poniedziałek, 31 grudnia 2012

2012 - podsumowanie


Koniec roku - czas na podsumowanie!

Co wydarzyło się nowego:
1. Założenie drużyny warszawskiej. Przy wsparciu pozostałych dokonaliśmy karkołomnego zadania: przygotowaliśmy gromadę dzieci do przyrzeczenia i konkursu biblijnego.
2. Zjazd ogólnopolski pathfinder. Skoro już o tym wspomniałam, to kawał pracy było z zorganizowaniem zjazdu i konkursu. Nie zapomnę wyprawy z Bratem Komendantem po nagrody - i ten ogromny smutek, kiedy oznajmił, że wyjeżdża. Nie zapomnimy cię!
3. Heyah's gone away, welcome to Play. Zmieniłam operatora i dołączyłam do tłumów z darmowymi rozmowami, nawiązując łączność z moją rodziną. Wkrótce dołączyła też Ola i po pół roku - Rozum. A taki był oporny :P
4. Szkolenie liderów w styczniu i wrześniu. Kawał dobrej roboty w diecezji z rzetelnymi ludźmi wykonaliśmy. Dużo dobrych kontaktów i materiałów do kolejnych szkoleń. Wschód rządzi!
5. Ostatnie koncerty z All4Him w starym składzie. To był ten moment, kiedy należało "ze sceny zejść" i zrobić sobie przerwę. Po maratonach koncertowych w marcu czuliśmy się wypompowani. Niektórzy zaczęli nowe życie jako samodzielni ludzie i opuścili nasz zespół.
6. Rower w Michałowicach. Bardzo przydatna rzecz w tych rejonach, gdy sporo tras muszę przemierzyć w krótkim czasie.
7. Alan :(  pierwsze tak bezpośrednie zetknięcie z tragedią.
8. Survival drużyny warszawskiej. Niesamowite upały na przełomie kwietnia i maja oraz kąpanie się w rzece :)
9. Nowa strona zespołu. Zostałam webmasterem :)
10. This is Warsaw Fanzone! Mistrzostwa Europy w naszym mieście :)
11. Biwak chorągwi wschodniej.  W tym roku byłam organizatorem tego wydarzenia i zajmowałam się finansami :) aa, bo zostałam zastępcą komendanta chorągwi...
12. Warsztaty Relay w Podkowie. Bardzo cenny czas, w którym nauczyłam się mówić kazania.
13. Camp Zatonie. Kolejny pracowity okres tego roku: chór i pomoc w zajęciach dla dzieci, epizodycznie pathfindersi.
14. Superhero. Obóz pathfinder z nowym komendantem i zgrają dzieciaków. Niesamowite docieranie charakterów.
15. Precedens. Nowy musical zaczął powstawać już na wakacjach (piosenki).
16. Wyprawa do domu w Zaborowie. Koniec pewnych marzeń, ale to było dobre doświadczenie.
17. Rozum zaszalał :P po tylu latach celibatu znalazł sobie dziewczynę i nadal z nią jest :)
18. Kurs polskiego dla obcokrajowców. Nowe, ciekawe doświadczenie w mojej karierze nauczycielskiej :)
19. Nowe pianino. Kolejne do kolekcji, które wzbogaciło wyposażenie mojej szkoły i ma służyć nauce gry.
20. Nowy skład A4H. Od września zaczęły się próby i ustalanie nowego składu. Wymieniliśmy tenory na basy, w górnym alcie też było niezłe zamieszanie, teraz próbujemy ustalić sopran... 
21. Konferencja z Edytą Jankiewicz. Wartościowy czas, chociaż nie byłam za bardzo zdrowa wtedy. Okazało się też, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie (Mariusz i Domi, którzy pomogli z brakiem telefonu).
22. 26. urodziny, czyli skończyło się rumakowanie :P niezwykły prezent od moich przyjaciół (suszarka). Skończyły się zniżki studenckie...
23. Henna :P Ola zaczęła nową szkołę i wykonała na mnie nowy zabieg kosmetyczny, który mi się spodobał i daje ciekawe efekty.
24. Nowa drużynowa. Przekazałam obowiązki drużynowego Dominice, ponieważ już miałam za dużo wszystkiego na głowie. Dosyć szybko od założenia, ale życie też pędzi szybko...
25. Mikołaj. Kolejna przebieranka, tym razem za Mikołaja. Na obozie byłam Egipcjanką... Chyba ta fucha mnie nie porzuci :P
26. Dentysta-sadysta :P rozpoczynam leczenie zębów po długiej przerwie.
27. Koniec świata ;)
28. DJ Kika ;) zobaczymy, jak to wyjdzie...

I najważniejsza lekcja z 2012 roku: bez ludzi nie da rady ;)
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2013 :)

niedziela, 30 grudnia 2012

Sylwestrowy suchar w stolycy

Czy widzicie dobrze datę? Tak, tak, to dzień przed sylwestrem. W tym roku ze względów oszczędnościowych i tendencji stabilizacyjnych wybrałam lokalną imprezę, czyli Sylwestrowy Suchar w Stolycy. Po co mam gnać na koniec świata, skoro z jednego właśnie wróciłam. Na miejscu też się szykuje przednia zabawa ;)

Jak co roku zastanawiasz się, gdzie wbić na sylwestra?
Nawet nie patrz na to ogłoszenie. Co ciekawego można robić w stolycy?
Jeśli jednak się zdecydujesz, dobrze się zastanów.

GDZIE: Spotykamy się w starej piwnicy, gdzie z okien mamy jedynie widok na buty przechodniów. Można tylko pomarzyć o blasku fajerwerków z Placu Konstytucji.

KIEDY: Jeśli nie nastąpi koniec świata, to startujemy od 19.00. Nie zabieraj śpiwora, żeby przenocować. Myślisz, że ktoś wytrzyma dłużej niż do 22?

CO ROBIĆ: Oto jest pytanie, na które będziemy starali się znaleźć odpowiedź w ciągu tej długiej, grudniowej nocy. Może rozegramy pasjonujący turniej chińczyka, zrobimy pojedynek na suchary albo przebierzemy się za Majów?

KOSZT: Umawialiśmy się na 15, no może 20 zł, ale jaką masz gwarancję, na co to pójdzie, zwłaszcza, gdy zbiera to kierownik?

Teraz widzisz, w co się pakujesz. Może jeszcze to przemyślisz i spędzisz Sylwestra z Jedynką? 

Wskutek nieprzewidzianych okoliczności zostałam DJ-em. Postanowiłam podejść do tematu profesjonalnie, na ile pozwala mi mój nieprofesjonalny sprzęt i znajomość popularnych hitów. Zdałam się na sentymenty z młodości i skompletowałam pokaźną playlistę przebojów lat rozmaitych. Zasadniczą kwestią okazał się dobry odtwarzacz, a w nim dobra funkcja płynnego przechodzenia utworów. Mój winamp nie dawał rady. Wyszukiwarka i znajomy wskazali program Virtual DJ i po rozmaitych przejściach z instalacją w końcu udało mi się go uruchomić.



W ramach treningu przed jutrzejszym występem miksowałam cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek. Zabawa jakich mało :) już wiem, jak robić przejścia, jak dodawać efekty i tylko skratch mi niezbyt wychodzi, ale aż tak się nie muszę wygłupiać ;)
Mam lekką tremę...

środa, 26 grudnia 2012

Tajemnica Sagali


Znalazłam "Tajemnicę Sagali"! Serial, który oglądałam, będąc dzieckiem, czyli jakoś w 1996 roku, jak były ferie zimowe. Niestety ferie szybciej się skończyły niż serial i nie obejrzałam go do końca :( teraz sobie nadrobię ten żal z dzieciństwa. Znalazłam odcinki na Kinomaniaku :)
Lubię ludzi, którzy pamiętają takie dawne czasy, jak moje i dobrze je wspominają. Można godzinami gadać o saturatorach, sankach, serialach i innych :) pozdrawiam urodzonych w latach 80. :)

wtorek, 25 grudnia 2012

Bad boy



Dzisiaj skończyłam czytać "Niedobrego chłopca" Olivii Goldsmith. Kobieta zgrabnie pisze: bez nadużywania wulgaryzmów, co świadczy o braku mądrych rzeczy do powiedzenia, bez drobiazgowego opisywania głupot, trafnie i dowcipnie. Chociaż momentami za dużo myśli w jednym dialogu.

