piątek, 27 maja 2011

Ania z Zielonego Wzgórza


Kolejna seria książek z dzieciństwa rozpoczęta :) tym razem padło na "Anię z Zielonego Wzgórza". Nie sądziłam, że kiedykolwiek do tego wrócę; w domu leżały co najmniej dwa egzemplarze, przeczytane wiele razy, bo w szkole nie zainteresowali się, czy już mam taką, kiedy wręczali nagrody na koniec roku :P i jeszcze w dzieciństwie nałogowo słuchaliśmy słuchowiska na kasetach magnetofonowych, znając dialogi nieomal na pamięć. Potem jeszcze tata przyniósł skądś film... Można mieć przesyt :P
A jednak po latach z miłą chęcią powróciłam do tej pogodnej, a zarazem wzruszającej książki i płakałam na zmianę ze śmiechu i wzruszenia. Pewnie te huśtawki nastroju częściowo spowodowane były gorączką, albowiem dopadło mnie jakieś przeziębienie - ale i tak Ania nie pozostawia obojętnym.
Poniżej garść cytatów, mogę powiedzieć, że szczególnie mi bliskich.

Wiem z doświadczenia, że prawie zawsze można się z czegoś cieszyć, jeśli się tego mocno pragnie. Tylko należy pragnąć naprawdę mocno.

Zawsze jest źle robić coś, czego nie można powiedzieć żonie pastora.

Chłopcy są dobrzy, ale jeśli znajdują się na swoim miejscu; nie trzeba ich mieszać do wszystkiego, prawda?

Ach, jak to przyjemnie mieć wyższe dążenia! Jakże się cieszę, że mam ich tyle! A najlepsze jest to, że się nigdy nie kończą. Zaledwie osiągnęłaś jeden cel, już inny, wyższy jeszcze, ukazuje ci się w oddali... I to właśnie czyni życie tak miłym!

Czy to nie przyjemnie wiedzieć, że jest tak dużo rzeczy, które jeszcze poznamy? To właśnie sprawia, że ja się tak cieszę życiem... Świat jest taki ciekawy... Nie byłby taki ani w połowie, gdybyśmy wszystko o wszystkim wiedzieli, prawda?

Nieco „uznania” od czasu do czasu oddziałuje równie dodatnio, jak najrozumniejsza „wychowawcza uwaga”.

O wiele lepiej być rozumnym i rozsądnym, jednakże ja nie pragnęłabym wcale być rozsądną, bo to takie nieromantyczne!

PS: Szkoda, że choroba pokrzyżowała mi plany spontanicznego wyjazdu na Śląsk. Liczyłam, że zobaczę znajomych, których nie widziałam parę lat; ale chyba będą musieli jeszcze poczekać. Spontaniczne wypady jakoś z natury mi nie wychodzą.

środa, 25 maja 2011

Krowy a polityka.


Nie interesuję się w żadnym razie polityką, teza, iż człowiek to zoon politikon jest w moim przypadku zupełnie chybiona, a jednak zupełnie bez mojego przyzwolenia polityka dopadła mnie.
Przekonałam się o dzisiaj słuszności porzekadła "Tylko krowa nie zmienia poglądów". Wg książki prof. Bralczyka "Polak potrafi. Przysłowia, hasła i inne zdania osobne" przysłowie to wprowadził do naszej mowy Stefan Kisielewski w swojej publicystyce z lat sześćdziesiątych XX-ego wieku. A cytowała je także moja mama i dzięki temu wiem, że mam prawo coś na nowo przemyśleć i zweryfikować swoje poglądy. Przecież chodzi o rozwój, a nie uporczywe trwanie w miejscu, prawda?
Drugim hasłem, wygłaszanym przez Alfreda Nobla na temat demokracji europejskiej, także cytowane przez jednego z moich wykładowców uczelnianych, jest "Demokracja to dyktatura szumowin". Oj, bardzo dobitne i niestety prawdziwe. Też potwierdza to moje życiowe doświadczenie. Kiedy każdy ma prawo głosu i możliwość decydowania o ważnych sprawach, powstaje zagrożenie, że dorwą się do głosu ludzie niekompetentni, nierzetelni, stronniczy, nieuczciwi i dążący do załatwienia własnych interesów. A ci mądrzy, którzy mają coś wartościowego do powiedzenia, zostaną zakrzyczani przez tamtych. Pisał już o tym Kaznodzieja Salomon:

