, którzy wolą ustabilizowane życie i takie wyprawy są dla nich stresujące, chociaż tego na zewnątrz nie okazują.
Mam znowu wolne przedpołudnia! Trzeba się zabrać za pisanie pracy i inne zaległe rzeczy...

czwartek, 6 grudnia 2012

Bald ist Nik'lausabend da :P

Święta, Mikołajki to okazja dla handlowców zarobić kupę pieniędzy, więc ogłosili wyprzedaże -50% gdzie tylko się dało. Nie nastawiałam się na jakieś szalone zakupy, a wręcz przeciwnie: od dwóch tygodni skrzętnie zbierałam pieniądze w portfelu, napawając się kolejnymi błękitnymi banknotami. Ale równocześnie przepatrywałam sklepy w poszukiwaniu kurtki. Moją poprzednią kurtkę kupiłam dwa lata temu i jednak niezbyt dobrym pomysłem było upranie jej w pralce. Tworzywo wewnątrz, które chroniło od zimna, poprzecierało się i kurtka zaczęła być nieszczelna. Po kilkunastu spacerach po galerii znałam już na pamięć oferty sklepów, ale nadal nie mogłam się zdecydować. W końcu wczoraj podjęłam decyzję: jadę KUPIĆ kurtkę, koniec oglądania. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Weszłam do Carry, gdzie już wcześniej przymierzałam kilka fajnych kurtek z futrzanym kołnierzem i po namyśle wybrałam kurtkę do kolan, z eleganckim, dyskretnym zamkiem i wielkim, futrzanym kapturem, ciepłą jak nie wiem. Ponieważ zdecydowałam się na tańszą, niż wcześniej planowałam, zostało mi jeszcze 100 zł i jeszcze tego samego dnia znalazłam skórzane, czarne kozaki w Humanic, gdzie też była promocja -50%. Dokupiłam do nich tylko wkładki, bo były trochę za duże i zadowolona wyszłam ze sklepu. Mikołaj przyszedł wcześniej :)
A propos Mikołaja, usłyszałam kapitalną wypowiedź Gabrysi, dziewczynki, którą uczę grać na pianinie u niej w domu.

Gabrysia (7 lat): Lenka, Lenka, dzisiaj przyjdzie Mikołaj! (do mnie) ale cii... niech jej pani nie mówi, bo ten Mikołaj to mama...
Ja: Masz rację.
Gabrysia: No bo skąd taki Mikołaj wziąłby pieniądze na prezenty dla całego świata?
***

Na gorąco z dzisiejszego dnia: kolega z pracy namówił mnie, żeby zrobić dzieciom niespodziankę na zajęciach i przebrać się za Mikołaja, przepytać ich po niemiecku z kilku prostych zwrotów i wręczyć drobne prezenty. Nie bardzo potrafiłam mu odmówić i tak byłam Mikołajem, takim jak na poniższym rysunku. Co za szalona rola :P ale miny dzieciaków były tego warte ;)


A już jutro... próba A4H na Śląsku :)