Najbliżsi przyjaciele - On i Ona - spotykają się przy kawie w niedzielne wieczory, by ponarzekać na swoje nieudane życie osobiste.
Ona ma słabość do " złych chłopców ", On należy do " dobrych i romantycznych ".
Ona zdradza kilka sekretów na temat podrywania,a On korzysta.
Zabawna historia miłosna, napisana lekko i dowcipnie.
Przejrzałam kilkanaście artykułów do mojej pracy licencjackiej, napisałam zaczątek spisu treści i bibliografii i poczułam, jak to zadanie mnie przerasta. Jak ja wymyślę tyle mądrych rzeczy, żeby wyczerpać temat?

poniedziałek, 24 grudnia 2012

In a sentimental mood



W domu czuję się znów jak dziecko. Nie myślę o pracy, obowiązkach (przynajmniej do czasu, bo czeka mnie przygotowanie szkolenia i pisanie pracy), śpię do 10, jem domowe obiady, czytam i gram na pianinie. Dużo się śmiejemy i robimy same przyjemne rzeczy. Zima rozleniwia ;)
Ola przywiozła arsenał kosmetyków i zrobiła mi i mamie domowy salon piękności: hennę na brwi i rzęsy oraz maseczkę nawilżającą na twarz. Mama, która od lat się nie malowała, była tym lekko przerażona, ale efekt końcowy bardzo ją ucieszył i widać było, że ma podkreślone delikatnie oczy. Mi wyszły prawie czarne brwi, chociaż to była brązowa henna :P ale przez tydzień nie wychodzę z domu, więc nikogo nie przestraszę ;)
Tata kupił ostatnio grę planszową Wyspa Skarbów. Okazała się trafionym pomysłem na grę rodzinną i nawet Ronia mogła się w nią włączyć, wszystko chwytała i była szalenie przejęta, że gra z dorosłymi :)

Dzisiaj postanowiłam zrobić porządki z papierami. Rozpaliłam w kominku w pokoju na wieży i zaczęłam kilkugodzinne segregowanie. Na strychu uzbierało się kilka pudeł papierów ze studiów, które żal było mi do tej pory wyrzucić, a nie było dla nich dalszego zastosowania. Mama przekonała mnie, że swoje już odleżały i skoro do tej pory się nie przydały, to później tym bardziej. Powyciągałam jakieś pojedyncze ćwiczenia, które jeszcze się nadawały, część wykładów z historii języka (najbardziej je lubiłam i nie chciałam się z nimi rozstawać) i odłożyłam, żeby je zabrać do Michałowic. Resztę, czyli sterty materiałów ze znienawidzonej literatury, gramatyki kontrastywnej, przeznaczyłam na makulaturę. Przejrzałam też papiery sentymentalne, czyli ocalałe listy i pamiętniki. Pamiętniki z 2009 roku spłonęły w kominku jako znak ostatecznego odcięcia się od przeszłości (dziwne, że wcześniej tego z nimi nie zrobiłam), a listy, wierszyki i sympatyczne wpisy z kolonii sprzed 10 lat pozostały nadal w pudełku. Trudno się z nimi rozstać, chociaż kontakty z tamtymi ludźmi już dawno się zatarły.
Olę też natchnęło na porządkowanie. Znalazła swoje stare pamiętniki i czyta je, siedząc w fotelu przed kominkiem. 
Mam radosne i spokojne życie :) aż trudno uwierzyć, że przed kilkoma laty byłam taka narwana i rozemocjonowana. Ale, jak widać, człowiek staje się normalny, przynajmniej do czasu, aż mu coś nie odbije :P

niedziela, 23 grudnia 2012

Moje miasto Rzeszów

Minęło kilka miesięcy i znów jesteśmy razem w domu. Jest mama i tata, jest Ronia i Ola. Filip nie przyjechał, bo pracuje i nie bardzo ma jak się wyrwać teraz. Dostał teraz pracę w szpitalu i wszyscy się cieszymy, że będzie pracował w zawodzie :)
W piątek, 21 grudnia, kiedy wyjeżdżałyśmy z Olą PolskimBusem z Warszawy, spotkałam w środku Natalkę, koleżankę ze studiów, z którą się razem broniłam. Nie widziałam jej ponad dwa lata od tamtego czasu. Wracała z Hiszpanii z chłopakiem do domu na święta. Sympatyczne spotkanie :)
W Rzeszowie  miałyśmy 2 godziny oczekiwania na autobus do domu, więc Ola spotkała się z przyjaciółką, a ja wybrałam się na spacer po mieście. Poszłam sobie na plac Wolności, potem w kierunku Rynku...


następnie do Filharmonii...

i mojej szkoły muzycznej. Nie zastałam mojej pani od śpiewu, pewnie w ostatni dzień zajęć nie mogła przyjechać. Ale kontynuowałam mój spacer, idąc Aleją Pod Kasztanami ...


...i 3 Maja, a w końcu Grunwaldzką i przeszłam nową, okrągłą kładką nad Aleją Piłsudskiego.


W sobotę po południu obejrzeliśmy także z rodzicami nowo otwartą Galerię Rzeszów, która rozmiarem przewyższa Złote Tarasy, a po wejściu do niej ma się wrażenie, jakby się nie wyjeżdżało z Warszawy.


Rzeszów zmienia się pozytywnie i kiedy go odwiedzam co pół roku, widzę, jak powstają nowe budynki, a stare miejsca i ulice, po których wędrowałam przez 5 lat studiów, nadal mają swój urok. Zdecydowanie lubię to miasto i czasem mi żal, że nie znalazłam w nim miejsca.

piątek, 21 grudnia 2012

W dniu końca świata... jedziemy na koniec świata ;)

  Piosenka o końcu świata

Czesław Miłosz
 

      W dzień końca świata
      Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
      Rybak naprawia błyszczącą sieć.
      Skaczą w morzu wesołe delfiny,
      Młode wróble czepiają się rynny
      I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć. 
       
      W dzień końca świata
      Kobiety idą polem pod parasolkami,
      Pijak zasypia na brzegu trawnika,
      Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
      I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
      Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
      I noc gwiaździstą odmyka.

      A którzy czekali błyskawic i gromów,
      Są zawiedzeni.
      A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
      Nie wierzą, że staje się już.
      Dopóki słońce i księżyc są w górze,
      Dopóki trzmiel nawiedza różę,
      Dopóki dzieci różowe się rodzą,
      Nikt nie wierzy, że staje się już.

      Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
      Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
      Powiada przewiązując pomidory:
      Innego końca świata nie będzie,
      Innego końca świata nie będzie.

środa, 19 grudnia 2012

ZUS ZU(A)O

Zbliża się koniec roku i postanowiłam napisać sobie kilka noworocznych postanowień. Jednym z nich było udać się w końcu do dentysty i wyleczyć zęby. Znalazłam w Michałowicach przychodnię, która leczy na fundusz i prywatnie i postanowiłam przynajmniej przegląd zrobić na fundusz. Umówiłam się na wizytę na czwartek o 9 rano. Ponieważ nie byłam wcześniej zarejestrowana, pani przez telefon poprosiła, żeby przed wizytą przynieść dowód osobisty i zaświadczenie o ubezpieczeniu. 
Wykonałam telefon do przyjaciela, tj. mojego sąsiada: co to jest zaświadczenie o ubezpieczeniu? Wam, starym wygom, takie pytanie może wydawać się dziwne, ale ja prowadzę działalność gospodarczą dopiero od roku  i jednym z atrybutów tej formy zatrudnienia jest to, że sama się muszę martwić o wszystko, co jest potrzebne do legalnego i korzystnego zatrudnienia tudzież ubezpieczenia. Gdyby ktoś miał jakieś pytania dotyczące działalności, walcie śmiało. Nie czuję się jakimś wielkim ekspertem, ale przeprowadziłam wnikliwe studium stron internetowych z tego zagadnienia i przetestowałam tę wiedzę w praktyce.
Okazało się, że takie zaświadczenie odbiera się w ZUSie i jest ono ważne miesiąc. Do tego potrzebne są dowody aktualnej wpłaty składek i z tak pięknie przyszykowanym dokumentem można iść do przychodni. 
Wszystko pięknie, tylko pojawiły się dwa problemy: 
1) zaświadczenie musiałam zdobyć w ciągu dzisiejszego popołudnia; 
2) odległość od stacji WKD w Pruszkowie do ZUSu, któremu podlegam, jest taka, jak na poniższym zdjęciu, a ja, jak pamiętacie, miałam uziemiony rower na stacji w Michałowicach:

Przepadły mi jedne zajęcia, więc zyskałam godzinę na załatwienie sprawy. Trudno, będzie spacerek. Nie powinno mi to zająć więcej niż 20 minut w jedną stronę. Tak też się stało. 
Pani w ZUSie była bardzo miła i wystawiła mi druk ZUS ZUA wraz z dowodem ostatniej wpłaty. Naprawdę nie musiała tego ostatniego robić; przezornie przygotowałam sobie wyciąg z konta. Podała jeszcze informację, że od stycznia 2013r. zmieniają się przepisy i w przychodniach musi im wystarczyć pisemne oświadczenie o ubezpieczeniu oraz dowód wpłaty. Panoszą się, mówiła, i dodają im roboty. Jedną panią wyrzucili ze szpitala, bo nie miała zaświadczenia. Całe szczęście, że to weszło. Jakbym miała co miesiąc tę trasę po zaświadczenie do ZUSu pokonywać, to wolałabym się wcale nie leczyć albo robić to prywatnie.
Jeśli wszystko się uda, to czeka mnie dzisiaj jeszcze jeden spacerek: po rower...

