niedziela, 31 marca 2013

Osternkonzert

Nie pojechałyśmy na festiwal do Częstochowy, ale dzisiaj dziewczynki zorganizowały koncert u nas w domu. Odwiedziła nas pani Donka, mama Amelki i Michalinki, koleżanek Roni.
Ja i Ola zaśpiewałyśmy "Dumkę na dwa serca" w niepowtarzalnej charakteryzacji ;)



Dziewczynki zaprezentowały polkę, taniec zbójnicki, układ taneczny do "Waka waka".



Wystąpił jeszcze tata z piosenką kabaretową i wierszem.

Fajnie jest w domu. Wreszcie nie budzę się o szóstej, piszę pracę i jednocześnie mam czas na obijanie się. Marzyłam o tym od wielu dni. Nawet nie chce mi się myśleć o powrocie do pracy...
Mama upiekła pączki. Na razie gwiżdżę na odchudzanie.

sobota, 30 marca 2013

Osternspaziergang

 Tradycyjnie już wybrałyśmy się na spacer po górkach wojkowiańskich, tym razem  z babcią, Ronią i jej koleżankami. 
 

 Z góry są świetne widoki, nawet nie przypuszczałam, że w takiej malowniczej okolicy mieszkamy...
 Próbowałyśmy znaleźć ślady wiosny, na drzewach rosły już bazie.


Na szczycie góry dziewczynki przypuściły atak śnieżny na nauczyciela z okrzykiem: "Oblać naukę, oblać naukę!"


 Nasz kot Mruczek ma nowego kolegę/koleżankę? Pszczółkę. Śpi całymi dniami.



środa, 27 marca 2013

Les Miserables

Ostatnio znalazłam na fb promocję w Multikinie: od 22 do 31 marca można kupić bilety na filmy 2D po 11 zł. Namówiłam Olę i wybrałyśmy się w końcu na "Nędzników". Nie widziałam oryginalnej wersji musicalowej, więc nie miałam porównania, ale i tak miałam niedosyt śpiewu. Wiadomo, nie grali tam zawodowi aktorzy musicalowi, więc ogarniali jak umieli, ale jednak przez większą część filmu siedziałam w napięciu, czy utrzymają dźwięk. Jedynie chóry mnie w pełni usatysfakcjonowały i ich partie pamiętam najlepiej. 



Kreacje postaci też były zróżnicowane: główny bohater nie był dla mnie dość "na wygnaniu", Javert nie dość zdeterminowany, jedynie Anne Hathaway w roli Fantine tchnęła tak autentyczną rozpaczą, że walczylam z łzami. Jej piosenka była wykonana wyjątkowo dramatycznie. Drugą najbardziej wiarygodną postacią była brunetka Eponine, nieszczęśliwie zakochana i odrzucona przez Mariusa. W scenie, kiedy Marius i Cosette wyznają sobie miłość przy furtce, a ona stoi z tyłu i uświadamia sobie, że nigdy go nie zdobędzie, partie w tercecie przyprawiają o dreszcze.
Film mial też sporo momentów komediowych, które zapewniała para karczmarzy Thenadier (duet Królowej Kier i Borata;) i dziecięcy śpiew Gavroche'a.


Minusem filmu było to, że momentami ciągnął się straszliwie. Jakieś 15 minut przed końcem niektórzy zaczęli wychodzić. My zostałyśmy i w nagrodę wysłuchałyśmy triumfalnej partii chóru. Brakowało jednak tego napięcia, kiedy pojawiały się recytatywy, właściwie czułam niepokój jedynie, kiedy Russel Crowe grający Javerta spacerował po krawędzi dachu. Jednak najnowsza tendencja kręcenia filmów trwających prawie 3 godziny nie trafia już do współczesnego widza, przyzwyczajonego do póltoragodzinnych filmów pełnych szybkich zwrotów akcji.
Ogólnie film zrobił na mnie wrażenie doskonałą scenografią, kreacjami aktorskimi i świetną muzyką. Polecam obejrzeć, kawał dobrej roboty.

Dzisiaj mija ostatni dzień pracy w miesiącu marcu. Zakończyłam kurs polskiego, zajęcia w szkole z dziećmi, jadę zawieźć rachunek i wolne. Jutro wyruszamy w podróż za jeden uśmiech do domu...

czwartek, 21 marca 2013

Wszyscy mają wiosnę, mam i ja.

