poniedziałek, 30 maja 2016

Hellada 2016 - biwak chorągwi wschodniej


Od kilku lat długi weekend na Boże Ciało jest zarezerwowany u mnie na biwak chorągwiany i nie planuję na ten czas nic innego. Odkąd jestem człowiekiem (bardziej) pracującym jest to też jedyna możliwość wyjazdu na obóz harcerski bez kombinowania z dodatkowym urlopem. Pięć dni to krótko i długo jednocześnie. Dla Diego pięć dni to dobry, długi obóz, dla mnie to zdecydowanie mało, żeby pobyć z ludźmi i lepiej się z nimi zżyć. Najlepszy czas to przynajmniej siedem do czternastu dni, co dla niego jest zupełną abstrakcją, ale według niego my, Europejczycy jesteśmy dziwni :P

Środa, 25 maja
Mam twardy plan wyjechać po południu, po zajęciach. Do południa ma pojawić się Domi z Łukaszem po moje rzeczy, a ja po 17 wsiadam w pociąg do Urli i stamtąd mam iść 5 km piechotą do ośrodka "Nadliwie", gdzie mamy biwak. Plany jednak zmieniają się spontanicznie, kiedy zaczynam się rano pakować i sprawdzam połączenia. O nie, dotrę tam późno wieczorem. Trudno, odwołuję zajęcia i zabieram się z Łukaszem do ich mieszkania dokończyć pakowanie, a potem ruszamy w drogę. W trasie zatrzymują nas na kilka godzin straszliwe korki w Warszawie. Pomstujemy i stresujemy się, bo musimy dotrzeć na określoną godzinę. Długi weekend przed nami, ludzie uciekają z miasta, taki los.
Docieramy ze sporym opóźnieniem. Domi biegnie na recepcję, ja i Łukasz zabieramy się za rozbijanie namiotów. Potem ruszam na oględziny ośrodka. Jest tu pięknie, rzeka jest malownicza, po terenie biegają różne zwierzątka. Bardzo sympatyczne miejsce dla zuchów i harcerzy.


Na miejscu dowiaduję się o swoich zadaniach: granie i śpiewanie na nabożeństwach zuchów, a potem harcerzy. Podobnie jak rok temu, tylko tym razem zuchy są zaraz za płotem i nie trzeba dojeżdżać do nich samochodem. 

Pierwszy apel na biwaku w mundurach. 
Wersja polowo-wyjściowa, czyli pełny serwis ;)

Na wieczornym ognisku harcerskim najpierw dużo śpiewamy, a potem Sylwek-kapelan zaczyna swoją historię. Opowiada o swojej pasji z dzieciństwa - zbieraniu autografów piłkarzy, a konkluduje to stwierdzeniem, że kiedy poznał Jezusa, to On stał się jego największym idolem. Na koniec dnia zachęca do wzięcia udziału w ogrodzie modlitw i spora grupa chętnie uczestniczy. 
Chwilę później wyruszamy na nocną grę w wilki. Do lasu jest kawałek, a w samym lesie nie jest zbyt jasno i nie wszyscy czują się raźnie w tropieniu "wilków". Jest też mała grupa osób, które są na biwaku pierwszy raz i muszą się jakoś odnaleźć w harcerskich klimatach. 
Wracamy do obozowiska późno w nocy i kładziemy się spać. Oczywiście w pierwszą noc nie mogę długo zasnąć, w dodatku opadła rosa i jest zimno. W nocy przyjeżdżają Andrzej z Karolem na rowerach i słyszę, jak rozmawiają. Jakoś przemęczam tę noc.
Na biwaku nie mamy elektryczności. Wyłączam telefon i odtąd uruchamiam go tylko raz dziennie, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie nie potrzebuje. Przede mną pięć błogich dni wolności od kontaktów wirtualnych i prawdziwe życie.

Czwartek, 26 maja
ATENY



Poranek zapowiada się sympatycznie. Słońce przygrzewa namiot i o 7 rano robi się całkiem miła pogoda. Piękna rzeka Liwiec zachęca do kąpieli. Przełamuję opory i kąpię się w rzece. Od tej pory robię to codziennie, zamiast korzystać z polowych pryszniców. 

Keep calm and be a pathfinder!
Błażej tego dnia występuje jako ateński filozof i mąci ludziom w głowach.