Moi uczniowie - dzieci z Mokotowa

Serce: Nie opowiadałam ci, co się ostatnio wydarzyło z moim rowerem?
Rozum: Dalej nim jeździsz? :P po tym, jak wywinęłaś dwa razy na chodniku? :P 
Serce: No dalej, bo szkoda mi czasu na chodzenie piechotą... Dwa dni temu nim jechałam i zostawiłam go obok kolejki, jak zwykle; wtedy, co był deszcz i mówiłam, że nie ma śniegu.
Rozum: No, pamiętam. I co?
Serce: I wieczorem, jak wracałam i chciałam go odczepić, okazało się, że zamek w kłódce zamarzł... kręciłam tym kluczem i nic, aż się wygiął, to próbowałam go odgiąć... i się złamał:( Rower stoi tam od 2 dni i nie ma go jak odczepić. Dopiero dzisiaj ma znajomy z narzędziami przyjechać i spróbować upiłować tę kłódkę. Doprawdy, trzeba być mną, żeby mieć takie przygody :P
Rozum: Hahahaha, brawo :P
Serce: Ale i tak największy zonk miałam, jak odkryłam skrót.
Rozum: Skrót? Do czego?
Serce: W listopadzie czy w październiku zadzwoniła do mnie starsza pani, żeby ustalić lekcję gry na pianinie dla jej wnuków: Zuzi (10 lat) i Maksa (7 lat). Chodzili wcześniej rok do szkoły Yamaha, ale nie byli zadowoleni, że to tak zbiorowo i woleli indywidualnie. Powiedziano mi, że trzeba się kierować od stacji Metro Wilanowska, to się wychodzi kawałek i trzeba się cofnąć, ale dojście nie zajmuje dłużej, niż 5 minut. Chyba trochę ci o nich opowiadałam: Maks ma niepospolitą wyobraźnię i jest bardzo żywy, dlatego ma tylko pół godziny zajęć, bo później trudno mu się skoncentrować, a Zuzia to śliczna dziewczyna i uwielbia grać, więc lekcja z nią jest przyjemnością.
Rozum: Mało istotne szczegóły, no ale mów:P no i co dalej?
Serce: A potem doszły mi zajęcia z Gabrysią, która ma 5 lat. Mieszkają obok komendy głównej policji, w bloku, gdzie dzwoni się na recepcję i pan anonsuje gości :P 
Rozum: No no :P
Serce: Udało się ustalić tak, że miała lekcję przed Maksem i Zuzią, więc za jednym zamachem 2 zajęcia w Warszawie. Historia pierwszej lekcji była wręcz epicka. Nie dostałam początkowo smsa z adresem i przez cały tydzień, który pozostał do lekcji byłam przekonana, że nic z tego nie będzie. Tego dnia, gdy miała być lekcja, jechałam sobie spokojnie do Warszawy do Maksa i Zuzi, a tu dzwoni moja siostra, że jakaś kobieta do niej wydzwania, że jej córeczka płacze,bo miała mieć lekcję :P okazało się, że znalazła nazwisko Oli na stronie naszego zespołu i tak przez nią odzyskała mój numer, który jej w międzyczasie zaginął. 
Rozum: Fajnie, na coś się ta nasza strona przydaje :)
Serce: Kiedy się już udało skontaktować, mama Gabrysi powiedziała, że to obok stacji Metro Wierzbno, jedna stacja przed Wilanowską, więc tak jeździłam, od Wierzbna do Wilanowskiej. Ale do metra trzeba dojść, wsiąść, wysiąść, znów dojść i to trwało jednak trochę dłużej, niż wstępnie zakładałam.
Rozum: No spoko.
Serce: Trwało to tak jakoś z półtora miesiąca. Dopiero wczoraj mnie natchnęło, żeby sprawdzić te adresy na mapie i zobaczyłam to.... co na tym obrazku. Jak to przeszłam na piechotę (nie zajęło mi to więcej niż 10 min, bo jednak między blokami były jakieś dziwne bramki) i popatrzyłam, ile ja sobie nakładałam wcześniej drogi, jeżdżąc tym metrem, to mnie z nóg ścięło. Z jednego domu było widać dosłownie drugi:P


Rozum: No nie, nie mogę :P
Serce: Oj, to nie wynikało z jakiejś mojej ćwierćinteligencji, tylko do tej pory nie popatrzyłam na mapę, polegałam tylko na wskazówkach od tych ludzi.
Rozum: Serce, i ty jesteś harcerzem, a mapy nie używasz? :P
Serce: Ee,no :P ale  to było odkrycie dnia :D
Rozum:  Hahaha, kolumbowie wieku XXX :P
Serce: Ale mimo wszystko to był przyjemny dzień. Gabrysia dała mi laurkę z serduszkiem, powiedziała, że jest chora i siedzi w domu i czeka tylko na nasze lekcje, więc było miło :) 
Rozum: Fajnie :)
Serce: A Zuzia i Maks grali koncert w domu dla rodziców i dziadków, którzy nagrywali wszystko kamerą i robili zdjęcia. Sama nie wiem, kto się bardziej denerwował, ja czy oni :P no, jeszcze dwa dni i wolne...
Rozum: Niektórzy to mają dobrze...

wtorek, 18 grudnia 2012

Ikeja to będzie w Jankach.


Kojarzycie film "Ile waży koń trojański"? Jest tam niezapomniana scena, kiedy bohaterka kłóci się ze swoim mężem, który chce zainwestować w Ikeę w Łomiankach i pada zdanie kobiety, która trafiła z przyszłości: "Ikeja to będzie w Jankach". I tak też się stało :)
Już jakiś czas temu, jak zaczęły się mrozy, stwierdziłam, że potrzebuję gruby, polarowy koc. Ula stwierdziła, że takowe muszą być w Ikei. Kiedy wróciłam wczoraj do domu i zobaczyłam, że przyjechała służbowym autem, namówiłam ją, żebyśmy właśnie w tym momencie pojechały. Koca niestety nie znalazłam, takiego, jakiego chciałam. Mama powiedziała, że swój kupiła na targu. Ale było masę innych ciekawych drobiazgów i w końcu kupiłam zestaw trzech pojemników w nutki. Środkowy przeznaczyłam na ciastka, najmniejszy jest idealny na kawę, a na największy jeszcze nie mam pomysłu. Ma ponad 2 l pojemności. Może wy coś wymyślicie?
Jakiś czas temu w Metrze było reklamowane, że Lidl ma wprowadzić w grudniu torebki Wittchen. Bardzo bym chciała zapolować na taką, ale na stronie sklepu jest mowa tylko o rękawiczkach i portfelach... Gdzie te torebki?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Mężczyzna nie musi być piękny...


Mężczyzna nie musi być piękny
Jacek Fedorowicz

Mężczyzna nie musi być piękny,
Wystarczy, że ma w sobie coś,
Wystarczy, że czasem zamruczy ktoś basem:
„Z was, kolego, ciekawy jest gość.”

Chłopcy mają kompleksy,
Oblegają Peweksy,
Tu szampony kupują, tam kremy,
To bez sensu metoda –
Krem urody nie doda,
Zresztą po co uroda, gdy wiemy...

Mężczyzna nie musi być piękny,
Wystarczy, że zgrabny ma chód,
Gdy w kuchni się krząta
Czy sprząta po kątach,
W domu zawsze roboty jest w bród.

Baba pudrem się przytrze,
Wie, że baby są brzydsze,
Więc nie może wyjść na dwór tak sauté,
Chłopak nawet wprost z wanny
Jest ogólnie staranny,
Estetyczny nie tylko w sobotę.

Mężczyzna nie musi być piękny,
Wystarczy, że wdzięczny ma gest,
Gdy głos ma milusi, być piękny nie musi,
Chociaż wcale nie szkodzi, gdy jest.
Chociaż wcale nie szkodzi, gdy jest.
Gdy głos ma milusi, być piękny nie musi,
Chociaż wcale nie przeszkadza, gdy jest.

***
Piosenka, którą znałam tylko z podśpiewywania mojego taty, a czasem i mamy, ale dopiero wczoraj usłyszałam w oryginale. Jestem zauroczona :) chociaż głos Fedorowicza w tej piosence jest absolutnie niemęski :P
Kreatywność mojej drużyny jest wręcz niesamowita. Na razie nie mogę zamieścić prezentacji konkursowej, zamieszczam więc wolną twórczość, która zdobyła popularność na facebook'u:


Pozostał ostatni tydzień pracy w tym roku. Byle przetrwać z dziećmi, którym już wybitnie się nie chce uczyć i do domu...

czwartek, 13 grudnia 2012

Moi uczniowie - Julka i Krzyś

Obiecywałam jakiś czas temu, że opowiem coś o moich uczniach. Chyba dzisiaj to się spełni. Oto pierwsza historia z tej serii.
Julka jest chyba pierwszym moim uczniem, kiedy rozpoczynałam pracę w tej szkole 2 lata temu. Chodziła wtedy do III klasy. Kiedy ją poznałam, stwierdziłam, że to taka "mała dorosła". Okazało się, że jest najmłodsza w rodzinie, ma dorosłe rodzeństwo i siostrę w Niemczech, która wyszła za Niemca i jej dzieci mówią po niemiecku. Bardzo chciała się uczyć niemieckiego, żeby się z nimi porozumieć, no i co tu kryć, lubi niemiecki bardziej, niż angielski. Julka ma bardzo dobry akcent i chętnie śpiewa. W zeszłym roku była w grupie z Rafałem, chłopakiem, który był starszy od niej o 2 lata i mieszkał 4 lata w Niemczech, więc w biegłości językowej znacznie ją przewyższał. A dodając do tego fakt, że Julka jest systematyczna, ale powolna, to nieraz zajęcia wywoływały frustracje.
W tym roku Julka jest w grupie z Krzysiem. Krzyś jest w IV klasie. To bardzo wesoły i pilny chłopiec. Chodzi dodatkowo do szkoły muzycznej i gra na pianinie. To zadziwiające, ale Krzyś ma wyjątkową niezdolność do uczenia się ze słuchu: niemal każdy wyraz przekręci, kiedy ma go wymówić. Pomimo tego chwyta szybko zasady i łatwo uczy się słówek. W przeciwieństwie do Julki lubi matematykę i przedmioty ścisłe.
Dzisiaj tłumaczyłam dzieciom, co to jest (albo raczej był) walkman :P jak zobaczyłam to bezbrzeżne zdziwienie na twarzach, to mnie rozwaliło. Więc kontynuuję: "aa, bo wy nie pamiętacie... to był taki przenośny odtwarzacz ze słuchawkami, wkładało się tam kasety magnetofonowe" a one: aha, mp3? Poczułam się strasznie wiekowym dinozaurem, który pamięta jeszcze takie zamierzchłe czasy, jak epokę walkmanów :P
Zamieszczam więc piosenkę o walkmanie z dedykacją dla innych dinozaurów.


wtorek, 11 grudnia 2012

Żucie gumy - a fuj!

