piątek, 27 czerwca 2014

Bitter sweet Apple.

 


Poznajecie to magiczne pudełko? Od wtorku należy do mnie :) zrealizowałam zatem niezrealizowany plan sprzed półtora roku, kiedy kupowałam pierwszy telefon dotykowy i kiedy Rozum zmęczony moimi rozterkami powiedział, że najlepiej byłoby, gdybym kupiła iPhone'a i wtedy wybór byłby prosty. Dojrzewałam do tego kroku i w końcu moje oszczędności też dojrzały. Śledziłam aukcje allegro przez kilka tygodni, porównywałam ceny, w końcu wybrałam się do komisu na Metrze Centrum, bo nie lubię kupować w ciemno. Pan miał na stanie kilka egzemplarzy iPhone 4s w kolorze białym (miałam już dość czarnych telefonów, chciałam coś dla kobiety). Po krótkiej konsultacji z dwoma użytkownikami Apple'a: Rozumem, który zasiał wątpliwości co do oryginalności produktu, a następnie z Tomkiem, który je rozwiał, nabyłam jeden z nich. Tego dnia byłam z Domi w kinie, więc zdążyłam go jedynie rozpakować i sprawdzić, czy działa. Dalsza konfiguracja zajęła mi kilka dni.

Wtorek, dzień pierwszy
Pierwsza trudność pojawiła się z zainstalowaniem karty SIM. Okazuje się, że iPhone jest jednolitą całością i nie pozwala na grzebanie w jego wnętrznościach, nie ma możliwości wyciągnięcia baterii, a klapka do wsunięcia karty SIM znajduje się z boku urządzenia. Wujek Google Dobra Rada poinformował mnie, że należy użyć karty MikroSIM, można ją przyciąć za 5 zł w dowolnym sklepie z telefonami. Postanowiłam zrobić to następnego dnia po pracy.
Środa, dzień drugi
Niestety rada z przycięciem karty w komisie okazała się chybiona, iPhone nie wykrywał karty. Ale odkryłam sposób, jak używać kluczyka do otwierania klapki: trzeba mocniej nacisnąć. Wracając do domu spotkałam mojego sąsiada, który doradził mi, żeby udać się do salonu Play i poprosić o nową kartę. 
Czwartek, dzień trzeci
Po wielokrotnych próbach uruchomienia poddałam się i poszłam do salonu. Liczyłam na miłą panią, która wykaże zrozumienie dla dylematów blondynki, ale trafił mi się przystojniak z włosami na żelu, opalony jak młody bóg, przy którym czułam się zagubiona jak dziecko we mgle. Z całkowitym jednak profesjonalizmem skonfigurował mój telefon, wręczył mi nowiutką kartę MikroSIM i życzył miłego użytkowania. Wgrałam kontakty dzięki iTunes i zaczęłam korzystanie. 
Piątek, dzień czwarty
Wolne popołudnie spędziłam na personalizowaniu telefonu. Tutaj moja artystyczna natura natrafiła na systemowe ograniczenia. iPhone jako telefon przeznaczony do użytkowania od momentu włączenia zakłada, że im więcej opcji wyboru, tym trudniej jest go użytkować, więc uprościł wszystko do jednego stylu. Nie ma też dodatkowego menu ustawień, jak to było w androidzie. Konfiguracja wyglądu ogranicza się zatem do wyboru tapety. Na szczęście można załadować własne.
Dzwonki w iPhone to też temat ciężki do przejścia. Nie można ustawić dzwonka z muzyki w telefonie,  muszą to być pliki w określonym formacie i oczywiście wgrane przez iTunes. Znalazłam jednak kilka poradników tu i tu i załadowałam dźwięki. Od razu raźniej, jak słyszę moje ulubione "Hello" The Baseballs :)
App Store, czyli sklep z aplikacjami to kolejna zabawa, ponieważ wszystkie wypróbowane aplikacje z androida trzeba szukać od nowa. Niektóre z nich niestety nie można zdobyć w wersji darmowej, jak np. Jak dojadę czy Biblia z polskimi przekładami. Ale iMessage, czyli możliwość wysyłania smsów przez sieć do użytkowników Apple w ramach transferu danych to fantastyczna opcja :)

Pomimo tych przejściowych trudności cieszę się z mojego nowego telefonu, bo jest piękny i chodzi jak żyleta :) pozostaje tylko kupić do niego ładną obudowę i można szaleć :D



wtorek, 24 czerwca 2014

Hunk sucks.