"Widziałem również taki przykład mądrości pod słońcem i wydała mi się wielką: Było małe miasto i niewielu w nim mieszkańców. Wyruszył przeciwko niemu wielki król, obległ je i wystawił przeciw niemu potężne machiny oblężnicze. A znajdował się w nim pewien ubogi mędrzec; ten mógłby był wyratować to miasto swoją mądrością. Lecz nikt nie wspomniał owego ubogiego męża. Wtedy powiedziałem sobie: Mądrość jest lepsza niż siła, lecz mądrość ubogiego jest w pogardzie i jego słów się nie słucha. Słowa mędrców, które znajdują posłuch, są lepsze niż krzyk władcy głupców."
Kazn. Sal. 9,13-17

Cóż poradzić, skoro to działo się ponad dwa tysiące lat temu, to i będzie dziać się do tej pory, bo historia lubi zataczać koło...

A na rozładowanie napiętej atmosfery: coś o krowach.
Niedawno wpadła mi w ręce „modyfikacja” i rozszerzenie klasyfikacji socjalizmów według kryterium krowa – mleko, niestety nieznanego autora, kwalifikująca go do nobla w dziedzinie ekonomii i psychologii socjalizmu, i wydaje mi się równie interesująca: krowy, a ustrój polityczny. Oto ona:

FEUDALIZM: Masz dwie krowy. Opiekujesz się nimi, a Twój senior zabiera Ci część mleka.

USTRÓJ NIEWOLNICZY: Twój pan ma dwie krowy. Ty się nimi opiekujesz, On daje ci część mleka.

CZYSTY SOCJALIZM: Masz dwie krowy. Rząd je zabiera i umieszcza w oborze razem z innymi krowami. Ty musisz opiekować się wszystkimi krowami. Rząd wydaje Ci tyle mleka ile potrzebujesz.

SOCJALIZM BIUROKRATYCZNY: Masz dwie krowy. Rząd zabiera je i umieszcza w oborze razem z krowami innych. Zajmują się nimi dawni hodowcy kurczaków. Ty musisz zajmować się kurczakami, które rząd odebrał ich hodowcom. Rząd daje Ci tyle mleka i jajek, ile zgodnie z przepisami potrzebujesz.

FASZYZM: Masz dwie krowy. Rząd zabiera obie, wynajmuje Cię, żebyś się nimi opiekował i sprzedaje Ci mleko.

CZYSTY KOMUNIZM: Masz dwie krowy. Sąsiedzi pomagają Ci się nimi opiekować i wszyscy dzielicie się mlekiem.

KOMUNIZM RADZIECKI :Masz dwie krowy. Musisz się nimi opiekować, a rząd zabiera całe mleko.

DYKTATURA: Masz dwie krowy. Rząd zabiera obie i zostajesz rozstrzelany.

DEMOKRACJA SINGAPURSKA: Masz dwie krowy. Rząd karze Cię grzywną za trzymanie dwóch zwierząt hodowlanych w mieszkaniu bez zezwolenia.

MILITARYZM: Masz dwie krowy. Rząd zabiera obie i wciela Cię do armii.

CZYSTA DEMOKRACJA: Masz dwie krowy. Twoi sąsiedzi decydują, kto dostaje mleko.

DEMOKRACJA PRZEDSTAWICIELSKA: Masz dwie krowy. Twoi sąsiedzi wybierają kogoś, kto powie Ci. Czyje jest mleko.

DEMOKRACJA AMERYKAŃSKA: Rząd obiecuje Ci dwie krowy, jeśli na niego zagłosujesz. Po wyborach prezydent zostaje odwołany za spekulacje na rynku terminowych transakcji na krowy. Prasa rozdmuchuje aferę „Cowgate”

DEMOKRACJA BRYTYJSKA: Masz dwie krowy. Karmisz je mózgami owiec tak długo, aż zwariują. Rząd nic nie robi.

DEMOKRACJA WŁOSKA: Masz dwie krowy. Przed rannym udojem słuchasz radia, żeby dowiedzieć się, kto jest dzisiaj premierem.

