poniedziałek, 27 maja 2013

A to feler - westchnął seler.


Kolejnym znienawidzonym warzywem z dzieciństwa jest seler. Uprzedzając pytania, wymienię jeszcze pietruszkę i czerwone buraczki. Ale powoli przełamuję się do nich. Przyrządzając ostatnio zapiekankę pasterską, musiałam kupić seler naciowy. Zużyłam jedną łodygę, więc cały pęczek został mi w lodówce i dzisiaj zaczęłam szukać sposobów na zużytkowanie go. Porady dobrych cioć z Google były przepełnione przepisami na sałatki. Nie miałam na żadną kompletu składników, więc wymyśliłam własną.

Sałatka z selerem naciowym
-2 łodygi selera naciowego
-ogórek
-pół puszki kukurydzy
-kilka kawałków suszonych pomidorów
-garść startego sera żółtego
-majonez
-pieprz, sól

Seler pokroić w kostkę, nasolić i zostawić na kilkanaście minut. Następnie odcedzić.
Pozostałe warzywa pokroić i połączyć z serem, selerem, majonezem, doprawić pieprzem.
Można schłodzić w lodówce.

W tej postaci seler jest smaczny, chrupiący, a jego dobroczynne składniki swobodnie się wydzielają (czytaj tutaj). Wypróbujcie z różnymi dodatkami, ten przepis nie jest bardzo ścisły :)

niedziela, 26 maja 2013

Bierni i wierni



"Zapomnijcie o tym, co uparcie powtarzają feministki, iż przez setki, a może i tysiące lat kobiety były dyskryminowane, a mężczyźni uprzywilejowani. Jeśli wierzyć "Kochanicom króla", jest to wierutna bujda, a rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej, co wcale nie znaczy, że lepiej. System funkcjonujący za czasów Henryka VIII czynił zarówno kobiety, jak mężczyzn pionkami i niewolnikami w niekończącej się walce o wpływy, władzę i majątek. Jeśli ktoś potrafił ów system wykorzystać, wygrywał; jeśli był słaby, tego system miażdżył. I nie ma tu znaczenia, czy jesteś Marią, zmuszoną stać się królewską nałożnicą, czy Jerzym poślubionym kobiecie, której nienawidził z całego serca. Nawet sam król raz za razem staje się obiektem manipulacji." 

Miałyśmy obejrzeć z Olą "Courageous" o mężczyznach, ale skończyło się na filmie o kobietach. I mężczyznach także, tylko tych biernych. Nie mogłam patrzeć na męża Marii, który świadomie decydował się na to, że jego żona zostanie królewską kochanką, ani na ojca dwóch sióstr i brata, który na skinięcie szwagra decydował o losie dzieci, byle osiągnąć pozycję i majątek. Nie mogłam znieść króla, który dał się tak zmanipulować przez chorobliwie ambitną kobietę. Rozczarowujący mężczyźni, którzy nie okazali żadnego trzeźwego myślenia, żadnego polegania na rozsądku. Na szczęście był Stafford, który od samego początku nie chciał poddać się przekleństwu dworskiego życia. Udało mu się wyciągnąć z tego Marię i stworzyć z nią szczęśliwą rodzinę. 
Jakkolwiek wiarygodny historycznie był ten film, pokazywał jedną ważną prawdę. Prawdziwi mężczyźni i kobiety zwykle nie błyszczą, ale świecą. Żyją zgodnie ze swoimi zasadami, niezależnie od ludzi dookoła i są ostoją dla tego pokręconego świata. 
Życzę dobrego, nowego tygodnia.

sobota, 25 maja 2013

Gran Torino



Dzień rodziny w Podkowie się całkiem udał. Chociaż padało, to jednak program przeprowadziliśmy w budynku, dzieci były zadowolone, pograliśmy, pośpiewaliśmy, nasze szesnastolatki dzielnie obsługiwały zjazd, a wieczorne nagranie lekcji o Sofoniaszu było takim dobrym wyciszeniem po dniu radosnego gwaru.
Na koniec obejrzałam dawno zaplanowany Gran Torino. Niewiele jestem w stanie pisać o filmie po całym dniu, zresztą chyba nie trzeba. Kto oglądał, ten wie, a kto nie, to polecam. Chciałam dziś wieczorem obejrzeć film z klasą i się nie zawiodłam. 

piątek, 24 maja 2013

Marchewki przemycanie c.d.


