czwartek, 30 sierpnia 2012

...znajomości mam od zbója.

 Ostatni tydzień, jaki spędzam w domu, był bardzo miły i z nadmiaru zdarzeń nie było czasu napisać :) przyjechali Filip z Darią, więc spędzaliśmy ciekawie czas. Wieczorami graliśmy w gry planszowe, obejrzeliśmy raz film (Połów szczęścia w Jemenie), a wczoraj wybraliśmy się na wycieczkę do naszych lokanych atrakcji: zamku w Odrzykoniu i rezerwatu skał w Czarnorzekach.


Daria na początku zrobiła kilka ujęć zamku (w końcu historyk sztuki, który każdą wolną chwilę wykorzystuje na naukę do egzaminu dyplomowego :)

 Tego dnia był sezon na sesje ślubne. W ruinach spotkaliśmy aż trzy pary, a na skałach była kolejna ;)


No to też sobie zrobimy sesję, a co! Zapłaciliśmy za nią tylko 4 zł, nie 50, jak pary, ale też było fajnie :)


Na tym samym murku: Kika...
 Kika i brat...
 Kika i Daria :)

Zdjęcie w dybach krążyło gdzieś na fb, ale jak twierdziła przewodniczka, przynosi to szczęście, więc Filip się zgodził.

"Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi,
mama i tata chudzi i grubi..."

Tego dnia byłam największym hardcorem. Wspięłam się na tę skałę bez żadnej pomocy. Moje białe adidasy są super przyczepne :)


Mała Syrenka :)
 Herkules ;)

I trochę z naszych krajobrazów.Widok na góry Beskidu Niskiego.

Jutro trzeba już wyjeżdżać... Trochę mi żal. Tak fajnie było przez te 3 tygodnie być znowu dzieckiem, jeździć z mamą na zakupy do miasta, kupować ciuchy po złotówce, wspinać się po skałach i jeść warzywa z ogródka. No ale bilet w PolskimBusie mam już wykupiony. Praca się zacznie znowu... Koniec wakacji...
Mama kupiła Roni plecak i przybory do szkoły. Ronia wcale się do tego nie pali, a dzisiaj na ciuchach znalazła czapkę absolwenta i wyznała, że jej marzeniem jest już skończyć studia. Szkoła potrafi być ciężka.
Następna wizyta w domu pewnie na święta...

niedziela, 26 sierpnia 2012

Hity z dziecięcej płyty ;)






Stara piosenka, pamiętam, jak leciała, kiedy byłam dzieckiem. Parę takich hitów pamiętam, słuchałam w RMF listy przebojów Hop-Bęc i obstawialiśmy, który będzie na pierwszym miejscu...



Ta też jest z mojego radosnego dzieciństwa, oczywiście doczekała się polskiej przeróbki, ale nie zamieszczam, bo jest niecenzuralna :P



A tę wstawię, bo jest śmieszna :)



Z nastoletnich lat. Zanim Shakira wyskoczyła z Waka Waka, to się tańczyło ;)



I rozrabiary Spice Girls. W porównaniu ze współczesnymi klubowymi teledyskami dziewczyny są mega grzeczne ;P



Haha, niezapomniane :)



Coco Jamboo i do przodu :)



Zmiksowany refren, ale dzięki temu wszyscy go pamiętali :)

No, na dzisiaj chyba wystarczy... Szalone czasy, teraz nie ma takiej muzy :)

sobota, 25 sierpnia 2012

Prawdziwi bohaterowie

Dzisiejszego popołudnia podziwialiśmy popisy akrobacji lotniczych w Krośnie. Odgłos samolotu to dla mnie żadna atrakcja, bo w Michałowicach samoloty przelatują co godzinę nad domem, jak startują z Okęcia, ale widok tych skomplikowanych figur: beczek, śrub, pętli, przyprawiał o zawrót głowy :) to muszą być odważni ludzie, którzy tam latają :)

video 
 Kiedy podeszliśmy bliżej, mogliśmy pooglądać prawdziwą kolekcję samolotów dużych i małych (modeli), które prezentowały się dumnie na pasie startowym.

Taki mogłabym mieć :) może licencja pilota jest prostsza niż egzamin na prawo jazdy :P

Najwięcej huku narobił potężny odrzutowiec wojskowy...