Od miesięcy nie byłam w kinie, a z Domi ostatni raz na "Frozen", więc wybrałyśmy się do Multikina. Decyzję o wyborze filmu podjęłyśmy pod kasami: a co, zaszalejmy i chodźmy na film w 3D! I tak wybrałyśmy "Czarownicę" (Maleficent). Disney jak zwykle nie rozczarował. Były fantastyczne sceny lotu, piękne krajobrazy, świetni aktorzy i trzymająca w napięciu fabuła. Ale i tu, podobnie jak w "Frozen", zaobserwowałyśmy ukrytą ideologię gender ;)

UWAGA, SPOILER!

 

Oto scena, kiedy uśpiona Aurora leży w komnacie na łożu, do drzwi puka królewicz Filip, ufryzowany niczym Harry z One Direction i zamiast pocałować królewnę, zastanawia się, czy to wypada, bo tylko raz ze sobą rozmawiali :P kiedy się już ostatecznie decyduje, pocałunek nie działa. Prawdziwa miłość, która budzi Aurorę ze snu, pochodzi od... Maleficent, kobiety, która pokonała swoje uprzedzenia i pokochała ją matczyną miłością. Podobnie jak w "Frozen", to nie Christoff uratował zamarzniętą Annę, lecz miłość jej siostry. Oczywiście jest tu też pozytywnie zaznaczone, że nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, że nie można pokochać kogoś, kogo się nie zna i że prawdziwe uczucie potrzebuje czasu, żeby się w pełni ujawnić, ale będę przekorna i dodam kolejny wniosek z filmu, że mężczyzna z dopracowaną fryzurą i gładkimi manierami może nie podołać, a także, że znowu otrzymujemy zawoalowane przesłanie, że kobiecie do szczęścia i przetrwania niekoniecznie niezbędny jest mężczyzna :P nie jest to bynajmniej moja filozofia, chociaż mogłoby się tak wydawać. Nie tak było na początku ;)



Pozostawiam was z Laną Del Rey i zapraszam do kolejnego posta, gdzie okazuje się, że z tą fryzurą to nie zawsze musi być reguła ;)

niedziela, 22 czerwca 2014

Leniwce nad Liwcem - biwak chorągwi wschodniej "Bumerang"