Jak widać na załączonym obrazku, mamy wiosnę i Dzień Wagarowicza, w ścisłym słowa tego znaczeniu. Nie musiałam jechać na zajęcia rano do Podkowy, bo wczoraj zadzwonili studenci i elegancko się zwolnili (i tak będą to odrabiać, tylko w następnym tygodniu), kiedy przyszłam do szkoły na 12.45, okazało się, że Natalka nie dotarła, bo miała konkurs w szkole. Drugi uczeń za godzinę też nie przyjdzie z powodu tego samego konkursu. Pozostają jeszcze 3 lekcje i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby i one przepadły... Na szczęście od takich przypadków jesteśmy ubezpieczeni: lekcje tak czy siak są płatne :P
Strasznie dziwnie rano mi było z tym niespodziewanym wolnym. Od miesiąca chyba nie miałam tak, że nie musiałam wstawać rano. Obudziłam się automatycznie o szóstej, przeleżałam do siódmej i potem poczucie obowiązku nakazało mi wstać. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca ani sensownego zajęcia. Tęskniłam za pracą, a nie byłam w stanie zająć się niczym innym. Obawiam się, że stałam się pracoholikiem. Nie umiem egzystować bez pracy. Jestem zmęczona i marzę o odpoczynku, a i tak nie potrafię z niego korzystać, kiedy go już dostanę.
Jak tylko skończę ten kurs, muszę sobie znaleźć inne zajęcie, żeby nie wyjść z ciągu. O, czas się zabrać za kolejny rozdział pracy licencjackiej. Dostałam już wytyczne od promotora, mogę pisać dalej... 
Widzicie? Już się odzywa nałóg. Wdałam się jak nic w mojego tatę. Ostatnio mi to powiedział: "za każdym razem, jak dzwonię do ciebie, to jesteś w pracy, robisz się taka, jak ja". Sama nie wiem. Ale bez pracy do niczego się nie dojdzie, więc w sumie co mam do stracenia?
 

