środa, 31 grudnia 2014

The best moments in 2014

No dobrze, podsumowanie robi się na koniec roku :) Jak widać z postów i filmiku ze zdjęciami na dole, było dużo podróży, muzyki, zakupów i ślubów ;) bardzo, bardzo radosny rok :)

Styczeń
Nowe zadania na Foksal. Zmiany w kierownictwie, funkcjach, więc i mnie też zaangażowano do prowadzenia lekcji szkoły sobotniej w klasie starszych. Starałam się przynajmniej raz w miesiącu poprowadzić, bo jednak terminarz był napięty.
Zima, a my... Relaks. Słynne śniegowce na mrozy zakupione i przetestowane :) zapowiadają się buty na lata :)

Luty
Samsung Galaxy. Zmiana telefonu na coś bardziej androidowego, ale jednak Samsung nie był tym, czego szukałam.
Kreatywne ferie. Będąc w domu nagrałyśmy z Olą i Ronią kilka filmików, w tym niezapomnianą Kampanię Społeczną :)

Marzec
 Takiego chłopaka."Facet (nie)potrzebny od zaraz" najlepszym wydarzeniem kulturalnym miesiąca; Mikromusic odkryciem muzycznym miesiąca; rozpoczęcie najdłuższego wątku mailowego w życiu.
Ola w Ząbkach. Ola porzuciła Warszawę i wyprowadziła się na samodzielne mieszkanie. I mieszka w Ząbkach, jak próchnica :P

Kwiecień
Niepokonani. Drugie wydarzenie pod tą nazwą w tym roku, tym razem zjazd pathfinder w Podkowie. I kolejny szalony weekend, bo i ślub Lidki, i spotkanie organizacyjne na Bemowie.
Hosanna 2014. Nie planowałam, ale okazało się, że wzięliśmy czynny udział. Koncert galowy, występ 4Given, nasz pierwszy autorski występ z Olą i z Maćkiem i początek tworzenia nowego programu :)

Maj
Majowa wyprawa zagraniczna. Majowy weekend spędzony razem z rodziną i wycieczki w okolice i zagranice :)
Noc muzeów 2014. Jak zawsze wydarzenie miesiąca, kiedy można się powłóczyć po Warszawie i pooglądać miejsca, w których nigdy wcześniej się nie było :)

Czerwiec
Bumerang. Najlepszy biwak ever :) klimaty aborygeńskie, niezapomniany hymn, spanie w nowo zakupionym namiocie i gotowanie w kotle :)
Apple - telefon marzeń. Zarabiałam, odkładałam i mam telefon, który wreszcie zaspokoił moje potrzeby. Szpan na dzielni :P

Lipiec
Wir sind Weltmeister. Niemcy mistrzem świata w piłce nożnej.
InstaCamp 2014. Pszczele wesele, chór, przesłuchania do zespołu, czyli kolejne radosne wakacje :)

Sierpień
Camporee 2014. Najważniejszy wyjazd w roku i moje pierwsze camporee. Duma z naszej polskiej reprezentacji :)
Trójmiasto. Próba w Gdańsku z Tomkiem i fantastyczny czas nad morzem :)
Nowy rekord rowerowy. Wyprawa z ekipą z Bemowa rowerami po Warszawie. Pobiłam swój życiowy rekord i objechałam kawał Warszawy :)

Wrzesień
Filip, Filip się żeni! Mój mały braciszek zmienił stan cywilny :) ostatni ślub w tym roku :P
Kazimierz. Wyprawa z Biletem Podróżnika. Dzień wcześniej - Kraków, chrzest kuzynki Ady :) niedziela - Kazimierz nad Wisłą. Dobre i jednocześnie smutne wiadomości tego samego dnia.
Polska mistrzem świata! Bo mamy siatkarzy!

Październik
LECIMY! Mój pierwszy lot samolotem, pobyt w Anglii, zwiedzanie Londynu - jeszcze tu wrócę :)

Listopad
Pieśni o domu. Nasz pierwszy pełny koncert w Łodzi w składzie Kika&Ola i Maciek :)
5 lat All4Him. Tak, już tak długo śpiewamy...

Grudzień
Nie ma linków do jakichś nadzwyczajnych wydarzeń, bo był to jednocześnie pracowity, ale i relaksujący (w okresie świątecznym) miesiąc :) dobrze  było zwolnić tempo i powspominać miniony rok. Tak oto powstał ten oto filmik. Najlepsze momenty roku uwiecznione na zdjęciach. Nie wszystkie udało się uwiecznić, podobnie jak nie wszyscy ważni w tym roku ludzie na nim są. Te pozostałe są we wspomnieniach w głowie :)

wtorek, 30 grudnia 2014

Keep breathing.