Mam kilka "wielkopańskich" zwyczajów: nie ogryzam zwyczajnie jabłka, tylko go przekrajam i wyjmuję pestki i nie lubię żuć gumy. Nie mówię, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Czytelnicy mojego pokolenia pamiętają jeszcze gumy Donald z historyjkami obrazkowymi, gumy Turbo ze zdjęciami samochodów czy superbohatera z gumy Boomer (i robi taaaaakie duże balony!). Każdy musiał choć raz spróbować. Ale zasadniczo nie uznaję gumy. Kojarzy mi się 1) z niechlujnym osobnikiem, mającym znudzony wyraz twarzy i lekceważące podejście do życia; 2) z obrzydliwymi złogami gum przyklejonych pod ławkami i krzesłami. A jak się ostatnio dowiedziałam, żucie gumy jest szkodliwe dla zdrowia. 
Na przeważającej większości gum znajduje się informacja: „Zawiera źródło fenyloalaniny, spożycie w nadmiernych ilościach może wywołać efekt przeczyszczający”. To nie jest jedyna szkodliwa dolegliwość. Zobaczcie na poniższy rysunek.

Żucie gumy jest ponadto niekulturalnym zachowaniem, które nie ma nic wspólnego z dbaniem o zdrowe zęby. Jak słusznie zwracają na to uwagę autorzy podręcznika pt. „ABC dobrego wychowania” Maciej A. Brzozowski i Roman Wysocki mycie zębów i inne zabiegi higieniczne są równie ważne dla naszego zdrowia, a nikt tego nie próbuje robić publicznie. Więcej na ten temat znajdziecie w poniższym artykule.
Są jednak sytuacje, kiedy musimy jakoś "zabić smak w ustach", a nie mamy możliwości umycia zębów, i co wtedy? Osobiście polecam drażetki Mentos. Nie zawierają aspartamu, są słodzone cukrem, szybko się rozpuszczają i są naprawdę skuteczne. Mój ulubiony smak to Strong Mint, w Biedronce można kupić 2 rolki w jednym opakowaniu za korzystną cenę.


Stare reklamy to było to, co nie? :)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Mój to czas, mój to świat...



Bardzo, bardzo fajny weekend był. Próby poszły sprawnie, zaczęliśmy robić scenki. Było też masę śmiesznych momentów, dlatego pomimo różnych trudnych wydarzeń (podziękowania dla Marty, która niestety nie udźwignęła wokalnie repertuaru i poszukiwanie nowego sopranu za Sarę, która wyjeżdża w maju za granicę) mieliśmy radosny czas ze sobą :)
Przy tej okazji zamieszczam ogłoszenie z naszego profilu na fb.

Wanted!!!

Szukamy głosów do nowego musicalu: sopranu i altu.
Potrzebujemy osób, które :
-chcą śpiewać
-potrafią samodzielnie utrzymać się w głosie
-nie przeraża ich gra aktorska
-chcą zrobić coś dla Boga
Jeśli jesteś zainteresowana, skontaktuj się z nami
667 888 558 lub udostępnij dalej.

Do usłyszenia :)
W niedzielę po południu przed wyjazdem obejrzeliśmy jeszcze ze Smykami "Meridę Waleczną". Nietypowa bajka, bez wątku romantycznego, ale z piękną celtycką muzyką i szkockimi krajobrazami. Szalenie spodobała mi się piosenka śpiewana przez Anitę Lipnicką, którą możecie posłuchać, klikając filmik u góry. Idealnie dobrany wokal i  łamania głosu.
Rozum jechał do stolycy na rozmowę o pracę i dzisiaj byłam jego pilotem przez telefon: gdzie skręcić, w co wsiąść. Oczywiście wcześniej usiłował trzymać fason, jak każdy facet: "no, poradzę sobie, jakoś tam trafię, GPS włączę i też jakoś dojdę". Ale kiedy po wszystkim zdążył na wcześniejszy pociąg i siedział już sobie wygodnie w cieple, to napisał i podziękował za pomoc, mówiąc, że sam nie dałby sobie rady. No, bez przesadyzmu, oczywiście, że by sobie poradził, tylko trwałoby to zapewne trochę dłużej;) Chociaż powinnam mówić za siebie, bo dla mnie przygody i odkrywanie nowych miejsc to sama frajda, ale są ludzie, którzy wolą ustabilizowane życie i takie wyprawy są dla nich stresujące, chociaż tego na zewnątrz nie okazują.
Mam znowu wolne przedpołudnia! Trzeba się zabrać za pisanie pracy i inne zaległe rzeczy...

czwartek, 6 grudnia 2012

Bald ist Nik'lausabend da :P

Święta, Mikołajki to okazja dla handlowców zarobić kupę pieniędzy, więc ogłosili wyprzedaże -50% gdzie tylko się dało. Nie nastawiałam się na jakieś szalone zakupy, a wręcz przeciwnie: od dwóch tygodni skrzętnie zbierałam pieniądze w portfelu, napawając się kolejnymi błękitnymi banknotami. Ale równocześnie przepatrywałam sklepy w poszukiwaniu kurtki. Moją poprzednią kurtkę kupiłam dwa lata temu i jednak niezbyt dobrym pomysłem było upranie jej w pralce. Tworzywo wewnątrz, które chroniło od zimna, poprzecierało się i kurtka zaczęła być nieszczelna. Po kilkunastu spacerach po galerii znałam już na pamięć oferty sklepów, ale nadal nie mogłam się zdecydować. W końcu wczoraj podjęłam decyzję: jadę KUPIĆ kurtkę, koniec oglądania. Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Weszłam do Carry, gdzie już wcześniej przymierzałam kilka fajnych kurtek z futrzanym kołnierzem i po namyśle wybrałam kurtkę do kolan, z eleganckim, dyskretnym zamkiem i wielkim, futrzanym kapturem, ciepłą jak nie wiem. Ponieważ zdecydowałam się na tańszą, niż wcześniej planowałam, zostało mi jeszcze 100 zł i jeszcze tego samego dnia znalazłam skórzane, czarne kozaki w Humanic, gdzie też była promocja -50%. Dokupiłam do nich tylko wkładki, bo były trochę za duże i zadowolona wyszłam ze sklepu. Mikołaj przyszedł wcześniej :)
A propos Mikołaja, usłyszałam kapitalną wypowiedź Gabrysi, dziewczynki, którą uczę grać na pianinie u niej w domu.

Gabrysia (7 lat): Lenka, Lenka, dzisiaj przyjdzie Mikołaj! (do mnie) ale cii... niech jej pani nie mówi, bo ten Mikołaj to mama...
Ja: Masz rację.
Gabrysia: No bo skąd taki Mikołaj wziąłby pieniądze na prezenty dla całego świata?
***

Na gorąco z dzisiejszego dnia: kolega z pracy namówił mnie, żeby zrobić dzieciom niespodziankę na zajęciach i przebrać się za Mikołaja, przepytać ich po niemiecku z kilku prostych zwrotów i wręczyć drobne prezenty. Nie bardzo potrafiłam mu odmówić i tak byłam Mikołajem, takim jak na poniższym rysunku. Co za szalona rola :P ale miny dzieciaków były tego warte ;)


A już jutro... próba A4H na Śląsku :)

piątek, 30 listopada 2012

Chopin - Polonezy dziecięce

Już niedługo będę musiała ułożyć mojej uczennicy nowy program do grania, więc zaczęłam szukać utworów. Dostałam od Asi Micyk sporo nut (no i pianino :) i pośród nich znajdowało się kilka polonezów Chopina. Jak się dowiedziałam z jednego portalu, spośród szesnastu fortepianowych polonezów Chopina tylko siedem zostało opatrzonych opusem i uznanych przez kompozytora za godne wydania. Pozostałe dziewięć polonezów pochodzi z wczesnych lat twórczości Chopina i nie zostały wydane za jego życia. Należą do nich trzy pierwsze polonezy dziecięce: B-dur, g-moll i As-dur, skomponowane w latach 1817-21.
Bardzo spodobały mi się te utwory i postanowiłam się ich nauczyć, bo Chopina grałam bardzo mało. Muszę tylko kupić metronom i zebrać się do regularnego ćwiczenia. A także nastroić pianino.