Środa, 19 czerwca
Po porannych perypetiach z zawrotami głowy ostatecznie nie idę do pracy i jadę razem z drużyną busem spod Pałacu Kultury. Dwudziestoosobowy bus chyba nigdy wcześniej nie był tak zapakowany. Bagaże leżą w przejściu, pod siedzeniami, a niekiedy na kolanach. Ruszamy z Warszawy o 15. Ostatnie chwile wolności, więc leci muzyka z komórek, hity ostatnich miesięcy, ale i o dziwo, polskie przeboje starsze niż kadra ;) nastolatki śpiewające "Mury" czy "Deszcze niespokojne" to rzadkie zjawisko.
W Węgrowie czekają na nas przewodnicy z mapami miasta i polecają nam zostawić bagaże, żebyśmy mogli wyruszyć na grę. Mamy odszukać Aborygena na rynku i dowiedzieć się czegoś o historii zaginionego pokolenia. Początkowo następuje konsternacja z zorientowaniem mapy, ale chłopcy niebawem odnajdują właściwą drogę. Na rynku pod drzewem spotykamy Darka. Ma na głowie czarną perukę z kręconymi włosami, czarną koszulkę pomalowaną w poprzeczne pasy przypominające żebra i dmie w didgeridoo. Zaprasza nas,  żebyśmy dowiedzieli się czegoś o historii miasta i wskazuje na drzwi do biblioteki publicznej, na których widnieje informacja o sobotniej grze miejskiej. W tym momencie dociera do mnie, że to będzie biwak inny niż wszystkie.
Za drzwiami biblioteki wszystkich ogarnia onieśmielenie. Elegancko ubrana pani zaprasza nas do czytelni, gdzie opowiada nam o najciekawszych miejscach Węgrowa. I tak dowiadujemy się, że znajdowała się tutaj drukarnia ariańska, opowiada legendę o magicznym lustrze Twardowskiego, które znajduje się w kościele farnym w zakrystii, a potem zwiedzamy mini muzeum w podziemiach biblioteki. W holu znajduje się fortepian, więc jeden z chłopców nie może się powstrzymać i zaczyna grać Chopina. Zwiedzamy zatem podziemia przy dźwiękach klasyki. Na koniec czestują nas sokiem i ciasteczkami i oddajemy budynek kolejnej grupie, która przyjechała po nas.
Dalszy etap gry to targ. Tutaj Paweł w kudłatej peruce skupuje od nas pasy i scyzoryk w zamian za trzy bumerangi, które możemy później wymienić na żywność. Kolejnym ciekawym punktem jest zabytkowy cmentarz ewangelicki, gdzie w opustoszałej kaplicy cmentarnej spotykamy kolejnego Aborygena, Adama. Opowiada nam o wierzeniach Aborygenów, o krainie snu i świętej pomarańczowej skale Uluru, którą mamy odszukać, zeby dostać kolację. Kierujemy się mapą i niebawem wyłania się Uluru: pomarańczowy budynek ośrodka "Nad Liwcem", gdzie znajduje się nasze obozowisko.
Kolejne godziny mijają błyskawicznie na rozbijaniu namiotów i przygotowaniu do wieczornego ogniska. Na apelu dzielimy się na zastępy, każdy losuje nazwę charakterystycznego australijskiego zwierzęcia: kangury, diabły tasmanskie, dziobaki, mrowkozery i leniwce. Kto wylosowal leniwcow? Oczywiście zastęp kadry!
Przy wieczornym ognisku grzmią didgeridoo i bęben, Adam gra na gitarze. Wpada banda aborygenów i opowiadają o historii zaginionego pokolenia. Jest mowa o grzechu, o zniewoleniu, o porwaniu aborygeńskiego dziecka i oddaniu go białym. Kiedy po tym śpiewamy po raz pierwszy hymn biwaku "Bumerang", wszyscy toną w zadumie.
Wieczór kończy się szybko, dzieci zasypiają, ale kadra nie bardzo, bo po ciszy nocnej za ogrodzeniem zbiera się miejscowa ekipa piwno-grillowa i robią rajdy maluchami. Zasypiam koło pierwszej, jak cichnie, budzę się o czwartej, kiedy odzywają się wrony. Nie jest łatwo spać tej nocy, ale jakoś się udaje.

Czwartek, 19 czerwca 
Nad Liwcem królują wrony. Najgłośniejsze są podczas apelu i zagłuszają oboźnego. Oboźny (Paweł Szklorz) błyszczy dowcipem i udzielając informacji na temat namiotów i ewentualnego deszczu wygłasza uwagę: "Trzeba się zabezpieczyć, żeby nie było wpadki" :P Ola M i ja jesteśmy jedną z pierwszych z naszego zastepu na placu apelowym i wymyślamy sobie przezwisko: leniwce nadgorliwce :P w dalszej części dnia padają kolejne na innych członków kadry: leniwce złośliwce, leniwce obrzydliwce i leniwce przemyśliwce ;) pasuje nam ta rola. Nie spieszymy się, każdy się z radością ociąga, a naszym bohaterem totemu został Sid z Epoki lodowcowej ;) dzisiejszy dzień też sprzyja leniwcom. Budujemy szałasy, żeby w nich spać. Ale nasz Szałas jako wzorcowy został postawiony już pierwszego dnia przez Darka, więc przez większą część dnia mamy luzy :) Błażej,  zastępowy Leniwców w przypływie rozpaczy próbuje nas przywrócić do pionu bezwzględną musztrą, ale widząc nasz wątły entuzjazm poddaje się. Nawet na wieczorne ognisko i prezentację totemu oraz plemiennego języka migowego schodzimy się leniwą kolumną ;) 
Elementem naszego koczowniczego życia jest też gotowanie posiłków w kotle. Mam ambicję zdobyć sprawność z gotowania na ognisku, więc tego dnia jestem odpowiedzialna za obiad. W zastępie kadry jest prawie 15 dorosłych osób, więc gotowanie nawet zwykłej zupy jest nie lada wyzwaniem. Na szczęście dzieciaki w swoich zastepach radzą sobie doskonale z gotowaniem, więc jak nam braknie, to leniwce myśliwce wyruszają na łowy, żeby zdobyć z tego, co im zbywa :)
Poprzednia noc daje się we znaki i już przed 23 zmęczenie zwala z nóg. Tym razem nie ma imprezowni za płotem, więc lokujemy się z dziewczynami w naszym wspaniałym szalasie, mościmy sobie posłanie na sianie i błyskawicznie zasypiamy. Czuję się już w połowie aborygenem. Druga połowa tęskni za prysznicem. Chłopcy postawili prysznic polowy i jest też rzeka, więc można się w miarę umyć, ale to niewiele zmienia, kiedy wszystkie ubrania pachną dymem. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie ma to wielkiego znaczenia, jak wyglądamy. Jest nam wszystkim ze sobą dobrze w tych wojskowych mundurach. Tego mi było trzeba.

