wtorek, 26 sierpnia 2014

Na siódme niebo już czas.



Ola i Aga nagrały wczoraj pożegnalną piosenkę i dzisiaj przeprowadziły się do mieszkania w Warszawie. Teraz i one są księżniczkami z "najwyższej komnaty w najwyższej wieży", albowiem mieszkają na 4. piętrze bez windy :P mieszkanie ładne, a za domem las, czego szalenie im zazdroszczę :/ ale będzie teraz bliżej, niż do Ząbek, więc jeszcze się do lasu wybierzemy :)

I znowu Zakopower, coś mi ostatnio chodzą po głowie ich kawałki. A tekst jest tym, o czym właśnie myślę: pobiec, zobaczyć, odkryć coś nowego, a najlepiej to żeby był już ten najlepszy ze światów bez obecnych dylematów.
Na siódme niebo już czas.



niedziela, 24 sierpnia 2014

Wszystkie te dziedziny dźwigną ci poziom adrenaliny.

Mieszkam w Warszawie już cztery lata, a tak naprawdę nigdy nie jeździłam rowerem po mieście. No, raz mi się zdarzyło wziąć rower z Veturilo i pojeździć po parku Skaryszewskim z dziewczynami, ale nigdy, absolutnie nigdy nie jechałam ulicami miasta. I pewnie nigdy sama bym się nie odważyła, gdyby ktoś w naturalny sposób po prostu nie pojechał nimi ze mną. Pamiętam, jak na kursie prawa jazdy zaraz w pierwszym dniu, kiedy pokrążyliśmy po placu, instruktor powiedział: "A teraz proszę wyjechać z bramy i wykonywać dokładnie wszystkie moje polecenia" i wjechaliśmy w największy ruch. Po kilkunastu sekundach uświadomiłam sobie powagę sytuacji i momentalnie wzrósł mi poziom adrenaliny. Wszystko skończyło się dobrze, bo ktoś tak naprawdę przewidywał sytuacje za mnie :) poza tym nadal nie zdałam prawka, uprzedzając kolejne pytania. Warszawska komunikacja miejska i nieodłączny rower nie stawiają przede mną takiego wyzwania, więc chyba muszę wyjechać na jakąś odludną wioskę, gdzie jedyny kontakt z miastem będzie możliwy dzięki własnym czterem kółkom i wtedy sytuacja wymusi, że wreszcie go zdam :P
Tydzień temu, kiery wreszcie po wielu tygodniach podróżowania znowu zostałam na weekend w Warszawie, postanowiłam zrobić coś z wolnym popołudniem sobotnim i wybrać się ze znajomymi na rowery. Wszystko było umówione, dogadane, wsiadłam zatem w kolejkę z moim rowerem, dojeżdżam do Śródmieścia i piszę do organizatora naszej wyprawy, Tomka: "Te chmury wyglądają dość niepewnie, ale jbc ja już dojeżdżam". Chwilę potem dzwoni telefon i z wielkim rozczarowaniem otrzymuję wiadomość, że właśnie wyjeżdżał z domu i zaczęło lać, więc są uziemieni. Zanim chmury dotarły do mojego miejsca, upłynęło kilkanaście minut, przez które łudziłam się, że jednak się przejaśni, ale to nie był zdecydowanie dzień na rowery. Wróciłam do domu przemarznięta i przygnębiona, wyżywając się za to artystycznie.
Tym razem pogoda nie była w stanie nam przeszkodzić. Dokoptowałam do naszej ekipy Olę i pobujałyśmy się z rowerami metrem na Młociny. Kiedy wysiadłyśmy na samym końcu i zobaczyłyśmy Tomków i Svietę w typowych strojach sportowych, uświadomiłyśmy sobie, że nasze koncepcje wyjazdu chyba nie do końca się pokrywają :P domyślam się, że popatrzyli na nasze oldschoolowe rowery, trampki, moją torebkę w koszyku i  i pomyśleli: "No tak, dzisiaj nici z prawdziwej wyprawy" ;) i po krótkiej konsultacji wybraliśmy trasę po mieście. Nie jestem w stanie dokładnie wam jej opisać, bo powstawała ona na bieżąco w głowie Tomka i momentami nie przebiegała tradycyjnymi uczęszczanymi szlakami, ale przedostaliśmy się stamtąd w prostej linii przez Wisłę, a potem jechaliśmy po mapie w dół aż do mostu Siekierkowskiego, przeszliśmy przez Łazienki, dojechaliśmy do centrum, a ostatecznie pożegnaliśmy się niedaleko PKP Kasprzaka, gdzie ja z Olą pojechałyśmy w lewo na dworzec zachodni, a ekipa z Bemowa do siebie. Już w Łazienkach mieliśmy na liczniku 30 km, więc nie wiem, ile było ostatecznie na końcu, ale mój życiowy rekord jednego dnia wynosił 33 km w 3 godziny, więc zdecydowanie go pobiłam :P
Tego dnia przejechałam wielokrotnie przez takie miejsca, w których nigdy w życiu nie byłam. Jednym z nich było Soho na ulicy Mińskiej. Klimat ma bardzo podobny do Off Piotrkowskiej w Łodzi, ale jest mniej komercyjne, bo nie tak dostępne. Zobaczyłam tam zagłębie neonów, które gromadzono z różnych stron Polski, Klinikę Betonu, czyli miejsce, gdzie projektuje się wnętrza wykonane z surowego betonu, Magazyn Praga (czyli PTNS Home ;) i jedyną w swoim rodzaju restaurację Warszawa Wschodnia, gdzie można usiąść na torach :) po odkryciu Soho zdecydowanie Praga zwyżkuje w moich rankingach "dzielnic z duszą", chociaż jeszcze nie przebiła Łodzi :)
Zanim tam dojechaliśmy, minęliśmy po drodze niesamowity mural, który możecie zobaczyć poniżej. Na blogu u Ryfki mogłam zobaczyć kolekcję zdjęć murali z Krakowa, zainteresowało mnie to na tyle, że chętnie wybrałabym się na wyprawę śladami street artu w Warszawie :)