środa, 20 marca 2013

Środa minie na pianinie, tydzień zginie

Dzisiaj też coś z pracy. W środy mam 4 zajęcia z pianina w Michałowicach. Najpierw jest Antek, chłopiec z IV klasy, który kontynuuje naukę, potem Julka (5 lat), a potem ze szkoły wychodzę kilkaset metrów na inną ulicę do domu, gdzie mieszkają Gabrysia i Adaś. 
Antek jest bardzo wrażliwy, lubi grać, ale trudno go przekonać do ćwiczenia na bieżąco. Daję mu ostatnio etiudy i menuety, a ponieważ to nie jest coś, co zna ze słuchu, to mu się nie bardzo podoba. Ale inaczej nie wzmocni sobie palców. Ma też dziwne przygody z pianinem: dzisiaj drugi raz uderzył się w nogę, widocznie za mocno nimi przebiera, no i się rozpłakał. Ogólnie jestem mocno zdystansowana wobec dzieci i jakoś niełatwo okazuję im uczucia, nie jestem do końca pewna, czy dzieci można dotykać czy przytulać, więc ograniczyłam się do doraźnej pomocy w postaci czegoś zimnego na uśmierzenie bólu. 
Julka jest pojętna i błyskawicznie czyta nuty. Robi to tak szybko, że po niedługim czasie się nudzi. Oczywiście czytanie nut to jedno, a technika to drugie. Jej paluszki są jeszcze nieukształtowane pod kątem gry, rosną i nie zawsze jest w stanie ogarnąć rączką klawiszy, przez co się zniechęca. Muszę trochę walczyć z jej przekorą, żeby skupić ją na tym, co mamy do zrobienia. 
Gabrysia i Adaś to dzieci, po zajęciach z którymi wychodzę niczym z młyna. W głowie mi huczy i muszę się chwilę uspokajać. Dlatego potem nie mam już innych zajęć, tylko idę do domu. Od kilku lekcji zaczęłam się modlić, kiedy wchodzę do nich, żeby nic ich nie rozpraszało i żebym wyszła z lekcji spokojna. Widzę, że to naprawdę działa.
Gabrysia ma 7 lat i dla mnie jest istotą, która ma trzy razy szybsze tempo życia, niż ja, takie wcielenie ADHD. Zawsze biega i skacze po pokoju, kiedy gra, to wszystko chciałaby od razu grać szybko. Szybko też myśli i trudno jej się skupić. Jest jednak bardzo muzykalna. Musiałam ją jednak trochę przycisnąć do rzetelnego zajmowania się nutami, a nie tylko odczytywania numerków palców. Dzisiaj skończyłyśmy pierwszą książkę z piosenkami i uczyłyśmy się gamy. Miała bardzo dobrą koordynację w graniu rozbieżnie, a nawet równolegle też spróbowała i całkiem jej to wychodziło. 
Adaś jest w IV klasie, gra od 3 lat. Było mi trudno wskoczyć jako kolejny nauczyciel i zachęcić go do czegoś nowego, bo wykazywał niewielkie zainteresowanie grą. Wchodził na zajęcia po wcześniejszym graniu na komputerze i traktował lekcję jak zło konieczne. Dzisiaj jednak dzieci powiedziały mi o umowie z tatą, który sporządził im tabelkę z punktami. Zapisują w niej, ile ćwiczyły na pianinie, ile siedziały na komputerze i oglądały telewizji i według jakiegoś przelicznika dostają za to punkty. Wobec tego grały co do minuty i żadne nie chciało, żeby drugie przegoniło go nawet o sekundę, żeby nie uzyskało przewagi. Widać, a właściwie słychać też było, że w tygodniu ćwiczyły. Adam grał etiudę pewnie, nowy utwór też, wszystko miarowo, aż się przyjemnie słuchało. Muszę mu dawać trudniejsze rzeczy, żeby miał motywację. Oczywiście świetnie czyta nuty i ogarnia utwór błyskawicznie, tylko mocno się denerwuje, jak mu się dźwięk pomyli i nerwowo uderza w klawisze. Ale im więcej gra, tym bardziej się wysubtelnia. Potrafi się zapamiętać w grze i wtedy idzie mu naprawdę dobrze. 

Moi studenci z kursu polskiego jakimś niecnym sposobem zdobyli do mnie numer telefonu i jeden z nich (ten, co myślałam, że jest koło trzydziestki, a się okazało, że to rocznik '88 ;) zadzwonił  żeby odwołać jutrzejsze zajęcia, bo mieli coś do załatwienia (taa, jutro Dzień Wagarowicza i legalnie się na wagary urywają :P) Jeszcze do mnie nie dociera, że wobec tego zaczynam pracę o 12.45 i mogę się pierwszy raz od miesiąca wyspać ;) o ile zegar biologiczny nie obudzi mnie o 6, jak co dzień.

wtorek, 19 marca 2013

Utracony proporzec



Drużynę warszawską spotkał straszny cios! Nieznani sprawcy ukradli proporzec i wystosowali Rządania (cyt.) okupu. Jaka będzie odpowiedź? Pertraktować z terrorystami czy też zastosować inne metody? Dowiecie się już niebawem z najnowszego wydania "Pacfajders Expressss"!





poniedziałek, 18 marca 2013

Blogostan

To był dobry weekend - pierwsza sobota od wielu tygodni, w której nie musiałam robić NIC. Czułam, jak naprawdę odpoczywam i nabieram sił. I nawet kilkanaście godzin zajęć z teologii nie zaburzyło tego błogostanu. Nowy tydzień zaczynam radośnie. Wciąż śnieg i mróz, ale kiedyś musi nadejść wiosna:)
Za niecały tydzień mamy próbę w Łodzi. Nagrywamy roboczą wersję musicalu dla pani Basi do celów szkoleniowych. Szyją się już togi, a mnie czeka kupno butów w tym tygodniu. Niełatwo znaleźć czas, do tego zaczął się Tydzień Modlitwy Młodzieży i codziennie mamy spotkania. Ale to dobry czas tak czy siak:)
Moi studenci pisali ostatnio test. Odmiana czasownika to dla nich póki co wielki problem, ale trudno się dziwić, zaledwie dwa tygodnie uczą się polskiego. I tak widzę, że rozmawiają z Polakami, zapisują nowe słowa, czytają gazety. Pomału się rozkręcą:)
Nic więcej chyba nie słychać. Ale przynajmniej teraz wiadomo, że żyję.

piątek, 15 marca 2013

Wszyscy mamy źle w głowach.