...oraz wojskowy śmigłowiec. Ten nie robił zaawansowanych akrobacji, jak samoloty, ale obracał się wokół własnej osi :)


video


Piękne, chociaż niebezpieczne szybowce.

Ale tego dnia to nie piloci byli bohaterami. Bohaterem okazał się mój tata, który stanął przed ludźmi, którzy 6 lat temu wyrządzili mu ogromną przykrość, odwrócili się od niego i Bożych zasad oraz skrytykowali całą pracę, którą dla nich zrobił; podał im rękę i powiedział: przebaczam wam. Tak jak Józef z historii biblijnej, która była tematem naszego obozu, okazał się bohaterem nie dlatego, bo doszedł do wysokiego stanowiska, ale dlatego, że powierzył swoją sprawę Bogu, a Ten obrócił to, co złe w dobro.
Na moim blogu też mija 6 lat, odkąd zaczęłam go prowadzić i opisywać różne doświadczenia życiowe oraz cały ten wątek z Sercem i Rozumem. I chociaż nie były to łatwe momenty (sporo z nich sama sobie nawarzyłam z powodu swojego uporu), to jednak Bóg wszystko odkręcał, żebym nie zabrnęła w ślepą uliczkę, a także, aby i Rozum, i Serce, było szczęśliwe. Żadne z nas nie dostało tego, co chciało; ale dostało to, czego naprawdę potrzebowało. 
Chciałoby się powiedzieć: nareszcie koniec, ale kto wie, jak to się wszystko potoczy... 

Ps. Naprawdę przydałby mi się aparat fotograficzny z prawdziwego zdarzenia.

środa, 22 sierpnia 2012

Trawnik z podpisem






Mama chyba telepatycznie wyczuła moje wołania o zajęcie, bo dzisiaj dostałam bojowe zadanie skoszenia trawnika. Jak widzicie- jest ogromny. Na szczęście kosiarka miała napęd na tylne koła, bo padłabym ze zmęczenia po pierwszych metrach kwadratowych. Ale dziarsko wyszłam, przyodziana w strój kąpielowy, kapelusz i słuchawki, nasmarowana oliwką do opalania i przez trzy południowe godziny spacerowałam tam i z powrotem, przytrzymując podrygującą kosiarkę, a niekiedy ją popychając. Po skończonej pracy (na dzisiaj, pozostało jeszcze więcej niż połowa), machnęłam swój podpis na trawniku, czmychnęłam przed burzą do domu i odszorowywałam się z koszmarnego brudu, ale nie za mocno, bo oczywiście spaliłam sobie plecy. Słońce wypaliło mi podpis, który będę czuła przez całą noc. Tak to jest, jak się nie zabierze porządnego kremu do opalania. Ale taką robotę nawet lubię, bo widać efekty. 
W domu zjadłam kukurydzy za cały rok, w ogóle masę warzyw o jakości, o jakiej w Michałowicach mogę tylko pomarzyć. To jest wielki plus mieszkania na wsi i posiadania swojego ogródka. Podziwiam moją mamę, że ciągle daje radę. 
Aa, lody truskawkowo-bananowe były pyszne. Tak to można odpoczywać :)

Ps. Znowu przekroczyłam 500 w postach. Ale to się nie liczy, bo i tak co jakiś czas kasuję...

wtorek, 21 sierpnia 2012

Mamo, nudzi mi się...




Najbardziej szalone oświadczyny, jakie widziałam, a w sumie niewiele ich widziałam ;)
Znowu zaczyna mi się nudzić, bo siedzę za długo w jednym miejscu i niewiele robię, poza tym, o czym już wspominałam. A z drugiej strony... co mam do roboty? (chociaż w domu lepiej nie mówić głośno, że ci się nudzi. Mama zawsze znajdzie jakieś pożyteczne zajęcie :P)
Today I don’t feel like doing anything
I just wanna lay in my bed
Don’t feel like picking up my phone
So leave a message at the tone
'Cause today I swear im not doing anything
I znowu ten Bruno... Wiwat faraon!