Zaległe kino odrobione. A teraz czas na osobiste przemyślenia. Dzisiaj spacerowałam sobie samotnie na mrozie w moich nowych, ciepłych, skórzanych oficerkach i rozmyślałam o planach na przyszły rok. Muszę spisać listę planów, jak poprzednio, ustalić obszary działania i związane z tym zadania oraz nakreślić cele i marzenia. Bardzo ważne, żeby przed nowym rokiem mierzyć wysoko. Chociaż nachodzi czasem pokusa, żeby nie planować, tylko po prostu żyć. Bo nawet najbardziej precyzyjne plany mogą spalić na panewce. Tak jak w "Cast away: poza światem", jedyny plan to oddychać.

"Nie miałem władzy nad niczym. I wtedy ogarnęło mnie to ciepłe uczucie. Wiedziałem... że muszę przeżyć. W jakiś sposób. Musiałem oddychać, choć nie było powodu do nadziei. Logika podpowiadała mi, że nie zobaczę już tego miejsca. I tak zrobiłem. Przeżyłem. Oddychałem. (...) I wiem, co muszę teraz zrobić. Muszę dalej oddychać. Bo jutro wzejdzie słońce. Kto wie, co przyniesie przypływ?"
Ola znalazła ostatnio mądrą książkę "Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym" Reginy Brett. Jeszcze nie zdążyłam przeczytać, ale jeden z rozdziałów nosi tytuł: "Jeśli się dziś obudziłeś, to Bóg jeszcze z tobą nie skończył." Czyli nadal oddychasz. Nadal masz zadanie do wykonania. Nadal jest dla ciebie plan. I on dzisiaj na ciebie czeka.

Mam kilka planów i marzeń na przyszły rok.
*Chcemy z Olą zwiedzić Londyn. Bilety już kupione.
*Potrzebuję tak jak w zeszłym roku, pracy na wakacje. Poza wakacjami też. Ta, którą obecnie mam, nie jest zła, ale pochłania większość dnia. 
*Chciałabym zgromadzić ładne oszczędności. Już wdrożyłam plan odkładania 10 % z zarobionych pieniędzy.
*Chcemy nareszcie wydać z Olą naszą płytę. Musimy tylko dokończyć materiał i zgromadzić środki na zainwestowanie w nagranie.
*W zeszłym roku kilkakrotnie przekroczyłam granicę kraju. W tym roku chciałabym wyjechać na inny kontynent.
*Chciałabym schudnąć 5 kilo. Albo z 7. A co. Trzeba tylko opracować dobry plan i go zrealizować :)
*W tym roku nie mam szczególnych potrzeb co do nowych urządzeń. Telefon mam, komputer też. Ale z tyłu kalendarza jest lista zakupowa na inne sprzęty i fajnie byłoby ją zrealizować :) 
*Ostatnie marzenie to takie, które powtarzam co roku, jest krótkie, ale wiele znaczące: you. Właściwie po trochu się spełnia, chociaż nigdy tak, jak bym tego oczekiwała :P 

Reszta zadań wyniknie po spisaniu obszarów działania. 
A jutro ostatni dzień roku. Tym razem spędzimy go w domu, z rodziną. Nie będzie szalonej imprezy na Foksal z sucharami. Ale może coś ciekawego się wydarzy :)

Trzymajcie się w tym Nowym Roku, mierzcie wysoko, planujcie odważnie, niech wasze marzenia będą śmiałe :)
  


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Melodie świata - domowy koncert karnawałowy

Nasza kreatywność znalazła tym razem ujście w stworzeniu mini koncertu dla naszego domu i sąsiadki Donki :) Ola przygotowała układy choreograficzne dla dziewczynek, my się poprzebierałyśmy, nawet mama dała się namówić i wystąpiła z pieśnią rosyjską ;)



Wiekowy przebój "Pamelo żegnaj" wyłącznie w wersji dźwiękowej.




Niestety nie wszystkie nagrania udało się zmontować. Pozostawię tylko najciekawsze. Karnawał czas zacząć :)




niedziela, 28 grudnia 2014

Pierwszy śnieg


Doczekaliśmy się śniegu i mrozu tej zimy. W piątek wieczorem spadł śnieg, utrudnił sytuację na drogach i rozjaśnił szary, smutny świat. U nas też trochę zasypał ogród. Kilka zdjęć z dzisiaj :)