BIUROKRACJA: Masz dwie krowy. Najpierw rząd wydaje przepisy, które mówią, kiedy możesz karmić i doić swoje krowy. Potem płaci Ci, żebyś ich nie doił.. Następnie zabiera obie krowy, jedna zabija drugą doi i wylewa mleko do ścieków. Na koniec domaga się od Ciebie wypełnienia formularzy wyjaśniających zaginiecie jednej z krów.

ANARCHIA: Masz dwie krowy. Albo sprzedajesz mleko po dobrej cenie, albo Twoi sąsiedzi będą próbowali Cię zabić i przejąć krowy.

KAPITALIZM: Masz dwie krowy. Sprzedajesz jedną i kupujesz byka.

KAPITALIZM DALEKOWSCHODNI: Masz dwie krowy. Sprzedajesz je swojej spółce giełdowej, korzystając z akredytywy nieodwołalnej poręczonej przez bank szwagra. Następnie wykonujesz transakcję swapową z funduszem powierniczym, dzięki czemu odzyskujesz wszystkie cztery swoje krowy i dostajesz ulgę podatkową na hodowanie pięciu krów. Prawa do mleka sześciu krów sprzedajesz na rynku transakcji terminowych przez pośrednika z Panamy firmie z Kajmanów, której ukrytym udziałowcem jest żona szwagra. Prawa do mleka wszystkich siedmiu krów odkupuje Twoja spółka giełdowa, która w rocznym sprawozdaniu wykazuje osiem krów na stanie z opcją na zakup jeszcze jednej. W tym samym czasie zabijasz swoje dwie krowy, bo miały złe Feng Shui.

PROEKOLOGIZM: Masz dwie krowy. Rząd zabrania Ci je doić i zabijać.

FEMINIZM :Masz dwie krowy. Pobierają się i adoptują cielaka.

TOTALITARYZM: Masz dwie krowy. Rząd zabiera obie i zaprzecza, by one kiedykolwiek istniały. Mleko jest objęte zakazem produkcji i konsumpcji.

LIBERTYNIZM: Masz dwie krowy. Jedna przeczytała konstytucję, wierzy w nią i ma kilka dobrych pomysłów na rządzenie. Startuje w wyborach i podczas gdy większość ludzi uważa, że krowa jest najlepszym kandydatem., nikt prócz drugiej krowy na nią nie głosuje, bo wszyscy sądzą, że byłoby to wyrzucenie głosu w błoto.

SURREALIZM: Masz dwie żyrafy. Rząd wymaga, by brały lekcje gry na harmonijce.

Być może ktoś jeszcze dopisze dalszy ciąg, bo jeszcze zostali homoseksualiści i inne mniejszości.

Ja dopiszę dwie zwrotki:

SOCJALIZM SODOMISTYCZNY: Masz dwie krowy i kolegę sodomitę. Rząd zabiera Ci jedną krowę i oddaje ją za żonę sodomicie.

SOCJALIZM NEKROFILNY: Masz dwie krowy i sąsiada nekrofila. Rząd wyraża zrozumienie dla Twojej własności, ale jedną krowę usypia i jej zwłoki przekazuje w ramach poszanowania praw mniejszości w wieczyste użytkowanie nekrofilowi!


PS: Śledząc wpisy z maja na blogu stwierdzam, że to kolejny post, w którym występują zwierzęta. Zapewniam, że to działanie absolutnie przypadkowe.

wtorek, 24 maja 2011

Seven 4ever! :D

Singin' : nana nanana na na, nana nanana na na :)

Wiosna, kolorki, kwiatki, loczki... Znów człowiek traci całą swoją powagę;)


No, może na moment można się postarać...



Ale i tak pozostanie sobą ;)