Podobno zaliczam się do osób z wysokim progiem pobudzania, czyli potrzeba mi naprawdę silnych bodźców, żeby wywołać strach ratujący przed brawurą, a zrozumienie powagi sytuacji dociera do mnie dopiero po dłuższej chwili. Uwierzcie mi, jazda po Warszawie takich bodźców w pełni dostarcza :P Zaczęło się od przejazdu rowerem od jednego końca peronu Metro Centrum do drugiego, potem śmignięcie przez kilka przejść na granicy zmiany świateł, a szczytem fali na sinusoidzie adrenaliny był przejazd przez skrzyżowanie na Targowej obok Teatru Powszechnego, gdzie całkiem po prostu jechaliśmy środkowym pasem i przejechaliśmy je jak normalny pojazd. Chwilę wcześniej dotarło do mnie, że nawet nie zauważyłam kiedy, jak jedziemy po ulicy, w dodatku w stolycy:P Nie wiem, czy kiedykolwiek powtórzę ten moment, chyba raczej poprzestanę na tradycyjnych ścieżkach rowerowych bądź chodnikach z braku takowych, ale na pewno będę to długo pamiętać, podobnie jak pierwszy dzień na kursie jazdy i od tego dnia nie będę się bała jeździć po mieście :)




Niestety rekordy osiągane są nie bez wysiłku, zatem tej nocy moje nogi uparcie protestowały i żadna pozycja nie była w stanie nakłonić je do zmiany zdania. Ale jeśli będzie okazja powtórzyć podobną wyprawę, to zmuszę je do współpracy:) odkrywanie Warszawy w taki sposób to prawdziwa przyjemność :)

czwartek, 21 sierpnia 2014

I'm scared.

Rozum: Hej, Serce, a coś ty taka spanikowana?
Serce: Boję się, Rozum. Boję się wojny. Od tygodnia przed snem się zastanawiam, co zabiorę, kiedy będzie trzeba uciekać, najlepiej do rodziców. Nie wiem, na ile to jest realne, bo nie śledzę wiadomości, żeby się dodatkowo nie denerwować.
Rozum: A z kim wojna?
Serce: No co ty, Rozum, nie wiesz? Z Rosją przecież. Żyrinowski powiedział, że zmiotą Polskę.