Tego dnia mamy zaplanowany festyn w Jadowie. Jako harcerze prowadzimy różne stanowiska z grami i zabawami dla dzieci. Przyłączam się do Ciuchci Zdrowia, czyli wystawy dla dzieci na temat zasad zdrowia. Jeszcze nie wiem, że czeka mnie kilka godzin mówienia i stado dzieci ;) ale punkt na wymagania z Przewodnika zaliczony. Mam zrobiony kolejny stopień :)

Gąbeczki, butelka z cukrem, rozmowy o myciu herbatą, 
czyli moje stanowisko na Ciuchci

Na biwaku już od trzech lat gotujemy w kotłach. To niezapomniane smaki ogniska i za każdym razem nowe doświadczenia, nawet gdy gotujemy leczo kolejny rok z rzędu. 

"A my na slacku..."
Nasze wersje harcerskich piosenek przy ognisku ;)

Piątek, 27 maja
SPARTA

Tego dnia budzimy się w starożytnej Sparcie. Dziewczyny mają zaprawę poranną cardio zakończoną kąpielą w rzece, panowie też nie próżnują. Czeka nas aktywny dzień. 
Tego dnia poznajemy też sztukę Grecji. Wytwarzamy szkatułki i biżuterię w stylu greckim. Ja jestem mało "manualna" i konstruuję piekarnik reflektorowy, bo też mam to na zaliczenie. Piekarnik działa - robię na nim grzanki z czosnkiem. 

Piekarnik reflektorowy (srebrne pudełko na stole)
Można w nim upiec różne potrawy na ognisku.

Tego dnia rozpoczynają się też zajęcia ze sprawności. Prowadzę Sprawność fizyczną i podczas zajęć rozkładamy się wygodnie na karimatach, prezentując różne ćwiczenia. Bardzo przyjemna sprawność, jak się w kolejnych dniach okazało :)


Żyjąc w Sparcie nie można uniknąć wojny. Na nasz teren wpadają zuchy i mamy z nimi małą przeprawę. Potem odwiedza nas major i opowiada o wojnie w Afganistanie. Chłopaki są już tak rozgrzani, że chwytają tarcze produkowane przez cały poranek i ruszają do starcia.


Po walce na tarcze dziewczyny też chcą się ponaparzać i ruszają zawody w przeciąganiu liny. Ten bojowy dzień kończy się tradycyjnie ogniskiem. Ciepła noc nagradza dwie poprzednie.

Brazylijska chusta noszona przez cały biwak.
Na koniec brudna tak samo, jak ja.

Sobota, 28 maja
OLIMP

Bliskie sąsiedztwo zuchów to nienajlepsze rozwiązanie - w sobotę rano mieliśmy budzić się dopiero o 8.30. W praktyce obudziła nas zuchowa pobudka o 7.30. Pomstujemy, ale cóż zrobić. Szykujemy się do nabożeństwa - pieśni, mundury. Na nabożeństwie opowiadamy masę historii z ostatniego festynu. Okazuje się, że to wydarzenie przełamało lody w tej miejscowości i spowodowało wielką życzliwość i otwartość wójta, który odwiedził nasz obóz osobiście z pisemnym podziękowaniem. 


Szkoła sobotnia jest tym razem w drugiej części nabożeństwa i jest to gra na terenie ośrodka. Zanim do niej przystąpimy, kilka zdjęć w naszych pięknych mundurach.

"Nade mną słońce, pod stopami piach"
Proud to be a pathfinder!

Nasza ekipa jest jedyna w swoim rodzaju. Dzięki Adzie znajdujemy błyskawicznie większość punktów i rozwiązujemy zagadki. Szkoda, że tuż przed metą natrafiliśmy na feralne pole cofające nas do słynnego pola 75...


Popołudnie ze sprawnościami mija nam przyjemnie. Mamy już wszystkie wymagania opracowane, więc moczymy się w rzece. Próbujemy zrobić wyścigi materaców, ale przedziurawia się nam jeden z nich, więc robimy sztafetę w wodzie. Dzieci (przepraszam, nastolatki) potrzebują aktywnego spędzania czasu, mi w ten upał wystarczyłoby wylegiwanie się w wodzie. Nie trzeba jechać do Chorwacji, woda jest ciepła jak w tropikach. 
Na wieczornym ognisku mamy odwiedziny zuchów. Robią radosny tłok i wrzawę. Śpiewamy razem dużo piosenek, robimy wspólne pląsy. Małe zawieszenie broni po ostatnich perypetiach z jeńcami w obozie zuchowym.