Deszczowy tydzień teraz mamy. Zrobiło się zimno niczym w listopadzie, a tu jutro ma być piknik rodzinny w Podkowie... Przygotowania trwają pomimo wszystko. A ja dzisiaj, korzystając z wolnego piątkowego dopołudnia, postanowiłam zrobić dawno zaplanowaną zapiekankę pasterską i ciasto marchewkowe. Przepisy z zaprzyjaźnionej strony Jadłonomia.pl. 


Wprowadziłam tylko kilka modyfikacji: nie było w sklepie zielonej soczewicy, więc użylam czerwonej (ale nie umiem jej gotować tak, żeby się nie rozpadała, więc następnym razem spróbuję z zieloną) i zrobiłam mniejszą ilość, bo to miało być tylko dla mnie. Wyszło całkiem smacznie :)



Ciasto było eksperymentem, ponieważ chciałam zrobić mniejszą ilość i w rezultacie jednych składników dałam za mało, innych za dużo, ciasto się nie dopiekło i zamiast nerkowców zrobiłam jakąś  polewę czekoladową z innego przepisu... Nie odważyłabym się kogokolwiek tym poczęstować, bo wyszła guma. Ale w smaku jest takie, jak trzeba, ma smak i aromat piernika, a czekoladowa polewa i orzechy są kapitalne :) następnym razem pewnie się uda :)


Została mi ostatnia marchewka. Teraz na długi czas mogę sobie ją odpuścić ;)




środa, 22 maja 2013

Jak przemycić marchew?

Kolejny post z cyklu "Kika gotuje" ;) zaczyna się ze mnie robić przykładna hausfrau :P do szczęścia na razie brakuje mi miksera. Muszę pożyczać od Magdy, a jak dzisiaj wyjechali na trzy tygodnie nad morze i zabrali mikser ze sobą, nie wiedziałam co zrobić, mając rozwalone na blacie składniki na pasty i musiałam ujarzmić porzucony Termomix... No, ale może po kolei...
Nie lubię marchewki. W dzieciństwie zachęcano mnie do jej jedzenia wszelkimi sposobami, ale uparcie odmawiałam jedzenia z własnej woli. Wyławiałam marchewki z zupy, buntowałam się przeciwko piciu soku, surówkę z marchewki obchodziłam z daleka lub grzecznościowo jadłam honorową łyżkę, kiedy mama robiła ją w wersji z ananasem. Kiedy zrobiłam się samodzielna i zaczęłam gotować na swoim, marchewka zniknęła z mojego jadłospisu bardzo szybko. No ale organizm jednak zaczął się dopominać, a i w końcu posłuchałam swojego rozumu, że marchewkę trzeba jeść. Tylko jak to zrobić, żeby nie było jej czuć?
Opowiadałam już, jak dwukrotnie nabrałam się na ciasto marchewkowe, myśląc, że to piernik. Potem znalazłam przepis na paprykarz wegetariański na Jadłonomii i pokochałam go (kolejna przemycona marchewka). Ostatnio w Pszczynie będąc, zakosztowałam nietypowej pasty marchewkowo-serowej. Marchew była surowa, nie zamaskowana, czuć smak bez żadnej ściemy. Spałaszowałam z szalonym apetytem kilka kanapek. Wzięło mnie;) zdobyłam przepis i postanowiłam kiedyś zrobić. Dzisiaj wypadło na ten dzień "kiedyś".



Pasta marchewkowo-serowa

Składniki:
  • 2 średniej wielkości marchewki (lub 1,5 dużej)
  • 150-200 g sera żółtego
  • 2 ząbki czosnku
  • 2-3 łyżki majonezu
  • sól i pieprz
Marchewki obrać, umyć i razem z serem zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Czosnek przecisnąć przez praskę lub drobno posiekać, dodać marchewki z serem. Dodać taką ilość majonezu, żeby otrzymać konsystencję pasty, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Machnęłam od razu dwie pasty, nadwyżkę zamroziłam i tym sposobem miałam królewskie śniadanie :)
Jutro i przez kolejne dni też :P

wtorek, 21 maja 2013

Zumba!