Mówiłam już, że Rozum zaszalał na wakacje? No, sam się do tego przyznał:P (i wreszcie się odezwał po ludzku, a nie monosylabami). A co, każdy ma prawo do wakacyjnego szaleństwa... zobaczymy, co z tego wyjdzie, może coś poważnego :) też bym zaszalała, jakbym nie była zrażona po ostatnim, dwa lata temu... Rozum mówi, że to dlatego, że się nastawiłam negatywnie, zamiast się cieszyć tym, co było fajne. Może i tak, może nie umiem się cieszyć... Ale co by zaszkodziło znów zaszaleć? Bo mi się nudzi... Może to głupia i pusta motywacja, nie powtarzajcie tego głośno... podobno uchodzę za mądrą i poukładaną dziewczynę, która ma wysokie standardy i konkretne wymagania od życia... No ale ileż można siedzieć bezczynnie? Lato się kończy...
Dobra, koniec głupot, czas na coś pożytecznego (sen). Się miejcie!

niedziela, 19 sierpnia 2012

The last of the Mohicans


Poszalałyśmy wczoraj z aparatem i powstało takie oto zdjęcie. Pozostałe, mniej lub bardziej udane, może na razie nie będę publikować, żebyście mnie nie posądzili o samozachwyt.
Kurs polskiego odwołano, bo studenci nie dojechali, wobec tego zostaję w Wojkówce i mam wakacje przez najbliższe 2 tygodnie. Co prawda  trzeba się zabrać za przygotowywanie warsztatów na szkolenie liderów, uczyć na egzamin z dydaktyki i pomagać w domu, ale poza tym to luz i balanga. Zabrałam się za książkę, do której przymierzałam się kilkakrotnie ("Ostatni Mohikanin" Jamesa Fenimore Coopera) i obejrzałam film. Holywoodzka produkcja mnie zupełnie nie porwała, bo po amerykańsku pokazała chłopa, który jedynie ma w głowie bitki i kobitki, pod szumnym hasłem walki o równość i wolność. Natomiast książka rozwija bardziej filozoficzne myślenie bohatera, Sokole Oko, który, owszem, mówi o bezsensie podziałów rasowych, ale zadaje bardziej głębokie pytania. Rozważa kwestię zbawienia białych i Indian, niejednokrotnie udowadnia swoim rodakom, jak bardzo odeszli od praktycznego życia w przyrodzie, zanurzając się w europejskiej kulturze i nauce. Książka obowiązkowa dla miłośników przyrody i survivali.
Znana i lubiana muzyka z filmu.




Ronia w fotografii

 Dzisiaj zamieszczam kilka zdjęć mojej kreatywnej małej siostry, która od urodzenia dobrze wychodzi na zdjęciach :)







sobota, 18 sierpnia 2012

Zdobywam mą górę


Zdobywam mą górę
 Dobra Nowina

1.       Kiedy się coś zdaje zbyt trudne
Nie do zdobycia, za dalekie, żeby wziąć
Gdy pryska sen jeden po drugim
A w głębi ciebie Twoja rana boli cię,
To wtedy właśnie mów:

Ref. Zdobywam mą górę, po kroku krok
Zdobywam mą górę, dzień po dniu,
Zdobywam mą górę, cały czas
Zdobywam mą górę
Wiem, że się uda
Krok za krokiem krok, nie więcej, niż krok
Krok za krokiem krok, z Jezusem obok mnie
 Krok za krokiem krok, nie więcej, niż krok
Zdobywam mą górę, krok za krokiem krok.

2.       Nawet gdy będziesz znużony
To nie upadaj, w twej słabości silny Bóg
Pamiętaj, Pan cię nie opuści
I nie zapomni, On pomocą, pieśnią mą
Zaśpiewaj więc Mu…