"On jest silniejszy niż Superman"


Po ognisku harcerskim rozpoczynamy ognisko kulinarne i pieczemy chleb nasączony olejem z przyprawami na ognisku. Wieczór się przedłuża, nikt nie chce ogłaszać ciszy nocnej. Przed nami ostatnia noc na biwaku.
Po północy budzi nas alarm i zbieramy się na placu apelowym. Czekają nas nocne manewry - mamy przejść próbę spartańską, żeby stać się pełnoprawnymi obywatelami Hellady i zdobyć prawo do głosowania. Wyruszamy do lasu, gdzie naszym zadaniem jest przekraść się bezszelestnie do lampionu na wzgórzu. Zadanie nie jest łatwe, bo co kilka metrów rozstawieni są strażnicy, którzy bezwzględnie wracają na start wszystkich hałasujących. Próbuję podejść kilkakrotnie, znam już położenie prawie wszystkich strażników, ale niestety w ostatnim momencie, kiedy już prawie docieram do mety, gra się kończy. Wracamy przed czwartą do obozu, zaczyna powoli się rozjaśniać. Mało czasu na spanie zostało.

Niedziela, 29 maja
HELLADA

I znowu nie udało się wyspać dłużej - zuchy budzą nas o 7.30. Jesteśmy rozkojarzeni i rozespani, nie wiemy, co ze sobą zrobić. Dzień rozpoczyna się zatem późno. Na niedzielę zaplanowanych jest kilka rzeczy, ale wszystko przebiega z pewną powolnością.


Na porannym apelu niestety Andrzej zostaje wydalony z obozu za niesubordynację poprzedniego wieczoru. Pada jeszcze kilka pouczeń i ostrzeżeń na temat używania noża i siekiery. Czekają nas jeszcze zaliczenia sprawności. Moja grupa zalicza sprawnie nad wodą. Siedzimy, moczymy nogi i odpowiadamy. To lubię! Mobilizuję się jeszcze i zaliczam kolejną sprawność: Wstrzemięźliwość. 
Nasz wspaniały biwak kończy się apelem w mundurach, wręczeniem sprawności, naszywek, prezentów, odznaczeń... 

Fantastyczni Operacyjni Cykliści Hermesa, w skrócie: FOCH
Nasz zastęp Roversów (bez zastępowego, wyjechał już na rowerze do Warszawy)


Niestety po zarwanej nocy naszej kadrze umyka ważny fakt: dopilnowanie uczestników, aby posprzątali obóz. Kadra zostaje i pakuje sprzęt, ja sprzątam teren i szoruję kotły przypalone po gotowaniu ryżu na śniadanie. Wszyscy są zmęczeni i poirytowani, bo nie wiadomo, jak zapakować sprzęt na przyczepę i kto może ją zabrać. Opuszczamy ośrodek późnym wieczorem. W samochodzie snujemy rozmowy i wymieniamy się wrażeniami z obozu zuchowego i harcerskiego. Pomimo tej nieprzyjemnej końcówki to był dobry czas i widzimy, jak harcerstwo zmienia ludzi na lepsze.


Docieram do domu przed północą, o dziwo, w Warszawie nie ma żadnych korków. Od razu wchodzę do łazienki i robię gorącą kąpiel, odszorowując się z całego biwakowego brudu. Tęskniłam za wanną i łóżkiem podczas chłodnych nocy. Ale już niedługo zaczyna mi brakować namiotu i kąpieli w rzece. Nie dogodzi :P 

Jak dobrze być pathfindersem w chorągwi wschodniej :)

niedziela, 22 maja 2016

Wroclove. Afrykarium i A4H

Lubię załatwiać kilka spraw jednocześnie. Kiedy dowiedziałam się, że będziemy mieć koncert A4H na zjeździe we Wrocławiu, zaplanowałam w piątek wyprawę do zoo, aby zobaczyć Afrykarium. To wyjątkowe miejsce w Polsce, w którym można zobaczyć egzotyczne afrykańskie gatunki zwierząt, a w dodatku jest tam też oceanarium. Dzięki temu mogłam ukończyć ostatni punkt na sprawność Ssaki morskie :)


Oceanarium to wspaniały, kolorowy podwodny świat. Jedne z najpiękniejszych przeżyć to przejście tunelem, gdy nad głową pływają ogromne, wielobarwne ryby, rekiny i żółwie. 