Nasze spotkania we wtorki są coraz fajniejsze :) tym razem zaczęłyśmy od części aktywnej i wybrałyśmy się na zumbę. Prowadziła najlepsza instruktorka w stolycy - Alejandra ;) czyli Ola ;) zrobiła nam porządny wycisk, ale kiedy się wyluzowałyśmy, to miałyśmy też z tego masę frajdy. Ruch przy muzyce - to jest to!
Pierwsza piosenka, do której uczyłyśmy się podstawowych ruchów do zumby.




Hitem okazał się układ do Gangnam style :) miałyśmy największy ubaw z tego :)



Pierwszy raz słyszałam piosenkę Bruno Marsa "Locked out of heaven". Nie znalazłam filmiku z naszym układem, więc zamieszczam oryginał. Ma w sobie coś, co jest takie... drapieżne :P



I na dobitkę "Hot'n'cold", czyli Kowboj :P chyba układ autorski Oli, wiec nie mam filmiku. Ale wymachiwanie pięściami na refrenie jest najlepszym odreagowaniem ;)
Ależ człowiek się po tym porządnie spoci ;)

sobota, 18 maja 2013

Noc Muzeów 2013


 Noc Muzeów to taka wyjątkowa noc w roku, kiedy miasto tętni życiem, wszyscy krążą we wszystkich możliwych kierunkach i odwiedzają nietypowe miejsca. Razem z Domi i Łukaszem odwiedziliśmy kilka unikalnych miejsc w Warszawie.

Najpierw odstaliśmy pół godziny w kolejce do Muzeum Chopina. Godzina to za mało, żeby wszystko na spokojnie obejrzeć i przeanalizować historię. A kiedy weszliśmy do podziemi, do muzycznej biblioteki... To było absolutnie coś :)
Tego typu kosmiczne pomieszczenia są w środku. 



Żeby wynagrodzić Łukaszowi zmagania z klasyką, poszliśmy do Muzeum Wojska Polskiego. I tutaj spotkaliśmy pośród kompanii fizylierów... kuzyna Łukasza ;) miał zatem chłopak sesję z bronią :)


A oto krótki filmik instruktażowy, jak ładować broń.

video

Rekordową kolejką okazała się 500- metrowa kolejka do Fabryki Wedla. Jak tylko ją zobaczyliśmy, odechciało się nam darmowej czekolady :P postanowiliśmy wybrać się na Stadion Narodowy, gdzie nie było kolejek, może z wyjątkiem jednej do szatni piłkarskich. My postanowiliśmy tam po prostu odpocząć i zrobić kilka zdjęć.
Już z bliska Stadion robi potężne wrażenie.


A w środku... 


 Można się poczuć like a boss ;)


I takie tam na Narodowym ;)


Odwiedziliśmy jeszcze wystawę Biblii na Foksal i po 23 wróciliśmy do domu. Już nie mieliśmy siły na dalsze łażenie. Rano egzamin z prawa i cały dzień w Podkowie... Nie ma lekko :P
Za rok - Warszawskie Filtry i Sejm! 

środa, 15 maja 2013

Zakwitną bzy



Bzy to najpiękniejsze kwiaty w maju. Wracałam wczoraj późnym wieczorem ze spotkania dziewczyn i pachniały mi we wszystkich ogrodach po drodze. W moim niestety nie rosną :( znam jednak miejsce, gdzie rosną bezpańsko i dzisiaj wybrałam się na małą wyprawę po bukiet do pokoju. Teraz pachną w całym pokoju niczym najlepsze perfumy. Nie ma to jak naturalne zapachy.
Wczorajsze spotkanie było bardzo oczyszczające, bo i temat był dosyć trudny. Nie przyszło nas dużo, ale może dzięki temu łatwiej było szczerze rozmawiać. Kiedy sobie uświadamiasz, że przeszłość wiele w twoim życiu namieszała, to trudno sobie w teraźniejszości radzić. I wcale nie chodzi o to, że musisz być z patologicznej rodziny albo mieć jakieś inne urazy psychiczne. Tak naprawdę wystarczy nawet to, że rodzice dużo pracowali i nie poświęcali wystarczająco uwagi; miałaś presję na wysokie wyniki, a nikt tego nawet nie docenił; nie byłaś akceptowana przez rówieśników i nigdy nie uwierzyłaś, że jesteś atrakcyjna. Wiele jest rzeczy, które czynią z nas zranione kobiety, przez co stajemy się albo dominujące, kontrolujące, albo wycofane i bierne. Ale Ola powiedziała taką myśl: spotykamy na naszej drodze ludzi, którzy w jakiś sposób naprawiają to, co nas dotknęło w przeszłości. Pomimo tego wszystkiego, co nas obciąża, możemy stać się szczęśliwe i spełnione, możemy być kobietami, które będą księżniczkami i wojowniczkami, które dadzą temu światu piękno i spokój, którego tak potrzebuje.