Piątek, 20 czerwca 
Dzień zaczął się przygnębiającym akcentem: z masztów zniknęły flagi. Nie wiadomo, czy zrobił to ktoś z obozu, czy z zewnątrz, ale oznaczało to, że sobotnią paradę przez miasto zrobimy pod flagą zuchową, bo tylko taka była zachowana. Wstyd i hańba. 
Poranek skurczył się w czasie, bo czekało nas masę pracy tego dnia. Zrobiłam szybkie śniadanie: jajecznicę z 60 jaj (będę to wspominać do końca życia) i po nabożeństwie ruszyliśmy na misję. Grupy zostały skierowane do pomocy ludziom. Jedni sprzątali mieszkanie starszej pani, którą zajmowała się opieka społeczna, inni porzadkowali cmentarz, inni teren obok domu starców, nasza grupa odwiedziła starszą panią i rozmawialiśmy z nią, śpiewaliśmy jej piosenki z biwakowego śpiewniczka i modliliśmy się z nią. Pani bardzo dużo mówiła, tak że nawet nie zdążyliśmy się przedstawić :P ale dzieci bardzo to pozytywnie przeżyły. Na wieczornym ognisku wszyscy opowiadali o swoich doświadczeniach z wielkim entuzjazmem. To było coś niezwykłego. 
O sztuce aborygenów uczyliśmy się na popołudniowych warsztatach, gdzie opowiadałam o didgeridoo i dzieciaki robiły kije deszczowe. Niektóre były tak świetnie udekorowane, że same w sobie były ozdobą. Paweł zaczął grać na jednym i zaraz potem spadł deszcz. Dopadł nas jeszcze raz podczas musztry i mocno się ochłodziło.
W ciagu dnia znaleziono pod masztem list napisany węglem na desce, w którym żądano okupu w zamian za zabrane flagi. Rozpoznaliśmy charakterystyczne błędy ortograficzne i zdemaskowalismy porywaczy. Tylko Sławek byłby do tego zdolny :P

