czwartek, 31 marca 2016

Domi&Łukasz - wedding day


Z trudem zbieram zaspane myśli, żeby napisać parę słów o wczorajszym dniu. Dominika z Łukaszem się pobrali, wesele się odbyło, wróciłam do domu przed drugą, wstałam o 11. Tak w największym skrócie :P
Byłam na ślubie, ale paradoksalnie ślubu nie widziałam :P pomieszczenie, w którym stał sprzęt nagłaśniający w kościele ewangelicko-reformowanym było oddzielone od sali ścianą i nie miało żadnego okna. Nie było też początkowo żadnego kabla, żeby podłączyć komputer i włączać z niego muzykę, ale z pomocą Łukasza-fotografa wymyśliliśmy połączenie zastępcze. Moimi oczami była Ola, która stała w drzwiach do zakrystii i mówiła mi na bieżąco: "tak, stoją już na końcu kościoła; dziewczyny podeszły do mikrofonu; świadek jeszcze podpisuje, pastor jeszcze siedzi", dzięki temu miałam jakiś pogląd na to, co się w głównej sali działo. Wyszłam tylko raz, kiedy sama śpiewałam pieśń i byłam w lekkim szoku, bo nie poznawałam Dominiki w ślubnym makijażu. Nie widziałam też akcji z obrączką, którą świadek założył Łukaszowi na palec :P Tak to wyglądało ze ślubem. Trudno, pooglądam sobie na zdjęciach :P
Za to w pełni uczestniczyłam w weselu. Było dużo dobrego jedzenia: smaczne dania główne, pełno pysznych sałatek, owoców, ciast, rewelacyjny tort babeczkowy o smakach lawendowych i limonkowych, bezalkoholowe wina i soki. Spalałam zjedzone porcje w czasie zabawowo-tanecznym, aż pot się lał ze mnie, a endorfiny rozsadzały mózg :) 

 

Zupełnie przypadkiem (;) miałam też ze sobą nowe naszywki chorągwi wschodniej i ten pathfindersowy akcent został uwieczniony na Instagramie razem z tradycyjnym już zdjęciem winietki ;) spotkanie z pathfindersami, którzy byli w sporej ilości na tym weselu, bez naszywek? No way!



Będąc na terenie Cyrku Zalewskich nie mogło być wesela bez pokazu cyrkowego i tak na weselu pojawił się... iluzjonista - wesoły gawędziarz, który przez dłuższą chwilę zabawiał nas zręcznymi sztuczkami. 
Ponieważ wesele było w środku tygodnia, skończyło się zacnie przed pierwszą, poszłam spać po drugiej, a moja dzisiejsza kondycja umysłowa pozostawia wiele do życzenia... Odeśpię dziś wieczorem! 

niedziela, 27 marca 2016

Patrz wyżej - festiwal Hosanna 2016


Czekałam z drżeniem na festiwal, ale wszelkie obawy okazały się zbędne. Pomimo poprzedzających dni, w których miałam gorączkę, ból głowy i grypowe osłabienie, dzięki modlitwom moich przyjaciół (Livin' on a prayer ;) dojechałam w piątek do Częstochowy z energią, która towarzyszyła mi przez cały weekend. Jak było? 
Piątkowy wieczór muzyki i słowa odbywał się pod ogólną tematyką życia chrześcijańskiego i oczekiwania  na powtórne przyjście Jezusa. Wieczorny program rozpoczął zespół festiwalowy w nowej, akustycznej odsłonie, który poprowadził pieśni z mieszanego repertuaru: nieco starsze z dawnych festiwali i campów oraz nowe, współcześnie napisane, jak "Niepokonani" czy "Przed metą". W trakcie programu wystąpił zespół Agape z Chorwacji, główny muzyczny gość festiwalu. Zespół odwiedził już Częstochowę 18 lat temu. Są znani w swoim kraju dzięki udziałowi w telewizyjnym show typu "Mam talent", w którym doszli aż do finału i promowali pieśni religijne. Szczególnie występ tercetu: ojciec z dwoma synami wzbudził wiele pozytywnych reakcji i wszyscy poczuli, że sobotni wieczorny koncert będzie wyjątkowym wydarzeniem.
Wystąpienie głównego mówcy, Meshacha Soli, było jego osobistym świadectwem życia w rodzinie adwentystycznej, następnie odejścia od Boga, uwikłania się w najgorsze nałogi i potęgi łaski Bożej, która ocaliła jego i jego rodzinę. Mówca zachęcał do spoglądania wyżej, na Boga, który jak miłujący ojciec wybiega na nasze spotkanie i szuka nas, dopóki nas nie znajdzie. 