niedziela, 22 maja 2011

Byle nie do Warszawy :P

Uuuuch, co za tydzień. Dzień w dzień jeżdżenie tam i z powrotem autobusami, tramwajami, metrem, kolejką, rowerem do pracy. Gorący czas przez te upały (i wystawianie ocen w szkole oraz zaliczenia, wszystkim nagle pilno do nauki). Klasyczna kołowacizna, a raczej jej apogeum dopadło mnie wczoraj na zjeździe diecezjalnym, który odbył się na ulicy Siennej. Niby mieszkam w Warszawie zaledwie 10 miesięcy, a tu ze wszystkimi niemal trzeba było się witać, bo okazywał się znajomym. Po takich kilku godzinach wymieniania uścisków i całusów dostałam potwornego bólu głowy i przeświadczenia: trzeba uciec, żeby do reszty nie zwariować. I chociaż miałam plany pozostać w domu, pójść wieczorem na koncert Brodki, posiedzieć nad korektą i pracami na studia, to właściwie odrzucało mnie od tego daleko. Jak nie wiadomo, co ze sobą zrobić, to znaczy, że trzeba wyjechać. Zatem wyjechałam do rodziców na wieś, wczoraj po południu, zaraz po zjeździe diecezjalnym, który odbył się na ulicy Siennej. Dzień zaledwie na farmie, a ja czuję się tak wypoczęta, jakbym spędziła tu tydzień. To prawdziwa ulga, kiedy otwierasz okno i słyszysz taką samą ciszę, jak w pokoju, zamiast huku pędzących samochodów :)
Było fantastycznie dziś. Rozłożyłyśmy się z Olą na kocu pod drzewem, ja z książką, Ola wylegując się na słońcu i trwałyśmy przez trzy godziny na tymże posterunku. A po południu, kiedy dzieciaki wchodziły za bardzo na głowę, zrobiłyśmy im podchody po lesie. Strzałki, listy, przebieżki po leśnych ścieżkach, żeby ich maksymalnie zmęczyć ;) też miałyśmy zabawę, jednak z tego się nie wyrasta ;)
Kobiety z farmy zebrały się dzisiaj na kurs pieczenia chleba, który prowadziła mama. Hehe, też mogłabym taki poprowadzić, mama nam taki kurs robiła co najmniej raz w tygodniu, jak jeszcze mieszkaliśmy w domu :P
I tym sposobem wróciła do mnie równowaga. O tak.
Trzeba wytrwać do końca czerwca i będą wakacje. Ale wytrwam, jestem przecież dzielną kobietą, trudno o taką (i trudno z taką :P)
Natrafiłam dzisiaj na mega fragment z Pieśni nad Pieśniami, o ideale kobiety wg Salomona. To dla tych facetów, którzy boją się groźnych kobiet i twierdzą, że do takich należę. A i owszem, bo tak trzeba!

"Jesteś piękna, moja przyjaciółko, jak Tyrsa, pełna wdzięku, jak Jeruzalem, groźna jak hufce waleczne!
Kimże jest ta, która jaśnieje jak zorza poranna, piękna jak księżyc, promienna jak słońce, groźna jak hufce waleczne?"
Pnp 6,4.10

Radosnego tygodnia :)

czwartek, 19 maja 2011

'cause I'm a gypsy.





Gypsy
Shakira

Broke my heart on the road
Spent the weekends sewing the pieces back on
Crayons and dolls pass me by
Walking gets too boring when you learn how to fly

Not the homecoming kind
Take the top off and who knows what you might find
Won't confess all my sins
You can bet all trying but you can't always win

Chorus:
'Cause I'm a gypsy are you coming with me?
I might steal your clothes and wear them if they fit me
Never made agreements just like a gypsy
And I won't back down 'cause life's already bit me
And I won't cry I'm too young to die if you're gonna quit me
'Cause I'm gypsy

I can't hide what I've done
Scars reminds me of just how far that I've come
To whom it may concern
Only run with scissors when you want to get hurt

Chorus:
'Cause I'm a gypsy are you coming with me?
I might steal your clothes and wear them if they fit me
Never made agreements just like a gypsy
And I won't back down 'cause life's already bit me
And I won't cry I'm too young to die if you're gonna quit me
'Cause I'm gypsy

And I say
Hey you you're no fool if you say no
Ain't it just the way life goes
People fear what they don't know
Come along for the ride
Come along fot the ride

Chorus:
'Cause I'm a gypsy are you coming with me?
I might steal your clothes and wear them if they fit me
Never made agreements just like a gypsy
And I won't back down 'cause life's already bit me
And I won't cry I'm too young to die if you're gonna quit me
'Cause I'm gypsy