Piątek jest jak loteria: albo zawalony tysiącami zadań do zrobienia, albo w podróży, albo, tak jak dziś, w większości spędzany w domu. Miałam tylko jedne zajęcia rano i potem mogłam spędzić kilka godzin na sprzątaniu, czytaniu, pisaniu i innych spokojnych, niespołecznych zajęciach. Do tej pory byłam przekonana, że jestem sama w domu i zachowywałam się tak, jak zwykle: nuciłam sobie, prowadziłam półgłosem monologi, przebiegałam od kuchni do pokoju z komputerem... A tu przed półgodziną wyszła z drugiego pokoju Ula, nowa współlokatorka i zrobiło mi się strasznie głupio, że tak hałasowałam :P nie zna mnie jeszcze, może sobie pomyśleć, że jestem wariatką, bo na pewno słyszała, jak mówię do siebie. A ja jakoś nie zauważam, kiedy mówię :P
Właściwie odkąd pamiętam, prowadziłam monologi ze sobą. Kiedy wracałam ze szkoły w podstawówce, wymyślałam sobie różne historie, żeby się nie bać wracać samej przez las. Lubiłam się też modlić na głos, kiedy szłam drogą. Do tej pory, kiedy jestem sama, muszę sobie komentować to, co robię. Jest mi dużo łatwiej się skupić, kiedy do siebie mówię. 
Psychologia mówi, że nie musi to być od razu objaw zaburzenia psychicznego. Dzieci do wieku szkolnego prowadzą tzw. mowę egocentryczną, dopiero później przekształca się to w mowę społeczną. Bardzo ciekawy artykuł znalazłam o psychologicznym eksperymencie, w którym dowiedziono, że powtarzanie głośne nazwy szukanego przedmiotu pomagało szybciej go odnaleźć. A liczne fora o tej tematyce pokazują, że większość ludzi mówi do siebie, kiedy myślą, że nikt ich nie słyszy, co nie oznacza, że 75 % społeczeństwa jest chore psychicznie ;) mówienie do siebie pomaga rozładować napięcie, skoncentrować się na wykonywanym zadaniu i zapełnia pustkę ludziom samotnym. Dopóki człowiek ma świadomość, że wypowiada myśli na głos, a nie rozmawia z niewidzialnym, wewnętrznym głosem, jest to akceptowalne.

Ps. Wspominałam, że wkurzyłam się ostatnio na zamulającą Vistę, zrobiłam format C i zainstalowałam Windows XP na moim laptopie? No to wspominam. Czuję, jakbym wsiadła w wehikuł czasu ;) wszystkie sterowniki do urządzeń trzeba instalować ręcznie, wszystko jest takie śmiesznie malutkie i niewyraźne... Niech się ten marzec kończy, czas na nowy komputer!
Ps.2 Licznik wskazuje 600. post ;) ale gdybym nie cenzurowała ich od czasu do czasu, na pewno byłoby więcej.

czwartek, 14 marca 2013

Gdzie ci rodzice?



Są takie momenty w mojej pracy, kiedy dosłownie opadają mi ręce. Oto historia z dzisiejszego dnia. 