Podczas czasu doświadczeń usłyszeliśmy historie cudownych uzdrowień, spotkań z ludźmi poszukującymi Boga, interwencji Bożych w zwykłych, codziennych sprawach, a także historii, które nie zakończyły się tak, jak oczekiwali uczestnicy, ale i tak były dowodem Bożej opieki. Na koniec zaśpiewano specjalnie napisany na to wydarzenie hymn "Patrz wyżej". Wieczór zakończył się w radosnej atmosferze, z oczekiwaniem na obfity, sobotni program.


Nasz fantastyczny nocleg w hostelu :) takich wygód się nie spodziewałyśmy :)

Sobota - dzień w błękitach ;) kolor ten był leitmotivem festiwalu. Nosił go chór Adventus na kotylionach, z którymi grałam podczas nabożeństwa i koncertu wieczornego, nosił go Agape i miałam go ja, więc wpasowałam się idealnie ;) nawet kierownik Agape powiedział: "jesteś ubrana tak, jak my, możesz śpiewać z nami" ;)


Kilka zdjęć z występu mojego ulubionego zespołu :) razem z All4Him wykonaliśmy 3 pieśni z nowego repertuaru. 

Próby w garderobie zespołu festiwalowego 

 Kilka nagrań z telefonu z popołudniowego występu.



Nasza żeńska sekcja :)


Dopracowujemy stroje zespołowe i kolorystykę, a na razie wersja na czarno.



Ponieważ byłam zaangażowana w występy z trzema zespołami, więc nie miałam za wiele czasu, żeby posłuchać festiwalowych wykonawców. Udało mi się posłuchać i zachwycić się kilkoma:
Piątka dla Jezusa - dzieci z Mszczonowa, które grały instrumentalnie pieśni na skrzypcach, wiolonczeli, flecie :) jak tak dalej pójdzie, wyrosną nam wspaniali instrumentaliści :)
VOW - młodzi pathfindersi, znani też jako Stadko Dawida, którzy wykonali piosenki "Niezwykła podróż" i otrzymali brawa zanim dośpiewali ostatnie dźwięki, oraz "Jesteś moim bratem". To historyczna chwila, ponieważ po 10 latach zabrzmiała ta pieśń ponownie w Częstochowie :) miłe wspomnienie Chofeszu :)
Samuel Walus - najpiękniejszy dźwięk saksofonu na festiwalu :) młody chłopak, a brzmiał tak czysto i dojrzale. Wspaniała szkoła ojca :)
Pokolenia - nareszcie usłyszałam ich na żywo i choć różnie mówią o ich folklorystycznej muzyce, to jednak ten klimat klezmerski jest czymś wyjątkowym i festiwal bez nich nie byłby taki sam.

Sobotni koncert wieczorny zaczął się od duetu prowadzących: Mirosława i Tomasza Karaudów, którzy wykonali znaną chrześcijańską pieśń "Jak wielkiś Ty". Celem koncertu była zbiórka pieniędzy na Marcina, osobę potrzebującą pomocy. Jako pierwszy wystąpił chór żeński Adventus z Podkowy Leśnej, prezentując utwory z klasyki chóralnej, wprowadzając słuchaczy w atmosferę wyciszenia. Wykonali także kanon "Szalom haverim" po hebrajsku i polsku razem z widownią. 
Reszta wieczoru należała do zespołu Agape, który przeniósł uczestników w świat energicznej muzyki gospel. Zespół występował w utworach z pełnym instrumentarium, w wersji akustycznej oraz a capella. Widownia entuzjastycznie uczestniczyła w koncercie, klaszcząc i włączając się do ostatniej pieśni "Amen (This little light of mine)". Zespół długo jeszcze stał przy wyjściu z filharmonii, rozmawiając i robiąc zdjęcia z uczestnikami koncertu. 