Czuję się ostatnio jak kombajn. Przemielam kolejne sprawy do załatwienia związane z dniem rodziny w Podkowie, biwakiem i obozem, ucząc się w międzyczasie do egzaminu z prawa kościelnego i robiąc tłumaczenia dla taty. Licencjat na razie stoi, czeka mnie pisanie ostatniego, podsumowującego rozdziału i liczne korekty, nie mówiąc o wcześniejszych egzaminach, które muszę zdać, żeby pojechać na próbę przed premierą. Ogarnia mnie z lekka przerażenie... Czyżby znów musi zadziałać presja czasu?

poniedziałek, 13 maja 2013

Piżama party


Nie pisałam kilka dni, więc będzie trochę chaotycznie, czyli o wszystkim i niekoniecznie niczym.
Śląski weekend przeminął, staram się odespać zaległości nabyte po chronicznym niedospaniu. Wieczory na próbach to taka pora, kiedy budzi się kreatywność w kierunku absurdu, czyli robienie foczej fali przy wtórze śpiewu kormoranów i dziwne opisy do bio :P U góry efekt kręconych włosów po rozplecionym warkoczu, czyli Shakira "Gypsy". To kolejne zdjęcie, gdzie występuję w piżamie.
W piątek przed wyjazdem udałam się jeszcze do Złotych Tarasów w poszukiwaniu butów. Nie znalazłam żadnych, na które byłoby mnie stać, ale wstąpiłam jeszcze do Vero Moda. Kilka tygodniu temu Ola wypatrzyła tam dla mnie spodnie za 45 zł. Nie miałam wtedy gotówki na nie, ale po tygodniu wybrałam się i przymierzyłam. Okazały się dobre i wygodne. Wyszłam jednak z niczym. Trzecie podejście do tematu okazało się strzałem w dziesiątkę. Spodnie obniżono do 25 zł. Są bardzo wygodne i wykonane z prawdziwego drelichu, więc są naprawdę solidne. Radość miałam niesamowitą z tego nabytku. Teraz trzeba oszczędzić na buty i znaleźć coś naprawdę fajnego :)
Pociągi zapewniają wyjątkowe atrakcje:

Koleje Śląskie, kontrola biletów.Starsza pani (slunska godka): co to jest, zeby w pociągu nie można było usiąść.Konduktor: widzi pani, ja też stoję. Japończycy też w godzinach szczytu stoją.Pani: jo je Ślonzok, nie Japończyk 
Właściwie nie wiem, co powiedzieć o naszym pierwszym koncercie w więzieniu, bo mieliśmy po tym mieszane odczucia. Z jednej strony był dla nas rodzajem próby generalnej, bo po drodze wyskoczyło dużo rzeczy, które nie chciały działać: brak kabla do punktówki, nieuszyte togi, nienagrane teksty, niesprawne mikrofony... Jednak więźniowie żywo reagowali i podobało się im to, co widzieli, ale czasami ich komentarze rozwalały najbardziej poważne momenty... Nasz młody narybek nie miał łatwo ;) ale wiemy już, co poprawić i na premierę w Białymstoku powinniśmy być ze wszystkim gotowi. MAMY KOMPLETNE OŚWIETLENIE NA KONCERTY :) 
Obejrzałam też dwa filmy podczas tego weekendu: "Jak ukraść milion dolarów" z Audrey Hepburn i "Igrzyska śmierci" z Jennifer Lawrence, z ubiegłego roku. Pierwszy był uroczą komedią z elementami kryminalnymi, a drugi sensacyjnym dramatem sci-fi, totalnie odmienne klimaty.
Ronia skończyła wczoraj 9 lat. Miała w sobotę wieczorem piżama party, nocowały u niej koleżanki i oglądały razem filmy :) 
Odpływam. Dobrej nocy.