Jedną z moich uczennic jest Natalka. Uczę ją już trzeci rok. Natalka ma tatę Niemca i spędziła pierwsze lata swego życia w Niemczech. Potem jej rodzice się rozwiedli i mama wróciła do Polski i wyszła za innego mężczyznę. Natalka to dusza artystyczna: rysuje, wymyśla historie, zadaje filozoficzne pytania i ogólnie to niezależnie myśląca osoba, tylko strasznie rozkojarzona. Nakłonić ją do zainteresowania lekcją to nie lada wyczyn. Na początku była bardzo ruchliwa i dokuczliwa. Spoważniała i stała się bardziej empatyczna, kiedy w tym roku w jej rodzinie pojawiła się siostra. 
Dzisiaj miałam lekcję o podawaniu godziny "Wie viel Uhr ist es?" i w książce są godziny na zegarku wskazówkowym, żeby uczyć mówienia potocznego: halb drei, zehn vor acht i inne. Ale widzę, że dziewczynka nie kuma, miesza cyfry zupełnie, więc pytam, czy ona w ogóle się zna na zegarku. A ta mówi, że nie, tylko na cyfrowym w komórce. I tak oto na lekcji niemieckiego uczyłam dziesięciolatkę obsługi zegarka wskazówkowego. Powiedzcie mi, ludzie, czy młode pokolenie mentalnie karłowacieje czy to już przestarzała technologia? Co ci rodzice robią, że dziecka obsługi zegarka nie nauczyli? 
Koleżanka nauczycielka powiedziała, że u nich w szkole maluchy już od pierwszej klasy uczą się pokazywania godzin na zegarku. Ja, kiedy miałam siedem lat, dostałam pierwszy zegarek i tata uczył mnie, jak odczytywać godziny. Co prawda, potem był szał na elektroniczne i wskazówkowy poszedł w kąt, ale to, czego tato mnie nauczył, pamiętam do dzisiaj.Teraz dzieciaki dostają komórki i mają tylko zegarki cyfrowe, więc nie muszą myśleć. Straszne kalectwo. Automatyzacja niszczy nasze samodzielne myślenie i czyni nas niewolnikami cywilizacji. 
Jestem wdzięczna moim rodzicom, że uczyli mnie samodzielności. Jeśli w przyszłości będę miała dzieci, chciałabym, żeby też dostały praktyczną szkołę życia.

Dzień Pi



 Dzisiaj coś z porannej gazety. Nie będę pisać o nowym papieżu, bo wszyscy o tym wiedzą :P
Moi studenci wczoraj zabalowali i dzisiaj przyszli spóźnieni i nieprzytomni. Ja też chodzę nieprzytomna od 3 tygodni, ale walczę z chorobą i jakoś się trzymam :)

Dzień Liczby Pi – nieoficjalne święto obchodzone corocznie, głównie w amerykańskich kręgach akademickich i szkolnych (lokalnie w Polsce). Datę święta wybrano na 14 marca z powodu skojarzenia z pierwszymi cyframi rozszerzenia dziesiętnego liczby pi, jako że data "14 marca" zapisywana jest w USA jako "3.14".
Pierwsze obchody tego dnia miały miejsce w 1988 w muzeum nauki Exploratorium w San Francisco, z inicjatywy Larry'ego Shawa. W języku angielskim słowa pi oraz pie (ciasto, placek) mają zbliżoną wymowę, a placki często są okrągłe. Z tego powodu w Dniu Liczby Pi podawanymi daniami są pizza pie (placki pizzy), apple pie (szarlotka) i inne podobne ciasta.
Ze względu na inny sposób zapisu daty w Europie, święto to nie jest zbytnio popularne na tym kontynencie.

Więcej informacji tutaj.

poniedziałek, 11 marca 2013

Rewolucja

Jak zyjecie? Dzisiaj rano myślałam, że umieram. Nie bylam w stanie zwlec się z łóżka i wykrzesać z siebie sił witalnych. Efekt kolejnego pracowitego weekendu. Szybko doszlam do wniosku, że jedynym ratunkiem dla organizmu będzie gimnastyka. Nie trwała długo, może z 10 minut, ale zdążyłam się wypocic i postawić na nogi. Wniosek: trzeba wstawać kwadrans wcześniej i powrócić do dobrych zwyczajów.
Po tym weekendzie i kilku rozmowach z ludźmi uświadomiłam sobie sporo rzeczy, które wymagają poprawy. Przede wszystkim mam niewłaściwy tryb życia. Nie cwicze, nie mam regularnych pór posiłków, chodzę późno spać i jem dużo słodyczy i fast foodów, kiedy nie mam czasu zrobic obiadu. To katastrofa.
Czas powrócić do niejedzenia po 18.
Mam obecnie tak zapracowany czas, że nie mam kiedy napisać o różnych nowościach: mleczku do demakijazu Bioemsan, które dostałam od taty, bo miało bliski termin ważności. Jest koszmarnie drogie, ale rewelacyjne. Skóra po nim jest gładka i miękka. Oczyszcza jeszcze lepiej od mydła z EM, jest na bazie naturalnych ziół i ma także EM w składzie.
Po zjeździe wywiązała się taka dyskusja o kościelnych standardach, że aż głowa pęka od argumentów. Śledzę to na bieżąco i prawdę mówiąc, nie wiem, jakie stanowisko zająć. Chyba jestem pośrodku?
Poniżej zdjęcie z historycznego momentu: wizyta przewodniczącego Generalnej Konferencji, czyli najwyższej struktury kierującej Kościołem Adwentystów Dnia Siódmego na świecie, Teda Wilsona, w Podkowie Leśnej.