video
Joshua fit the battle of Jericho - dla mnie pozamiatali, zwłaszcza beatboxer ;)

video

I will celebrate

Coraz trudniej jest przyjeżdżać na ogólnopolskie wydarzenia i poznawać jakieś nowe osoby, nie licząc młodego pokolenia, ale nawet się udało - do grona znajomych dołączył z Jorge z Angoli, którego językiem ojczystym jest portugalski, przyjechał rok temu do Polski, żeby tutaj studiować i całkiem nieźle sobie z naszym językiem radzi :) 

Dla mnie osobiście wyjątkowym momentem było poznanie Lidiji, pianistki Agape, z którą poznałam się w piątek wieczorem. Podeszła do mnie w sobotę po koncercie i powiedziała, że hymn "Patrz wyżej" jest piękny i czy mogłabym przesłać jej nuty lub nagranie, bo chcieliby wykonywać to ze swoim zespołem. Usłyszałam wiele pozytywnych komentarzy na temat hymnu tego dnia, ale ten był niczym wyróżnienie :)

W nocy z soboty na niedzielę ciężko było zasnąć z kilku powodów: ogrom wrażeń i wciąż huczących w głowie dźwięków, czarna herbata wypita przed snem i zmiana czasu, co łącznie sprawiło, że spałam zaledwie 4 godziny. Dobrze, że niedzielny program poranny nie był długi...
Niedzielne nabożeństwo poranne było wypełnione pieśniami zespołu festiwalowego i dwoma utworami Agape na pożegnanie. Z żalem żegnaliśmy ten sympatyczny zespół. Jako upominek z Polski dostali wielką paczkę Prince Polo i koszulki zjazdowe.
W kazaniu Meshacha Soli usłyszeliśmy zachętę do wzięcia udziału w chrześcijańskim biegu wiary. Mówca przyrównał go do maratonu, w którym zwycięzcą nie jest ten, kto przybiegnie pierwszy, ale ten, który wytrwa do końca. Udział w tym biegu pozwala nam spalić zbędne kalorie złych przyzwyczajeń, nałogów i grzechu, czyni nas bardziej atrakcyjnym w duchowym sensie i przybliża do wiecznego celu. Tym, który już zwyciężył bieg, jest Jezus Chrystus i jeśli mamy z czymkolwiek w życiu problemy, możemy patrzeć na Niego, który już to przeszedł. 
Szybko, sprawnie i w radosnej atmosferze przebiegły podziękowania dla osób zaangażowanych w organizację festiwalu. Już z widowni dało się słyszeć wiele entuzjastycznych komentarzy, a także żal, że to niebawem się skończy.
Dopołudniowe warsztaty były prowadzone przez trzech pastorów: Jacka Mattera, Zenona Korosteńskiego i Meshacha Soli, którzy mówili o różnych aspektach chrześcijańskiego życia. Miały one charakter dyskusji w kameralnym gronie i były ciekawym i wartościowym czasem. Niestety ja osobiście z tego nie skorzystałam, bo moja percepcja pozwalała mi jedynie na rozmowy w korytarzu, ale i to było fajnie spędzonym czasem :)
Ciężko się żegnać z ludźmi i z gościnną filharmonią, ale w końcu ten czas nadszedł. Wspólną modlitwą i rodzinną pieśnią "Gdy Jezus jest w rodzinie tej" w holu zakończył się kolejny festiwal. Pozostaje tylko czekać na camp :)


Earth is now. Heaven is forever.
Patrz wyżej

czwartek, 24 marca 2016

Mazurek z daktylami



Udało się, upiekłam! Przed wami tradycyjne polskie ciasto, pieczone w okresie Wielkanocy, czyli mazurek, z przepisu na mazurek z daktylami z Moje Wypieki. Piekarnik jest w fazie testowania, więc niestety dolna część zarumieniła się szybciej, niż górna, ale w smaku jest dobre (potwierdzone info od sąsiadów).  Użyłam daktyli, które przywiozłam z Izraela, a skromna dekoracja z ziaren słonecznika ma symbolizować palmę daktylową. Nie jestem mistrzem dekorowania ani nie miałam super ekstra dodatków, więc musicie mi uwierzyć na słowo :) ciasto jest takim skrzyżowaniem polskiej tradycji ze smakami orientu, co po ostatniej wizycie w Izraelu nieustannie mi towarzyszy.
A skoro mówimy o mazurkach, to do tego apetycznego widoku dołączam wrażenia słuchowe: Mazurek D-dur op. 33 nr 3 Chopina, wykonywany przez Seong-Jin Cho, zwycięzcę ostatniego konkursu chopinowskiego. I znowu mamy skrzyżowanie polskiej tradycji ze wschodem :)

