niedziela, 28 sierpnia 2016

Urodzinowo w Wojkówce. Zjazd rodzinny


Okrągłe rocznice to okazja do zjazdu rodzinnego. W tym roku wypadły 80. urodziny babci. Rodzina z Krakowa zjechała do naszej Wojkówki i zrobiliśmy sobie przyjęcie w ogrodzie :) 









I na koniec zdjęcie rodzinne... W drogę do Warszawy i dalej...

sobota, 27 sierpnia 2016

Pożegnanie lata. 55. urodziny mamy

Udało się nam zjechać całą rodziną do Wojkówki w ostatni weekend sierpnia. Tak wypadło, że w sobotę były urodziny mamy. W naszym domu nie obchodzi się hucznie urodzin, więc nie celebrowaliśmy tego dnia. Wręczyliśmy praktyczny prezent od rodzeństwa - nowy telefon - już w piątek po przyjeździe, a sobota była czasem integracji. 
Poranne nabożeństwo zrobiliśmy w świątyni dumania - zadrzewionym zakątku ogrodu. Pomimo upału w tym miejscu było przyjemnie chłodno. 


Filip wpadł na pomysł, żeby się wybrać na wycieczkę do Zaborowa. Chciał pokazać Darii miejsca z dzieciństwa. Artem też nigdy nie był w Zaborowie. Pojechaliśmy pod miejsce, gdzie kiedyś stał nasz garaż i wspięliśmy się pod górę aż do naszego dawnego domu. Kiedy już lekko się zasapaliśmy po tym 15-minutowym spacerze pod górę, przypomnieliśmy sobie czasy, jak wspinaliśmy się tam codziennie, z zakupami, meblami i plecakami. Najlepsze cardio na świecie.


Odwiedziliśmy też naszych dawnych sąsiadów i sympatycznie pogawędziliśmy. Dobrze wiedzieć, że żyją spokojnie, rozbudowują dom i powiększa się im rodzina.


Popatrzyliśmy też z góry na jeden z najlepszych widoków, który towarzyszył nam z okna przez 14 lat. Będzie mi tego zawsze brakować.


Krążąc nieco po polach i lasach zeszliśmy w dół ścieżką wzdłuż strumyka. Bardzo chciałam się tamtędy przejść. W dzieciństwie była to moja ulubiona droga ze szkoły.


W drodze powrotnej do domu zboczyliśmy na chwilę do Stępiny, gdzie znajduje się największy na świecie schron kolejowy z czasów II wojny światowej. Zwiedzałam go dawno temu na szkolnej wycieczce. Od tamtego czasu w środku zamontowano tablice informacyjne ze zdjęciami i nieco wojskowego sprzętu, schron stał się więc unikatowym muzeum.



 Obiad czy kolacja? Trudno rozstrzygnąć, najważniejsze, że na powietrzu lepiej smakuje :)


 "A co to się tam w parku wyłania? Balon!" Tak Filip wypatrzył ponad drzewami największą atrakcję festynu w Wojkówce. Kiedy tam poszliśmy, okazało się, że jest darmowa. Można było wsiąść do gondoli i wznieść się na jakieś 20 m w górę. Nikt z nas dotychczas nie leciał balonem, więc nawet takie niewielkie wznoszenie było niesamowitą atrakcją :) 




Festyn na pożegnanie lata trwał do późna w nocy, a muzykę słychać było aż u nas w domu (niestety).
Szkoda, że weekend trwa tak krótko...
_____________________
Więcej zdjęć na https://goo.gl/photos/FcWfafKAC7YVnCPk8

niedziela, 21 sierpnia 2016

Bez czego nie wyobrażam sobie domowej kuchni?



Ostatnio narzekałam na brak czasu na różne podstawowe czynności, jak trening, upieczenie ciasta, ugotowanie czegoś bardziej złożonego, niż makaron i sałatka... Wreszcie czas się znalazł na wszystko. Niedziela bez wyjazdów i innych zajęć to czas na gotowanie i pieczenie na zapas, zwłaszcza taka deszczowa, jak dzisiaj. Zrobiłam sobie listę przepisów, które chciałam wypróbować i spędziłam cały dzień w kuchni, a jeszcze udało mi się rano poćwiczyć i nawet zdrzemnąć w środku dnia :) 
I chociaż obecnie gotuję tylko dla siebie, to ciągle w myślach sobie powtarzam, że nabieram wprawy do gotowania dla własnej, przyszłej rodziny, więc nie ma co iść na łatwiznę. Oto kilka potraw, bez których nie wyobrażam sobie domowego jedzenia.

1. Chleb

Wspominałam już, że chleb pieczony w domu to inna jakość życia i pełna niezależność. Nie wyobrażam sobie domu bez zapachu chleba :) jest mnóstwo przepisów na chleb, ja od jakiegoś czasu piekę chleb na zakwasie. Moja siostra piecze dobre bułeczki drożdżowe z ciemnej mąki. Próbowałam, smaczne :) 

2. Pasta do chleba

Dla wegetarian pasty do chleba są źródłem białka i w naszym domu robiliśmy różne pasty: z soi, ze słonecznika, z soczewicy... Każda z nich jest smaczna i warto urozmaicać dietę różnymi smakami. Ja od wyprawy do Izraela zasmakowałam w hummusie i i robię go regularnie. Dla zmiany smaku kupuję pasty w Biedronce: z oliwek, z suszonych pomidorów i jajeczną. 

3. Warzywa na parze

W sezonie letnim najlepiej smakują warzywa ugotowane i podane z najprostszą surówką. Uwielbiam bób, fasolkę szparagową, kukurydzę, a najlepiej smakują ugotowane na parze, bo zachowują cały smak i składniki odżywcze. Po wyprowadzeniu się z domu na studia brakowało mi garnków, na których gotowaliśmy warzywa w parze. Rok temu kupiłam sobie parowar i to był strzał w dziesiątkę! Ziemniaki, kalafior i inne warzywa nareszcie zaczęły smakować, jak w domu. Nie wyobrażam sobie lata bez fasolki ugotowanej na parze!

4. Domowe ciasto

Ciasto drożdżowe z owocami i kruszonką - takie ciasto smakuje mi najbardziej, niezależnie od rodzaju owoców. Kiedy pojawiało się ciasto ze śliwkami, bez skrupułów potrafiłam zjeść pół blachy. Postanowiłam jednak nauczyć się piec różne rodzaje ciast, takie na proszku też i dzisiaj upiekłam murzynka z przepisu z Moje Wypieki. Robię go już drugi raz i tym razem wyszedł jeszcze lepszy, niż ostatnio :) pachnie i smakuje piernikowo, a jednocześnie ma czekoladowy smak. Starczy mi na długo :P 

5. Przetwory w słoikach

Dla wieloosobowej rodziny to główne źródło pożywienia w zimie i warto robić takie zapasy. Ja jednak dla mnie samej nie mam motywacji do pakowania do słoików kupnych owoców i warzyw, które są wątpliwej jakości i nie wiadomo, jak się przechowają. Zatęskniłam jednak jakiś czas temu za kapustą kiszoną po koreańsku w słoju na oknie i zrobiłam sobie, a teraz wstawiłam ogórki małosolne z tego przepisu. Ola go przetestowała i poleciła mi odciąć końce ogórków tak, jak na zdjęciu, bo wtedy są zbite i nie robią się w nich przestrzenie powietrzne. 

6. Eksperymenty w kuchni

Nie można ciągle jeść to samo i natrafiam czasem na ciekawy przepis, który chcę wypróbować. Dużo słyszałam o nasionach chia i wreszcie je kupiłam. Są bardzo odżywcze i mają właściwości żelujące, więc można z nich zrobić desery. Wstawiłam czekoladowy pudding i jutro sprawdzę, czy zastygł, jak trzeba, a także jaki ma smak. 
Eksperymenty nie zawsze mi wychodzą. Innym przepisem, który narobił mi ogromnego smaka był wegański mus czekoladowy. Zdobyłam wodę z cieciorki po gotowaniu jej na hummus, ale niestety nie chciała się dobrze ubijać i nie wiem teraz, czy to przez sodę dodaną do gotowania, czy przez dolanie większej ilości pod koniec, a może mój mikser był już wykończony po dniu pracy? Widziałam jednak cieciorkę w słoikach w Biedronce i spróbuję użyć takiej wody, może będzie się lepiej ubijać. 

I tak właśnie weszłam w dobry początek nowego tygodnia :) 

sobota, 20 sierpnia 2016

Wieczór panieński na Starym Mieście


Weekendy w Warszawie nie są nudne :) po sobotnim nabożeństwie i obiedzie popołudnia  spędzamy ze znajomymi z kościoła w parku, robimy pikniki, czytamy wspólnie religijne książki, potem wieczorem też gdzieś idziemy. Dzisiaj spontanicznie zostałam zaproszona na wieczór panieński Kasi :)





Najpierw zrobiłyśmy sobie spacer po Starym Mieście, masę zdjęć, póki było światło dzienne, a po zachodzie poszłyśmy do Telimeny, kawiarni na Krakowskim Przedmieściu.

Kamienica Kestnerów w Warszawie – kamienica znajdująca się na Krakowskim Przedmieściu 27.
W 1659 roku plac, na którym znajduje się obecna kamienica należał do Wojciecha Buby, a w 1669 roku do rodziny Stankiewiczów. W 1700 roku znajdowała się tam kamienica cyrulika Jędrzeja Lassocińskiego. W 1770 roku jej właścicielem był Hankaj, a w 1790 roku Józef Borkowski. Obecna kamienica zbudowana została w latach 1836-1840 według projektu Józefa Lessela dla rękawicznika Kestnera. W XIX wieku mieściła się w niej cukiernia prowadzona przez Laurentego Tosiego. W lokalu odbywały się wystawy i koncerty, działał tam również handel alkoholami Złoty Róg. W 1944 roku kamienica została spalona, a po wojnie rozebrana do fundamentów. W 1949 roku odbudowano ją odwołując się do dawnego wyglądu kamienicy, według projektów Zygmunta Stępińskiego i Mieczysława Kuźmy. Obecnie mieści się tu kawiarnia Telimena, włączona do sieci Green Caffee Nero.
Reszta wieczoru upłynęła na smacznym poczęstunku (mają tam pyszne warzywne tarty), zabawach i opowiadaniu historii :) bo wieczór panieński to ma być relaks dla zestresowanej panny młodej, a nie impreza do nieprzytomności. Wszystkiego najlepszego, Kasiu :)

niedziela, 14 sierpnia 2016

Berlin nieznany. Teufelsberg




Jak dobrze spać do oporu :) Dzisiaj jestem już rześka i pełna energii. Ola odpoczęła po wczorajszym wysiłku i też jest gotowa do kolejnej wyprawy. Od mojego przyjazdu odzyskała siły i zaczęła wychodzić. To dobry znak. Nie spieszymy się nigdzie, mamy spokojny poranek, zajęty powolnymi sprawami. 
Ponieważ w Berlinie obejrzałam już prawie wszystko, decydujemy się na wyprawę na Teufelsberg. Można tam dotrzeć:
S-Bahn  S3, S5, S75 Heerstr.; S3, S5, S75 Olympiastadion
Autobus  218, M49, X34, X49, 349
Diabelska Góra, czyli Teufelsberg jest najwyższym sztucznym wzniesieniem w Berlinie. Jest jedną z wielu gór powstałych na ruinach budynków z okresu II wojny światowej. Tego typu wzniesienia nazywane są Schuttberg i znajdują się w każdej większej niemieckiej metropolii. Teufelsberg leży na północy lasu Grunewald i mierzy 80 m wysokości.
Historia wzniesienia jest dosyć tajemnicza. Za czasów podziału Berlina, amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) wybudowała tam olbrzymią bazę, która była ponoć wielkim szpiegowskim centrum. Po unifikacji Niemiec, teren ten został wykupiony przez prywatnych inwestorów, którzy chcieli wybudować tam liczne hotele i stworzyć muzeum szpiegostwa. Jednak ten projekt upadł, a zabudowania znajdujące się na szczycie uległy dewastacji.

 Mamy fantastyczną pogodę. Przed moim przyjazdem w Berlinie było deszczowo i zimno, a teraz idziemy w krótkim rękawie. Od stacji S-Bahna jest jeszcze kawałek do przejścia. Dochodzimy do góry i zaczynamy podchodzić krętymi ścieżkami. Podejście jest raczej łagodne, na spokojny spacer.


Dochodzimy do szczytu i bramy wejściowej. Nie nastawiałam się na coś takiego, co właśnie zobaczyłam, myślałam, że będzie tam jakieś muzeum, coś bardziej utrzymanego, a zobaczyłam to... Wstęp okazuje się tańszy, niż sprawdzałyśmy na stronie: 7 euro za indywidualne zwiedzanie, 15 euro to cena z przewodnikiem. Wydaje mi się jednak, że wałęsanie się na własną rękę przynosi ciekawsze odkrycia, przynajmniej dla nas :)


Po kilku krokach zaczynamy rozumieć, że jesteśmy w najbardziej hipsterskim, alternatywnym miejscu, w jakim kiedykolwiek byłyśmy. Wszystko tam leżące w chaosie jest jednocześnie artystyczną instalacją. Trudno powiedzieć, co jest przypadkowym bałaganem, a co zamierzonym. 





Na każdej dostępnej ścianie są wymalowane graffiti, wiele z nich jest niemal realistycznymi obrazami. Przechodząc kilkakrotnie obok tej samej ściany za każdym razem dostrzegałam inne szczegóły. 





Wspinałyśmy się po schodach na szczyt wieży. Niektóre fragmenty były zupełnie ciemne i to nieco przerażało. Jednak z tarasu widokowego rozciągał się widok, który nagradzał wszystko.



Na samym szczycie, pod kopułą zachowaną w całości przeżyłyśmy dziwne zjawisko: ogromny pogłos i echo, które zwielokrotniało nawet najcichsze dźwięki. Sprawiało to, że zmysły zaczynały wariować. 


Podobny efekt akustyczny, ale bardziej klarowny był w mniejszych kopułach na dole. Jakiś pan stanął na środku i zaczął śpiewać klasyczne arie. Niedługo potem też nie wytrzymałam :) 


Były też fajne kolorowe ściany, w sam raz do sesji zdjęciowych...






Wychodząc zagadnęła nas dziewczyna, czy warto wejść. Dla nas było to ciekawe, ale byłyśmy już mocno zmachane i nie wyglądałyśmy na osoby zadowolone z wejścia ;P 

Ten mural widziałyśmy niedaleko instalacji upamiętniającej Mur Berliński na Bernauer Strasse.

Reszta wieczoru minęła nam na poszukiwaniu wietnamskiej restauracji wegetariańskiej w Berlin Mitte, w której Ola była kiedyś ze znajomymi. Niestety nie udało się jej namierzyć. Kulinarny weekend w Berlinie muszę sobie zaplanować kiedy indziej :)

_________________________
Więcej zdjęć na https://goo.gl/photos/jn8es322ZetXSNhf6

Inne ciekawe wpisy o Teufelsberg:
http://radiacja.blogspot.com/2013/01/berlin-teufelsberg.html
http://poznaj-berlin.info/miejsca/teufelsberg-diabelska-góra/
http://makulscy.com/zwiedzanie-teufelsberg/

sobota, 13 sierpnia 2016

Juuten Tach, Berlin!

Piątek, 12 sierpnia
Thank God, it's weekend :)

Jadę do Berlina. Mam długi weekend, co będę siedzieć w Warszawie. Wracam w piątek po pracy do domu, pakuję się, spotykam się z moimi sąsiadami na rozpoczęcie sabatu, rozmawiamy, aż oni muszą już iść spać, a ja zbieram się do wyjścia. Mój autokar wyjeżdża o 23.30. W praktyce okazuje się, że to tak oblegana pora, iż do Niemiec jadą aż trzy autokary, a nasz rusza grubo po północy. Zapowiada się noc bez snu, bo jak żyję, nie umiem spać w autobusie. Zamykam jednak oczy, przykrywam się szalem i usiłuję zasnąć. 

Sobota, 13 sierpnia
Juuten Tach, Berlin!*



Dojeżdżam do znajomego już dworca ZOB i kieruję się bez wahania na stację S-Bahna Messe Nord. Do Birkenwerder jadę z przesiadką na Gesundbrunnen do innej linii. Na stacji czeka Artem i idziemy razem do domu. Po drodze usiłuje mnie namówić na wybranie się na nabożeństwo w zborze internacjonalnym, które jest o 11. Jestem tak nieprzytomna, że się zgadzam na wszystko, co mi potem Ola proponuje. Kładę się i próbuję zasnąć chociaż na godzinkę. Prawie odlatuję, ale słyszę jakieś gitarowe dźwięki, więc wstaję zrezygnowana i widzę, że za drzwiami mała AnnaSophia brzdąka na ukulele. Nie warto teraz spać, zdrzemnę się po południu. Zbieramy się do wyjścia, ja z Olą S-Bahnem, Artem rowerem. Ola zabiera ze sobą cały arsenał niezbędnych rzeczy, łącznie z jedzeniem na obiad i ruszamy praktycznie tą samą trasą, którą właśnie przejechałam - kościół jest przy Westend. Gadamy całą drogę, a właściwie Ola mówi, a ja walczę ze snem, zadając pytania. Tuż przy kościele jakiś rowerzysta na nas dzwoni i okazuje się, że to Artem. Zajęło mu to z ponad półtorej godziny i jest nieźle zmachany, ale zadowolony. 
W kościele na Schloßstrasse nabożeństwa odbywają się w dwóch salach: dużej sali głównej i mniejszej na dole. O godzinie 10 na dole zaczyna grupa polska. O 11 w dużej sali jest nabożeństwo internacjonalne po angielsku. O 13 na dole ma grupa portugalskojęzyczna, a jakoś godzinę później u góry większa grupa hiszpańskojęzyczna. Wiem, że jest jeszcze kościół rosyjskojęzyczny, ale nie wiem, w którym miejscu. 
Nabożeństwo jest tradycyjne, ale radosne, pełne pieśni i powitań "Happy sabbath". Panuje bardzo rodzinna, życzliwa atmosfera. W zborze dominują ludzie z Afryki. Są ubrani w kolorowe tradycyjne stroje. Wszyscy wyglądają odświętnie. Punkty programu są wyświetlane na ekranie lub zapowiadane pieśniami. Bierzemy udział w lekcji szkoły sobotniej, słuchamy kazania, moje skupienie jednak powoli się kończy. Decydujemy wrócić na obiad do domu, chociaż mają tam poczęstunek, żeby zaraz później móc się zdrzemnąć. Obiad jest tak dobry, że nie trzeba mi wiele, żeby zasnąć. Tym razem nie przeszkadza mi żadne ukulele. Łapię jakieś 3 godziny spania.


Jest już osiemnasta i na dalekie wyprawy nie mamy chęci, ale wybieramy się na spacer do lasu. Koło Birkenwerder jest bardzo ładny las, można po nim godzinami wędrować przejrzystymi ścieżkami albo jeździć na rowerze. Rosną w nim jagody, których Niemcy nie zbierają, ale my tak. Jemy, aż mamy umazane ręce i twarze. 




Wędrujemy sobie, gawędząc o tym i owym, napotykamy tablice przyrodnicze o nietoperzach i kolejne jagodowe polany oraz zarośla jeżyn. 




Na koniec wyprawy dochodzimy już do budynków i Ola z Artemem pokazują mi ich wymarzony dom. W ogóle w okolicy jest dużo ładnych domów. Gdybym miała wybrać jeden, w którym chciałabym zamieszkać, trudno byłoby się zdecydować.
Wieczorem Ola zabiera się za konfigurację nowego telefonu, co pochłania nam wieczór do końca. Wstawiamy jeszcze polski żurek z torebki, który przywiozłam Oli z Polski (oj, dużo naszego dobrego jedzenia w tych Niemczech nie mają). Wyszukałam żurek z Kucharka, który jest bez tłuszczu wieprzowego. Nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, dopóki Ola nie poprosiła mnie, żebym jej taki poszukała. Żurek jest pyszny, pachnie mocno wędzonką. Wcinamy zapamiętale, może oprócz Artema, który nie lubi kwaśnych smaków. Dla nas to ulubione smaki dzieciństwa. 


Dzień był długi, ale spokojny. Taka dobra, rodzinna sobota.
__________________________________
*Juuten Tach - Guten Tag w gwarze berlińskiej.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Mapa Polski z klocków Lego!


Co ciekawego można znaleźć w galerii handlowej oprócz masy niepotrzebnych i drogich rzeczy, na które wydaje się ostatnie pieniądze? A oto taką niezwykłą wystawę, zupełnie za darmo. w Galerii Mokotów w sierpniu można stworzyć przestrzenną mapę Polski z klocków Lego. Do tworzenia zapraszani jesteśmy w weekendy. Zobaczcie, jak to niesamowicie wygląda :) 


Warszawa i Toruń

Kraków - Wawel

Zapora w Solinie :) podkarpackie akcenty :)

Polska północna

Stocznia w Szczecinie

Latarnia morska w Kołobrzegu

Pałac Kultury w stolicy

Poza mapą, w osobnej gablocie - Biskupin

Zamek Królewski

I znowu Pałac Kultury

Piękna nasza Polska cała :)