Polonez g-moll


Polonez B-dur


Bardzo odprężająca jest muzyka Chopina. Dzisiaj położyłam się na chwilę po całym tygodniu, słuchając mazurków, walców, nokturnów, polonezów i preludiów - tych spokojniejszych. Brakowało mi tej muzyki...

wtorek, 27 listopada 2012

Gimnazja to zuo.

Rozum: Cześć Serce, a co Ty dzisiaj takie luzy masz?
Serce: Moi studenci piszą właśnie test.
Rozum: Sadystka :P
Serce: Ee, i tak to nie na oceny ;)
Rozum: To po co ich stresujesz i to bez oceny?
Serce: Żeby ich przygotować na stresy życia.Wczoraj miałam taką dyskusję z sekretarką u nas w szkole o tych wszystkich egzaminach w szkołach. Egzaminują dzieci już od 3 klasy podstawówki, ale z drugiej strony przez te testy dzieci już nie traktują egzaminów jak coś okropnie stresującego, tak jak przed reformą, kiedy pierwszym poważnym egzaminem była matura. Ponadto chętniej startują w różnych konkursach, bo są już odpowiednio zaprawione i w rezultacie są bardziej przygotowane do stresującego życia dorosłego. Ale i tak ostatecznie doszłyśmy do wniosku, że gimnazja to zło :P na dodatek  dzisiaj w Metrze był artykuł "Zero gimnazjów, zero problemu".
Rozum: Gimnazjum to sztuczny twór, bez niego też szkolnictwo istniało.
Serce: W ty artykule są wypowiedzi o tym, że  jest taki projekt, żeby zlikwidować gimnazja. O, patrz: "Zaczęło SLD, które we wrześniu zaprezentowało "lewicowy dekalog edukacyjny". Punkt czwarty: likwidacja gimnazjów. Pomysł podłapał PiS. A PJN od dwóch tygodni zbiera podpisy pod obywatelskim projektem ustawy, likwidującej gimnazja." Ale to dosyć radykalny pomysł, bo koszty dostosowania budynków, wypłacenia odpraw nauczycielom, będą duże i to kolejna reforma w ciągu ostatnich lat. Zresztą sam przeczytaj tutaj. 
Rozum: Serce, uwierz mi, że mam ciekawsze tematy w życiu, niż kolejna reforma oświaty i, że tak powiem, mam to gdzieś, co wymyślą :P
Serce: Ee... no niby tak, ten etap masz już za sobą.
Rozum: Nie niby, tylko zdecydowanie i nieodwołalnie.
Serce: Ja się interesuję tym z powodów zawodowych.
Rozum: I po co? Program się nie zmieni, zmienią się nazwy, podręczniki, kupa ludzi zarobi kupę kasy, dla szarego człowieka nie będzie różnicy.
Serce: Czytam jakieś wiadomości, tak? Żeby nie było, że nic nie wiem, co się w świecie dzieje i niczym się nie interesuję:P
Rozum: No dobrze, dobrze.
Serce: A że nie lubię czytać wiadomości w internecie, więc biorę gazetę Metro, jak jadę do pracy. Jak przeczytam, podrzucam gazetę studentom, oni wybierają jakiś artykuł i muszą go przeczytać i powiedzieć po polsku, co z niego zrozumieli, bo mają egzamin ustny po tym kursie.
Rozum: To wymyśl ciekawsze gazety :P  hahaha, jak ja lubię się czepiać i szukać dziury w całym :P
Serce: Eetam. Metro jest za darmo ;)

sobota, 24 listopada 2012

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść...



Serce: Hej, jesteś? 
Rozum: Jestem, co tam?
Serce: Chciałam ci opowiedzieć, jak się to wszystko potoczyło...
Rozum: A z czym?
Serce: No, z drużyną. Pamiętasz, mówiłam ci, że zrezygnowałam z funkcji drużynowego. 
Rozum: No tak, pisałaś, że miałaś za dużo obowiązków jako zastępca komendanta, no i zespół zaczął być bardziej absorbujący. 
Serce: Tak właśnie. Moja prośba została rozpatrzona błyskawicznie, bo tego samego dnia na zebraniu i wybrano nową drużynową, Dominikę, moją dotychczasową przyboczną. Dzisiaj mieliśmy zbiórkę i po raz ostatni poprowadziłam ją jako drużynowa drużyny warszawskiej. Na końcowym apelu przekazałam Dominice insygnia: granatowy sznur drużynowego, naszywkę i gwizdek. Trochę szkoda mi tego zostawiać, ale widzę, że mój plan przekazywania od początku innym odpowiedzialności powiódł się znakomicie i ludzie radzą sobie dobrze, więc jestem spokojna o przyszłość drużyny :)
Rozum: No to fajnie :)
Serce: Ech, jakoś tak dziwnie, jeszcze to do mnie nie dociera, ze się tak skończyło...
Rozum: Straszne. Nie rób scen :P
Serce: Nie, to nie chodzi o robienie scen.
Rozum: Oj no wiem, mówię tylko, że ten sentymentalizm jest zbędny.
Serce: Tylko próbuję sobie jakoś wytłumaczyć, co właściwie zrobiłam, bo jednak trochę mi żal.
Rozum: A kto Ci każe całkiem się od tego izolować?
Serce: Izolować się to nie, bo jednak ciągle jestem tym zastępcą komendanta, więc jest co robić. Szkolenie dla drużynowych niedługo, zjazd ogólnopolski w marcu, obóz w lecie - ktoś to musi organizować.
Rozum: No to co robisz sceny? :P
Serce: No bo rok temu sama zwoływałam ludzi do założenia drużyny, a teraz się wycofuję...
Rozum: Trzeba było nie zaczynać - czy tak byłoby lepiej?
Serce: Nie no, wiadomo.
Rozum: No to widzisz. Dobra, ja uciekam do spania.

piątek, 23 listopada 2012

Joanna Reflex Blond






Czy znacie ten preparat do rozjaśniania włosów? Trudno jest go znaleźć, nie ma go w Rossmannie na półce z farbami do włosów, pierwszą butelkę kupiłam jeszcze jak mieszkałam w Rzeszowie, w drogerii Wispol w galerii Europa. Potem kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, znalazłam w internecie informację od użytkowniczek, że produkt jest dostępny w sieci Superpharm, wprawdzie w skąpych ilościach, ale jeszcze go nie wycofali. Pytanie jednak brzmi: po co mi takie coś?
Muszę się wam przyznać do pewnego szaleństwa. Przed obroną mojej magisterki przyszła do nas Sylwia, koleżanka Oli ze studiów w nowym, rewelacyjnym odcieniu blond. Pamiętałam ją z ciemnymi blond włosami, a tu taka odmiana. Powiedziała nam wtedy, że znalazła taki spray do rozjaśniania włosów, który robi to stopniowo, w zależności, ile się go na włosy pryska. Ona użyła go, jak było widać, bardzo dużo. Zapewniała, że nie zawiera amoniaku, jest bezpieczny dla włosów i bardzo łatwo się go używa. Nie wiem, jaki miałam wtedy obraz siebie, ale ta perspektywa wywołała u mnie tęsknotę za moim kolorem włosów z dzieciństwa, kiedy jeszcze były jasne:


Powzięłam więc postanowienie: po obronie pracy zrobię coś z włosami. W końcu rozjaśniacz to nie farba, tak sobie tłumaczyłam. Nabyłam opakowanie, Ola zobowiązała się, że nałoży mi to na włosy. Z instrukcji wynikało, że nie jest to takie trudne, tylko trzeba zrobić kilka podejść, żeby uzyskać pożądany rezultat.

Taki kolor miałam przed rozjaśnianiem:
Jak widać, całkiem zwyczajny, ciemny blond, który w niektórym  świetle wyglądał jak rudy, ale zazwyczaj był po prostu mysi. Niestety w przypadku mojego typu urody (lato) włosy mają tendencję do szarzenia i tracenia blasku.



Zdjęcie po pierwszych próbach ze sprayem.










Nie widać jeszcze kontrastu, ale już co poniektórzy zaczynali dostrzegać, że włosy zaczęły zmieniać kolor.

Tutaj już wersja (prawie) ostateczna.
 Lato 2010 miało jeszcze jedno szaleństwo zaczynające się na literę J, ale chyba miało mniejszy zakres oddziaływania jak spray :P








Po kolejnych podejściach wyrównujących

Ola stwierdziła, że od tej pory nie będzie już pryskać na całe włosy, tylko na odrosty przy nasadzie.  Doszłyśmy do odcienia złoty blond, chociaż i tak co bardziej dokuczliwi twierdzili, że to rudy.


Wygląd aktualny




Pryskam coraz rzadziej, chyba że włosy przy wierzchołku wymagają już interwencji, bo zaczynają zbyt mocno odcinać się od reszty. W przeciągu tego czasu włosy były kilkakrotnie podcinane. 
Fryzjer zalecił mi stosowanie odżywki nawilżającej do każdego mycia, ponieważ mocno się wysuszyły, ale to normalne przy ingerencji chemicznej. Od tamtej pory włosy są naturalnie miękkie i błyszczące.