piątek, 26 grudnia 2014

Dlaczego nie obchodzę świąt BN



Ponieważ to świąteczne szaleństwo dzisiaj osiąga swój kres, chciałabym wyrazić swój protest wobec instytucji świąt BN. Jak to od lat powtarza mój tata, drażni mnie ta cała nachalna świąteczna propaganda rozpoczynana w sklepach już od połowy listopada. W supermarketach nie można się przebić przez tłumy ludzi uganiających się za prezentami. Nie mogę znieść świątecznych piosenek puszczanych w radio. Cieszę się, że moi rodzice nie mają telewizora, bo ominęła mnie seria tych samych świątecznych filmów, puszczanych co roku. Tutaj, w Wojkówce można się zaszyć i odciąć od tej marketingowej nagonki. 
Ponadto nie rozumiem ludzi o podobnych przekonaniach religijnych, jak moje, którzy znają korzenie tych świąt oraz znaczenie symboli świątecznych, a uczestniczą w rodzinnych uroczystościach świątecznych i jeszcze chwalą się zdjęciami na fb. Faktem jest, że w Biblii nie jest nigdzie podana data narodzin Chrystusa, więc nie ma też obowiązku świętowania Bożego Narodzenia. Jeśli ktoś to robi pomimo tej wiedzy, robi to dla zachowania światowej tradycji, a nie z religijnego zwyczaju. A jeśli robimy to tylko dla spotkania rodzinnego, atmosfery, dobrego jedzenia, dlaczego nie robimy tego w inne dni, tylko akurat w dniu pogańskiego święta ku czci słońca i nazywamy to świętem chrześcijańskim? 
W moim domu nie ma choinki. Nie gotujemy tradycyjnych wigilijnych potraw, nie śpiewamy kolęd. Poniższe zdjęcie z piernikiem i obrusem w choinki to czysty przypadek. Będąc w listopadzie w domu wstawiłam ciasto na piernik i akurat w tym tygodniu był już gotowy do upieczenia. W dzieciństwie rodzice dawali nam prezenty na Nowy Rok tylko dlatego, żeby nie było nam żal, że inne dzieci dostają prezenty na święta, a my nie. Dzisiaj nie mam jakiegoś poczucia straty z tego powodu, że nasz czas wolny nie wyglądał tak, jak w innych domach. Cieszę się, że nie ulegliśmy tradycji i zachowaliśmy własne myślenie. 
Nie mam oczywiście pretensji do tych wszystkich, którzy szczerze i z przekonania obchodzą te święta. Niech to będzie dla was czas pojednania się z rodziną, przybliżenia się do Boga i podarowania potrzebującym tego, czego im brakuje. 


czwartek, 25 grudnia 2014

Grudniowy las

Niestety dla wszystkich wyczekujących na śnieg ten nie spadł ani w wigilię, ani w pierwszy dzień świąt. Pogoda na zewnątrz iście jesienna, więc razem z rodzicami wybraliśmy się na spacer do lasu. Odkryliśmy nową ścieżkę i zupełnie niespodziewanie - ośrodek wypoczynkowy w Wojkówce, albo dokładniej mówiąc, w Bratkówce :)

 Moi rodzice 20+





Seria makro Oli "Grudniowy las"







środa, 24 grudnia 2014

Taki mamy klimat.

Follow me to Bajkowka

Mamy 24 grudnia, na zewnątrz prawie 10 stopni... Słońce świeci i odbija się w kałużach, niebo błękitne. Piękna wiosna tej zimy. Sorry, taki mamy klimat.
Od wczoraj jesteśmy w domu i jak zwykle przy tej okazji wybrałyśmy się na spacer z aparatem. 










sobota, 20 grudnia 2014

200 % normy.

Uff, co za tydzień... jak dobrze, że nareszcie się skończył. Przed tymi świętami mam jakiś straszny nawał i czas wolny skrócił się do zaledwie dwóch godzin przed snem i może półgodziny przed wyjściem do pracy :P a trzeba też kiedyś jeść... jak dobrze, że już za kilka dni dwa tygodnie wolnego, bo można wykorkować z pracą. 
W tym tygodniu przed świętami dwoje moich uczniów, Adaś i Gabrysia, miało koncert domowy dla rodziny i przyjaciół. Robię takie przesłuchania półroczne dla dzieci, bo mają wtedy motywację, żeby ćwiczyć i coś pokazać, czego się nauczyły. Poprosili też mnie, żebym też zagrała. Dawno się tak nie denerwowałam, od czasów egzaminów w muzyku. Jednak się trochę wychodzi z wprawy: raz, że nie bardzo jest kiedy ćwiczyć, a dwa, że nie mam na czym, bo w mieszkaniu nie mam pianina. Ponieważ to taki koncert przedświąteczny, więc zostałam obdarowana prezentami, a sama też mogłam coś podarować: płytę z musicalem :) 
Teraz w sobotę było wyjście misyjne zboru. Było nas łącznie 30 osób. Ci, którzy byli, bardzo się zachęcili, chociaż pogoda raczej odstraszała: wiał silny wiatr, dobrze, że na ten czas nie padało. Była grupa rozdająca herbatę, osoby wręczające jabłka za oddanie papierosa, osoby z konkursem biblijnym, w którym można było wygrać książkę, my staliśmy przy banerze z tekstem "ani żadnej rzeczy, która jego jest" i pytaliśmy ludzi, czy wiedzą, skąd ten cytat pochodzi i rozmawialiśmy na temat przykazań. W ciągu godziny mieliśmy z osiem, dziewięć takich ciekawych rozmów, więc czas spędzony owocnie :) a po południu zawędrowałam na zbiórkę drużyny, ostatnio rzadko mam okazję być na zbiórkach przez ciągłe wyjazdy. I też była akcja społeczna: wyszliśmy w okolice dworca i metra, chodziliśmy po przejściach podziemnych i wręczaliśmy bezdomnym kanapki i herbatę. Aa, na zbiórkach są teraz różne sekcje i warsztaty artystyczne: śpiew, gitara, zajęcia teatralne i perkusja (werble). Ponieważ z tego arsenału najmniej zaznajomiona jestem z perkusją, więc poszłam na warsztaty i uczyłam się trzymać pałeczki oraz bębnić na stole w rytmie ;) aż mi się przypomniał krótki epizod z mojej edukacji muzycznej, kiedy przez miesiąc uczyłam się ustawiać rękę na smyczku i prowadzić go po strunach :P Na camporee były warsztaty z werbli i bębnów basowych i chociaż sama nie próbowałam, bo było oblężenie do tego stanowiska za każdym razem, to przyglądałam się kilka razy różnym grupom i naprawdę fantastycznie to wychodziło.  