***

Jestem cyganką.
Do tej zaskakującej konkluzji nie doszłam bynajmniej na drodze analizy fizjonomicznej, bo według takowej najbardziej pasowałaby moja siostra, którą zresztą w dzieciństwie tak często nazywano. Ale mentalnie czuję się nią.
Ciągle wędruję. Co tydzień w innym miejscu. Nie mieszkam nawet we własnym domu. Nie przywiązuję się do miejsc, bo i tak trzeba je po jakimś czasie zmienić. Nic nie jest na stałe.
Nie mam wcale dużo rzeczy. Nie miałabym zresztą gdzie ich trzymać. Ograniczam się do kilku par butów, w których chodzę, aż się zedrą, wtedy kupuję nowe. Nie dbam o ubrania na tyle, żeby je kolekcjonować. Po prostu od czasu do czasu, czyli mniej więcej raz na miesiąc (gdy wpłynie wypłata) odczuwam potrzebę nabycia jakiejś niezbędnej sztuki odzieży, żeby się okryć przed chłodem. I już. Potem leżą sobie te ubrania w szafie, a i tak chodzę tylko w trzech rzeczach na zmianę, które są najfajniejsze i najbardziej kolorowe. Ludzie przywiązują jakąś obsesyjną wagę do ciuchów i na każdą okazję muszą mieć inne. Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć, chociaż niestety musiałam się nagiąć do tej ideologii.
Ale w tym wszystkim usiłuję być wolna. Nie lubię ustawiania mi drobiazgowego planu działania, schematów myślenia, rozliczania z każdego słowa, a nawet myśli. Nie lubię, gdy ludzie upychają mnie w swoje ramki kobiety lub chrześcijanina. Ludzie, którzy sami w tych swoich ramkach się gniotą, ale jeszcze będę upychać w nie innych, żeby nie było im za dobrze. Nieszczęśnicy. Jak dobrze mieć to za sobą.
Żyję w swoim kolorowym, zawirowanym świecie marzeń i szalenie mi z tym dobrze. Nie lubię wysłuchiwać komentarzy, jaka to jestem dziwna i jakie dziwne rzeczy wymyślam. Jestem, bo jestem sobą, bo zawsze miałam zwichrowane w głowie. Dzięki temu świat wokoło też stawał się kolorowy, nawet kiedy wszyscy twierdzili, że jest szary. Nie, niczego nie biorę, uprzedzając pytania.
Mam przed sobą podróż całego życia, w upale i chłodzie, w pogodzie i niepogodzie, w ciągłym wyglądaniu nowych horyzontów i wystawianiu twarzy na ożywczy wiatr. I szukam ludzi, którzy wsiądą do tego wozu, bez zastrzeżeń, żeby wędrować ze mną na koniec świata.
Bo jestem cyganką.
Pójdziesz ze mną?

środa, 18 maja 2011

I do believe in love.



Szłam dzisiaj ulicą, wracając z pracy, oszołomiona ruchem ulicznym i czytanymi powieściami Musierowicz (powrót do książek z dzieciństwa zaskutkował podobnym stanem upojenia, jak przed laty). Przez głowę sunęły mi mądre cytaty o ludzkiej niedoli i znieczulicy społecznej - i jakby na zawołanie moich własnych myśli spostrzegłam na chodniku matkę z dzieckiem. Kobieta krzyczała, to słabo powiedziane, ryczała na chłopca, a dzieciak, cały zabeczany, w kółko próbował zwrócić uwagę matki na lecący samolot. Oczywiście bezskutecznie, bo ta była nieludzko wściekła. Aż się zagapiłam na ten widok i kobieta to zauważyła, więc dostało się i mi, że się wtrącam w nie swoje sprawy. Kiedy tak na nią patrzyłam, tłukły mi się po głowie wszystkie pedagogiczne metody, jak nie należy postępować z dzieckiem, jakieś analizy środowiskowe, studium stanu majątkowego kobiety po fizjonomii twarzy i ubiorze - jednym słowem cały zestaw teorii, ale pomimo tego ogromu wiedzy nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu, jakby mnie sparaliżowało. No bo i co mogłam zrobić wobec obcej kobiety? Doradzać? Zapytać, w czym mogę pomóc? Napomnieć? Jakim prawem, skoro sama nie mam dzieci? Dlaczego w takich sytuacjach człowiek najbardziej sobie uświadamia, jaki jest bezsilny wobec zła?