środa, 8 maja 2013

Fifty fifty


Tata kończy dzisiaj 50 lat. Chyba nie było to dla niego zbyt radosne przeżycie, bo uparcie nie odbierał telefonu. Nie dałam się tak łatwo zbyć i przyjechałam do niego do biura z lodami pistacjowymi. Nie dał się skusić, bo niedawno chorował. Ale chwilę później do biura weszli pracownicy z tortem i prezentami i atmosfera momentalnie się odmieniła. Nie mógł dłużej się dołować. Zaczęły się wspomnienia, zwierzenia, smakowanie tortu... Było to miłe i totalnie szczere. 
Ja tego do końca nie rozumiem, ale może faktycznie człowiekowi jest smutno, kiedy sobie uświadamia, ile ma lat. Chociaż dla mnie jakieś metryki są zupełnie bez sensu. Człowiek ma tyle lat, na ile się czuje i/lub na ile wygląda (zwłaszcza, jeśli wygląda na mniej :P a dla dzieci rodzice zdają się być nieśmiertelni.
Dzisiaj zaczęły się upały. Może dlatego jestem taka zmęczona tym całym dniem.
W weekend mamy koncert w więzieniu...

wtorek, 7 maja 2013

Sezon na miętę



Uwielbiam maj. Razem z październikiem to moje ulubione miesiące w roku. Nareszcie jest ciepło. Tak ciepło, że nawet o 22 jak wychodziłyśmy z dziewczynami z basenu, to na zewnątrz zdawało się być cieplej. Zrobiłyśmy babskie spotkanie po majówce i chociaż było nas tylko pięć, to i tak miałyśmy dobry czas. Kiedy dotarłam do domu, okazało się, że na miejscu spadł deszcz, ale nawet po deszczu było ciepło.   
W niedzielę wybrałyśmy się z Dominiką do Reduty i dostałyśmy hopla na punkcie miętowego koloru. Wszędzie był: na sukienkach, butach, bluzkach, nawet lakierze do paznokci. Mam miętowy sweterek z Orsaya, ale jest już trochę za ciepło na niego. Poluję teraz na buty. Potrzebuję kupić nowe baleriny, bo te z zeszłego roku się już troche przetarły. Jeszcze nie umiem kupować butów, bo za rzadko to robię. Myślałam, że jak mam 5 par, to jest obłędnie dużo, ale Ania i Ewa wyprowadziły mnie dzisiaj z błędu :P zasada brzmi: butów powinno się mieć tyle, co torebek, żeby zawsze pasowały i się nie zdzieraly tak szybko, a najlepiej, żeby nie przekraczały 40 zł ;) 
Kreatywny Google dopomaga w znalezieniu wymarzonego modelu...
Prawda, że piękne?



Ale na co dzień wystarczyłyby mi te:

Albo te:

Jak przyjdzie wypłata, może się uda ;)

niedziela, 5 maja 2013

Niedzielne naleśniki z warzywami

Kontynuując temat naleśników, postanowiłam zrealizować pomysł, który dawno podpatrzyłam u znajomej i zrobić naleśniki z warzywami.