Te futrzaste foki to kotiki. Diego, biolog i miłośnik ssaków morskich rozpoznał oczywiście po zdjęciu i podał łacińską nazwę. Mi wystarczy polska, ewentualnie angielska :P


Kolejne ssaki morskie to manaty, zwane dawniej syrenami. Są bardzo sympatyczne i łagodne.


Zoo wrocławskie jest położone w pięknym parku i sam spacer alejkami jest malowniczy. Znajduje się tu wiele nietypowych gatunków zwierząt. 



Wrocław to przepiękne miasto, niestety nie miałam zbyt wiele czasu, aby je zwiedzić. Jest tam mnóstwo kanałów, wysepek, pięknych alejek, parków i budynków. Trzeba by mieć cały wolny weekend, żeby pochodzić i pooglądać wszystko, a ja po raz kolejny byłam tutaj w zupełnie innym celu :( 



Ciekawostką Wrocławia jest kolejka linowa nad Odrą. Wymyślili i zainstalowali ją studenci Politechniki Wrocławskiej. Na kolejkę "Polinkę" należy kupić osobny bilet w automacie, jest w cenie standardowego biletu komunikacji miejskiej, czyli 3 zł i 1,50 zł ulgowy.


 W mieście można spotkać krasnale. Skąd się wzięły i dlaczego? Czytaj tutaj.


Mój cel na weekend? Koncert i próba zespołu. Z samego zjazdu skorzystałam w niewielkim stopniu - podczas nabożeństwa sobotniego i warsztatów porannych w niedzielę. Były to jednak treści, których potrzebowałam i które utrwaliły w mojej głowie ostatnie przemyślenia na temat modlitwy.


Zdjęcie z koncertu w naszych nowych sukienkach :)


A do Wrocławia jeszcze wrócę i wreszcie zobaczę Rynek!

czwartek, 19 maja 2016

Finale 2014 i HyperScribe, czyli jestę kompozytorę ;)



Zainstalowałam sobie ostatnio darmową wersję testową Finale 2014, czyli programu do pisania nut i bawię się nim, testując różne funkcje. Ostatnio przypadkiem zauważyłam, że mając podłączony kabel MIDI mogę wpisywać nuty do głosów, naciskając klawisze keyboardu. Podzieliłam się tym na naszej zespołowej grupie na Slacku i Dawid podrzucił mi poniższy tutorial, jak uruchomić opcję "nagrywania" nut.



Powiem tylko: och, gdyby Chopin żył w naszych czasach, błogosławiłby ten wynalazek. Wystarczy elektroniczna klawiatura, kabel MIDI, program i możesz grać wszystko, co ci przyjdzie do głowy, a program przetworzy to od razu na nuty. Potem korzystając z innych narzędzi można nuty edytować, korygować wartości, poprawiać fałszywe dźwięki, słowem: robić to wszystko, co kompozytorzy przez wieki tworzyli na papierze nutowym, tylko szybciej i przejrzyściej. Zabawa na sto dwa :D

środa, 18 maja 2016

Lubię bez, ale... się boję...



Każdy się czasem czegoś boi.
Lęk atakuje znienacka jak burza. Było tak pięknie, a tu nagle nadciągnęła czarna chmura i zasłoniła jasne niebo. Słyszysz tylko dudnienie i widzisz błyski. Wiesz, że to tylko burza i raczej nic ci się nie stanie, ale potwornie się boisz. W tej chwili nie myślisz o niczym innym, chciałbyś się tylko schować pod łóżko albo do szafy. 
Ja też czasami się boję. Boję się wszystkiego, co się może wydarzyć i tego, co się nie wydarzy. Atakują mnie myśli o wszystkich negatywnych zdarzeniach z ostatnich dni i przerażenie odbiera mi jasność myślenia. Trzęsę się i mam ochotę krzyczeć albo wejść pod kołdrę i nie wychodzić. Jestem wtedy tylko małym, słabym człowiekiem, którego rodzina i przyjaciele są daleko i nawet nie ma się do kogo przytulić w takiej chwili. Do tego odzywa się jakiś dziwny znajomy i zadaje pytania, które wyciągają z ciebie to, o czym właśnie myślisz. Skąd on wie, że właśnie teraz się denerwuję? Dlaczego zawsze odzywa się w takich momentach? Próbuję przewietrzyć głowę wsiadając na rower po pracy i jeżdżąc po okolicy, ale jeżdżenie podczas burzy w głowie nie pomaga. Bez zebrany po drodze cieszy, ale też nie pomaga przegonić burzy. Nie pomagają też zabawne filmiki oglądane jeden po drugim, właściwie jest jeszcze gorzej. Może lepiej pójść spać i jutro obudzić się w lepszym nastroju?
Postanawiam czytać Psalmy. Trafiam na psalm 33, a potem 34. Czytam głośno werset po wersecie. Modlę się i płaczę. Wszystko, czego się boję, jest tam opisane, a zaraz po tym są obietnice i wielbienie Boga. Wypowiadam obietnice i słowa wielbienia i nagle wszystko to, co atakowało moje myśli, odchodzi. Kładę się zupełnie spokojna, a przez głowę przelatują kolejne wersety i obietnice. Zwykle długo nie mogę zasnąć po takiej myślowej gonitwie, ale tym razem zasypiam od razu. Burza się skończyła. Zobaczyłam słońce ponad chmurami. 