Takie przemyślenia z ostatniego czasu: owszem, trzeba znaleźć to, w czym w danym czasie jest się najbardziej potrzebnym i temu się poświęcić, ale uważam, że pełne zaangażowanie w różnych dziedzinach nie jest niemożliwe. W Ewangelii czytamy, że ten, który otrzymał 5 talentów, nie pomnożył tylko dwóch z pięciu, ale pomnożył wszystkie i wykonał 200 % normy, tak samo ten z dwoma talentami. Żyjemy na tej ziemi za krótko, żeby oszczędzać siły na później ;) trzeba odpowiadać na potrzeby, z którymi spotykamy się teraz i działać tam, gdzie Bóg nas postawi, a On pomoże zaplanować wszystko tak, żeby wykorzystać nas najefektywniej.



czwartek, 18 grudnia 2014

Make someone happy.




Ostatni tydzień przed świętami, czyli prezenty od uczniów różne i podłużne :) te ręcznie robione bombki dostałam od moich dziewczynek z Pragi. Miały przy tym taką wielką radość, kiedy je robiły, że nie mogłam zrobić nic innego, jak się zachwycić i je uściskać. Mała rzecz, a cieszy ;) Nie mam choinki, ale na półeczce z torebką świąteczną z zeszłego roku poustawiałam te różne prezenty: bombki, aniołki i tak powstał prowizoryczny stroik :P 
W kinach atakuje nas reklama Coca-Coli z rewelacyjną piosenką "Make someone happy" Jimmy'ego Durante, więc i ja postanowiłam w tym tygodniu ją sobie zaśpiewać. Zachęciło mnie do tego wykonanie Jamiego Culluma z jego najnowszej płyty "Interlude". Świetny, jak zawsze.

niedziela, 14 grudnia 2014

Mikołajowy prezent od Galerii Gawra :)



Kilka tygodni temu wzięłam udział w konkursie Galerii Gawra i na początku grudnia dowiedziałam się, że wygrałam mydełko :) prezent doszedł dopiero w piątek, bo poczta teraz jest oblegana, ale wszystko w najlepszym porządku i cieszę się z niego :)
A weekend był znowu intensywny, pomimo że nie koncertowy. Wybrałam się do Białegostoku na próbę z Adamem i Tymkiem. Szykujemy się do styczniowego zjazdu pathfinder. Tego dnia byłam mistrzem nieogarnięcia. Rano zwiała mi kolejka do Warszawy i musiałam czekać na kolejną 40 minut (sobota, 8 rano, kto wymyślił takie pory odjazdu?), a po południu przejazd z blabla mi przepadł, bo w jakimś dziwnym roztargnieniu nie potwierdziłam rezerwacji. Dobrze, że to nie jest strasznie daleko i istnieją busy. 
Przede mną ostatni tydzień pracy w tym roku. Już za tydzień dłuuga przerwa świąteczna: od 23 grudnia do 6 stycznia :) 

piątek, 12 grudnia 2014

Let it snow.



W środę był jeden dzień, w którym w mieście zapanowała bajka. Nie był to typowy śnieg, tylko szadź, ale i tak było pięknie. Za taką zimą tęsknię troszeczkę (chociaż jak sobie przypomnę, że rower nie będzie wtedy aktywny, to się waham).
Kuba, mój uczeń, w tym tygodniu przygotowywał z koleżanką piosenkę Franka Sinatry "Let it snow". Dziewczyna świetnie swingowała, aż mi się piosenka wkręciła. Nagrałam ją w tym tygodniu konkursowym :)

czwartek, 11 grudnia 2014

Through the fire

  

"On nie obiecał, że krzyż nie będzie ciężki,
że nie będzie trudno w górę iść..."