Przyrządzamy ciasto naleśnikowe jak w przepisie na naleśniki bez jajek, tylko zamiast cukru dodajemy więcej soli.
Farsz: smażymy ulubione warzywa na patelnię z przyprawami (sól, pieprz, zioła), na koniec dodajemy startego żółtego sera.
Naleśniki wypełniamy farszem i zawijamy jak na krokiety. Można obsmażać w bułce, ale nie jest to konieczne.
Pyszne danie obiadowe na każdą okazję.

piątek, 3 maja 2013

Poszukiwacze zaginionej skrzynki

Czy marzyliście w dzieciństwie o poszukiwaniu skarbów? Marzenia się spełniają, przynajmniej przekonuję się o tym od momentu, jak zostałam pathfindersem :) właśnie takim rodzajem poszukiwania skarbów jest geochaching. Szczegółowe informacje o geocachingu możecie przeczytać tutaj lub obejrzeć poniższy filmik. Żeby samemu się przyłączyć do poszukiwaczy i znajdować współrzędne skrytek, warto się zarejestrować na http://www.geocaching.com/ i szukać ciekawych skrytek w swojej okolicy. Uwaga, to wciąga! :)




Moja przygoda z geocachingiem zaczęła się bardzo spontanicznie z powodów następujących: już od dłuższego czasu planowaliśmy kadrowy survival w lesie, gdzie wolni od opieki nad dziećmi posiedzimy i natrzaskamy furę sprawności. Niestety nasze plany w ostatnim momencie spełzły na niczym z powodu deszczowej pogody, ale nie daliśmy całkiem za wygraną i wybraliśmy się na poszukiwanie skrytek geocaching w mieście, żeby zdobyć chociaż jedną sprawność. Z naszej kadry były nas tylko 4 osoby: Błażej, który już tę sprawność miał, Dominika, Marta i ja, ale jak się później okazało, był to optymalny skład. 
Po niedługim teoretycznym wstępie w harcówce z zapałem wyszliśmy na poszukiwanie skrzynek w okolicy Foksal. Do poszukiwania skrzynek przydatna jest aplikacja w telefonie, np. c:geo, gdzie można wpisać swoją lokalizację i znaleźć skrzynki znajdujące się w pobliżu. Najpierw udaliśmy się na ulicę Ordynacką, gdzie według wytycznych miał być micro-cache (najmniejszy typ skrzynki, chowany najczęściej w pojemniczku z magnesem, w którym znajduje się logbook, czyli zwinięty pasek papieru, na którym zapisuje się swoją obecność). Niestety, w tym miejscu sygnał GPS zaczął wariować, obszar okazał się być obstawiony rusztowaniami, a na dokładkę co chwilę zaczepiał nas pan, który chciał papierosa i nie mógł nas zapamiętać. Nieco rozczarowani naszą pierwszą skrytką poszliśmy dalej. 

Naszą pierwszą skrzynkę znalazła Dominika w Parku Kazimierzowskim. Była dosyć spora, bo w słoiku, gdzie oprócz logbooka znajdowały się fanty. Nie mieliśmy nic na wymianę, więc zostawiliśmy jedynie wpis.


Nikt z nas nie wiedział, jak może wyglądać micro-cache, który miał być ukryty w kolejnym miejscu, koło Pałacu Staszica (siedziba Polskiej Akademii Nauk). Ochroniarz z budynku patrzył na nas podejrzliwie, kiedy przeglądaliśmy każdy zakamarek muru. Metoda na obmacywanie przyniosła efekty. Nie wiem jakim cudem wypatrzyłam maluteńki cache, który nieomal zlał się z metalowym płotem, znajdując tym samym pierwszą w życiu skrzynkę :)


Zabawa wciągnęła nas niesamowicie. Przy okazji okazało się, że w ten sposób można zobaczyć nieodwiedzane zakamarki miasta. Tak znaleźliśmy budynek Prudentialu, w którym mieściła się siedziba towarzystwa ubezpieczeniowego czy Dom pod Orłami. Bardzo klimatyczne miejsca, niczym z filmów.


Kolejnym punktem był postój w KFC ;) a dalej ruszyliśmy śladami Prusa, znajdując dwuczęściowy multi-cache. Poćwiczyliśmy wpisywanie współrzędnych do GPS i skrzynka okazała się nie taka trudna. Czy wiedzieliście, że na ulicy Krakowskie Przedmieście znajdują się tablice pamiątkowe, które wspominają bohaterów "Lalki"?
Cache obok Wieszcza był chyba największym wyzwaniem: raz z powodu zagadki z współrzędnymi, a drugi z powodu lokalizacji. Obok miejsca ukrycia skrzynki kręciło się tego dnia wyjątkowo dużo policji, bo jakby nie było, dzisiaj 3 maja. Obmacywaliśmy cierpliwie kutą w liście barierkę, zastanawiając się, czy ktoś nie wpadł na szalony pomysł i nie ukrył cache'a za płotem :P tym razem skrzynkę znalazła Marta i aż krzyknęła z radości ;)
Idąc za tłumami i orkiestrą dotarliśmy na Plac Zamkowy, gdzie miała być ukryta kolejna skrzynka. Niestety tym razem się nam nie powiodło. Dodaliśmy skrzynkę do odwiedzenia w przyszłości.