***
Od kilku lat miałam w głowie jedno marzenie: odwiedzić nasz stary dom z dzieciństwa. Co jakiś czas powtarzał mi się pewien sen: wchodzę do domu, wyglądam przez okno i wszystko jest jak dawniej, kiedy byłam dzieckiem. Pięć lat temu sprzedaliśmy Śliwowe Wzgórze i wyprowadziliśmy się w inne strony, z czym było mi się trudno pogodzić. Razem z rodzeństwem zamieszkaliśmy w Rzeszowie, w wynajętym mieszkaniu, bo z nowego domu było za daleko, żeby dojeżdżać na zajęcia, jak do tej pory. Pamiętam, że bardzo niechętnie przyjeżdżałam do nowego domu, bo nie czułam się tam w ogóle jak u siebie. Teraz jest już inaczej, ale nadal mówię o nim: dom rodziców, chociaż mam swój pokój w wieży i wszystko jest tak ładnie urządzone.
Dzisiaj jechaliśmy na nabożeństwo do Rzeszowa i mieliśmy w planach, żeby potem zrobić sobie piknik w jakimś miłym miejscu. Kiedy przejeżdżaliśmy przez Zaborów, nieśmiało zaproponowałam, żeby może zrobić piknik na górce. Rodzice się zgodzili.

Tego dnia zobaczyłam nowo wybudowaną kaplicę w Rzeszowie i muszę przyznać, że wygląda to imponująco, a wyposażenie może spokojnie obsłużyć profesjonalny koncert :) może będziemy mogli robić tu próby albo nagrania.


Po nabożeństwie ruszyliśmy w drogę powrotną i w pewnym momencie skręciliśmy w bok do miejscowości, gdzie przez kilka lat chodziłam do szkoły. Nasz samochód dzielnie wspiął się na górę po utwardzonej drodze i tak trudno było mi przypomnieć sobie, jak wspinaliśmy się przez zaspy i śniegi... 
Widok z góry był jak dawniej imponujący.


Odnaleźliśmy miłą polanę i rozłożyliśmy koc oraz prowiant. Było to takie dziwne, bo po tych polach po prostu przebiegaliśmy, a nie piknikowaliśmy, no ale teraz nie byliśmy już u siebie.

 Nie potrafiłam usiedzieć za długo i wyciągnęłam mamę i Ronię na spacer w stronę naszego dawnego domu. Gdy tak wędrowałyśmy, uświadomiłam sobie, że jakby nie patrzeć, mieszkaliśmy w górach; może nie tak bardzo wysokich, jak Tatry czy okolice Wisły, ale spadek to tam znaczny był.


Wszystkie małe laski stały się wielkimi lasami, a łączki porosły wielkimi chwastami. Miało się wrażenie, jakby cywilizacja powoli była stamtąd wypierana przez puszczę...

 Uzbrojone w kije przed ewentualnymi psami dotarłyśmy do domu. Z daleka niewiele się zmieniło...
 ...ale z bliska, a nawet bardzo bliska (tak, udało się wejść do środka, właściciel był bardzo miły i oprowadził nas po starych kątach) okazało się, że dom zmienił swój charakter.
 

To, co zobaczyłam, to niemal góralska chata z glinianymi garnkami, imponującym gankiem wspieranym słupami, w środku stare szafy, naczynia i taki radośnie zagracony folklor.Wszystkie pomieszczenia wydawały się teraz takie małe, a tradycyjny widok z kuchennego okna był zasłonięty przez drzewa, które zdążyły znacznie urosnąć. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że to nie jest już mój dom, to jakiś obcy dom, zupełnie inny, niż go pamiętałam. Zrobiło mi się smutno.
 Myślałam, czy byłoby lepiej, gdybym zastała dom taki, jak dawniej? Chyba nie. Ale podróż tam była potrzebna z innego powodu. Zobaczyłam, że życie nie stoi w miejscu i że jedynym sposobem na podtrzymanie go jest rozwój. Nie można całe życie mieszkać w ciasnej chałupce i cieszyć się sentymentalnym wystrojem; czasem trzeba podjąć ryzyko i zacząć coś budować od nowa, żeby zyskać coś lepszego. Mama miała rację, kiedy dążyła do zmian.
Kiedy przyjechaliśmy do Wojkówki, z radością przywitałam wielką kuchnię, schody, nasz piękny ogród i tę wielką przestrzeń. Chyba wszyscy podziękowaliśmy Bogu, że wtedy 5 lat temu pozwolił zamienić naszą chatynkę na górce na niemalże willę.
Miałam jeszcze jedną refleksję z tego dnia: czy żal mi tego marzenia, które przez tyle lat żyło, a w końcu kiedy się wypełniło, okazało się rozczarowaniem? Nie do końca. Tak naprawdę ten dom z marzeń nadal istnieje, ale nie fizycznie tam, gdzie jest, ale we wspomnieniach i na zdjęciach. Jest idealnych rozmiarów, nie za mały, wszystko w nim jest ładne i porządne, drzemie tam historia 14 lat dzieciństwa i nastoletniego życia. To był kolejny z kroków pod górę, na którą prowadził nas Bóg.
Dzisiejsze kazanie o sensie cierpienia i doświadczeń w życiu zilustrowało się w tej właśnie historii.