wtorek, 5 marca 2013

Wiosenne uśmiechy w metrze

Dzisiaj miałam drugi dzień zajęć z polskiego. Mam w grupie cztery osoby: młode małżeństwo z Ukrainy, dziewczynę z Azerbejdżanu o imieniu Shafiga i czarnych włosach oraz chłopaka z Ukrainy, na moje oko koło trzydziestki, bo mu się pojawiają srebrne nitki we włosach. Całkiem dobrze sobie radzą, tylko moje gardło odmawia posłuszeństwa i ledwo się trzymam. Kupiłam sobie Amol, magiczny środek na wszelkie dolegliwości, znany od dzieciństwa. Muszę się ogarnąć do soboty, bo trzeba śpiewać na zjeździe.



Pogoda jest fantastyczna. Resztki śniegu topnieją w okamgnieniu, a obok kolejki stoi rząd rowerów. Serce mi do nich wyrywa, ale nie mam kłódki do roweru, żeby go zamocować. Dzisiaj muszę ją kupić. Mam dosyć chodzenia piechotą i dźwigania toreb.
W dzisiejszym Metrze przeczytałam artykuł o projekcie ZTM, żeby przywrócić towarzyskie pogawędki w autobusach. Mają być uruchomione plakaty oraz specjalne znaczki, które przyczepione do ubrań będą sygnalizować, że ktoś ma ochotę pogadać. Ciekawe, chociaż ja pewnie bym nie skorzystała. Nie lubię rozmawiać z nieznajomymi. Ale któregoś dnia jechalam autobusem, w którym kierowca rozmawiał z pasażerami przez mikrofon. Był wesoły, dowcipny i ludzie się uśmiechali, kiedy komentował mijaną trasę. Może i to lepsze, niż siedzenie ze słuchawkami na uszach i izolowanie się od świata...?

Ps. Decathlon dał ciała, bo nie miał na stanie pojedynczych linek zabezpieczających. Znalazłam takową w Carrefourze za 10 zł. Niniejszym sezon rowerowy uważam za otwarty:D

poniedziałek, 4 marca 2013

Weekendowa kariera Kikomendanta

Sms od kolegi, z którym dawno nie rozmawiałam, w sobotę po północy: hej, żyjesz jakoś??
Moja odpowiedź, napisana o trzeciej: po tym weekendzie nie jestem tego pewna:P 

Marzec przyszedł, a z nim słońce. Siedzę właśnie na ławeczce i się grzeję, oczekując na kolejkę. Strasznie brakowało mi słońca. Próbuję zebrać myśli i siły, ale idzie marnie. Ostatnie dwie noce wyssały ze mnie wszystko. Spalam łącznie 7 godzin, a dzisiaj miałam pobudkę o 6 i zajęcia polskiego w Podkowie. Głos mi wysiada ze zmęczenia, a to dopiero początek tygodnia. Trudno się dziwić, skoro wczoraj usilowałam przekrzyczeć fale, wręczając nagrody dla drużyn na brzegu morza. Mimo wszystko weekend był udany, a podróż pociągiem z czterdziestoma pathfindersami w jednym wagonie, pomimo oczywistego hałasu, minęła niepostrzeżenie szybko:)



Nasza drużyna zajęła 5. miejsce w konkursie o Nowym Jeruzalem, a w konkursie internetowym dla drużyn pobilismy wszystkich:) piosenka "Czekamy na miasto" wygrała z pozostałymi. Nadal uważam, że to póki co wesoła banda krzykaczy, ale to dopiero rok, jak działamy. Wszystko przed nami:)

Zdjęcie ujawniające nasz totalny indywidualizm :)