Od pewnego czasu zaczęłam myśleć nad wycofaniem się z rozjaśniania chemicznego. Jestem zadowolona z mojego koloru, nie chcę wracać do poprzedniego, Ola ma już dwa lata wprawy w utrzymywaniu go, ale nie wiadomo, jak długo będziemy mieszkać blisko siebie i kto to potem będzie robił. Na ostatniej próbie, kiedy powiedziałam koleżance, że rozjaśniam włosy, ona zdradziła mi sposób na naturalne rozjaśnianie bez chemii. Powiedziała, że też miała mysi kolor i zaczęła stosować szampon rumiankowy. Te dla dorosłych wysuszają włosy, ale najlepszy jest szampon Johnson's baby dla dzieci, ponieważ ma delikatną formułę. Jego cena jest też rewelacyjnie niska: butelka 200 ml kosztuje 7 zł. W Yves Rocher szampon rumiankowy jest za 11,90 zł, a po nim musiałam nakładać odżywkę obowiązkowo, bo włosy robiły się szorstkie.
Postanowiłam spróbować i zobaczyć, jak będzie działał na moich włosach. Używam go do każdego mycia, trochę mieszając z innymi szamponami, np. Biosilk z jedwabiem. Jeśli to opóźni użycie sprayu na odrosty albo całkiem wyeliminuje potrzebę używania go, to będę naprawdę zadowolona. Jeśli nie zadziała, to trudno, będę szukać czegoś innego. W każdym razie nic nie tracę, bo nie ingeruję chemicznie we włosy:) a opinie użytkowniczek i efekt widziany na włosach koleżanki są zachęcające.
A za pół roku przyjdzie lato i słońce też zrobi z włosami, co trzeba :)

czwartek, 22 listopada 2012

Pomme delice z Yves Rocher i inne zapachy kąpielowe

Zapomniałam się pochwalić prezentem od siostry z okazji urodzin (dostałam go pół miesiąca później, bo jakoś dziwnie długo przesyłka szła, a zamawiała przez internet). Nowy aromat jabłka w karmelu oczarował mnie zupełnie. 
Przestawiły mi się ostatnio preferencje: polubiłam intensywne zapachy do kąpieli, najlepiej apetycznie pachnące, które rozgrzewają. Długo trzymał mnie żel Radox z żeń-szeniem i czarnym pieprzem; podobno pobudzający, ale ja używałam go wieczorem i uwielbiałam ten zapach.

Z jeszcze wcześniejszych akcesoriów kąpielowych: Luksja płyn do kąpieli o zapachu czekolady i pomarańczy. Z trudem można się powstrzymać przed spożyciem. Pachnie jak delicje pomarańczowe :)  dzisiaj w Rossmanie widziałam w promocji, ale uznałam, że posiadanie czwartego żelu pod prysznic to byłoby już grzechem rozrzutności.


Ps. Nie pretenduję absolutnie do jakiegoś publicznego głosu doradczego w zakresie kosmetyków i mody czy urody; blog jest kolażem moich rozmaitych prywatnych zainteresowań i ma kameralnych odbiorców, jak naiwnie wierzę ;) ale jak już kiedyś wyjaśniałam, nie chcę, żebyście pomyśleli, że ta dziedzina życia mnie nie dotyczy, więc od czasu do czasu coś babskiego na tapetę rzucę ;)

środa, 21 listopada 2012

A walk to remember

Moja siostra poleciła mi książki Nicholasa Sparksa jako "pogodne, ciepłe książki z chrześcijańskim przesłaniem", więc postanowiłam zacząć od bestsellera. Zarzekałam się, że nie obejrzę filmu, że to ckliwe romansidło, ale książka to co innego. 

Jest rok 1958. Beztroski siedemnastolatek, Landon Carter, rozpoczyna naukę w ostatniej klasie szkoły średniej w Beaufort w Karolinie Północnej. Jego ojciec kongresman pragnie, by syn zrobił karierę - tymczasem Landon, podobnie jak reszta klasy, nie zaczął jeszcze zastanawiać się, co zrobić z dorosłym życiem. Jedynie Jamie Sullivan, cicha, spokojna dziewczyna, opiekująca się owdowiałym ojcem, pastorem, jest inna. Nie rozstaje się z Biblią, nie chodzi na prywatki, a dzień bez dobrego uczynku uważa za stracony. Tymczasem zbliża się doroczny bal. Nie mając akurat dziewczyny, Landon w odruchu desperacji zaprasza Jamie, na którą nikt dotąd nie zwrócił uwagi. Znajomość nie kończy się na balu. Wykpiwany przez kolegów chłopak początkowo unika Jamie, wkrótce jednak ich kontakty przeradzają się w przyjaźń, a potem głęboką miłość. Landon odkrywa prawdziwy sens życia - piękno natury, radość, jaką sprawia pomaganie innym, ból po utracie najbliższej osoby... 

Bardzo spodobał mi się styl pisania już od pierwszych stron. Na przemian śmiałam się i wzruszałam. Przemówiła do mnie postać Landona, jego dojrzewanie do roli człowieka świadomego celu swojego życia. Natomiast opis filmu, w którym akcja zaczyna się od sensacji, zupełnie do mnie nie przemówił. Tu nie chodziło o cudowną przemianę badboya w świętego. To zbyteczny dramatyzm w stylu Hollywood. Nie, nie chcę tego oglądać. 

Ps. Mam pomysł na temat pracy licencjackiej! Tak, został mi ostatni rok studiów teologii i mam do napisania pracę. Ciężka sprawa, mając za sobą magistra, ale jak trzeba, to trzeba.

wtorek, 20 listopada 2012

Lektor-K

Postanowiłam trochę opowiedzieć o mojej pracy, żeby czasem ktoś nie pomyślał, że skoro nie mówię, to nie robię nic ważnego. Tak więc, rozwiewając wszelkie wątpliwości, JESTEM NAUCZYCIELEM. Mam dyplom ukończenia studiów, czyli prawo do wykonywania zawodu nauczyciela języka niemieckiego. Znam na pamięć rozmaite reakcje na te informację, przeważa następująca: "niemiecki, ech, uczyłem się tego w szkole, ale niczego się nie nauczyłem, a w ogóle to mieliśmy beznadziejną nauczycielkę." Uwierzcie mi, że nie zapunktujecie u mnie ani nie stracicie niczego, jeśli uwielbiacie niemiecki lub go nienawidzicie. To wasza prywatna sprawa. 
Powracając do pracy, uczę już trzeci rok jako lektor języka niemieckiego w szkole języków w Michałowicach. Moi uczniowie są w różnym wieku, głównie są to dzieci, ale od zeszłego roku uczę także dorosłych studentów w WSTH w Podkowie. Rok temu zaczęłam też uczyć gry na pianinie, a w tym roku dzięki ogłoszeniu na portalu o korepetycjach rozwinęło się to na tyle, że mam już siódemkę dzieci, które uczą się bądź u nas w szkole, bądź u siebie w domu. Moim nowym doświadczeniem tego roku jest nauczanie języka polskiego jako obcego rosyjskojęzycznych studentów WSTH. Podejmowanie takich wyzwań jest bardzo rozwijające. Człowiek nawet nie wie, co potrafi, dopóki ktoś go nie wyzwie. A potem się okazuje, że to jest coś, co robi najlepiej i sprawia mu to radość.
Kiedy kończyłam studia, obawiałam się, jak to będzie z zatrudnieniem, ubezpieczeniem, ZUS i tak dalej. Po germanistyce z pracą jest ciężko, wiedzą to moje koleżanki z roku, które połapały co się da, a niewiele pracuje w zawodzie. Ja poszłam trochę na żywioł wyprowadzając się do Warszawy i zaczynając od niewdzięcznej pracy w call center, aż trafiłam do Michałowic i dzięki Bogu, pracuję tutaj od 3 lat. Rok temu po skończeniu 25 lat pojawiło się przerażające widmo samoubezpieczania się, ale i o to Pan Bóg zadbał, pomagając mi otworzyć własną działalność i podsyłając uczniów, żeby opłacić te wszystkie składki i rachunki, a także dając niezbędne pieniądze na życie. Po takich doświadczeniach człowiek przestaje się martwić, co będzie za rok. Przecież sprawiedliwemu chleba i wody nie zabraknie, prawda?
Następnym razem opowiem coś więcej o moich uczniach. To naprawdę ciekawi ludzie. 

wtorek, 13 listopada 2012

Sandwich. Jest pysznie

W piątek przed wyjazdem do Łodzi wstąpiłam na zakupy do Biedronki i wśród wielu produktów wypatrzyłam to: opiekacz, zwany inaczej sandwichem, do robienia tostów. Marzył mi się od jakiegoś czasu taki z wymiennymi wkładami do gofrów, ale zawsze było mi żal te 60 czy 80 zł wydać i się nie zdarzyło. Ten z Biedronki wydawał się fajny, ale nie było sensu kupować maszyny i wieźć jej do Łodzi i z powrotem, więc się wstrzymałam z kupnem. 
Podczas szalonego weekendu z najlepszym zespołem na świecie gościliśmy, a w sumie biesiadowaliśmy u Asi i Marka, wspólnie dorzucając się do obfitego szwedzkiego stołu i tam się okazało, że oni kupili właśnie tego sandwicha, bo campowy się już doszczętnie rozpadał. Więc powzięłam postanowienie, że po powrocie do domu też sobie kupię. No i kupiłam. Kosztował tylko 35 zł. Działa, aż miło, tosty sobie robię z chleba tostowego graham z serem żółtym lub camembert i jest pysznie :)
Kilka zdjęć z ostatniej próby.