Sobota, 21 czerwca 
Chłodną noc mieliśmy. Ale w sobotę pobudka jest później, więc pół godziny snu nadrobiłam. Na czas apelu zaczyna lać, więc chowamy się w budynku. Mamy już flagi. Rozpoczynają się modlitwy o przejaśnienie, bo inaczej pochód stanie pod znakiem zapytania. Sobota to kolejny aktywny dzień na biwaku, więc tym razem śniadanie błyskawiczne, czyli płatki na mleku i kanapki. Wszyscy i tak rozpalili pod kotłem, żeby zagrzać mleko albo zrobić tosty. Patrzymy na dzieciaki z podziwem, jak sobie radzą z pionierką. Rąbią drewno na ognisko, zmywają w rzece bez marudzenia, prawie każdy zastęp zrobił ogrodzenie swojego obozowiska z szałasem, kotłem i stołem, a w jednym zrobili sobie nawet plac zabaw: rozwiesili liny do wspinaczki i zamontowali huśtawki. Gdybyśmy jeszcze tydzień pomieszkali, to postawiliby dom ;)  
Po śniadaniu zakładamy mundury i ustawiamy się w kolumnie czwórkowej. Na przedzie idą zuchy, za nimi poczet flagowy, a potem pathfindersi. Z tyłu Darek z Błażejem dmą w didgeridoo. Udajemy się ulicami miasta do kościoła ewangelickiego na nabożeństwo. Nasze modlitwy zostały wysłuchane: na czas przejścia przestaje padać. Maszerujemy i śpiewamy, przed nami jedzie policja i toruje drogę. Ludzie oglądają się i uśmiechają.
Kościół jest nieduży, ale wszyscy zajmują miejsca w ławkach. Mamy radosne nabożeństwo pełne śpiewu, modlitw, doświadczeń i dobrego rozważania o naszej tożsamości. Akustyka pomieszczenia jest fantastyczna. Kiedy śpiewamy  "Niepokonani" czy "Bumerang", wszystko tak zgodnie brzmi, że specjalnie wyciszam fortepian, żeby posłuchać ludzi. Widać też, że rozumieją, o czym śpiewają. Zaczynam czuć atmosferę camporee. W trakcie znowu zaczyna padać, ale kiedy wychodzimy, wychodzi słońce. Znowu maszerujemy, omijając po drodze kałuże. Rozpiera nas duma. To chyba najlepszy moment biwaku. 
Po południu ruszamy na grę. Tym razem jest to gra miejska, do której mogą dołączyć osoby z Węgrowa. Zasady są podobne do "Osadników z Catanu": trzeba rozwinąć swoje plemię, zdobywając punkty z kategorii Pożywienie, Broń, Tropicielstwo, Inżynieria, Szaman i zdobyć jak najwięcej itemów, wędrując do punktów w mieście i rozwiązując zadania. Można też stawić się na pole bitewne i walczyć z innym plemieniem o punkty. Ja jestem na punkcie razem z Grześkiem Kiełpińskim, który jest szamanem i naszym kapelanem na biwaku. U nas trzeba rozpoznać lecznicze zioła, zagrać na didgeridoo (podobno brzmienie ma właściwości lecznicze) i odpowiedzieć na pytania związane z wierzeniami aborygenów. Jesteśmy na terenie ośrodka, więc na skraju miasta i przez długi czas jest zupełnie spokojnie. 
Wieczorne ognisko jest połączone z corroboree, czyli uroczystością plemienną, gdzie odbywają się tradycyjnie tańce, śpiewy, posiłek, a podczas tego także bora, czyli inicjacja młodych mężczyzn. U nas mamy trochę odmienny program, ale równie radosny. Wszyscy grzeją się przy ogniu, bo jest naprawdę chłodno. Obok ogniska spostrzegamy wielkiego leżącego człowieka z siana. Potem grupa chłopaków niesie jakiś wielki tobół, układa go na człowieku z siana i wychodzi z niego Mirka. Jest z nami Evgeny, instruktor i komandos z Ukrainy, który razem z Olkiem nadaje Mirce stopień Master Guide, pierwszy w Polsce w zupełnie oficjalny sposób. Przypomina mi się moment, jak trzy lata temu na obozie przystąpiłyśmy razem do przyrzeczenia i postanawiam, że będę drugim. 
Corroboree przeciągnęło się do późna, bo po nabożeństwie i śpiewach mamy jeszcze ciasto, które dostaliśmy od jednej pani. Była to przewodnicząca towarzystwa miłośników Węgrowa. Zobaczyła pracę piątkową jednej grupy, która porządkowała cmentarz i była tak poruszona, że postanowiła im to wynagrodzić i przyjechała do nas z ciastem. 
Przed nami najkrótsza noc w roku, czyli pogańskie święto Kupały, ale dla nas jest to po prostu ostatnia noc biwaku. Śni mi się chusta Master Guide.