Ciężko napisać coś pozytywnego po ostatnim tygodniu. Mieliśmy zaplanowany na nadchodzącą sobotę koncert w zakładzie karnym w Szczecinie. Jednak każdego dnia dowiadywaliśmy się o kolejnej osobie z zespołu, którą zmogła choroba. Rozłożyła się połowa składu. Taki mamy klimat...
Dzisiaj zajrzałam na stronę ADeeS i znalazłam na samej górze tę pieśń. Towarzyszy nam od czasów "Precedensu" i wykonujemy ją zazwyczaj po zakończeniu musicalu jako tzw. bis, ale chyba lepszą jej dedykacją jest podziękowanie: za kolejny zagrany koncert, za działające światła, za scenę przebaczenia, za obecność wszystkich ludzi na sali. Podziękowanie nie komu innemu, jak tylko Bogu, który pomimo takich doświadczeń, jak te z tego tygodnia, "przeprowadzi nas przez ogień prób."
Jemu dziękujemy i dzisiaj, ponieważ jest dobry i nigdy nie zawodzi.

wtorek, 9 grudnia 2014

Ofiara losu i zimy.


Poobijane łokcie, obdarte kolana, 
Jasna kurtka w plamach od samego rana. 
A gdzież to tak Kika poturbowała się srodze?
Ano jadąc rowerem, gdy szklanka na drodze.

W tym tygodniu zdobyłam tytuł ofiary losu i zimy. 
W sobotę rano zapanowała niezwyczajna pogoda. W nocy padał deszcz bądź śnieg (nie wiadomo, co dokładnie, nikt nie rozpoznał), a rano tę wilgotną powłokę ściął mróz. Utworzyła się idealnie gładka warstwa lodu na ulicach i chodnikach, podstępna i niebezpieczna. Przekonałam się o tym już po kilku minutach od wyjścia z domu, gdy po lekkim przyhamowaniu na rowerze zarzuciło mnie i wylądowałam na ziemi. Wywrócić się idąc a jadąc na rowerze to zupełnie inna siła uderzenia. Doświadczyłam tego dwukrotnie w niewielkich odstępach czasu, obijając sobie symetrycznie obie nogi, rozrywając rajstopy i zaliczając przy tym skaleczenie w okolicy kolana razem z wielkim siniakiem oraz brudząc całe ubranie. Nie miałam czasu na rozczulanie się nad sobą, bo czekał mnie cały dzień na szkoleniu w Podkowie, ale już siedząc w kolejce czułam, jak zaczyna promieniować ból. Wieczorem okazało się, że naciągnęłam sobie przy okazji ścięgno w karku i nie mogę nim swobodnie poruszać, więc każdy ruch podczas snu łączył się z bólem. Bolały także obite ramiona i nogi, do tego przypałętał się ból gardła. (Przy okazji wypróbowałam imbir zamiast tabletki na gardło - kroi się plasterek świeżego imbiru i ssie. Działa niezwykle skutecznie :) Podobny patent jest zalecany z czosnkiem, ale tylko w domowej kuracji, do wyjścia do ludzi imbir lepiej się nadaje ;)
Kiedy po trzech dniach wróciłam w miarę do normy, ciągle jeszcze z siniakami na nogach, zostałam na nowo ofiarą: ot wczoraj wracając z pracy i biegnąc do przejścia dla pieszych krzywo stanęłam i nadwyrężyłam kostkę :( dotkliwy ból jakoś rozchodziłam i dojechałam do domu, robiąc jeszcze zakupy po drodze, ale kiedy obejrzałam w domu nogę dokładnie, nie wyglądała dobrze. Poniżej kostki zrobił się krwiak i opuchlizna. Rano nie mogłam nawet na niej stanąć, wiec odwołałam zajęcia i zostałam w domu. Sąsiadka kupiła mi w aptece altacet w żelu i poddałam się smętnie tej przymusowej terapii. Wolny dzień przydał się wprawdzie na odpracowywanie zaległości w tłumaczeniu, więc moją normę dzienną wyrobiłam, ale poruszanie się nawet w obrębie mojego niewielkiego mieszkania wymagało skoków o tyczce. Po paru rundach druga zdrowa noga też zaczynała protestować. 
Nie wiem, jak jutro będzie wyglądało moje chodzenie, wolałabym, żeby już było w miarę normalne, bo czeka mnie kolejny pracowity dzień. Ciężko mi się pogodzić z takim wagarowaniem. A do soboty noga musi wyzdrowieć obowiązkowo, bo gramy koncert w Szczecinie. Już dwie osoby chorują na gardło, nie mogę jeszcze ja robić problemów. 
I na koniec piosenka o znaczącym tytule, śpiewana przez wokalistkę z bardzo plastyczną barwą głosu, nieco podobną do Aguilery ;) znana raczej z innych hitów, ale tym razem przedstawiam ten.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Filmowy weekend.