poniedziałek, 16 maja 2016

Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi



W moim życiu spotkałam kilku ludzi, którzy wywarli na mnie wielki wpływ i zmotywowali do zrobienia wielkich zadań, które zmieniły moje życie. To, co sprawiło, że poddałam się ich wpływowi, to niezwykłe zdolności interpersonalne. Byli oni ogromnymi pasjonatami i mistrzami w swojej dziedzinie, posiadali doświadczenie, a oprócz tego okazywali wielką życzliwość i zainteresowanie, motywowali i w bardzo subtelny sposób sprawiali, że bez wahania byłam gotowa zrobić wszystko, o co poprosili. Takim człowiekiem był Witek, który zaangażował mnie w harcerstwo, a potem Marek, który wciągnął mnie do teamu organizującego młodzieżowe wydarzenia kościelne. Ostatnio taką motywującą osobą jest Diego, który pewnie nawet nie wie, ale popchnął mnie w ciągu ostatniego roku do kilku rzeczy, które wywołały pozytywne zmiany. 
Jeden z nich, Marek, przyznał się nam do przeczytania pewnej książki, z której skorzystał w kontaktach międzyludzkich. Jest to bestseller "Jak zyskać przyjaciół i zjednać sobie ludzi" Dale'a Carnegie. Marek udostępnił swojego audiobooka, żebyśmy też skorzystali, ale wolałam znaleźć wersję papierową. Ciągle jest dostępna w Empiku i kupiłam swój egzemplarz za zawrotnie niską cenę 27 zł (ach, czemu nie przez internet z odbiorem w salonie, byłoby 4 zł taniej). Zaczęłam ją czytać i mogę ją już polecić. Książka zawiera dużo historii i przykładów, praktyczne rady i jest dowcipnie napisana. Z pewnością przyda się każdemu, kto zarządza ludźmi i chce ich zmotywować do wykonywania zadań, ale także przeciętnemu człowiekowi, który po prostu chce dobrze żyć z innymi. 
A tymczasem kolejka rozpoczętych książek rośnie... Kiedy znaleźć czas na dokończenie, kiedy czytam z 5 naraz?

sobota, 14 maja 2016

Światło świeci w ciemności - Noc Muzeów 2016


Minął rok i znowu mamy Noc Muzeów. Lubię wtedy być w Warszawie i wybrać się ze znajomymi po mieście. Nie miałam tym razem jakiegoś ogromnego przejęcia tym wydarzeniem, nawet nie umawiałam się specjalnie z nikim, po prostu w sobotę w kościele zobaczyłam Asię i Tomka i już wiedziałam, że pójdziemy razem. 
Najpierw pojawiłam się na Foksal na koncercie chóru Adventus i wystawie Biblii. Lubię słuchać tego chóru, brzmią tak dobrze, a pieśń po ukraińsku za każdym razem ogromnie mnie porusza. Wystawa Biblii co roku jest raczej ta sama, ale znalazłam kilka ciekawostek, które uwieczniłam.


Maszyna do pisania Brailem oraz człowiek, który pisze wersety biblijne na tej właśnie maszynie.

Biblia Brzeska z 1563 roku - najstarszy polski przekład Biblii z języków oryginalnych

 Wydanie specjalne Biblii w 66 językach. 

Kiedy już się ściemniło, pojechaliśmy na ulicę Lindleya do Filtrów. Co roku obiecuję sobie, że stanę w tej ogromnej kolejce i wreszcie je zobaczę, ale i tym razem się poddałam. 