Czasami staję bezsilna przed ludzką ograniczonością, uporem i ciasnotą myślenia. I tym maniakalnym przekonaniem, że "to ja mam rację, a inni się mylą". Widzę jak na dłoni, że człowiek ma z czymś poważny problem, który odbija się negatywnie na nim samym i innych; mało tego, inni też to widzą, (Jeżeli dziesięć osób mówi ci, że jesteś pijany, to może coś w tym jest?) próbują człowiekowi zasugerować delikatnie lub brutalnie (w zależności od temperamentu), ale on i tak żadnego sposobu nie chwyta. Wytacza tylko kontrargumenty, najczęściej opierające się na twierdzeniu "co mi wypominasz, skoro sam nie jesteś lepszy, bo robisz to, to i to."
I nic nie mogę zrobić, żeby to zmienić. To boli...

"Wszystko jak w "Królowej Śniegu". Okruchy diabelskiego zwierciadła, w oku i w sercu. W jednej chwili odmienia się widzenie i czucie. Wszystko wydaje się głupie, szpetne i złe. Kończy się tak, że człowiek sam siebie nie lubi, sam siebie nie poznaje. Uratować go może tylko miłość."
Małgorzata Musierowicz Imieniny, s.140

Dlatego uparcie i maniakalnie usiłuję wierzyć w miłość.
Żeby nie zwątpić w ludzkość do reszty.

niedziela, 15 maja 2011

Woda dla słoni


Środy z Orange w zeszłym tygodniu ewokowały babski wieczór w kinie na najnowszym filmie "Woda dla słoni" - kolejny (po Niepokonanych) film, w którym bohaterowie mówią po... polsku ;) czyżby to był aż tak egzotyczny język dla Hollywood? ale film poruszający, polecam :)

Jacob Jankowski (Robert Pattinson) to buntowniczy student weterynarii o nieco rozchwianej osobowości. Pod wpływem chwilowej depresji postanawia rzucić studia tuż przez ich ukończeniem i przyłącza się do wędrownego cyrku, który akurat stacjonuje w jego mieście. Na miejscu rozpoczyna pracę jako weterynarz zaprzyjaźniając się przy tym z osowiałą słonicą Rosie, której nikt nie chce trenować. Poznaje tu też piękną Marlenę (Reese Witherspoon), która ujeżdża konie i jest żoną charyzmatycznego tresera Augusta (Christoph Waltz). "Water for Elephants" jest historią o miłości dwojga ludzi pochodzących z różnych światów egzystujących w środowisku, gdzie miłość jest luksusem, na który tylko nieliczni mogą sobie pozwolić.

filmweb.pl

A poza tym historii miłosnych cudzych, a tym bardziej swoich chwilowo nie przyjmuję. Serce zmierzyło się z Rozumem, ale niestety Rozum niczego się nie nauczył. Więc Serce mówi Rozumowi: adieu, pogadamy, jak zmądrzejesz.
Muszę odespać śląski weekend.

wtorek, 10 maja 2011

Opium w rosole




Tolerancja
Stanisław Soyka

Dlaczego nie mówimy o tym co nas boli otwarcie
Budować ściany wokół siebie marna sztuka
Wrażliwe słowo, czuły dotyk wystarczą
Czasami tylko tego pragnę, tego szukam

Na miły Bóg
Życie nie tylko po to jest by brać
Życie nie po to by bezczynnie trwać
I aby żyć siebie samego trzeba dać

Problemy twoje , moje, nasze boje, polityka
A przecież każdy włos jak nasze lata policzony
Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzucie kamień, niech rzuci
Daleko raj gdy na człowieka się zamykam

Na miły Bóg...

***

Powrót do książek z dzieciństwa... Kochana Musierowicz :) kiedyś czytałam jej książki z wypiekami na twarzy, śledząc zawiłe historie miłosne, dzisiaj może z mniejszymi wypiekami śledzę złote myśli, których autorka nie szczędzi w swoich książkach. Można powiedzieć, że zapisuje w nich swoją filozofię dobra i optymizmu :)
Ostatnio pochłonęłam w jeden dzień piątą część Jeżycjady.