Co za szalony weekend... Napiszę, co się działo tu w Warszawie, bo potem mi umknie ;)
W piątek brałam udział w LifeConnect. Podobno była dobra dyskusja, ciekawe myśli i na czacie były zachęcające komentarze, ale chyba to nie dla mnie :) nie potrafię jakoś szybko i błyskotliwie dyskutować, do tego z uśmiechem przyklejonym na twarzy, więc twarzą telewizji internetowej nie zostanę :) jak są lekcje szkoły sobotniej w Podkowie, to zdecydowanie lepiej to wychodzi. Jest konkretny temat, są rzeczowe przemyślenia, a nie temat ogólny i teraz trzeba tworzyć pytania i kontrowersje. 
W sobotę mieliśmy Dzień Pathfindersa i drużyna warszawska prowadziła całe nabożeństwo. Kiedy przyszłam na nauczycielskie, połowa nauczycieli to były nastolatki w mundurach. Mieli przygotowane konspekty lekcji, zabierali głos na nauczycielskim, a potem każdy dostał nauczyciela do pomocy i prowadzili lekcje we wszystkich klasach. Ja sama byłam jako asystent Karoliny Olszewskiej, piętnastolatki, która prowadziła lekcję w klasie. Na apelu był puszczony poniższy filmik. Kiedy go oglądałam, to uświadomiłam sobie, że to nie jest już ta sama drużyna, co przed pół roku. To już niemal instytucja :) wszyscy tak szybko rosną i zaczynają potężnie działać w tym zborze. W zasadzie mogłam sobie spokojnie usiąść i patrzeć, jak to wszystko się samo kręci :) Było przyrzeczenie zuchowe i przyrzeczenie pathfinder dla zastępu Ambasadorów, czyli urodziwych kobiet w wieku 23+, w większości mam pathfindersów, wszystkie w koszulach mundurowych, ołówkowych spódnicach i szpilkach :) 




W sobotę po południu mieliśmy też próbę u mnie w mieszkaniu. Prześpiewaliśmy musical, ale w większej części było to spotkanie przy "Sabotażystach" i nagrywanie kolejnego kawałka na konkurs zespołowy ;) padło na piosenki świąteczne, czyli "All I want for Christmas is you". 



No i jeszcze idą ostro przygotowania do 25-lecia pathfinder. Wczoraj też było śpiewanie, dziewczyny były padnięte po dniu pathfindersa, nocowaniu z drużyną, Zuzia razem z chórem nagrywali do trzeciej w nocy w zimnym kościele, więc wszyscy byli nieźle styrani :P fajnie jest działać, być aktywnym, ale chyba czasami mam wrażenie, że w tygodniu powinien być jeszcze jakiś jeden dzień na odpoczynek po weekendzie, bo sobota jest tak rzadko luźna. Albo muszę wcześniej chodzić spać, a nie zarywać noce na produkcje filmików :P

czwartek, 27 listopada 2014

5 lat All4Him


27 listopada 2009 roku odbyła się pierwsza próba zespołu. Nie wszyscy znaliśmy się ze sobą. Jeszcze wtedy nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał produkt finalny. Mieliśmy tylko teksty piosenek i muzykę do większości z nich. Nie było kompletnego scenariusza. Nie było jeszcze nawet pomysłu ani osoby, która obsługiwałaby oświetlenie. Nikt nie myślał wtedy, że za 5 miesięcy będziemy występować z piosenkami na hosannie, a za 7 odbędzie się premiera musicalu. Byli tylko i aż ludzie, którzy chcieli spróbować coś nowego, coś, co początkowo wcale się nie zapowiadało, czym będzie.
Wszystko zaczyna się od marzeń, ale realizuje dzięki ludziom. Tym wszystkim ludziom, którzy byli z nami i tym, którzy są, DZIĘKUJEMY. Z całego serca.

środa, 26 listopada 2014

Już cię nie wypuszczę z rąk!



Niezwykły flashmob na Okęciu wykonany przez aktorów teatru muzycznego ROMA :)
Premiera polskiej wersji musicalu "Mamma mia" już 22 lutego :) bilety na przedstawienia niemal wyprzedane! Pozostały miejsca w wysoko położonych lożach. Trzeba się wybrać i zobaczyć.

Wczoraj obejrzeliśmy z Olą, Agą i Piotrkiem "Igrzyska śmierci: Kosogłos cz. 1".  Oczywiście zakończyło się w najbardziej trzymającym w napięciu momencie i z niecierpliwością czekamy ostatniej części, która będzie za rok. A tymczasem polecam piosenkę rebeliantów śpiewaną przez Jennifer Lawrence, która ma naprawdę niezwykły, buntowniczy klimat.



Ps. Mały Smok doleciał i ma się dobrze :) trochę mu tam nie do końca wszystko pasuje, ale aklimatyzuje się. Smutno trochę Małemu Tygrysowi, że Jen jest daleko, ale najważniejsze, że się odzywa i wszystko jest w porządku. Więc marzenie się spełni :)

niedziela, 23 listopada 2014

Śpiewasz pięknie wtedy gdy gotujesz.