Poniżej prezentuję profesjonalnego koka, czyli najładniejszą fryzurę, jaką kiedykolwiek miałam na głowie - dzieło Judyty.




Zwycięzcy Familiady - drużyna Hirołsów machają ;)
Drużyna Muminków w lekkiej konsternacji po sromotnej przegranej do zera.

Zakończyliśmy pracę nad piosenkami (została tylko jedna) i zaczną się warsztaty teatralne.
A także kolejny kurs polskiego...

czwartek, 8 listopada 2012

Henna u Oli

Ola skończyła studia w tym roku, ale postanowiła uczyć się dalej i zaczęła policealną szkołę kosmetyczną. Zajęcia praktyczne bardzo jej się podobają, ale na teorii straszliwie się nudzi, bo ma powtórkę z anatomii w okrojonym wymiarze, a przepisać jej ze studiów nie chcą, bo przedmiot nazywa się "anatomia z dermatologią". Ostatnio uczyli się nakładania henny na brwi i rzęsy, zdała na 5, więc namówiła mnie, żeby sobie na mnie popraktykować. A że ufam jej bezgranicznie (od dwóch lat rozjaśnia mi włosy i wychodzi jej to rewelacyjnie), więc wybrałam się wczoraj do niej na zabieg. W salonie w Warszawie kosztuje to 35 zł, mnie wyniosło to tylko koszt materiału, a wyszło tego tyle, że starczyłoby jeszcze na 5 osób.

Co kupiłam?
-2 opakowania henny proszkowanej Delia z Rossmanna (grafitowa i brązowa) - 2 x 2,50 zł
-wykałaczki do brwi- 1,99 zł

Potrzeba jeszcze:
-patyczek drewniany do rzęs (najlepiej do skórek z Rossmanna)
-woda utleniona
-płatki kosmetyczne
-oliwka lub tłusty krem.


Chociaż słyszałam, że ludzie robią sobie to samemu, ja jednak nie miałabym odwagi, po tym, jak widziałam, jak Ola to robiła. Pewnie wypaliłabym sobie oczy, znając swoje szczęście. Ola najpierw rozrobiła oba proszki w wodzie (chyba utlenionej). Miałam już przygotowaną twarz: zmyte dokładnie mleczkiem i tonikiem okolice oczu, żadnego tuszu od rana, skórę wokół brwi i rzęs posmarowaną oliwką, żeby się nie zabarwiła, a do tego Ola podłożyła pod powiekę namoczony płatek kosmetyczny i na nim umieściła rzęsy. Potem ostrzegła, żebym pod żadnym pozorem nie otwierała oczu, aż mi powie, bo inaczej będzie piekło w oczy. Nastraszyła mnie tak, że potem nie mogłam opanować mrugania. Bardzo się boję zabiegów na oczach, bo często robią mi się jęczmienie, a kiedyś miałam reakcję uczuleniową po kosmetykach, więc staram się nakładać na nie jak najmniej chemii. Ale Ola powiedziała, że henna jest naturalnym barwnikiem roślinnym, z rośliny o śmiesznej nazwie Lawsonia bezbronna, więc nie powinno się nic stać. 
Rozrobiona henna jest czynna tylko przez 15 minut, więc trzeba nakładać to szybko, ale ostrożnie. Na rzęsy nakładała to patyczkiem do skórek, a na brwi wykałaczką. (Tutaj uwaga od Oli: lepsze są wykałaczki o jednym zaostrzonym końcu). Na brwiach trzymała hennę około 3 minut, na rzęsach trochę dłużej. Potem zmyła wszystko dokładnie namoczonym wacikiem.Brwi miałam już wyregulowane, więc nie musiała nic robić, ale zwykle robi się to po hennie. Niedługo będą się uczyć depilacji woskiem, więc wtedy się wybiorę :)
Efekt bardzo mi się spodobał: brwi ciemniejsze, ale naturalnie, rzęsy głęboko brązowe aż po same końcówki (zwykle mam trochę jaśniejsze na końcach i pociągam je tuszem), a rzęsy na dole wreszcie widoczne. Efekt utrzymuje się przez 2 tygodnie i nie trzeba nakładać żadnego tuszu, chyba, że ktoś chce je dodatkowo pogrubić czy podkręcić. Ja się cieszę, że nie będę musiała, bo bardzo mnie denerwuje, że mając tusz nie mogę trzeć oka i wieczorem mam piekące powieki.












Kto chce pójść ze mną następnym razem? ;)

środa, 7 listopada 2012

WTW

Weszłam dzisiaj na wyższy poziom wtajemniczenia: znalazłam pliki w rejestrze systemowym i usunęłam część wpisów, które nie były mi potrzebne.
Ciąg dalszy reformy komputera przebiegł torem następującym: zaczęłam poszukiwać multikomunikatora, który będzie mniej obciążający pracę systemu, niż Skype, na którym miałam także kontakty z facebooka. Znalazłam taki:


Nazywa się WTW. Jak Rozum to usłyszał, aż zapiał ze śmiechu: "Coo? A może wtf? :P" A niech sobie gada. Program, jak widzicie, nie jest zbytnio wybajerowany graficznie, jak gg10 czy inne, ale dzięki temu nie pobiera wiele RAMu i nie spowalnia komputera. Kiedy korzystałam ze Skype, wiele razy mogłam się przekonać o prawdziwości zasady, że światło jest szybsze, niż dźwięk: kiedy komp zamulił na maksa, w momencie przyjścia nowej wiadomości na skype najpierw pojawiał się obrazek z jedynką na ikonce w dolnym pasku, potem okno rozmowy zaczynało migać, a dźwięk rozlegał się kilkanaście sekund później :P
Muszę tylko ogarnąć różne wtyczki do niego, bo on w sobie nie ma zestawów emotikon i dźwięków, trzeba wszystko instalować z zewnątrz. Ale przynajmniej mam nową zabawkę ;)
A w weekend próba All4Him w Łodzi i rada drużynowych w Leksandrowej... Czuję się rozdarta...

niedziela, 4 listopada 2012

iStockphoto


Na szkoleniu liderów we wrześniu dowiedziałam się o bogatym, legalnym źródle obrazów do prezentacji. Jest to portal iStockphoto, gdzie znajduje się wiele zdjęć, obrazów wektorowych, filmików i podkładów muzycznych do zrobienia profesjonalnej prezentacji multimedialnej. Ja takowych nie robię, a jeśli już, to niekomercyjnie, ale okazuje się, że nawet używając zdjęć niekomercyjnie trzeba mieć do nich prawo, nie można ich sobie kopiować z grafiki Google, nawet podając link, skąd pochodzą, bo jest to nieprawne przywłaszczanie sobie cudzej własności.
Na iStockphoto można kupić zdjęcia w najlepszej rozdzielczości, jak choćby tutaj . Ale jest jeszcze bardzo przydatna opcja Free Photo of the Week, gdzie co tydzień można za darmo pobrać zdjęcie. Równocześnie wyświetlane są cztery ostatnie darmowe zdjęcia. Powyższe zdjęcie pochodzi właśnie stamtąd i mam prawo do jego użytkowania, na zasadzie licencji royalty free.
Royalty free (wolne od tantiem) − model licencjonowania różnych form własności intelektualnej, takich jak patenty, znaki towarowe, prawa autorskie, który polega na tym, że licencjobiorca płaci jednorazową opłatę licencjodawcy po czym zyskuje prawo do wielokrotnego, dowolnego użycia własności intelektualnej, bez konieczności wnoszenia kolejnych opłat.
From http://pl.wikipedia.org/wiki/Royalty_free

 Niestety nie znalazłam archiwalnych zdjęć, więc czeka mnie gromadzenie kolekcji od początku. 
Oprócz zdjęć tygodnia można znaleźć tam również grafikę, filmik, podkład muzyczny, wszystko na wysokim poziomie.
Znalazłam jeszcze jeden portal z opcją pobierania darmowych zdjęć, tym razem kolekcja jest niemalże nieograniczona: Pixmac.pl . Można wyszukiwać, jakie tylko są potrzebne, chociaż nie są już takie rewelacyjne, jak na iStockphoto.
Oczywiście zawsze można robić własne zdjęcia i umieszczać je na blogu czy w prezentacjach, lub poprosić znajomych o udostępnienie ich zdjęcia. Zatem muszę się w końcu dorobić aparatu lub telefonu z porządnym aparatem ;)

sobota, 3 listopada 2012

The movie weekend


Wstyd mi się przyznać, ale powiem, skoro już zaczęłam, o tym, jak spędziłam długi weekend. Od czwartku miałam wolne, nie licząc jednej godziny zajęć z keyboardu w piątek, więc zaprosiłam do siebie Olę, zrobiłam wielkie zakupy i cały czwartek spędziłyśmy na jedzeniu i oglądaniu filmów. Obejrzałyśmy łącznie 5 filmów: "007 Quantum of solace", "Królewna Śnieżka i łowca", "Memento", "Nigdy nie mów nigdy" i "Rozważni i romantyczni - Klub miłośników Jane Austen" - każde z innego gatunku i klasy.
"Quantum" obejrzałyśmy będąc w klimacie Bonda od kilku dni. Największą zagwozdkę miałyśmy oczywiście po "Memento" - znalezienie wytłumaczenia tej skomplikowanej fabuły zajęło nam trochę czasu. Śnieżka była gotycka - tak w klimacie minionego Halloween (grała aktorka ze "Zmierzchu", więc się zgadzało), "Nigdy nie mów nigdy" - jak to polskie filmy, o życiu, ale zero romantyzmu, jak uznała Ola. Dlatego zdecydowałyśmy obejrzeć jeszcze "Rozważni i romantyczni". A na dobitkę dzisiaj wieczorem obejrzałam "Mr&Mrs Smith", czyli komedię sensacyjną z Bradem Pittem i Angeliną Jolie i zjadłam ostatnie orzeszki w panierce.
Znajomi pojechali na kongres do Płocka, inni wykorzystali wolne i też się wybrali na jakiś wyjazd rekreacyjny. A ja miałam szaloną chęć posiedzieć w domu i nie wyjeżdżać nigdzie, nie śpiewać i niczego poważnego nie robić. Prawie się udało.