Zdobywam mą górę, po kroku krok
Zdobywam mą górę, dzień po dniu,
Zdobywam mą górę, cały czas
Zdobywam mą górę...

piątek, 17 sierpnia 2012

Rower do mnie należy

Ronia skończyła w tym roku I klasę i ma swój rower. Nauczyła się na nim jeździć w trybie przyspieszonym, bo chciała dołączyć do swoich koleżanek.

I... pojechała!


Powstaje nowy musical :) jest scenariusz, zaczęłam pisać muzykę, mam już w sumie 4 piosenki :) po wakacjach startujemy z próbami. Dobrze jest znowu zająć się muzyką :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Deny yourself.






Bardzo lubię książki z wydawnictwa Dobry Skarbiec, bo zawsze znajduję w nich coś trafnego dla siebie. Kiedy byłam u Oli kilka dni temu, pożyczyła mi powyższą i pomyślałam, że będzie to dobrą lekturą do pociągu. Wbrew temu, co zwykle robię, że czytam takie książki partiami, żeby mi się myśli nie nakładały, przeczytałam wszystko od razu. Bardzo chciałabym wam opowiedzieć kilka interesujących rzeczy z tego, co się dowiedziałam.

Łatwo się czyta o tym, że każda kobieta ma w sobie piękno, że jest księżniczką, córką Króla, że powinna lubić siebie taką, jaką jest i nie porównywać się z wyśrubowanymi kanonami piękna z okładek czasopism. Ale są dni, kiedy czujesz, że to nie działa. Patrzysz w lustro i widzisz tę zwykłą twarz, którą próbujesz udoskonalić korektorem, żeby zakryć wyskakującą krostkę, oglądasz swoje biodra i stwierdzasz, że znowu przytyłaś, a nogi pomimo opalania nadal są blade jak ściana. Nie musisz się nawet porównywać z modelkami, wystarczy, że popatrzysz na swoją koleżankę, która promieniuje brzoskwiniową opalenizną i jej włosy są zawsze świetnie ułożone. Uuch, jak źle, beznadziejnie wręcz. Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe?
Wierzcie mi, że też się z tym zmagam. Czuję tę presję bycia ładnym i zadbanym według aktualnych standardów i nieraz czuję się potwornie zmęczona, patrząc na te tabuny dziewczyn chodzących po ulicach Warszawy (z tego powodu cieszę się, że nie mieszkam w Warszawie i wpadam tam tylko raz w tygodniu), prezentujących najnowsze trendy, wiedząc, że nie będzie mnie stać na to, żeby kupić chociaż ćwierć ubrań, które one mają. Nawet kiedy powtarzam sobie: "to nie ma znaczenia, liczy się to, co jest w środku, a przecież jesteś inteligentną, oczytaną i utalentowaną dziewczyną i nie musisz tego udowadniać", to nie pomaga. Kiedy przychodzi wieczór i siedzę sama w swoim pokoju, zabijam te myśli jakąś muzyką, książką lub filmem, względnie rozpoczynam jakąś niezobowiązującą internetową konwersację. Ostatnio staram się tego nie robić, bo wiem, że to wszystko są substytuty. Jeśli zatem to nie działa, to co działa?
Dlaczego metoda zbudowania poczucia własnej wartości nie przynosi trwałych rezultatów? Bo skupia się tylko na sobie samym. Miłość do siebie samej, samoakceptacja i autopromocja. Kochać samą siebie. Być szczerą sama ze sobą. Żyć dla siebie samej. 
Na tapecie w moim laptopie jest tekst: "Jeśli kto chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój i naśladuje mnie" (Mar.8,34). Słowo "zapierać" znaczy dosłownie zapomnieć o sobie samym, stracić z oczu siebie samego i swoje sprawy. Mamy pozwolić, by wszystkie nasze myśli o nas samych były poddane Chrystusowi. Kluczem do zwalczenia kompleksów nie jest budowanie poczucia swojej wartości, ale zaparcie się siebie.  
Trudno jest to zastosować, kiedy mamy cały system odreagowywania zranień: jedzenie czegoś dobrego, filmy, muzyka i inne. Jednak folgowanie swoim pragnieniom nie uwolni nas od kompleksów. Jezus powiedział: "Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je" (Łuk.17,33). Jeżeli oddamy swoje życie - swoje prawa, swoje priorytety, swoje zachcianki i pragnienia - w zamian za Jego życie, zyskamy wszystko. Jeżeli jednak będziemy martwić się o swoje potrzeby, pobłażać i folgować swoim zachciankom, to zostaniemy z niczym. 
Proces nie musi być skomplikowany i retrospektywny. Nie ma potrzeby medytować, jak możemy dotrzeć do swego prawdziwego ja. Nie musimy szukać sposobów, by zadowolić samą siebie albo nauczyć się akceptować siebie. Możemy zebrać nasze zranienia, lęki i kompleksy i przynieść je do Jezusa, złożyć je pod Jego krzyżem i poprosić, by On zajął się resztą. 