Założyłam na Wrzucie katalog z moimi coverami i postaram się coś umieszczać z cotygodniowego śpiewania :) dzisiaj "Happy working song" z filmu "Zaczarowana". Nagrywałam ją chyba kilkanaście razy, ale dzięki temu się świetnie rozśpiewałam ;)
Zaiste był to śpiewający weekend: w piątek prowadziliśmy śpiew na wieczorze uwielbienia, w sobotę koncert. A oto zdjęcia :)








poniedziałek, 17 listopada 2014

Od piwa do czekolady

Działo się wszystko albo nicTam albo nie tam.

Wisława Szymborska

Trudno mi opisać, co się działo przez ostatni weekend. Najprościej byłoby powiedzieć, że byłam wszędzie, ale nigdzie; robiłam wszystko, ale nic, tak jak pisała Szymborska i wyśpiewał Turnau.
A było to tak: mieliśmy zaplanowany koncert A4H w Poznaniu w areszcie. Znalazłam przejazd z blabla na godzinę 16, wyruszyłam szybko i sprawnie z Warszawy i będąc już za Łodzią odbieram telefon, że koncert jest odwołany, bo nie udało się na żadnym z dostępnych samochodów zamocować przyczepki ze sprzętem. Inni nie byli tacy gorliwi i mieli wyruszać później, więc ominęła ich ta wyprawa. 
Cóż było robić; odezwałam się do Ani z Poznania, że będę jako jedyna i mam wolne sobotnie popołudnie. Zaprosiła mnie do siebie i w ten sposób spędziłam bardzo miły i relaksujący weekend w zielonym domu pod Poznaniem :) rozmawialiśmy, graliśmy w gry planszowe, jedliśmy pyszne rzeczy i było to jeden z nielicznych weekendów, kiedy czas stanął w miejscu :)
A w tym czasie w Poznaniu trwały targi piwne, w Warszawie natomiast festiwal czekolady. Na targi piwne się nie załapałam, bo nie leżą w moich zainteresowaniach :P a do Warszawy wróciłam na tyle późno, że nie było już sensu iść, bo czekoladę na pewno wyjedli. Zamieszczam więc zdjęcia ze strony wydarzenia





Czekam z niecierpliwością na premierę "Igrzysk śmierci: Kosogłos". Pewnie w przyszłym tygodniu wybierzemy się do kina. Teraz leci podobno rewelacyjny 'Interstellar", ale nie mam za bardzo kiedy i z kim pójść. Do kolekcji do obejrzenia dołącza też "Obywatel" ze Stuhrami, więc muszę sobie to jakoś rozplanować ;) 
I jeszcze jedno ważne wydarzenie w tym tygodniu. Zapraszam do Łodzi :)



wtorek, 11 listopada 2014

Król elfów





Erlenkönig
Johann Wolfgang von Goethe 1749-1832

Wer reitet so spät durch Nacht und Wind?
Es ist der Vater mit seinem Kind.
Er hat den Knaben wohl in dem Arm,
Er faßt ihn sicher, er hält ihn warm.


2. Mein Sohn, was birgst du so bang dein Gesicht?
Siehst Vater, du den Erlkönig nicht!
Den Erlenkönig mit Kron' und Schweif?
Mein Sohn, es ist ein Nebelstreif.

3. Du liebes Kind, komm geh' mit mir!
Gar schöne Spiele, spiel ich mit dir,
Manch bunte Blumen sind an dem Strand,
Meine Mutter hat manch gülden Gewand.

4. Mein Vater, mein Vater, und hörest du nicht,
Was Erlenkönig mir leise verspricht?
Sei ruhig, bleibe ruhig, mein Kind,
In dürren Blättern säuselt der Wind.

5. Willst feiner Knabe du mit mir geh'n?
Meine Töchter sollen dich warten schön,
Meine Töchter führen den nächtlichen Reihn
Und wiegen und tanzen und singen dich ein.

6. Mein Vater, mein Vater, und siehst du nicht dort
Erlkönigs Töchter am düsteren Ort?
Mein Sohn, mein Sohn, ich seh'es genau:
Es scheinen die alten Weiden so grau.

7. Ich lieb dich, mich reizt deine schöne Gestalt,
Und bist du nicht willig, so brauch ich Gewalt!
Mein Vater, mein Vater, jetzt faßt er mich an,
Erlkönig hat mir ein Leids getan.

8. Dem Vater grauset's, er reitet geschwind,
Er hält in den Armen das ächzende Kind,
Erreicht den Hof mit Mühe und Not,
In seinen Armen das Kind war tot.