Rozum: Hahaha, to faktycznie do rodziców to jest dobry pomysł :P
Serce: Oni mieszkają przecież na końcu świata i lepiej w takiej sytuacji być z rodziną...
Rozum: Ale mieszkają na granicy ukraińskiej. 
Serce: Eech... Sama nie wiem. Podobno ten cały Żyrinowski to rosyjski Palikot i nie warto się nim przejmować. Ale w '39 też mówili, że wojny nie będzie, a 1 września już niedaleko...
Rozum: No i?
Serce: No i nic, boję się. Jak znajdę racjonalne powody, żeby się nie bać, to przestanę :P
Rozum: "...a na ziemi lęk bezradnych narodów..." Sama decydujesz, czy do tej grupy należysz.
Serce: No ale jakby wojna wybuchła naprawdę, to co zrobisz? Ludzie się boją, to normalne.
Rozum: Zdefiniuj "normalne". Strach pojawił się po grzechu. Jeden ze stoików, Trazea, stwierdził: "Neron może mnie zabić, ale nie może mi zrobić nic złego." I o to w tym chodzi.
Serce: Wiedziałam, że można na ciebie liczyć, Rozum :P Ty zawsze wiesz, jak pocieszyć człowieka :P to też zabłysnę cytatem: "I będą się żenić i za mąż wychodzić i przyjdzie na nich zagłada tak, że nie umkną". A w tym roku jest wysyp na śluby :P
Rozum: Tyle, że to dotyczy bezbożnych, nie mieszaj tekstów, chyba, że się do nich chcesz zaliczać :P
Serce: Więc lepiej się nie żenić, to nie spadnie zagłada :P
Rozum: Aa, no i wyjaśnia się, o co ci naprawdę chodzi :P
Serce: Nie no, tak tylko żartuję na odstresowanie :P ciężki dzień był. Ale o tym może nie będę tutaj pisać, co?
Rozum: To dawaj na priv :P
Serce: No to słuchaj...

Tymczasem zapraszam do naszego kącika muzycznego ;)


środa, 20 sierpnia 2014

Little things

Jestem w Warszawie już drugi tydzień. Pracuję, czasem gdzieś wyjdę ze znajomymi, którzy nie wyjechali, ale tak właściwie niewiele się dzieje, więc podzielę się tymi drobnymi wydarzeniami, które tworzą codzienność.

Kupiłam kartę miejską, ale biletu na WKD nie, bo uznałam, że przez wakacje się nie opłaca. Jeżdżę więc rowerem do Opaczy, jedną stację do strefy karty miejskiej. Obiektywnie fajna sprawa, bo zajmuje mi to kwadrans w jedną stronę, więc więcej aktywności w ciągu dnia, ale pogoda się pogorszyła i nie zawsze jest przyjemnie. W weekend ciągle padało i czuć w powietrzu jesień. Podobno druga połowa sierpnia zawsze jest taka, dlatego lepiej nie planować urlopu na ten czas, chyba, że się jedzie w ciepłe kraje, a tam to obojętne.

Ola była z Szambelanami i Ronią w Bieszczadach. Chodzili po górach i mieli fantastyczne widoki. Trochę mi było żal, że nie pojechałam z nimi, ale wyjazdów miałam ostatnio całkiem sporo i kiedyś też trzeba pracować ;) Ola założyła instagrama i poniżej jej pierwsze zdjęcie :)



Po Warszawie jeżdzi w weekendy zabytkowy tramwaj z linii turystycznej T. Jest tak oldschoolowy, że chętnie wybrałabym się na przejażdżkę po całej trasie, bo uwielbiam zwiedzać Warszawę środkami komunikacji! Ja załapałam się na niego w niedzielę, kiedy jechałam do Oli i Agi do Ząbek.