Pieczone ziemniaczki z tzatziki - nareszcie z własnego piekarnika!


Pieczone ziemniaki z sosem tzatziki
Składniki:
kilka dużych ziemniaków
1 łyżka przyprawy do ziemniaków
2 łyżki stołowe oleju
ogórek
3 łyżki jogurtu naturalnego 
2 ząbki czosnku
pokrojony koperek
sól, pieprz do smaku

Ziemniaki dokładnie szorujemy lub obieramy ze skóry, następnie kroimy w sporą kostkę. Mieszamy je w misce z olejem i przyprawą do ziemniaków. Wykładamy na blachę posmarowaną olejem i pieczemy 40 minut w temp. 180 stopni.
Ogórek obieramy ze skóry, ścieramy na tarce na grubych oczkach, odciskamy nadmiar wody. Zgniatamy obrane ząbki czosnku, dodajemy jogurt, koperek i przyprawy. Całość mieszamy.
Ziemniaki po upieczeniu podajemy razem z sosem tzatziki i innymi składnikami obiadowymi.


Proste, prawda? A jakie dobre :D domowe pieczone ziemniaczki marzyły mi się od dawna, ale takie rzeczy tylko w Bajkówce... Ale w końcu dojrzałam do poważnej decyzji: kupuję piekarnik! 

Zdradzę wam jedną rzecz: w moim cudownym mieszkaniu na poddaszu, oprócz rozlicznych zalet, są też nieliczne wady. Do jednych z nich należy brak kuchenki gazowej i piekarnika. Wszystko jest tu na prąd, co w przypadku awarii grozi niemal śmiercią głodową. Swego czasu nawet bawiłam się w pieczenie ciast, korzystając gościnnie z piekarnika mojej sąsiadki, ale do tego stopnia cenię sobie niezależność, że krępowało mnie pieczenie w obcej kuchni. Unikałam więc tego, jak mogłam, piekąc naprawdę okazyjnie. Pojawiała się czasem nieśmiała myśl: a może kupić taki przenośny piekarnik? Ale za chwilę rozsądek odpowiadał: "a co z nim zrobisz, jak się wyprowadzisz i będzie tam normalny piekarnik? Wytrzymaj, od tego nikt nie umarł." Tydzień temu, śledząc strony z wypiekami uświadomiłam sobie, że rozsądek przemawia tak już od 4,5 roku, jak tutaj mieszkam. Nie wyprowadziłam się do tej pory, a od czasu do czasu brakuje pieczonych potraw. Nie można tak dłużej żyć. Prześledziłam allegro i okazało się, że taki piekarnik można kupić z całkiem fajnymi funkcjami, jak termoobieg, grill i ruszt, dodatkowo mama mnie zachęciła: "170 zł to żadne pieniądze, kupuj!" I tak nabyłam powystawowy piekarnik Kalorik przeceniony z 325 zł na 169 zł, o pojemności 26 l. Wchodzą do niego dwie blaszki-keksówki lub mniejsza blaszka kwadratowa, można w nim grillować i opiekać mięso (opcje nieprzydatne dla mnie, ruszt powędrował do szuflady). Muszę tylko znaleźć dla niego sensowne miejsce w kuchni i mogę się zabierać za pieczenie ciast i chleba :) do tego ostatniego kusi mnie najbardziej, w końcu wychowałam się na domowym pieczonym chlebie w rodzinie, w której każdy musiał umieć go upiec. 



Moje szczęście jest tak wielkie, że nie zważając na fakt, iż jutro wyjeżdżam na weekend, chyba zaraz coś upiekę :) a niech tam, tyle się naczekałam ;)

środa, 23 marca 2016

Adventurer to my!