środa, 31 października 2012

Skyfall


Jak fajnie spędzić urodziny, które wypadają w środku tygodnia? Pójść do kina.
Pomysł powstał zupełnie spontanicznie. Podczas porannego surfowania po stronach nieprzydatnych natrafiłam na ciekawą ofertę Multikina Wtorki z FB. Regulamin akcji okazał się zadziwiająco prosty: wystarczyło polubić stronę Multikina na fb, zalogować się do aplikacji Vouchery i odebrać dowolną ilość kuponów po 13 zł, które następnie trzeba było wydrukować i pójść z nimi do kasy (rezerwacja internetowa nie obowiązuje przy tej promocji). A ponieważ właśnie był wtorek, a w kinach pojawił się Skyfall, trzecia, najnowsza część Bonda, więc wybór padł na niego.
Moja akcja agitacyjna mająca na celu znalezienie chętnego na drugi kod promocyjny przez większą część dnia wyglądała na chybioną, więc po przemęczeniu pół dnia nad komputerem i tłumaczeniem filmiku powlokłam się smętnie do pracy. Miałam zamiar kupić bilety wcześniej, żeby potem nie stać w kolejkach, ale ponieważ chętnych na wypad do kina nie było, wstrzymałam się z tym przed pracą, rozważając jeszcze opcję zakupów w galerii. Ale już po drodze na tramwaj skusił mnie Butik różowymi balonami i promocjami -30% na wszystko, więc wstąpiłam i dokonałam spontanicznego zakupu czapki uszatki za 24,90 zł. Wygląd podobny, jak na zdjęciu. Oglądałam już wcześniej takie czapki i bardzo chciałam sobie kupić, ale nie bardzo mi się uśmiechało wydawać 60 zł na czapkę. Taka cena zdecydowanie bardziej mi pasuje.


 Na zajęciach pianina miałam miłe zaskoczenie: Maks był przygotowany, chętny do gry i w ogóle zupełnie inna praca, niż dwa tygodnie temu. Bardzo mnie to zmotywowało.
Znajomi, których zapraszałam do kina, nie odezwali się, albo odmówili, więc chęć zakupów powoli zwyciężała, aż do momentu, kiedy zobaczyłam wysiadającego z metra Błażeja. Kilka telefonów i tak ostatecznie poszliśmy na Skyfall, odstając swoje w kolejkach po bilety, następnie przed drzwiami do sali (co za oblężenie), spóźniając się na reklamy. Ale najważniejsze zobaczyłam, czyli nowy telefon Bonda: Sony Xperia T. 

Mój stary telefon, SE c902 był telefonem Bonda z "Quantum of solace". Więc może teraz... Xperia? Może, tylko nie w tej klasie ;) jeśli już, to Mini Pro.

Tyle reklam ;) czas na film.
Co mi najbardziej utkwiło:
-czołówka z piosenką Adele - po raz pierwszy z takim zapałem oglądałam napisy;
-gra świateł i kolorów w scenach z Shanghaju;
-panorama Szkocji - mistrzowskie ujęcie ponurego krajobrazu. Jednak co wielki ekran, to wielki ekran :)
-samonarzucające się motywy z innych filmów: Batman The Dark Knight i Kevin sam w domu ;)
-dyskusje i komentarze wymieniane na bieżąco, zakłócające z pewnością odbiór sąsiadom :P

Ogółem: zapraszam do kina, na laptopie nie przeżyjecie mocy tych efektów specjalnych :) ale zawartość Bonda w Bondzie jest mniejsza, niż w poprzednich częściach, a film jest bardziej psychologiczny, niż sensacyjny. Po filmie zapraszam na stronę dyskusji na filmweb, gdzie rozwieją wszystkie wasze dylematy co do fabuły :)
Moje 26. urodziny oceniam bardzo pozytywnie. Miły dzień, bez szaleństw czy wielkich niespodzianek.
Przed północą ostatni powrót kolejką w cenie biletu studenckiego... Wkraczamy w dorosłość :P

wtorek, 30 października 2012

Urodzeni 30 października

Fiodor Dostojewski...
30.10. 1821




Tadeusz Chyła...
30.10.1933



Diego Maradona...
30.10.1960



Fiat 126p... ;)
30.10.1971


Thomas Morgenstern...
30.10.1986



i Kika Harasim
30.10.1986



Jest tyle gór do zdobycia :)

poniedziałek, 29 października 2012

Na rozgrzanie

Za oknem październikowo-zimowy krajobraz, co sprawia, że mam mieszane uczucia. Nie zdążyłam dobrze pożegnać się z jesienią, a już zasypał ją śnieg. Sezon rowerowy został brutalnie zakończony, gdyż rower grzęznął w zaspach. Ponieważ w ten sposób zakończyła się też moja rowerowa aktywność, postanowiłam dzisiaj rano powrócić do ćwiczeń na nogi.
Kilka lat temu Ola podstępem podsunęła mi to ćwiczenia niby na zgrabne nogi i pośladki, ale, jak się w rzeczywistości okazało, zrealizowała ukrytą intencję mamy, żebym ćwiczyła kręgosłup. Faktem jest, że kiedy wzmacnia się mięśnie grzbietu, to kręgosłup trzyma się prosto. Przykładowy zestaw takich ćwiczeń można znaleźć  tutaj .
Ja zaczynam od rozgrzania górnej części tułowia, poprzez różne wymachy rąk, skłony, skrętoskłony, a potem przechodzę do ćwiczeń na nogi. Wykonuje się je w większości w pozycji leżącej, więc warto robić to na dywanie lub jakiejś macie. Niezależnie od pogody i temperatury staram się otwierać okno, żeby ćwiczyć na świeżym powietrzu. Cała taka gimnastyka zajmuje około 15 minut, więc nie jest to bardzo czasochłonne, a pomaga się dobrze rozgrzać.
W zeszłym roku zaczęłam się też hartować: po gimnastyce szłam pod prysznic, najpierw bardzo gorący przez kilka minut, a potem zimny na 30 sekund. Pierwszy raz rozciągał się w nieskończoność: nie mogłam się przełamać do włączenia zimnej wody. Ale kiedy to zrobiłam i potem szybko wytarłam się do sucha ręcznikiem, czułam, jak pali mnie skóra, a w ciele momentalnie rozprzestrzenia się ciepło. Taki zabieg pomagał mi przetrwać największe mrozy, bo nawet w środku dnia czułam, jak krew żwawo krąży i roznosi ciepło. Nawet na campie, kiedy trzeba było zaszyć się wieczorem do zimnego namiotu, robiłam dla rozgrzewki taką serię. Jak to powiedziała Mirka na ostatnim zebraniu kadry chorągwi: "Kika, ty jesteś masochistką, to jest zupełnie coś innego." :P
Taki prysznic rozpoczął też mój dzień i od razu wszystko stało się cieplejsze, a kręgosłup radośnie się wyprostował.
Dalsze sposoby na dobre rozgrzanie od rana to gotowany posiłek: owsianka, kasza jaglana z owocami, jakaś inna potrawa gotowana. Nie łudźcie się: szklanka herbaty czy kawy do zimnych kanapek czy muesli zalane mlekiem nie rozgrzeją. A ugotowanie kaszy czy owsianki wcale nie jest czasochłonne. Zwykle robię to tak: zagotowuję wcześniej wodę, wsypuję płatki owsiane lub kaszę, dodaję odrobinę soli oraz wsypuję pokrojone w kostkę jabłka i orzechy, czasem owoce suszone, jak morele i daktyle, jeśli ktoś lubi, może dodać rodzynki. To się gotuje i mięknie. Potem dodaję mleka sojowego, trochę cynamonu, ewentualnie cukru, ale przy tej ilości suszonych owoców wszystko robi się bardzo słodkie. Na talerz wkrajam jakieś świeże owoce, zalewam je ugotowaną kaszą i posypuję płatkami kukurydzianymi. Na mojej kuchence elektrycznej zajmuje mi to 20 minut, na gazie na pewno będzie szybciej.
Zapewniam was: po takim zestawie ma się mnóstwo energii i pozytywnego nastawienia na nowy dzień :)
Zatem... miłego poniedziałku ;)

Ps.: Powyższe sposoby są oczywiście przeznaczone dla kobiet, które mają wolniejsze krążenie. Mężczyźni w przeważającej większości mają wbudowany naturalny kaloryfer. Przypomniałam sobie o tym w sobotę wieczorem, siedząc tylko kwadrans obok mojego ulubionego Józefa :P