Kupiłam mikser! Zrobiłam już zupę-krem, zmieliłam pomidory do mojego ulubionego sosu i zaczęłam namiętnie ubijać śmietanę do gofrów. Wiecie, że te gotowe gofry, które można kupić w sklepie, wystarczy podgrzać w opiekaczu, a potem staną się ciepłe i chrupiące? Ja nie wiedziałam :P 

Wczoraj wracałam z zakupami i wsiadłam do zatłoczonego 189 w kierunku Rakowa, a zaraz obok mnie stał pijak woniejący alkoholem na kilometr. Pomstowałam na niego w duchu przez całą drogę trwającą zaledwie jeden przystanek. Kiedy wysiadłam, do wukadki było jeszcze dobre 400 metrów, a ten człowiek podszedł do mnie i zaproponował, że mi pomoże nieść zakupy. "Ja nie pozwolę, żeby kobieta dźwigała ciężary. Ja swój honor mam. Nie to, żebym się chciał z panią umówić, ja to stary dziad jestem." Poopowiadał coś niewyraźnie o swoim życiu, przydźwigał zakupy do samej kolejki, a potem poszedł. Ten człowiek miał w sobie więcej ludzkiej życzliwości niż cała grupa eleganckich i pachnących ludzi wysiadających na tym przystanku. Tyle się jeszcze muszę nauczyć...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Blądynki fcale niesom gópie.




Jeśli wybieracie się na najnowszy film ze Scarlett Johannson "Lucy, to szczerze odradzam. 
Poszłyśmy z Olą na spontana, ale w sumie teraz mi szkoda czasu i pieniędzy. Niedopracowana fabuła, przegadany, efekty specjalne ratują tempo filmu, ale bez nich wieje nudą. A poza tym bardzo niebezpieczne przesłanie.

Nie wiem, czy oglądaliście "Limitless" (pl. "Jesteś bogiem"), gdzie gość zażywał tabletkę i jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Koncept Lucy jest podobny, z tymi tylko różnicami, ze w Limitless nie zastanawiano sie nad wykorzystaniem tego dla dobra nauki, bohater po prostu używał tego dla własnych korzyści. Natomiast w "Lucy" jest potężna podbudowa ideologiczna, ze powinniśmy rozszerzać możliwości swojego umysłu dla rozwoju ludzkości, wszystko oczywiście oparte na teorii Darwina. Jest taka wymowna scena, kiedy bohaterka osiąga juz prawie 100% możliwości umysłu i moze sie przemieszczać w czasie i przestrzeni. Spotyka tam małpę Lucy, uznawaną za pierwsza kobietę na ziemi i wyciąga do niej palec, analogicznie jak na obrazie Michała Anioła, kiedy Adam wyciąga palec w kierunku palca Bożego. Przesłanie jest jasne: kiedy człowiek 
wykorzysta swój umysł w pełni, bedzie nieograniczony jak Bóg i bedzie mógł byc wszędzie.

Oczywiście jeśli macie chęć obejrzeć dla rozrywki, to jest to tego typu film. Ja mam nieraz problem z podjęciem decyzji, czy oglądać cos, chociaż wiem, ze nie wniesie to nic dobrego, bo po prostu mam chęć sie rozerwać. Ale np. najnowszego "Noego" nie obejrzałam po opinii znajomych, bo doszłam do wniosku, ze to jest film, który wypacza prawdę biblijna. Miałam wielką chęć obejrzeć "Wilka z Wall Street", bo uwielbiam filmy z DiCaprio, ale wiem, ze jest tam tyle brudu, ze szkoda sobie nim zaśmiecac głowę.

A z Agą musimy się wybrać na "Podróż na sto stóp". Wydaje się bardziej wartościowe.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Falling in love with Tricity

Wakacje bez pobytu nad morzem to niezupełnie wakacje, nawet jeśli pobyt oznacza zaledwie weekend ;) w Trójmieście byłam trzeci raz w życiu, a po raz pierwszy jechałam tam samochodem. Ogarnięci kierowcy pokonują tę trasę w 4 godziny :)