Niedziela, 22 czerwca
Tego dnia mamy pakowanie i zwijanie obozu, ale jest też coś radosnego i aborygeńskiego: gra w marn grook, czyli gra w piłkę podobna do futbolu amerykańskiego. Jesteśmy podzieleni na cztery drużyny: dwie z mniejszymi dziećmi i dwie z wysokimi i zbudowanymi chłopakami. Ja jestem w jednej z drużyn z dziećmi, ze względu na wzrost. Ale mamy u nas trzech chłopców, którzy są bardzo nastawieni na grę i szybko zdobywamy przewagę, grając przeciwko drużynie złożonej w przeważającej ilości z dziewczynek. Mamy świetną zabawę z bieganiem po całym boisku i rzucaniem się na siebie nawzajem. Na szczęście nikt nie został kontuzjowany. Mam także swój życiowy moment: dostaję piłkę i biegnę z nią przez boisko aż do linii końcowej, przedzierając się przez gromadę, przyłożenie i punkty! Nie lubię specjalnie gry w piłkę, ale to jest tak dynamiczna gra, że szybko się wciągam, pomimo zmęczenia. Ostatecznie nasza drużyna wygrywa. Obserwujemy potem grę dużych chłopaków. Grają bardziej precyzyjnie, strategicznie, ale nie omijają okazji, żeby się wzajemnie przyblokować, bo takie mocowania chłopaki lubią najbardziej. 
Ostatni posiłek gotowany w kotle, czyli zupa jest mocno doprawiona i pali w gardle, ale pomimo tego jest tak smaczna, że wszyscy ochoczo biorą dokładki. Chyba już nic nie będzie smakowało tak samo po gotowaniu na ognisku.
Apel kończący biwak udaje się zrobić pomiędzy deszczem a gradem. Dostaję na pamiątkę i w podziękowaniu za prowadzenie służby muzycznej swój własny bumerang i zdobywam sprawność z kultury aborygenów. Darek dostaje didgeridoo. Radził sobie z nim najlepiej i wykonał kawał roboty z grafiką oraz organizacją, więc nie mógł dostać lepszego prezentu.
Kiedy obóz jest już zwinięty, sprzątamy jeszcze pomieszczenie, w którym mieliśmy odprawy kadry. Wydobywam swoją kartę zaliczeń na Master Guide i sprawdzam, co mi jeszcze zostało. Po podpisaniu zrealizowanych punktów okazuje się, że zostały mi do zrobienia tylko cztery punkty: dwie sprawności, książka o historii pathfindersów i kurs pierwszej pomocy. Szansa na zdobycie Master Guide jeszcze w tym roku staje się coraz bardziej realna.
Wracamy do domu z Markiem, który był z nami na biwaku od popołudnia w sobotę. Wszyscy są brudni, przemarznięci, przesiąknięci dymem i marzą o długiej, gorącej kąpieli. Jestem skonana i padam ze zmęczenia, ale czuję, że psychicznie odpoczęłam od zadań i obowiązków, bo na tym biwaku wyjątkowo nie miałam żadnej odpowiedzialności organizacyjnej. Takie oderwanie od cywilizacji było mi potrzebne. Chyba jestem w połowie dzika.

wtorek, 17 czerwca 2014

Są dla nas miejsca nieznane.




Bumerang, misie koala i australijskie podkładki czekają na spakowanie, podobnie jak cała reszta sprzętu na biwak. Powoli ogarniam się z tym wszystkim. Jutro czeka mnie wariacki dzień, najpierw praca, potem wyprawa po naszywki, potem znowu praca, a w końcu wyjazd do Węgrowa, godzina jeszcze nieznana. Na las muszę mieć czas.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Veni, vidi, Visa.


Przybyłam, zobaczyłam, zakupiłam. 
Niniejszym obwieszczam zakup pierwszej koszulki z warszawskiego oddziału PTNS. Może i dziadostwo, ale jakie solidne! 
Na wieczór lody z bitą śmietaną i druga część koncertu z Opola. Bo troszkę smutno.

niedziela, 15 czerwca 2014

Warszawa festiwalowa

Kiedy zostajesz na weekend w Warszawie, nigdy nie wiadomo do końca, co się wydarzy. Dużo wcześniej miałam zaplanowany piątkowy wieczór i niedzielne zajęcia ze studentami w Podkowie, ale sobota była wolna i nie miałam żadnych specjalnych planów. W piątek wpadłam na pomysł, żeby zaprosić Olę na obiad, a potem wybrać się na wyprawę rowerami, ale pogoda się pogorszyła tak, że z rowerów tym razem nic nie wyszło. Był za to z nami Tomek i spędziliśmy miłe popołudnie, gawędząc o różnych ciekawych sprawach :) 
Warszawa była w ten weekend festiwalowa, bo na Stadionie Narodowym trwał Orange Warsaw Festival, a na stadionie Legii był Festiwal Nadziei. Przyznam jednak, że żaden z nich mi do końca nie leżał, a w kolejce czekają do obejrzenia festiwal z Częstochowy i festiwal w Opolu
W niedzielę zostałam bez komputera, bo pożyczyła go Ola i po zajęciach ze studentami wróciłam do domu, odespałam zaległości i zajęłam się masą pożytecznych rzeczy, które cierpliwie czekały, aż będę miała wolny dzień. Czekał rower do naoliwienia, szafy do przeglądnięcia, do tego w piątek dotarł zamówiony namiot, więc należało go rozłożyć i sprawdzić, czy wszystko w nim gra. Tak oto stałam się właścicielem czterech ścian i dachu nad głową oraz latarki czołowej ;) za 4 dni biwak, za 3 tygodnie camp, a za półtorej miesiąca camporee, więc muszę mieć schronienie. 