"Nikt nie ma prawa do nienawiści. Nikogo nie wolno nienawidzić i nikim nie wolno pogardzać. Dlatego, że nienawiść i pogarda są niszczące - niszczą tego człowieka, którym pogardzam, bo nie zostawiają mu już szansy na odmianę. I niszczą też mnie - bo skoro jest we mnie miejsce na nienawiść, to znajdzie się miejsce i na zło. Więc ja z tym, rozumiesz, walczę. Jeżeli wyczułeś jakąś sztuczność, to pewnie dlatego, że sama się jeszcze nie do końca przekonałam. Muszę się bardzo... no, bardzo do do tego wybaczania zmuszać."
Opium w rosole, s.149

Eech, i pomyśleć, jaki człowiek bywa zaślepiony, uparty i okrutny wobec innych, zupełnie się nad tym nie zastanawiając. A do kochania ludzi pozostało tak niewiele czasu...

środa, 4 maja 2011

Jeże i piłka


Dwa jeże, tupocząc dziarsko po leśnej ścieżce, znalazły małą, gumową piłkę.
Mniejszy Jeż dobiegł do piłki pierwszy i złożył z zachwytu łapki.
-Ooo, jakie to piękne... I takie kolorowe... Co to jest?
-Ech, ty głuptasie - powiedział z wyższością Większy Jeż - przecież to piłka. Nie widziałeś nigdy piłki?
-Nie... Ale to jest niesamowite. - Mniejszy Jeż z onieśmieleniem wpatrywał się w miękki, gumowy przedmiot. - A co się z tym robi?
-Zaraz ci pokażę. To najwspanialszy sport na świecie. Bierzesz piłkę, ustawiasz ją i... - Większy Jeż kopnął piłkę z całej siły, aż poszybowała w niebo.
- O jaaaaa... - teraz zachwyt Mniejszego Jeża zamienił się w uwielbienie. - A czy ja też mogę spróbować?
-No możesz - zgodził się łaskawie Większy Jeż. - Tylko uważaj. Z piłką trzeba obchodzić się umiejętnie. Najpierw usiądź i popatrz, jak to się robi.
-No dobra... - Mniejszy Jeż spochmurniał i usiadł pokornie, ale nie na długo. Po chwili zaczął się niecierpliwie kręcić.
-Ej, no kiedy dasz mi spróbować? Obiecałeś!
-No to chodź i zabierz ją sobie!
Dwa jeże zaczęły się przepychać, próbując kopnąć piłkę. A że jeże, jak to jeże, nie mają miękkiego futerka na grzbiecie, wkrótce zaczęły się ze sobą boleśnie zderzać.
-Auu! Uważaj! Kopnąłeś mnie w nogę!
-No bo nie trafiłem w piłkę! Nie chciałem!
-Jak nie umiesz trafić w piłkę, to może lepiej nie graj!
-A jak mam się nauczyć, jak nie będę grać?
-Nie wiem, mało mnie to obchodzi! Póki co mam przez ciebie siniaki i całego mnie pokłułeś!
-Ty też mnie pokłułeś! Jesteś większy, nie musisz się tak na mnie pchać!
-Ja się pcham? To ty cały czas próbujesz mi zabrać piłkę!
-Bo ja też chcę grać, a nie tylko ty kopiesz!
-Aha, grać, ty to nazywasz grą?
-A właśnie że potrafię, podaj mi piłkę, to zobaczysz!
-No to masz, pokaż, co potrafisz, jak jesteś taki mądry!
I Większy Jeż kopnął piłkę mocno w kierunku Mniejszego Jeża, wtem nagle... PUFF!! Piłka nadziała się na kolce Mniejszego Jeża i pękła z hukiem.
-O niee, nasza piłka! Zepsuła się! - Mniejszy Jeż był bliski płaczu. - To twoja wina, nie trzeba było tak mocno kopać!
-Jak to moja wina? Przecież to ty ustawiłeś się do niej kolcami!
-Nieprawda! Musiałem się jakoś osłonić, żebyś we mnie nie rąbnął! Jesteś agresywny i wyżywasz się na słabszych!
-Pewnie, wszystko moja wina! Przebiłeś piłkę i jeszcze się rzucasz, żeby nie było na ciebie! Zawsze tak robisz. Mam tego dosyć. Nie bawię się z tobą!
-Łaski bez, nie pozwolę się na mnie wyżywać. Baw się sam!
I dwa jeże, wściekłe i obrażone, rozeszły się każdy pod swój krzaczek i siedziały tak naburmuszone przez dłuższą chwilę udając, że się nie widzą.
Po chwili Mniejszy Jeż wydobył porzucony w trawie flak piłki.
-Właściwie to... Może mógłbym to jakoś skleić...
-Noo... może da się czymś załatać... - Większy Jeż podszedł, drapiąc się po głowie. -Przepraszam, nie chciałem tak mocno kopnąć.
-Wiesz... Ja też przepraszam. Gdybym się nie schylił, to bym to złapał, ale się przestraszyłem. Przepraszam, że zepsułem zabawę. Nie potrafię grać w piłkę.
-Eetam, daj spokój. Jak na początek całkiem nieźle Ci szło. Może trzeba spróbować inaczej?
-Ale jak?
-No... Nie kopać jej z całej siły ani nie kiwać się, tylko... podawać do siebie?
-Można tak?
-No pewnie! Zobacz...
I dwa jeże pobiegły zgodnie za załataną żywicą piłką w stronę zachodzącego już powoli nad lasem słońca.