Skrytkę niedaleko pomnika Nike odkrył Błażej. Było nam trochę szkoda, że niczego do tej pory nie znalazł, a w końcu już wcześniej trochę szukał, więc dałyśmy mu tę odrobinę radości. W tej skrytce były całkiem pokaźne fanty, a i my jeden dołożyliśmy, znaleziony koło Zamku.



Na ulicy Koziej okazało się, że ludzie znają fanatyków geocachingu i kolejną skrzynkę wskazała nam pani z psem. Ulica Kozia to bardzo ładna stara uliczka. Kiedyś z Olą robiłyśmy sobie w niej zdjęcia .

Ostatnią skrzynką, po przystanku na gofry i lody, była skrzynka w Ogrodzie Saskim, obok pomnika Marii Konopnickiej. Najładniejszy pojemniczek, z oficjalnym logo Geocaching i pełna skarbów. 

Po czterech godzinach łażenia nie pozostało nam nic innego, jak podsumować sprawność analizą zadanych wersetów biblijnych z Mat. 6, 19-21 i Jer. 29,13 no i udać się do domu. Dzień był naprawdę udany, pomimo deszczu. Od tej pory chyba nie będę umiała przejść ulicą bez szukania skrzynek ;) a w najbliższym czasie wybiorę się na poszukiwania w okolice domu ;)


czwartek, 2 maja 2013

He's Just Not That Into You



Dużo się uczy małe dziewczynki. Jak chłopak cię bije, to cię lubi. Sama nie przycinaj grzywki, a pewnego dnia poznasz wspaniałego faceta i będziecie żyli długo i szczęśliwie. Każdy obejrzany film, każda zasłyszana historia błaga nas, by na to czekać. Zwrot akcji w trzecim akcie. Nieoczekiwane wyznanie miłości. Wyjątek od reguły. 

Jest drugi maja, wpół do pierwszej. Właśnie skończyłam oglądać film "Kobiety pragną bardziej". Jest późno, ale nie chce mi się spać, bo zasnęłam w dzień. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale po obiedzie zabrałam się za pisanie pracy i mnie ścięło. Miałam zasnąć tylko na kwadrans, ale wyszły dwie godziny. Potem było jeszcze gorzej. No ale nie o tym chciałam mówić. Tak tylko tłumaczę, dlaczego jeszcze nie śpię. W końcu mam wolne, więc nie muszę wstawać rano, i tak zdążę ze wszystkim.
Kurczę, dał mi ten film do myślenia. Aż wyłączyłam czaty. Przecież to bez sensu czekać na jakieś wiadomości. Jak ktoś ma się odezwać, to i tak się odezwie, nawet jak będę offline. Jak komuś zależy, to po prostu zadzwoni, nie będzie cię spławiał. Jak się nie odzywa, to nie jest zainteresowany i tyle. To takie proste. Dlaczego więc my, kobiety, dorabiamy sobie ideologie z nieistniejących przesłanek? Czemu żyjemy na krawędzi i czekamy na jakieś "iskrzenie"? Przecież to idiotyczne.
Takie życiowe refleksje snuję ostatnio pomiędzy pieczeniem a pisaniem licencjata. Ostatnio zaczęłam nawet żałować pewnych rzeczy i myśleć, co by było, gdybym mogła znaleźć się w tamtym czasie i zmienić bieg wydarzeń. Ale jak wynika z filmu "Efekt motyla", który czeka na obejrzenie, poruszysz jedną rzecz, a konsekwencje zmian są nieodwracalne. Nie potrafimy układać tych klocków, żeby nie zawalić przy tym pozostałych. Więc nie mamy wyboru, musimy żyć z konsekwencjami swoich decyzji, choćby były nie wiem jak głupie i wierzyć, że w tym skomplikowanym przez nas samych świecie jest jakiś sens.