 Cieszę się, że to przeczytałam i wam opowiedziałam. To zaledwie jeden rozdział, ale bardzo zasadniczy, bo od tego zaczyna się cały proces uzdrowienia. Jeśli mnie natchnie, napiszę coś więcej, co ciekawego znalazłam.  
Rozum na to wszystko powiedziałby: "I po co ci ta książka, przecież ja ci to dawno mówiłem, tylko nie chciałaś słuchać, bo wszystko wiesz lepiej." Ech, Rozum, będzie mi brakowało tego "A nie mówiłem", chociaż pewnie jeszcze nieraz ci się wymknie, ale nie tak często, bo i teraz nie rozmawiamy często. Teraz pouczasz kogoś innego, kto pewnie jest mniej uparty, niż ja i nie musisz się żyłować, bo chłonie każde twoje słowo. Potem pewnie będziesz pouczał swoje dzieci... A tak się zarzekałeś, że zostaniesz sam... Powodzenia, przyjacielu. 
 A teraz życzę spokojnej nocy, bo pora bardzo późna.


środa, 15 sierpnia 2012

Our house in the middle of our street

 Nigdzie nie śpi się tak dobrze, jak w rodzinnym domu, w pokoju na wieży. Wstałam wyspana i szczęśliwa z planem sfotografowania ogrodu, który od wiosny pięknie się rozrósł.

 W tym tygodniu pogoda była deszczowa,więc kolorystyka zdjęć nie była za ciekawa, ale od czego są programy graficzne? ;) mama mówi, że to i tak zbyt mało deszczu jak na potrzeby ziemi, która właśnie przechodziła suszę, trzeba się jednak cieszyć z tego, co jest.

 Urokliwa kępa drzew, która od początku przyciągnęła naszą uwagę, nazywana świątynią dumania, zmieniła swój romantyczny charakter i stała się parkiem linowym do zabawy dla Roni i jej koleżanek.


Stare mury stodoły zyskały swojski charakter, koło nich mama zasadziła kwiaty i krzewy pnące, żeby wspinały się po ścianie i zdobiły ją.


Pięć kurek snuje się po podwórku i znosi jajka, a opieka nad nimi należy do obowiązków Roni.


Przepiękne kwietniki znajdują się w wielu punktach wokół domu.

 Mini sesja na bujanej ławce. Ronia z mamą...

 Kika z mamą...

...i Kika alone.


Schodki, które prowadzą do furtki, są zarośnięte z obu stron, jednak nikomu to nie przeszkadza. Na skarpie rosną drzewa owocowe.

 Zbliżenie na kolekcję kwiatów.


Nasz mały domek z roku na rok staje się coraz przyjemniejszym miejscem :) dobrze jest przyjechać tutaj choćby na kilka dni i spędzić beztrosko czas. Wakacje są takie krótkie...