Sopot - kulinarnie i kulturalnie

Czwartek, 7 sierpnia


Gdynię i Gdańsk odwiedziłam poprzednio, a tym razem udało mi się zaliczyć Sopot (bez mola). Klimat jest tam bajkowy wręcz, niczym z filmu o bogatych i pięknych, a na plaży jest przepiękny piasek i superwygodne łóżka z baldachimem. Jednak pomimo tego przepychu można w Sopocie tanio i smacznie zjeść. Idąc wzdłuż plaży w stronę Gdańska natrafiamy na bar "Przystań", gdzie serwują rewelacyjną zupę rybną i w ogóle świeże ryby z pysznymi dodatkami. Kolejki do baru są przez cały czas, a oczekując na swoją porcję otrzymujemy świecący gadżet-krążek, który wibruje i świeci, kiedy nadchodzi nasza kolej :) Innym eleganckim miejscem w Sopocie, gdzie można nasycić wszystkie zmysły, jest restauracja Flaming&Co. Już sam wystrój sprawia, że chciałoby się tu zostać na dłużej, a co dopiero menu ;) nie zostałyśmy tam, ale zapamiętałam sałatkę z arbuza i fety z miętą i postanowiłam wypróbować w domu.
Oprócz atrakcji kulinarnych o tej porze można się wybrać na festiwal piosenki Agnieszki Osieckiej, obejrzeć film na molo w ramach Orange Kino Letnie albo przejść do baru Przy Plaży i posłuchać fantastycznego duetu gitarowego. 

Gdańsk - kolorowe jarmarki

Piątek, 8 sierpnia


Ponieważ w Gdańsku stacjonowaliśmy, był on naszym punktem wypadowym. Nastawiałam się na plażing, ale pogoda w piątek rano zmusiła nas do zmiany planów i dzięki temu wybraliśmy się na jarmark dominikański. Odbywa się od 700 lat i wypełnia uliczki Starego Miasta najróżniejszymi straganami. Mama opowiadała mi o nim i żałowała, że sama nie mogła na nim być. Kupiłam jej na pamiątkę wazonik gliniany :)

Brzeźno - plażing by night

Sobota, 9 sierpnia


Zasadniczym celem naszego pobytu było szkolenie Tomka H, więc wyjście na plażę przesunęło się na późne godziny wieczorne. Dzięki temu niektórzy z nas spróbowali kąpieli w morzu przy bardzo ograniczonej widoczności. Nie jest to najbezpieczniejszy sposób, ale będąc w grupie i mając asekurację ratownika na brzegu (Tomek) można było zaryzykować ;)

Back to Warsaw city

Niedziela, 10 sierpnia

Z żalem opuszczałam Trójmiasto. Zdążyłam już całkowicie się zachwycić krajobrazem morskim, wzgórzami morenowymi i fantastycznymi zakątkami miejskimi. Na domiar wszystkiego w drodze powrotnej jadąc z blabla pogadałam długo z gdańskim słoikiem, czyli facetem, który pochodzi z Gdańska, a pracuje w Warszawie i zasiał we mnie myśl, żeby poszukiwać pracy w Trójmieście. Może nie w tym roku, ale jest to myśl, którą warto rozważyć. Morze, góry, jeziora - wszystko w jednym miejscu. Czy można chcieć więcej? :)

czwartek, 7 sierpnia 2014

10 000 reasons




Witajcie! Wróciłam wczoraj do domu po osiemnastogodzinnej podróży autokarem, wstawiłam pranie i dzisiaj wyruszam dalej, do Gdańska na próbę, ale nie mogę nie wstawić choćby kilku zdań komentarza o camporee :)

Muszę bardzo pochwalić Dawida Skrzypczaka, który organizował nasz wyjazd. Zadbał o wszystko, zgromadził cały sprzęt obozowy, zaplanował razem z Kubą Pałasiewiczem bramę, a już na samym camporee jako oboźny dbał o porządek i dyscyplinę i zdobył autorytet u wszystkich, niezależnie od wieku i stopnia. Na hasło "Dawid tak powiedział" ucinały się wszelkie komentarze ;) 


Na camporee pierwszy raz czułam dumę narodową :) może nie byliśmy najliczniejszą reprezentacją i nie mieliśmy tylu fantastycznych budowli użytkowych, co Norwegowie, ale nasza brama była atrakcją camporee. Ludzie przychodzili i robili zdjęcia z wartą w mundurach i o wyznaczonych godzinach była otwierana i zamykana brama, bo ludzie chcieli zobaczyć, jak ona działa :) w ogóle nasz obóz przypominał wojskowe koszary, bo na co dzień większość z nas chodziła w moro, nasza świetlica wyglądała jak fort, a dyscypliny na apelach, przemarszach w kolumnie i innych wydarzeniach można było nam pozazdrościć :) 