Czasem tak pochłania nas szukanie szczęścia, że nie uczymy się odczytywać sygnałów. Jak odróżnić zainteresowanych i nie? Wiernych i tych, którzy odejdą? Może w szczęśliwym zakończeniu nie ma wspaniałego faceta. Może chodzi... o ciebie. Sama zbierasz wszystko do kupy i zaczynasz od początku. Wyzwalasz siebie dla lepszej przyszłości. Może szczęśliwe zakończenie to po prostu... ułożenie sobie życia. A może szczęśliwym zakończeniem jest to, że choć nie oddzwaniali, łamali ci serce, zaliczyłaś tyle gaf, źle odczytanych sygnałów, tyle się ośmieszałaś i cierpiałaś, to nigdy nie straciłaś nadziei?

środa, 1 maja 2013

Karobowy keks wegański

 
Jest: dawno wyczekiwane CIASTO :) zrobiłam wszystko zgodnie z przepisem na ciasto karobowe. Troszkę się przypaliło u góry, bo niefortunnie włączyłam termoobieg, ale w środku idealne :) przypomina nieco brownie, bo jest czarne jak święta ziemia. Jakby wam tu lepiej opisać, żebyście poczuli: orzechy chrupią jak trzeba, wszystko ładnie pachnie i smakuje :) moi sąsiedzi, którzy użyczyli piekarnika i miksera zgodnie uznali, że jest pyszne i że powinnam rozwijać swoją nową pasję, a oni pomogą mi te wytwory degustować ;P



Może to wydaje się dziwne, że się chwalę ciastem, ale u mnie w domu robiło się zazwyczaj tylko ciasta drożdżowe z owocami, a wszelkie ciasta na proszku były niepraktykowane, bo też nikt nie znał dobrego przepisu. Ja sama wykręcałam się od takich prac jak tylko mogłam. Ale czasem coś mi wjedzie na ambicję. No i udało się, pokonałam swoje uprzedzenia i udowodniłam samej sobie, że jednak potrafię robić ciasta. Muszę tylko potrenować z procesem pieczenia. Te piekarniki to nieokiełznane maszyny.
A z okazji Święta Pracy przesyłam jakże optymistyczną piosenkę. Niech te kolejne miesiące będą łatwiejsze do wstawania :)
 

Śniadanie mistrzów

Kochani, zaczęła się majówka! Jaka u was pogoda? Jakie macie plany? U mnie dzisiaj pochmurno, ale ja od rana cieszę się wolnym dniem :) Ula pojechała z ekipą w góry, ja też za dwa dni wyjeżdżam do lasu, więc najbliższy czas trzeba wykorzystać na zrobienie czegoś pożytecznego :) 
Obiecałam sobie, że będę gotować. Proszę, przed państwem śniadanie mistrzów.


 Usmażyłam naleśniki bez jajek , zrobiłam do tego smażone jabłka z cynamonem i ukręciłam czekoladę z daktyli. Wprawdzie moich naleśników nie podałabym na oficjalnym przyjęciu (to moje początki uczenia się sztuki smażenia naleśników), ale mi bardzo smakowały :) nie mam jeszcze wprawy, jeśli chodzi o konsystencję ciasta. Moje wyszło najpierw za rzadkie, potem za gęste, a potem zrobiło się go pół miski :P a naleśniki i tak wyszły za grube. Do tego musi być chyba specjalna płaska patelnia, żeby ciasto się równo rozlało i żeby były idealnie płaskie i wysmażone. U mnie wyszły tak, jak widać powyżej :P
Za to krem czekoladowy z daktyli jest mistrzowski. Bez grama cukru rafinowanego, jedynie słodycz daktyli. Chyba też wyszedł mi trochę za rzadki, bo nie mam jeszcze właściwych proporcji do mleka, ale najlepiej trzymać go w lodówce i wyciągać tuż przed posiłkiem, wtedy będzie miał idealną konsystencję.

A po południu upiekę ciasto :) mam już przygotowane składniki, tylko czekam na piekarnik :)