Mój kolejny zabiegany tydzień wygląda znowu przerażająco, ale chwytamy byka za rogi. Musimy potrafić ;)

wtorek, 10 czerwca 2014

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj.


Od dwóch tygodni krążę wokół sklepu na Koszykowej i jedyne, co widzę za szybą, to robotników. Ale dzisiaj zobaczyłam szyld, a wieczorem Asia podesłała mi wydarzenie z fb: Otwarcie PTNS w stolycy już w piątek o 18 :) wybrałabym się, ale mamy inny program w tym czasie, na który zapraszam bardzo serdecznie :)


A pozostając w klimatach PRL reprezentowanych przez łódzki sklep odzieżowy, załączam hymn buntowników kolejkowych. Ciężkie te czasy już za nami, ale nie wiem, czy dobrobyt nie jest większym nieszczęściem? Bo mając taki wybór w sklepie, a przy tym ograniczoną ilość środków, człowiek jest w równym stopniu nieszczęśliwy, nie mając żadnego wyboru.




Dzisiejszy dzień jednak był triumfem kapitalizmu. Nabyłam drogą kupna upatrzone okulary w Mohito w promocji oraz białą plisowaną spódnicę z tegoż sklepu, a na nadchodzące wydarzenia namiotowe nieprzemakalną kurtkę :) jestem szczęśliwą Kiką, pomimo nieprzemijającego zmęczenia z powodu przepracowania :) taki opis dzisiaj ukułam:


"Uciec pociągiem od przyjaciół,
wrogów, rachunków, telefonów,
Nie trzeba długo się namyślać,
Wystarczy tylko wybiec z domu i..."

Ee, nie dzisiaj. Spóźnię się do pracy.


Jeszcze tylko trzy tygodnie wypisywania rachunków i uczenia dzieci oraz studentów, a potem wakacje.
 Wytrzymam.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Zapytaj Tych.