Nie wiem, jak było na innych camporee, ale tym razem nie było porannego programu w dużym namiocie, więc poranne nabożeństwa mieliśmy w naszym obozie po polsku, z materiałami do studium w zastępach. Dla mnie to było nawet ważniejsze od wieczornego programu, bo w języku ojczystym i było to coś w rodzaju szkoły sobotniej. Wieczorny program też był wartościowy, ale nie dla wszystkich starczyło zestawów tłumaczeniowych i część z tego, co było mówione, ulatywała niezrozumiana. Ja nie korzystałam z tłumaczenia i starałam się koncentrować, żeby rozumieć, ale momentami też nie było to łatwe. 
Śpiew prowadził zespół Overflow, ten sam, co grał na kongresie w Monachium w 2009 roku. Instrumentaliści - prawie wszyscy czarni ;) repertuar mieli taki rozrywkowo-pląsowy, tak to bym określiła, ale jakoś nie gryzło mi się to z atmosferą młodzieżową :) nie zawsze byłam w nastroju, żeby razem ze wszystkimi podnosić ręce do góry czy robić inne akrobacje, ale to, co mi się podobało, to że po zakończeniu programu muzycy grali do końca, kiedy ludzie opuszczali namiot. Bardzo fajnie brzmieli, wokale były spójną całością. Poniżej piosenka, która najbardziej mi zapadła w pamięć. Jest tekst po polsku, wykonuje ją Exodus.




W drugi dzień camporee prowadziliśmy ognisko integracyjne dla około tysiąca dwustu osób, czyli połowy uczestników. Dowiedzieliśmy się o tym tego samego dnia i Ola Stasiak, która miała prowadzić, była tak spanikowana, że nastrój zmieniał się jej co chwilę, ale ostatecznie przygotowaliśmy kilka fajnych pląsów, konkurs na reklamę i piosenkę, kilka elementów integracyjnych, przygrywał nam zespół, który w lot chwytał tonacje. Całość okazała się absolutnym hitem, a organizatorzy powiedzieli, że to był najlepszy program integracyjny, jaki kiedykolwiek był na camporee. Następnego dnia powtórzyliśmy go dla drugiej połowy obozu i odtąd wszyscy kojarzyli nas z "laj luli, laj luli" ;)


Codzienne activities sprawiały, że camporee było jednym wielkim festynem :) też skorzystałam z kilku, ale ogólnie najwięcej było rękodzieła, a to nie jest moim hobby. Zjazd na linie, wspinaczka na ściankę, gra w dwa ognie z strzelaniem z łuku gumowymi strzałami czy warsztaty gry na werblu były fajne, ale brakowało czegoś dla wieku 16+, takiej dobrej awantury :) był wypad nocny organizowany dla Roversów, ale ci, którzy poszli, powiedzieli, że nie było niczego porywającego, na dodatek organizatorzy nie dopracowali stanowisk i ustawiali je na bieżąco. Śmiem twierdzić, że nasze bitwy o flagę czy gra miejska na biwaku "Bumerang" były o wiele bardziej ciekawsze :)


Zdobywanie specjalnej sprawności camporee, czyli Treasure Hunt, to była fajna okazja do zwiedzenia obozów. Najlepsze wizyty były w obozie Albanii, Chorwacji i Słowenii. Nie było ich zbyt dużo, ale okazało się, że to bardzo sympatyczni i gościnni ludzie, pomysłowi i z wielkim poczuciem humoru :) nasi sąsiedzi Izraelczycy też okazali się bardzo sympatyczni. Połowa z nich mówiła po rosyjsku ;) kiedy mieli prezentację na wieczorze międzynarodowym o swoim kraju i włączyli filmik "Tak to się zaczęło", w którym były sceny z historiami biblijnymi, a potem współczesne migawki z działalności drużyny, do tego zatańczyli taniec żydowski i zakończyli go układem w kształcie gwiazdy Dawida, przeżyłam ogromne poruszenie. Jakby nie było, takiej historii wszyscy mogli im pozazdrościć, a największy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi, urodził się w ich narodzie. 

Wzruszającym momentem był także chrzest Oli Stasiak w mundurze. Wielu z nas zazdrościło jej tego :P 

Na fotorelację z całego wydarzenia zapraszam tutaj . Zdjęcia powiedzą więcej niż tysiąc słów, zatem nie przedłużam mojego komentarza :) już planuję wyjazd za 4 lata, chociaż kto wie, co się do tego czasu wydarzy :)