***

Dawno nie śpiewałam klasyki, ale w tym tygodniu w naszych zespołowych nagraniach motywem przewodnim była klasyka. Postanowiłam więc przejrzeć swoje stare nuty ze szkoły i znalazłam tę oto pieśń Franciszka Schuberta. Akompaniament to majstersztyk. Naśladuje tętent konia. Śpiewając starałam się zmieniać głosy tak, żeby postacie były bardziej charakterystyczne. Żeby nie zniechęcić ludzi do reszty, wybrałam polską wersję w przekładzie Feliksa Konopki, ale uważam, że niemiecki tekst jest o wiele bardziej dramatyczny w brzmieniu :)
Wracamy dzisiaj do Warszawy po długim weekendzie. Warszawa znowu rozgromiona przez nadgorliwych "niepodległościowców". Dobrze, że będziemy w nocy, kiedy będzie już po wszystkim. 

poniedziałek, 10 listopada 2014

Leaving on the jet plane


Będąc w domu nie obejrzałam tym razem za wiele filmów. Jedynym był "Przyczajony tygrys, ukryty smok", który sobie przypomniałam właściwie, bo oglądałam go dawno temu. Lubię tych starożytnych chińskich parkourowców skaczących po dachach i wierzchołkach drzew, niezależnie od tego, co inni o tym filmie myślą ;) Jednak tym razem zaintrygowała mnie końcówka. Na wielu forach powtarza się myśl, że jest symboliczna i przychylam się do tej opinii. Spróbuję ją zinterpretować po swojemu.
Jen nie była osobą łatwą do ujarzmienia. Ciągle szukała nowych wrażeń i przestrzeni. Nawet związek z Lo nie był spełnieniem jej marzeń, bo kiedy po latach ukochany ją odnajduje w jej domu i namawia, by uciekła z nim na pustynię, Jen odmawia i odprawia go. Uciekając od męża, którego poślubiła z woli rodziców nie robi tego dla Lo, ale po to, by stać się wojownikiem. Kiedy wreszcie po wielu perypetiach z umierającym Li Mu Bai dostaje polecenie, by pójść do klasztoru, gdzie czeka na nią Lo, Jen udaje się tam, ale i tak ostatecznie skacze w przepaść. Dlaczego? Jen skoczyła symbolicznie - w pogoni za swoim marzeniem, w nieznane. Lo, powtarzając by wróciła z nim na pustynię, nie miał nic nowego do zaoferowania.
Nie prezentuję tutaj feministycznej postawy. Odwrotnie, bardziej utożsamiam się z Lo-Małym Tygrysem, bo podobnie jak on trzymam się jedynego pewnego miejsca, jakie znam - pustyni i tam najchętniej chciałabym pozostać. Podobnie jak on jestem małym chłopcem wypatrującym gwiazd, który usiłuje znaleźć swoją własną i zatrzymać ją przy sobie.
Kim jest w takim razie Jen-Mały Smok? Tego wam nie powiem. Powiem tylko tyle, że dzisiaj Jen skoczyła ze szczytu w nieznane, w poszukiwaniu przygody i w realizacji swoich marzeń. Teraz pewnie unosi się nadal w powietrzu, lecąc na drugi koniec świata.
Legenda mówi, że mały chłopiec, skacząc ze szczytu, zniknął i nigdy nie powrócił, ale jego marzenie się ziściło. Lo wiedział o tym, dlatego płakał, kiedy Jen skoczyła. Ale współczesny Lo-Mały Tygrys nie płacze, przynajmniej nie dzisiaj. Czeka na wiadomość od Jen, że wylądowała bezpiecznie i wierzy, że jej marzenie się spełni. 

sobota, 8 listopada 2014

Listopadowe życie.


Co słychać w domu? A zmienił kolory :) teraz jest oliwkowy z drewnianymi elementami i widać go z okolicy :) jeszcze nie wszystkie ściany są dokończone, ale już się pięknie prezentuje.


Ruszył proces przegryzania piernikowego ciasta. Mama podejrzliwie patrzyła na fakt, że ciasto musi sześć tygodni stać w lodówce, ale doświadczenie mówi, że wytrzyma. W grudniu pieczemy :)
Dzisiejsze popołudnie spędziłyśmy na spacerze po okolicy. Ola wymyśliła konkurs tematyczny "Listopadowe życie" i każda zaopatrzyła się w możliwy aparat/telefon i robiłyśmy zdjęcia wszystkiego, co pasowało do tematu. Potem obrabiałyśmy zdjęcia i typowałyśmy najlepsze :)

I miejsce ex aequo - Ronia

I miejsce ex aequo - Ola

II miejsce - Kika

III miejsce - mama

Kolejne zdjęcia Roni, trzeba przyznać, że naprawdę są ładne :) miała najlepszy aparat, ale wyszły jej świetne zdjęcia makro :) sama sobie obrobiła w programie. Rośnie talent :)




Krowa patrzyła na nas podejrzliwie, czego od niej chcemy :P


No i selfie na koniec naszej wyprawy :)