Obok Filtrów znajduje się Polsko-Japońska Szkoła Technik Komputerowych i tam najczęściej trafiają ludzie, którzy postanowili wybrać coś innego, niż stanie w kolejce. W tym roku motywem przewodnim były Gwiezdne Wojny. Obejrzeliśmy skrót wszystkich części w postaci animowanej gawędy (zaoszczędziłam 12 godzin życia), przyjrzeliśmy się walce na miecze świetlne i zwiedziliśmy wnętrze uczelni. Potem zdecydowaliśmy przejść się do Placu Defilad i złapać darmowy autobus w jakieś ciekawe miejsce. Padło na Muzeum Neonów na Pradze. 
Muzeum mieści się w SoHo Factory i jak wszystkie znajdujące się tam obiekty ma swój specyficzny klimat. Tutaj zgromadzono czynne i nieczynne neony z czasów PRL. 





 Z dedykacją dla Oli ;)



 FSO !



Czy za rok spróbuję z Filtrami? Nie wiem, ale dążenie do nierealnego jest moim życiowym motorem, więc kto wie ;)

Brazilian state of mind

Uczę się portugalskiego od 8 miesięcy i czasami zadaję sobie pytanie: "czy kiedykolwiek ten język mi się do czegoś przyda?" Szanse na wyjazd do krajów portugalskojęzycznych rysują się marnie, rozmów w tym języku na razie nie prowadzę, więc pewnie uczę się dla hobby... No, może czasem odważę się i napiszę kilka zdań do Diego po portugalsku, ale ponieważ stworzenie ich zajmuje mi wieki, więc przechodzę na angielski. Nie potrafię jeszcze wyrażać myśli w tym języku, po angielsku idzie mi to zdecydowanie szybciej. Poza tym on jako native speaker jest okropnie dokładny i wymagający, co mnie zaraz peszy. Ale obiecuję sobie, któregoś dnia będę z nim rozmawiać po portugalsku!
Okazja do wypróbowania swoich umiejętności pojawiła się zupełnie niespodziewanie. Dzisiaj na nabożeństwie padło ogłoszenie: "mamy wśród nas gościa, siostrę z Brazylii, czy jest ktoś, kto mógłby tłumaczyć jej na hiszpański lub portugalski?" Rozglądałam się po sali, bo z hiszpańskim pewnie by się ktoś znalazł, ale jakoś nikt się nie zgłosił. Biłam się z myślami przez całą pierwszą część, w końcu zdobyłam się na odwagę, podeszłam do niej i zagadałam: "Olá, eu falo um pouco Português, eu posso ajudá-lo (witam, mówię trochę po portugalsku, mogę pomóc)". Wiedziałam, że to będzie bardzo ograniczona konwersacja, ponieważ pierwszy raz rozmawiałam na żywo z kimkolwiek w tym języku i potrafię poskładać bardzo proste, podstawowe zdania. Ale podczas kazania po prostu pomagałam znaleźć czytane wersety biblijne, co jakiś czas usiłowałam jednym zdaniem streścić wypowiedzianą myśl, np. "a salvação é simples, mas nós a complicamos" ('zbawienie jest proste, ale my je komplikujemy'. Oczywiście nie powiedziałam tego tak pięknie i poprawnie, później spytałam Diego, jak to powinno brzmieć i wytłumaczył mi, że to "a" to właśnie pojawia się jako zaimek osobowy zastępujący "a salvação"). Udało się nam też porozmawiać chwilę z Verą, wymienić adresami i zaśpiewać razem refren pieśni "Trąbcie wokoło" :) długo potem nie mogłam ochłonąć z emocji po tym, co zrobiłam. Znajomi podchodzili zdumieni, bo nigdy wcześniej nie widzieli mnie mówiącej po portugalsku. Ja sama się sobie dziwiłam, że to zrobiłam. Popełniłam masę błędów, zastanawiałam się długo nad każdym zdaniem i gdybym miała to zrobić jeszcze raz, to pewnie bym się nie zdecydowała, ale to była potrzeba chwili. Odważyłam się, pomogłam i to właściwie się liczy. Ale jak napisał na swoim blogu Mateusz Grzesiak: "Najlepszy sposób na naukę to mówić", więc muszę się przełamać i szukać okazji do mówienia. 


Portugalski i Brazylia staje się ostatnio moim stanem umysłu. Wczoraj w Tesco zobaczyłam tę szczoteczkę do rąk i aż wykrzyknęłam: "wow, niczym flaga Brazylii! Biorę!" Znajomi też zaczynają kojarzyć mnie z Brazylią i jak pada jakaś o tym wzmianka, to od razu myślą o mnie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego :P