poniedziałek, 30 września 2013

Najlepszego z okazji 30.!



Männer
Herbert Groenemeyer

Mężczyźni biorą w ramiona
Mężczyźni dają bezpieczeństwo
Mężczyźni płaczą potajemnie
Mężczyźni potrzebują dużo czułości
Och, mężczyźni są tak wrazliwi
Mężczyźni są po prostu na tym świecie niezastąpieni

Mężczyźni kupują kobiety
Mężczyźni są stale pod presja
Mężczyźni harują jak szaleni
Mężczyźni kłamią przez telefon
Och, mężczyźni są zawsze gotowi
Mężczyźni urzekają swoimi pieniędzmi i nonszalancją

Mężczyznom jest ciężej,lecz traktują to lekko
Zewnętrznie twardzi i bardzo miękcy w środku
jako dziecko sa oni juz przygotowywani na role mężczyzny
Kiedy mężczyzna jest tak naprawde mężczyzną? 


Mężczyźni mają mięśnie
Mężczyźni są strasznie silni
Mężczyzna potrafią wszystko
Mężczyźni dostają zawału (ataku serca)
Och, mężczyźni są samotnymi wojownikami
Muszą pokonac każda przeszkode, muszą zawsze dalej.

Mężczyznom jest ciężej, lecz traktują to lekko
Zewnętrznie twardzi i bardzo miękcy w środku
jako dziecko sa oni juz przygotowywani na role mezczyzny
Kiedy mężczyzna jest tak naprawde mężczyzną? 


Mężczyźni prowadzą wojny
Mężczyźni są już jako dzieci pijani
Mężczyźni palą fajki
Mężczyźni są strasznie sprytni
Mężczyźni budują rakiety
Mężczyźni zrobią wszystko dokładnie. 

Och Kiedy mężczyzna jest naprawdę mężczyzną?

Mężczyźni nie rodza dzieci
Mężczyźnom wypadaja wlosy
Mężczyźni są także ludźmi
Mężczyźni są nieco dziwaczni
Och mężczyźni są tak podatni
Mężczyźni w tym świecie są po prostu niezastąpieni

Mężczyznom jest ciężej, lecz traktują to lekko
Zewnętrznie twardzi i bardzo miękcy w środku
jako dziecko sa oni juz przygotowywani na role mezczyzny
Kiedy mężczyzna jest tak naprawde mężczyzną?



***

Piosenka poznana na studiach, ale trafna dzisiaj z okazji 30. Niektórzy się obruszają, że dzień nazywa się Dniem Chłopaka, bo przecież czyż nie są już mężczyznami? :P (Areczek). Jak zwał, tak zwał, w każdym razie trzeba coś im życzyć ;) więc życzę.

Drodzy panowie, chłopaki, mężczyźni! 
Pomimo tego, że czasami wydajecie się być z innej planety, trudno was nie lubić za niespożytą radość życia, którą w sobie posiadacie. Życzę wam tej radości, siły i wrażliwości na krzywdę, a także na piękno, które nie jest wam obce. Bądźcie dzielni, świat was potrzebuje :)  
Najlepszego z okazji 30.! 
Kika

niedziela, 29 września 2013

The multilingual wedding day 2 :)




Drugi, no dobra, może czwarty ślub, na którym byłam, ale na pewno drugie wesele. Spontaniczne zaproszenie we środę od Dawida Poloka, żebym śpiewała na ślubie, a potem została na weselu. Nie czułam się na siłach kompletnie, mając trzeszczące gardło, ale postanowiłam zrobić, co w mojej mocy. Napisałam do Rozuma, czy nie ma jakiejś piosenki na ślub i podesłał mi taką.



Spodobała mi się od razu, tym bardziej, że Rozum miał nagrany podkład do niej i wspaniałomyślnie się nim podzielił, dzięki czemu była chociaż jedna pieśń po polsku ;) Na ślubie była wielka rodzina z Czech, którzy też zaśpiewali dwie pieśni. Nie znałam pierwszej, a druga była z bajki "Zaplątani" ;)



Wesele było w restauracji Villa Foksal, naprzeciwko domu modlitwy, siedziałam sobie przy stoliku z Mateuszem i Alanem i w oczekiwaniu na obiad (a był to dłuuugi czas :P) rozmawialiśmy o najbardziej kontrowersyjnych tematach kościelnych :P Co chwila ktoś znajomy się dosiadał, żeby nam nie było smutno samym ;) I znowu, jak na ślubie Michała Jankowskiego trzy lata temu, rozmowy toczyły się w wielu językach: polskim, czeskim, a właściwie także w gwarze śląsko-cieszyńskiej, angielskim, niemieckim, a i ukraiński by też się znalazł ;) 
Fajnie było się wyszykować i wyglądać jak księżniczka :)

czwartek, 26 września 2013

Arbeit macht krank.

Jesień na Rakowie.

Nie pisałam kilka dni, praca wre na dobre. Wróciłam po weekendzie zmęczona i niedospana, co niestety odbiło się na moim zdrowiu. Wczoraj obudziłam się z chrypką, bolały mnie wszystkie mięśnie, ale pojechałam do pracy, bo ostatecznie nie jestem umierająca. Szef kazał mi dzisiaj nie przychodzić, tylko w piątek na 2 godziny, bo machnęłam bieżące rzeczy i nie było nic do roboty. Dzisiaj przesiedziałam sobie radośnie w domu, wychodząc tylko na jedne zajęcia, wybrałam sukienkę i piosenkę na niedzielny ślub i zabrałam się za kompletowanie listy utworów, które kiedykolwiek wykonywałam. 
Jak dobrze było posiedzieć w domu. Już mi tego brakowało. Ostatnio wychodzę rano, wracam wieczorem i idę spać. Takie życie. Większość ludzi tak ma, tylko ja się obijałam :P


niedziela, 22 września 2013

Smaki podróżowania.

Garść wrażeń z weekendu w Katowicach.

Subway.

Znane i lubiane miejsce z kanapkami, które w ten weekend odwiedziłam po raz pierwszy. Czekałyśmy z Olą na pociąg w Katowicach i pojawiła się okazja, żeby coś zjeść. Nie mam niestety wielkiego wyboru, będąc wegetarianką, ale podwójna kanapka Veggie Patty jest sycąca wystarczająco.


Bilet podróżnika.

Po dłuższym okresie podróżowania Polskim Busem odnowiłam relacje z PKP, ponieważ wprowadzili ciekawą ofertę o nazwie Bilet Podróżnika. Kosztuje 74 zł, obowiązuje w pociągach TLK w weekendy od 19 do 6 rano w poniedziałek. Można jeździć po całej Polsce do woli, kupując jedynie bezpłatne miejscówki. Przy okazji przypomniałam sobie jakich ciekawych ludzi można spotkać w pociągu: wykładowca architektury i absolwentka rozmawiają o pracy, on zagaduje ją zupełnie; podchmielony Ślązak, który wraca z pogrzebu matki do pracy w Mińsku na Białorusi i który rozstał się z kobietą, a ona ciągle do niego wydzwania; młody chłopak w mundurze Skauta Europy, czytający książkę na korytarzu.

Claudia.

Kiedy kupuję gazetę do pociągu, zazwyczaj jest to Newsweek lub Focus naukowy, Ola kupuje Claudię. Przeczytałam sobie po Newsweeku i okazało się, że nie taka zła ta gazeta, można znaleźć tam całkiem ciekawe psychologiczne artykuły i praktyczne porady.

Czuję zmęczenie po dwóch dniach śpiewania, ale był też czas na takie ciekawe rozmyślania, dlaczego to robię. A za tygodnie koncert w Łodzi.

piątek, 20 września 2013

Każdy dzień ciągnie się jak makaron.


No to mamy weekend. Pierwszy dzień ze słońcem od dwóch tygodni. Czas najwyższy, bo zaczynałam popadać w depresję. Wczoraj wieczorem byłam tak rozbita kilkoma niemiłymi sytuacjami, że poryczałam się rzewnie przed zaśnięciem i zaczęłam pisać do Rozuma, jak mi smutno i źle samej i że miał rację, że to wszystko przez brak chłopa. Oczywiście, że było to naciągane, bo to nie bezpośrednio przez to i miało tylko sprowokować dyskusję. Ale faktem było, że brakowało mi strasznie kogoś, z kim mogłam się podzielić tymi radosnymi i przykrymi rzeczami. Odpisał, chociaż było już późno i o tej porze zwykle śpi. Jak zawsze trochę się powymądrzał, ale wysłuchał i zapytał życzliwie, co się wydarzyło. Nie była to typowa rozmowa, raczej kilka wymienionych wiadomości, ale odebrałam z nich pozytywne przesłanie, że nadal jest moim przyjacielem, który mnie rozumie pomimo tego, jak nieskładnie mówię i się czuję i jest gotowy mnie wysłuchać. Bardzo mnie to podniosło na duchu. Dobrze jest to wiedzieć, chociaż nie mamy już takiego kontaktu, jak dawniej. Czasami brakuje mi rozmów z nim, nawet tego jego docinania i kontrolowania. Jak pomyślę o wszystkich głupich rzeczach, które razem robiliśmy, a do których mnie namówił, przegadanych godzinach w najdziwniejszych miejscach, obejrzanych filmach, słuchanej muzyce, nawet bezsensownych dyskusjach o wszystkim i o niczym, to dochodzę do ponurego wniosku, że nikt nie jest w stanie tego powtórzyć. Areczek, Tygrys i inne zaprzyjaźnione osoby to fajni koledzy i można z nimi szczerze pogadać, ale wypełniają jedynie jakiś fragment życia, nie są jego integralną częścią. Rozum też nie był nią tak w pełni, chociaż mocno się w niej zakotwiczył. 
Dzisiaj wyjazd do Katowic, na próbę All4Him. Oby weekend nie był zbyt intensywny, bo w poniedziałek zasnę w pracy. Dzisiaj zrealizowałam jedno z moich ukrytych marzeń: wysyłałam wezwania do zapłaty :P na szczęście nie w swoim imieniu, więc nikt nie powinien mnie ścigać :P

czwartek, 19 września 2013

Buchhaltung und Administration.


Wiadomość z dzisiaj: mam nową pracę :)
Nie opowiadałam o tym zbyt wielu osobom, tylko kilku, bo nie wiedziałam, czy cokolwiek z tego wyniknie, ale dzisiaj mogę napisać, jak jest, bo mam Dienstvertrag, czyli umowę zlecenie na czas nieokreślony w niemieckiej firmie Fair Care z siedzibą w Polsce :)
Wysyłałam jakieś 2 tygodnie temu, jak byłam jeszcze w domu w Wojkówce, cv do różnych firm, bo w zasadzie szukam cały czas pracy na etat. Trafiło sie ogłoszenie jakiejś niemieckiej firmy z siedzibą w Warszawie, szukali kogoś do biura. Wysłałam zatem CV po niemiecku. Potem wróciłam do Warszawy, no i zaczęły się rozdzwaniać telefony z korepetycjami, bo mam ogłoszenie na portalu. Codziennie ktoś dzwonił, czasem mogłam odebrać, czasem nie i jakiś dziwny numer kilka razy dzwonił, ale tak się złożyło, że jakoś ani razu nie odebrałam ani nie oddzwoniłam. W piątek dostałam maila, napisał go człowiek z tej niemieckiej firmy, że próbowali się ze mną skontaktować, ale nie mogli, prosił, żebym dała znać, czy nadal jestem zainteresowana, podał nr. Ja patrzę, a to ten dziwny numer, co do mnie kilka razy dzwonił, a ja nie odebrałam. Nie skojarzyłam prefiksu niemieckiego. Odpisałam, bez jakichś większych nadziei, że się odezwą, na pewno mieli więcej chętnych, niż tylko taką nieogarniętą mnie, co nawet telefonu nie umie odebrać. A jednak w poniedziałek na początku tego tygodnia zadzwonił pan Robert, tym razem zapisałam sobie numer i odebrałam. Pomimo stresu i mojego niewprawnego niemieckiego pogadaliśmy, pogadaliśmy i umówiliśmy się na środę w biurze na Bemowie, żeby zobaczyć, co i jak. 
Opowiedziałam tę całą historię Areczkowi. Nie wiem właściwie, dlaczego jemu, może dlatego, że Areczek jest pasjonatem swojego zawodu, ma ogromny pęd do zdobywania nowych kwalifikacji i zaraża tym podejściem innych, więc znaleźliśmy wspólny temat. Przed wyjazdem do Warszawy byłam niepewna, co mnie tam spotka, powiedział mi wtedy wiele zachęcających słów i popatrzyłam na swoją pracę z innej strony, jak na wyzwanie i sposób do zdobycia środków oraz czasu na realizację innych pasji. Potem z kolei ja znalazłam pewne inspirujące myśli, podzieliłam się z nim i podziękował mi za nie, mówiąc, że właśnie tego potrzebował. Kiedy usłyszał historię o niemieckiej firmie, oczywiście zareagował entuzjastycznie: "skoro złożyłaś tam cv, to znaczy, że chcesz tam pracować, czyli nic nie stoi na przeszkodzie :P " Ja nie mogłam jednak pozbyć się obaw. Boję się dużych firm, tam wszyscy są obcy, nikt się nie zna, ludzie kombinują za plecami szefa, wychodzą na papierosa, piją kawę, a ja nic z tych rzeczy nie robię, więc wyjdę na kapusia. Już same słowa "biuro", "firma" brzmią tak poważnie. Inaczej jest, jak wchodzę do mojej szkoły: wita mnie świstak, który za mną gwiżdże, na schodach poustawiane są pluszowe misie, a na korytarzu stoi regał z książkami, prawie wszystkie czytałam w dzieciństwie. Pamiętam, jak pierwszy raz tam weszłam na rozmowe, czułam się od razu jak w domu. Areczek jak to usłyszał, uśmiał się i powiedział zupełnie, jak Rozum: "Bo misie na schodach... Można i tak :P "
Kiedy nadeszła środa, stres oczywiście był, przyjechałam wcześnie, bo nie byłam pewna funkcjonowania autobusów stołecznych w tym kierunku. Droga okazała się szalenie prosta, pół godziny jazdy autobusem od WKD Raków, firma okazała się nie taka straszna, jak myślałam, mieści się w jednym mieszkaniu, przynajmniej biuro w Warszawie, nie wiem, jak w Berlinie ;) są też misie, aby tworzyć domową atmosferę: kubek z Kubusiem Puchatkiem i dwie sympatyczne panie w drugim pokoju :) Po krótkim przeszkoleniu i sprawdzeniu tego, co potrafię, zdecydowano, że jestem najszybsza z kandydatów, jeśli chodzi o wprowadzanie danych, poprosiłam o czas do namysłu do końca dnia. Naradziłam się z mamą, przemyślałam i przekalkulowałam czas pracy i odpowiedziałam. 

Dzisiaj był mój pierwszy dzień. Na umowie mam napisane specyfikę pracy: "Buchhaltung und Administration". Brzmi szumnie, ale nie jest to typowa księgowość, bardzo uproszczona, polega głównie na monitorowaniu wpłat od klientów, wystawianie rachunków, zatwierdzaniu rozliczeń pracowników i proste rozmowy kwalifikacyjne. Będę miała żmudną, tabelkową robotę z rachunkami, ale maksymalnie 4 h dziennie, od 9 do 13. Przez resztę dnia mogę mieć swoje zajecia z niemieckiego, śpiewu i pianina. Chyba zacznę doceniać te bardziej kreatywną umysłowo część dnia ;) wczoraj po jednej lekcji śpiewu i gry, naprawdę przyjemnej, aż nie chciało się jej kończyć, dostałam olśnienia, że taka praca to nie praca, to pasja :) 
Bardzo miło jest wiedzieć, że Bóg tak układa drogi i zapewnia utrzymanie. Starczy na pewno na ubezpieczenie i rachunki i jeśli popracuję jak najdłużej, to będzie praca w wakacje :)


wtorek, 17 września 2013

Polskie hity z najnowszej płyty

Z Sylwią Grzeszczak i jej "Małymi rzeczami" jakoś się uporałam. Wytłumaczyłam Natalce moje stanowisko o błędach językowych, spróbowała zaśpiewać, ale sama doszła do wniosku, że trochę jest to jeszcze dla niej za trudne. Podała jednak kolejne tytuły i znowu okazało się, że jestem zupełnie nie na bieżąco z polską muzyką. Trudno, trzeba nadrobić i wyselekcjonować.



Nowy skład PIERSI, bez Kukiza, jakoś dziwnie to brzmi. I od kiedy Rzeszów leży w Bałkanach? (teledysk kręcony na rzeszowskim rynku)




Ewelina Lisowska jest ciekawym zjawiskiem muzycznym. Głos i łamania fantastyczne, no i zrobiła klimat, przy takim marnym tekście.



Zero szacunku dla akcentów, ale nie wynika to z błędów, ale stylizacji piosenki. Melu, dla mnie jesteś fenomenem. Coś podobnego przeżywałam, słuchając Brodki z jej "Grandą". Muszę cię więcej posłuchać, szalenie pociągający głos :)

Ps. Jeśli nie przestanie padać, to oszaLEJE. 

Małe rzeczy, wielki problem.



Moja nowa uczennica, Natalka, chce się uczyć śpiewu. Ma dopiero 10 lat, więc nie mogę z nią za mocno ćwiczyć, ale proste ćwiczenia oddechowe, trochę emisyjnych i przede wszystkim śpiewanie ulubionych piosenek, żeby wyrównać głos i wyczyścić niedociągnięcia. Ostatnio poprosiła, żebyśmy zaśpiewały piosenkę Sylwii Grzeszczak "małe rzeczy". Nie kojarzyłam jej, więc przesłuchałam sobie i aż mi uszy zwiędły. Nie, nie ze względu na wokal, ten jest całkiem w porządku, chociaż nie przepadam za takim. Jak można śpiewać, tak fatalnie akcentując? Oto rażące przykłady:
zadawaLIśmy
prowadziLIśmy
kupiLIśmy

Wiem, "wszyscy tak mówią". Jest to nagminne, a mnie to tak razi w uszy, bo jest to błąd. Moje pedagogiczne doświadczenie zabrania mi uczyć śpiewania z błędami. I co mam zrobić w tej sytuacji, skoro dziewczynka się nastawiła? 

poniedziałek, 16 września 2013

Jesień na obcasach

Jesień wkroczyła zdecydowanie z deszczem, nie pozostawiając czasu na przystosowanie się. Nie można chodzić cały czas w kaloszach i trampkach, chociaż są wygodne, a na kozaki z cholewami jest jednak trochę za wcześnie. Co wobec tego założyć do pracy, żeby było i ładnie, i wygodnie? 
Zaczęłam poszukiwania butów na obcasach, ale o rozsądnej wysokości tak, żeby dało się w nich chodzić. Nie uznaję butów "do wyglądania", nie umiem w nich chodzić, leżą potem na półce i są nieprzydatne. 

Półbuty brązowe na obcasie, sznurowane, do spodni. Deichmann, 79 zł

Czółenka brązowe na delikatnym obcasie, do spodni i spódnicy. Deichmann, 49 zł


Czółenka czarne, z solidniejszym obcasem, do spodni i spódnicy. Deichmann, 49 zł

W CCC nie znalazłam sensownych butów tego typu, za to jest ogromny wybór botków. Ale z botkami jeszcze się nie spieszy :)

sobota, 14 września 2013

In the middle of something dangerous.


Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się wczoraj o manifestacji związkowców w Warszawie. Ponieważ takie wydarzenia wiążą się z zablokowaniem ulic, więc poszukałam w internecie informacji o utrudnieniach w ruchu dzisiaj, 14 września. I faktycznie, po wyjściu z nabożeństwa na Foksal, z Alei Jerozolimskich słychać było jeden ogłuszający ryk syren. Od Stadionu, Sejmu i Pałacu Kultury szli ludzie z flagami, trąbkami, kierując się w stronę Placu Zamkowego. Było w tym coś poruszającego. Szłyśmy z Dominiką piechotą, bo nie miałyśmy czym się dostać do wukadki i obok ronda de Gaulle'a utknęłyśmy na chwilę w samym środku zamieszania. Ludzie przyjechali z całej Polski, byli różnych zawodów, ale szli wszyscy razem, wierząc, że to zjednoczenie wywoła oddźwięk. Ci, którzy nie szli w pochodzie i stali na chodnikach obok, reagowali różnie, wielu jednak kibicowało i wspierało protestujących. 
Stojąc tam dłuższą chwilę, zanim znalazłyśmy lukę w kolumnie, żeby przejść na drugą stronę ulicy, przez chwilę myślałam, że sama przyłączyłabym się do tego protestu, choćby przeciwko ZUS. Już narzekałam jakiś czas temu, ale kiedy myślę, że w listopadzie czeka mnie ponad tysiąc złotych, to Zupełnie Udechciewa Się. Nie leczę się, bo nie mam czasu na chorowanie, bo muszę pracować, żeby płacić ZUS. I tak koło się zamyka...
Ale nie chcę narzekać. Pan Bóg zaopatruje i błogosławi. On mnie umieścił w tym kraju, więc da przeżyć tyle, ile trzeba, żeby wykonać swój plan przeze mnie. I tego się trzymajmy.

czwartek, 12 września 2013

Podaj dalej



Bardzo długo nie chciałam obejrzeć tego filmu, ale w końcu to zrobiłam i nie żałuję. Kto zna, ten wie, dlaczego. Historia chłopca, który uruchomił łańcuch pomocy o nazwie "Podaj dalej", porusza każdego, kto się z nią zetknął. Bo któż nie marzy o tym, aby świat był odrobinę lepszy?
Dzisiaj rano czytałam teksty z lekcji szkoły sobotniej i przypomniałam sobie o nich po obejrzeniu filmu:

"Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie."
Mt 5, 13-16 BT 
"Czyńcie wszystko bez utyskiwań, zdecydowanie [i w taki sposób], byście byli spokojni w sumieniu i niewinni, jak przystało na nienaganne dzieci Boże, żyjące wśród ludzi zepsutych i przewrotnych. Macie być między nimi w świecie niczym gwiazdy rozświetlające przestworza."
Flp 2,14-15 BWP

Miałam niesamowity tydzień. Rozpoczęłam pracę, o którą się obawiałam, miałam zajęcia z pięcioma nowymi osobami, które odezwały się z ogłoszenia. Moja szkoła nadal stoi i nadal chcą mnie zatrudnić, a czynsz za ten miesiąc mogę zapłacić w ratach. Mam wciąż gdzie mieszkać, w co się ubrać i co jeść. Jestem zdrowa i sprawna. Wstyd mi, że pomimo tego wszystkiego cały tydzień narzekałam :(
Arek miał rację, pytając ludzi zawsze: co słychać dobrego? Bo nawet jak świat się kończy albo jakiś kataklizm, to można znaleźć pozytywy, a nie się zamartwiać, bo to nic nie daje.
Chciałabym chociaż trochę zmienić świat. Chciałabym być lepsza dla świata.

"Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie."
Mahatma Gandhi


Ps. Mój licznik postów pokazuje liczbę 700. A to się temat trafił :)

środa, 11 września 2013

Miszcz SamoOkaleczaniaSię.

Rozgościłam się w moim mieszkaniu na dobre. Posegregowałam ciuchy, pozbyłam się chyba całego wora ubrań, których nie noszę. Wypadałoby, bo z domu przywiozłam całą walizkę nowych, kupionych po złotówce: bluzki, sukienki, spodnie, nawet płaszcz się trafił ;) jestem zaopatrzona na następny sezon w sukienki we wszystkich moich ulubionych kolorach ;) odkryłam także nowe, relaksujące zajęcie: prasowanie. Stoję sobie przy desce przez 2 godziny, prasuję całą stertę bluzek i rozmyślam. 
Oprócz prasowania zrealizowałam jeszcze przedsięwzięcie kuchenne: zrobiłam pastę do chleba. Oczywiście przy tej okazji nie obyło się bez krwawej masakry, kiedy nóż od młynka ześlizgnął mi się prosto w palec :P mam szczęście do takich wypadków. Przy prasowaniu też musiałam zahaczyć ręką o żelazko :P
Zrobiłam dwie wersje pasty: tradycyjną i o smaku pomidorowym. Mama zawsze robi tradycyjną, ale postanowiłam spróbować trochę ją urozmaicić. 

Pasta ze słonecznika 
Składniki (wersja podstawowa):
-paczka słonecznika łuskanego 
-dwie duże cebule
-sól, pieprz 
Wersja smakowa:
-3 łyżeczki przecieru pomidorowego
-szczypta słodkiej papryki w proszku 
Słonecznik uprażyć na suchej patelni przez kilka minut, mieszając, żeby się nie przypalił, następnie zmielić na proszek w młynku. Na patelni usmażyć pokrojoną drobno cebulę z solą i pieprzem. Dodać do słonecznika i zmielić na gładką masę. W wersji smakowej w trakcie mielenia dodać koncentrat pomidorowy i paprykę.

Mikser z pojemnikiem do mielenia jest moim marzeniem. Można w nim zmielić naprawdę wiele rzeczy. Nie jest co prawda tak pojemny i wielofunkcyjny, jak malakser, ale dla mojego skromnego jednoosobowego użytku mikser ręczny wystarczy. Kiedy tylko uzbieram luźną stówkę, kupię sobie taki.
Z takimi końcówkami i pojemnikiem mają rodzice, tylko z Zeptera. Sprzęt drogi, ale solidny. 

Całkiem dobry i wystarczający byłby ten:



Lista sprzętów kuchennych powoli się powiększa, jak tak dalej pójdzie, będę mieć własne gospodarstwo :)

Strasznie głośno, niesamowicie blisko





Czy widzieliście może taki film "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" z 2011 roku? Film jest adaptacją powieści pod tym samym tytułem, opisuje historię rodziny, w której ojciec zginął w zamachu na WTC 11 września. Ja obejrzałam go dwa dni temu w drodze do Warszawy. Pewnie było sporo filmów na ten temat, nie bardzo chciałam się tym bliżej zajmować, ale ten film obejrzałam ze względu na Toma Hanksa, którego bardzo lubię.
Film jest nietypowy, skoncentrowany mocno na psychologicznej stronie, nie na opisywaniu samego wydarzenia. W opisach filmu przeczytacie, że to historia chłopca, który poszukuje klucza do tajemniczego zamka, ponieważ znalazł go w rzeczach ojca i wierzy, że to pomoże mu do niego dotrzeć. Ale tak naprawdę okazuje się, że jest to poszukiwanie siebie, sensu tego, co sie stało i przebaczenia.

"Zdefiniowałem podstawowy problem. Klucz bez zamka. Zaprojektowałem system dokładnie pod niego. Rozłożyłem wszystko na czynniki pierwsze. Przyjąłem, że każda osoba to liczba w ogromnym równaniu.(Może być do skrzynki depozytowej albo kasetki. Jest stary. Mogę sprawdzić, czy gdzieś pasuje?) Ale to nie działało. Bo ludzie nie są jak liczby. Bardziej jak litery. A te litery składają się na historie. Tata mówił, że historiami trzeba się dzielić.(...) Zakładałem po 6 minut na każdą osobę nazwiskiem Black. Ale to nigdy nie było tylko 6 minut. Każda osoba zajmowała więcej czasu, niż planowałem, próbując pocieszyć mnie w związku z tatą i opowiadając mi własne historie. Ale ja nie potrzebowałem poczuć się lepiej i nie potrzebowałem przyjaciół. Potrzebowałem tylko zamka. Nie przybliżałem się do taty. Traciłem go."
"Nie wiem, dlaczego wlecieli w ten budynek. Nie wiem, dlaczego mój mąż nie żyje.Choćbyś nie wiem jak próbował, to nie znajdziesz w tym sensu,bo go nie ma. To nie ma sensu!"
"CZASAMI TRZEBA STAWIĆ CZOŁA WŁASNYM LĘKOM"

Film jest z typu terapeutycznych. Pozwala skonfrontować się z poczuciem straty, samotności, odmienności, nazwać te uczucia i wyjść naprzód, żeby budować swoje życie dalej. A dla mnie był po prostu niesamowicie prawdziwy i bardzo dojmujący.
Polecam. 
Kika Harasim 


Ps. Dzisiaj mamy 12. rocznicę zamachu na WTC, ale nie tylko dlatego polecam.

sobota, 7 września 2013

Szlakiem bieszczadzkich aniołów





Nadszedł wreszcie ten niezapomniany dzień, kiedy wyruszyliśmy w podróż. Poprzedniego dnia mieliśmy ognisko z pieczeniem ziemniaków, a już rano wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy najpierw przez Duklę, a potem na chwilę do Barwinka, do przejścia granicznego. Ronia spełniła swoje marzenie: była pierwszy raz za granicą :)


Od Dukli w stronę Komańczy śledziliśmy fantastyczne widoki z okien samochodu. Usiłowałam robić zdjęcia przez otwarte okno, ale tylko kilka wyszło bez rozmazania. 


Tuż przed Cisną, w Majdanie, zatrzymaliśmy się na stacji kolejki bieszczadzkiej. Dobrze, że przyjechaliśmy już koło południa: bilety na większość kursów były już wykupione, musieli zorganizować dodatkowy. Ludzi było pełno, przyjeżdżali niemal ze wszystkich stron Polski.


Co jakiś czas podjeżdżały powracające kursy. Widok dymiącej lokomotywy - bezcenne :)


I mała sesja zdjęciowa z eksponatami. W pobliżu stacji znajdował się skansen zabytkowych kolejek.

On the road again




Spacer po nieczynnych torach był szaloną atrakcją dla Roni (i dla mnie też ;)



Chociaż... czasami może okazać się to niebezpieczne :P aaaaa!


Na nas już czas, wsiadamy i ruszamy :)


Kolejka do Balnicy przejeżdża najpierw wzdłuż drogi, którą jechaliśmy, a za Żubraczem skręca w las.


Tu asfalt się kończy, a zaczyna blues ;)

SDM kojarzy mi się z Bieszczadami absolutnie.


Piękne krajobrazy, podziwiane z okien kolejki.



Balnica, koniec trasy. Tory ciągną się dalej, ale nic już tamtędy nie jedzie. Znajdujemy się tuż obok granicy ze Słowacją.


Ronia po raz drugi tego dnia za granicą :) przekroczyła ją kilkanaście razy, korzystając z okazji ;)

Sesyja z kolejki.


Po powrocie do Majdanu pojechaliśmy jeszcze do Cisnej. To niewielka miejscowość, ale wypełniona pensjonatami dla turystów. Za jednym z nich jest Siekierezada, słynny bar, miejsce spotkań bieszczadzkich artystów i baza harleyowców. U góry jest galeria bieszczadzkich malarzy.


Słynne bieszczadzkie anioły :)


Okazało się, że anioły są nie tylko zielone :)



Droga powrotna. Przystanek przed Komańczą na posiłek i podziwianie widoków. Czy ktoś rozpoznaje te szczyty? Wyglądają mi na słowackie ;)


Moment, w którym tata postanowił się przejść. Mama wzięła samochód, a ja, Ronia i tata wysiedliśmy i szliśmy 2 km na piechotę wzdłuż drogi. Co to za wycieczka bez wędrowania? ;)

W Komańczy zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby obejrzeć cerkiew prawosławną z XVI w. Niestety była zamknięta, więc tylko okrążyliśmy ją z zewnątrz.

Dalej pojechaliśmy już bez zatrzymywania przez Rymanów i do domu, nadal podziwiając widoki, zwierzęta i ciesząc się, że trafiła się nam fantastyczna pogoda. 
Wiem, że zaledwie musnęłam teren - nie pojechałam wielką pętlą bieszczadzką, nie byłam w Ustrzykach Górnych, nie pochodziłam po połoninach, nie zdobyłam żadnego szczytu i nie dotarłam na najbardziej wysunięty na południe punkt Polski - ale taka wyprawa jeszcze przede mną :)

czwartek, 5 września 2013

At the heart of image

Do dalekiej wycieczki trzeba się porządnie przygotować, jak mawiał kogut z "Misia Uszatka". Wydobyłam z domowej biblioteczki książki i albumy o Bieszczadach, a przy okazji z szafki stary aparat. Niestety nie dało się go uruchomić, poza tym już dawno jego parametry się zdezaktualizowały (rozdzielczość 5 mpix to mój telefon ma). Powiedziałam o tym mamie, a ta stwierdziła, że w takim razie trzeba kupić nowy. Usiadłam więc i zaczęłam szperać na stronie MediaEkspert, szukając niedrogich aparatów kompaktowych. Okazało się, że już od 250 zł można kupić taki aparacik z rozdzielczością 16 mpix, całkiem ładny Nikon Coolpix L27, który robi już niezłe zdjęcia. Zarzuciłam temat także Tygrysowi, który zaczął sprawdzać opinie o aparatach. Poszukał coś o Benq, Samsung i innych, które mu wysłałam. Zrobiłam się spokojniejsza, że zajął się tym ktoś bardziej kompetentny, niż ja. 
Tata pojechał dzisiaj i ostatecznie facet w sklepie doradził mu inny, z lepszymi parametrami: Olympus VR-340.  

Pobawiłam się trochę tym aparatem, jest zgrabniutki, leciutki, w sam raz do zabrania do torebki na każdą okazję. Ma różne ciekawe tryby robienia zdjęć, takie efekty: rybie oko, punk, świetlista poświata i inne gotowe filtry. Ot, taka elektroniczna zabawka. 
Ośmieliłam się i zaczęłam szukać lustrzanek w granicach do 1 tys zł. Okazało się, że można kupić używane, w bardzo dobrym stanie lustrzanki Nikona, Sony, Canona.
Oto Nikon d80, dostępny razem z obiektywami. Dla moich zupełnie amatorskich zdjęć wystarczyłby zupełnie, a jednak jakość byłaby nieporównywalnie lepsza, niż kompaktowego. 


Jest cel, na który warto zbierać gotówkę :) tylko na razie są pilniejsze wydatki :P

Wielki Leo

Dwa filmy z jednym aktorem w ciągu dwóch dni: 

The Great Gatsby (Wielki Gatsby 2013)


"Uśmiechnął się wyrozumiale – więcej niż wyrozumiale. Był to jeden z tych rzadkich uśmiechów, dających pewność i otuchę na zawsze, uśmiech, który można spotkać w życiu cztery albo pięć razy. Obejmował – albo zdawał się obejmować na moment – calusieńki nieskończony świat, a potem koncentrował się na tobie z nieodpartą życzliwością. Było w nim akurat tyle zrozumienia, ile ci było potrzeba, i tyle wiary w ciebie, ile sam chciałbyś mieć; uśmiech ten zapewniał cię, że wywarłeś takie wrażenie, jakie – w najkorzystniejszych okolicznościach – chciałbyś wywrzeć."

Wrażliwy, przystojny, bogaty, do szczęścia brak mu tylko żony, według cytatu z książki "Duma i uprzedzenie" Jane Austen. "Wielki Gatsby" to baśniowa, skrząca się tysiącami barw opowieść o wielkim marzeniu, które nie zaistniało, ponieważ rzeczywistość nie potrafiła go pomieścić. 


The Departed (Infiltracja 2006)

Życie w kłamstwie może mieć dwie strony. W "The Departed" takie życie prowadzą:  tajny agent policji, próbujący rozwikłać przestępczą sieć i mafijny informator w policyjnych oddziałach. I choć sympatia przechyla się na stronę Billy'ego Costigana (Leonardo DiCaprio), samotnego wojownika osaczonego przez mafię, a oburzamy się na bezwzględnego i zakłamanego Collina Sullivana (Matt Damon), to jednak końcowe wnioski są pesymistyczne: nie da się wejść w błoto i się nim nie zabrudzić. 

Ps. Leonardo DiCaprio był moim ulubionym aktorem od nastoletnich lat. Oczywiście byłam w nim zabujana ;) jednak Leo to nie Jack z Titanica, jak pokazały późniejsze filmy z jego udziałem. Nie zapomnę "Co gryzie Gilberta Grape'a", "Incepcji", "Django", a teraz dwóch powyższych. Naprawdę Leonardo to aktor wielkiej klasy. 

środa, 4 września 2013

Pocisnąć do Cisnej - trasa wycieczki

Moje wakacje nieuchronnie się kończą, ale jest szansa na zrealizowanie ostatniej w tym roku wycieczki: w Bieszczady. Rodzice planują zabrać nas w okolice Cisnej, czyli całkiem ładnie na południe. Nie mają raczej chęci na dłuższe piesze wycieczki, więc w dół pętli bieszczadzkiej nie pojedziemy, ale i tak myślę, że taka trasa, jak zaplanowałam poniżej, będzie ciekawa. Po drodze mamy kilka ciekawych miejscowości: Duklę, Komańczę, Cisną, Rymanów, jest w nich trochę zabytkowych budynków, takich jak cerkwie, kościoły, pomniki, więc na pewno zobaczymy coś ciekawego :)



Przed Cisną, w Majdanie, znajduje się stacja Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej

Każdy, kto wybiera się w Bieszczady i trafi w okolice miejscowości Cisna, na pewno usłyszy o słynnej „bieszczadzkiej ciuchci” czy też o „bieszczadzkiej kolejce”. Aby zaspokoić swoją ciekawość i przekonać się o tym, co w niej jest takiego wyjątkowego, najlepiej udać się z Cisnej drogą prowadzącą na Komańczę do m. Majdan, gdzie znajduje się główna stacja bieszczadzkiej kolei wąskotorowej i wybrać się na przejażdżkę jedną z proponowanych tras przejazdu. Jeszcze do niedawna wszystko wskazywało na to, że ta nietypowa linia kolejowa zostanie zlikwidowana. Jednak dzięki staraniom powołanej Fundacji Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej w Cisnej – Majdanie udało się reaktywować jej działalność i udostępnić ją na nowo turystom.  
W dniu 22 stycznia 1898 r. do stacji kolejki wąskotorowej w Majdanie k/Cisnej  przybył parowóz produkcji niemiecko-austriackiej firmy Krauss typu Cln ZŁ oznakowany literą U z pociągiem osobowo-towarowym. Kursem tym otwarto kolejkę z Nowego Łupkowa do Majdanu k/Cisnej o długości 24,174 km i prześwicie (szerokości) toru 760 mm. Data ta rozpoczyna ponad stuletni okres istnienia bieszczadzkiej kolejki, której towarzyszą wyjątkowe walory przyrodniczo-krajobrazowe, stanowiące o jej atrakcyjności. Jest ostatnią z kilku istniejących dawniej w Karpatach Wschodnich kolejek służących do transportu drewna, jedyną w Polsce i jedną z nielicznych w Europie o typowo górskim charakterze. 

Do wyboru są dwie trasy, jedna wiedzie wzdłuż drogi i prowadzi do miejscowości Przysłup, a druga zapuszcza się w las i jedzie w stronę granicy do Balnicy (widok na mapie poniżej). 


Prawdę mówiąc, ciekawi mnie ta dziksza trasa, bo widoki z drogi można zobaczyć jadąc samochodem, a przez las nie ma żadnej drogi. Najlepiej kupić bilet w obie strony, kosztuje 21 zł na trasie Majdan - Przysłup- Majdan, a na trasie Majdan - Balnica - Majdan 17 zł. Oczywiście są też bilety ulgowe, niestety z naszej ekipy będą obowiązywały tylko Ronię :(  
No bo sami przyznacie - jak to być może, mieszkać tyle lat w pobliżu Bieszczad i nigdy w nich nie być? ;)


wtorek, 3 września 2013

Z motyką na słońce.


Katie performs 'I Will Be There' - the first single from her new album 'Ketevan'
Śpiewanie z orkiestrą - to jest to :)


Ponieważ mam zamiar pozostać w domu w Wojkówce przez najbliższy tydzień, mama wyznaczyła mi bojowe zadanie: kopanie ziemniaków. Ach, przypomniały się stare, dobre czasy, kiedy mieliśmy wyznaczone 2 godziny dziennie pracy w polu i po takiej pańszczyźnie znajdowaliśmy jeszcze siły, żeby wziąć rower i pojechać gdzieś w teren z kumplami. Teraz też chciałam swoje dwie godziny zrealizować, ale plecy odmówiły posłuszeństwa. Wykopałam cztery koszyki i wróciłam do domu.
Mama była zdumiona, bo zapomniała mi powiedzieć, że limit dzienny wynosi jeden koszyk. Nie spodziewała się, że się aż tak rozpędzę. Ja też nie. Teraz czuję całe plecy, odzwyczajone od pracy w takiej pozycji i zastanawiam się, jak rozruszam jutrzejsze zakwasy.
Jesień wkracza powoli w nasz świat. Trzymajmy kciuki, żeby była tak piękna, jak rok temu :)

poniedziałek, 2 września 2013

Trends are dead.

Śledzę regularnie bloga Kasi Tusk i dzisiaj przekazała modową nowinę: trendy umarły. Podobne wieści pojawiają się we wstępniaku do Elle. Nareszcie ludzie zmądrzeli (przynajmniej pozornie) i nie będą narzucać wszystkim stylu dobrego na figurę wiecznej nastolatki. Bo tak naprawdę to, w czym człowiek wygląda dobrze i najlepiej się czuje, jest modne. Ważne, żeby znaleźć swój niepowtarzalny styl i trzymać się go, niezależnie od zmieniających się fasonów i kształtów.
Przekonuję się o tym, kiedy wchodzę do sieciówek i mierzę modne sukienki. Naprawdę rzadko mogę znaleźć coś, co będzie pasowało do mojej figury. Wzdychałam do sukienek trapezowych, ale przymierzyłam i jednak nie pasują. Trzeba szukać czegoś innego, dopasowanego do swojego typu figury. Ale właśnie, tu pojawia się pytanie: jak rozpoznać swój typ figury?

Kasia w eleganckiej czarnej sukience trapezowej

Poniżej podział typów figury. Łatwo można zauważyć, że najbardziej proporcjonalnym i kobiecym kształtem jest klepsydra: idealne proporcje między biustem a udami. Bardziej szczegółową charakterystykę każdego typu znalazłam tutaj.


Moim typem figury jest gruszka.
Cechy charakterystyczne:
- małe piersi,
- wcięcie w talii, talia wydłużona,
- dosyć płaski brzuch,
- szerokie, krągłe biodra,
- masywne uda,
- szczupłe łydki,
- delikatna linia ramion i talii,
- pełna kobiecości linia bioder.
Znane osoby o tej figurze: Jennifer Lopez, Halle Berry, Shakira.
Jak zatem odnaleźć ubrania zgodne ze swoją figurą? Ciekawy poradnik znalazłam tutaj.

Ogólne zalecenia dla typu "gruszka":

-bluzki z szerokim dekoltem, w kształcie litery V lub łódki, lub szerokiego i głębokiego półkola oraz z dekoltem opuszczonym na ramiona, w ciekawe wzory i kolory;


-spódnice w linii A (rozszerzane w kierunku kolan), najlepiej w ciemnych kolorach, skontrastowane z jasną górą, 

-spodnie o prostych nogawkach lub dżinsy typu boot cut, spodnie z kantem


-płaszcze i żakiety z szerokimi ramionami, blezery z bufkami, nie dłuższe niż biodra 

-ozdobna biżuteria i dodatki w górnej części ciała, apaszki i barwne szale, krótkie naszyjniki, torebki średniej wielkości, noszone pod pachą


-buty na wysokich obcasach, z wąskim czubkiem, do szerokich spodni świetne będą buty z noskiem w szpic,


Lepiej zrezygnować z:
  • krótkich kurteczek,
  • krótkich spódniczek, które poszerzą optycznie biodra,
  • spódnic „bombek”,
  • ciasnych, zbyt dopasowanych ubrań,
  • wytartych, przykuwających wzrok dżinsów,
  • spodni rurek i pump.

Wszystko to ma sprawić, że figura zoptymalizuje się do klepsydry.
Przepatrując swoją garderobę stwierdzam, że jak na razie tylko buty i spodnie nie wpasowują się do zalecanych trendów, ale zasadniczo jest to do nadrobienia :) 

niedziela, 1 września 2013

Deszcz, jesienny deszcz smutne pieśni gra.



No i mamy wrzesień. Jutro dzieci zaczynają szkołę... a studenci przekręcają się na drugi bok:P
Dzisiaj, chociaż na bardzo krótko, spadł deszcz. W tym rejonie Polski był wyczekiwany jak zbawienie. Nie za wiele go było, ale trochę już zmoczył. 
Obejrzałyśmy dzisiaj w babskim gronie "Epokę lodowcową 4. Wędrówka kontynentów". Pozytywny, rodzinny film, szkoda, że nie wybrałam się do kina na niego, bo w 3D byłoby bardziej efektowne.
Wybaczcie za tę nudną prozę, ale chyba z poetyzowania wyrosłam.