Historia zatoczyła koło i znowu zagraliśmy czerwcowe koncerty na Śląsku. Przed koncertami było tyle przeszkód, że aż się zastanawialiśmy, co się wydarzy na samym koncercie. 
Z radosnych wieści: mamy własne mikrofony :D przyszły w czwartek, ale nie w tej ilości, co zamawialiśmy, trzeba było dopożyczyć. W piątek zepsuł się samochód, który miał przywieźć sprzęt ze Szczecina, mamy od nich wypożyczoną konsolę, przez co ekipa ze Szczecina musiała jechać nocnym pociągiem i byli noc w plecy. Dawid zamówił nowe pianino Norda, też nie dojechało na czas. Mi i Oli opóźnił się transport z Warszawy, przez co byłyśmy w Pszczynie dopiero o pierwszej w nocy, też niewyspane i zmordowane po ciężkim tygodniu. Dawid P opowiadał o tym wszystkim na apelu i modliliśmy się wszyscy, żeby wieczorny koncert odbył się bez przeszkód, ale tak łatwo nie było. 
W sobotę graliśmy "Zapytaj tych" w Tychach ;) było trochę stresu, bo dopiero drugi raz graliśmy w nowym składzie i aranżacji, do tego na nowych mikrofonach, których nie mieliśmy wcześniej okazji przetestować. Tradycyjnie wywalalo nam prąd i musieliśmy grać bez punktowki :( No i niestety podczas koncertu mikrofony sprzęgały, trudno było ustawić poziomy, okazało się też, że zbierają z bliskiej odległości, a jak się trochę dalej od ust odsunie, to jest dużo ciszej. Ale i tak odbiór koncertu był bardzo dobry. Ludzie byli wzruszeni, podchodzili i dziękowali. Ja sama się wzruszyłam w trakcie, jak popatrzyłam na salę i zobaczyłam, jak jedna kobieta śpiewa z nami "Żyje Pan", a inna w pierwszym rzędzie płacze. W Tychach jest prowadzona ewangelizacja, więc nasz koncert był jednym z punktów realizowanego planu misyjnego. 
W niedzielę w Pszczynie było zupełnie inaczej. Weszliśmy na salę cztery godziny przed koncertem, było mnóstwo czasu na sprawdzenie sprzętu, ustawienia częstotliwości, tak że podczas koncertu żaden mikrofon nie sprzęgał, dopiero jak schodziliśmy ze sceny, zrobił się ogluszający pisk :P wszystko brzmiało tak wyraźnie i czyściutko, dialogi było tak wyraźnie słychać, że stojąc w ścianie podczas kwartetu dziewczyn zasłuchałam się :) to był jeden z nielicznych koncertów, który był zagrany w tak komfortowych warunkach. Na godzinę przed rozpoczęciem sprzęt juz był rozłożony i sprawdzony, był czas na spokojne i dłuższe nabożeństwo, wszyscy byli odprężeni i cieszyli się na samo granie. No i sala była duża, idealnie zaciemniona, chociaż to była dopiero szesnasta, nawet chwilami było absolutnie ciemno :) to był koncert charytatywny, zbierane były pieniądze na dzieci z ośrodka pomocy społecznej. Wszystko zakończyło się przed 18, potem powroty do domów, bo następnego dnia trzeba pójść do pracy i szkół. Weekend na wysokich obrotach, kolejny z rzędu, ale żyję ;) Teraz mamy przerwę wakacyjną, a we wrześniu może pojedziemy na koncert do Niemiec :)  

Dla rozluźnienia kabaret. Mój ulubiony cytat to: "Pomarańczowy, ale bardziej taki zachód słońca nad Łomżą czy może norweski łosoś?" :D

piątek, 6 czerwca 2014

Rzeszów Klezmer Band w stolycy.

Ola wróciła znad morza i  chcialysmy się gdzieś spotkać i pogadać albo po prostu gdzieś razem pójść. Znalazłam na fb wydarzenie o koncercie Cezika w Studenckim Klubie "Karuzela"  na Bemowie. Wybrałam się tam wczoraj po pracy, żeby kupić bilety, ale zamarudziłyśmy z tym i już nie było :/ odkrylam za to nowy, nieznany kawałek Warszawy. Budynki na ulicy Konarskiego były tak stare, że przypominały skansen. Wszystko skąpane w zieleni, ludzie siedzą na ławkach, jakby czas się w tym miejscu zatrzymał. A 200 m dalej Górczewska, nowoczesne biurowce, pędzące samochody i cały ten zgiełk. 
Z Cezikiem się nie udało, ale wyczaiłam, że gra w Warszawie Rzeszów Klezmer Band w kościele zielonoświątkowym na Siennej i poszłyśmy na koncert. To był zespół, który zaczynał swoją działalność, jak chodziłam jeszcze do muzyka w Rzeszowie, chodziliśmy do tej samej szkoły na Sobieskiego, nawet miałam zajęcia w tej samej sali, co klarnecista z zespołu, więc mam do nich sentyment :) grają muzykę klezmerską, więc klimaty żydowskiego wesela i muzyki obrzędowej, ale z mieszanką współczesnych klimatów, m.in jazzowych, bałkańskich. Trochę więcej do posłuchania jest na ich stronie http://www.klezmerband.pl/dyskografia/, a w załączniku teledysk nakręcony na rzeszowskim rynku. Na koncercie wstęp był trochę dłuższy i w tym momencie nie mogłam oderwać wzroku od perkusisty, bo zaczarowywał bębny :) w ogóle muzycznie chłopaki są świetni i każdy z nich jest fantastycznym solistą, ale tym razem jakoś najbardziej słuchałam perkusji. 



A w weekend dwa koncerty All4Him na Śląsku. Zapraszamy, jak bedziecie w pobliżu :)