niedziela, 1 maja 2011

Konrad i chomik


"Zawsze mamy do wyboru tylko dwie rzeczy - lęk albo miłość. W każdym momencie swojego życia: kupując ziemniaki i traktując tak czy inaczej dziecko, narzeczonego, męża, siostry, sąsiadki - wybieramy między miłością a lękiem. Jeżeli startujemy z pozycji miłości, mamy szansę wyjść z tego obronną ręką, natomiast jeżeli podchodzimy do życia z lękiem - wtedy jesteśmy straceni."

A nie mówiłam!

Tak jak planowałam, jestem na farmie u rodziców. Za oknem czyste pogodne niebo rywalizuje z deszczowymi chmurami, póki co jest 0:1. Mama mówi, że to dobrze, że pada, bo w tym tygodniu posadziła ziemniaki przy pomocy Filipa i inne warzywa, więc muszą mieć wilgoć, żeby wyrosły. Więc nie narzekam na deszcz. Wczoraj mieliśmy wystarczającą ilość słońca tak, że niemal cały dzień spędziliśmy ze znajomymi na świeżym powietrzu.
A na deszcz najlepsza jest książka. Sięgnęłam po kolejną część serii "Żaby i anioły" Katarzyny Grocholi, rozkoszując się jej ciepłym i zadziornym poczuciem humoru w najbardziej irytujących życiowych sytuacjach. Naprawdę pisze kobieta od serca i dla serca. I właśnie trafiłam na powyższy cytat, który mnie wbił w fotel.
Czy to możliwe...? Tak, tak właśnie jest. Boimy się brania odpowiedzialności za innych, dlatego wolimy na kogoś krzyknąć, zamiast poznać przyczyny jego złego postępowania. Nie ryzykujemy bliskich kontaktów, bo obawiamy się wykorzystania lub zranienia. I wychodzimy za każdym razem ze straconej pozycji, bez szansy na osiągnięcie zwycięstwa nad samym sobą.

"Konrad został z otwartą buzią. Ale tym razem nie dałam się nabrać. On po prostu szuka potwierdzenia dla swojej samotności. I to nie tylko potwierdzenia, ale usprawiedliwienia dla potrzeby wygody i życia bez zobowiązań, a uczucia lokuje w chomiku, co mu chwilowo zupełnie wystarcza. Chomik nie gada, nie przeszkadza, przeważnie je i śpi, nie ma potrzeby założenia z Konradem rodziny i nie chce mieć z nim dzieci, bo zegar biologiczny i tak dalej. Chomik jest zwierzątkiem bezpiecznym."

A nie mówiłam!

A tymczasem:
"To jest właśnie takie fascynujące w związku, że codziennie ryzykujesz i codziennie musisz zacząć kochać od nowa, bo inaczej nic z tego."

A nie mówiłam!

Jest i rada dla Konrada (i innych, zamiast "kobieta" możecie wstawić inne słowo):

"Jest taki sposób stuprocentowy [...] żebyś poznał kobietę uczciwą, dobrą, mądrą, dowcipną, i tak dalej. Najpierw sam się musisz taki stać! Bo dobro przyciąga dobro!"

A nie mówiłam!

Żegnaj chomiku.