Taka mała radostka: nagrałam polską wersję hymnu Adventurer w studio Głos Nadziei (Hope Channel Polska). Niedługo będzie dostępna na stronie i zuchy z Polski będą się uczyć hymnu po polsku :)

I trochę muzyki na blogu. Ostatnio rzadko czegoś słucham, bo ciężko o dobrą muzykę, ale chciałam polecić ten niesamowity chór męski. Wstrząsnęli moim jestestwem i zapewnili mega wzruszenie. 
Zaczęło się od tego...


A potem znalazłam więcej :)

BYU Vocal Point - kameralna grupa wokalna, śpiewają a capella




Poszukajcie więcej, są świetni!

wtorek, 22 marca 2016

Pray for...

Wszyscy już wiedzą, że wydarzył się kolejny zamach, tym razem w Brukseli. Tym razem znajdowało się tam troje moich znajomych. Wszyscy są cali...
Od 11 września 2001 żyjemy w czasach częstych zamachów i im częściej występują, tym mniej jesteśmy zdziwieni. Wchodzi powoli taka znieczulica. Kiedy myślę o tym, robi mi się zwyczajnie smutno, że żyjemy w takiej rzeczywistości. Smutna jest śmierć kilkudziestu osób z powodu bomby. Smutne także jest to, że znowu będzie się mówiło o islamskich terrorystach, podczas gdy cała masa normalnych, zdrowo myślących muzułmanów (a wiem, że tacy istnieją, bo ich poznałam) będzie z tego powodu szykanowana. Smutne jest pojawianie się kolejnych hasztagów #prayfor : #prayforparis, #prayforbrazil, #prayforbrussels, #prayfortheworld... Tak naprawdę nie ma miejsca na ziemi, za które nie trzeba by było się modlić. I to też jest smutne...
I dlatego moją jedyną modlitwą wobec tych wszystkich tragedii jest ta pieśń: 
Come Lord Jesus - BYU Men's Chorus


poniedziałek, 21 marca 2016

Wszyscy mają wagary, mam i ja!


Podbiał pospolity
Tussilago farfara 

W dzienniku tekst na dziś brzmiał: "Idź na wagary!" Kusząca perspektywa, ale jak tu pójść na wagary, jak jestem nauczycielem? Uczniowie korzystają z tego całkiem śmiało. Praktyka moich ostatnich lat pracy pokazuje, że w pierwszy dzień wiosny zdarza się, iż jakiś uczeń po prostu nie przyjdzie na zajęcia. Powody są najczęściej zupełnie legalne i usprawiedliwione przez rodziców uczniów, ale wagary się zdarzyły i koniec. 
Tego dnia moje zajęcia w biurze skończyły się szybciej, niż zwykle i przede mną roztoczyła się wizja dwugodzinnego okienka między zajęciami. Pogoda właśnie nabrała wiosennego charakteru, wyszło słońce, powiał wiosenny wietrzyk, więc w głowie tłukło mi się postanowienie: jadę nad staw! Jakieś 15 minut jazdy rowerem od domu znajdują się Stawy Raszyńskie i już kilka razy tam byłam. Jest tam kawał wody, trochę zarośli, stadko kaczek, łabędź i kwitnące na wiosnę podbiały. Jak byliśmy dziećmi, wypatrywaliśmy na wiosnę podbiałów, bo to była oznaka, że będzie ciepło. Tym razem też podbiały były, kwitły, aż miło. Było też całe dobrodziejstwo inwentarza oraz wiatr. Prowadziłam sobie miłą pogawędkę z mamą przez telefon, ale z mojej strony niewiele miałam do powiedzenia, bo usiłowałam chłonąć widoki. Muszę od czasu do czasu popatrzeć na naturalny krajobraz, bo inaczej można oszaleć w mieście. Niestety wiatr nie utrzymał mnie na miejscu zbyt długo i wycofałam się do mojej wieży. Jednak ta godzinna porcja słońca była wielkim bonusem, bo godzinę później nadciągnęły chmury i było po wszystkim.
Prognoza wagarowa się sprawdziła: jedna uczennica nie przyszła na zajęcia. Czekałam na nią, napisałam do mamy, a ta usprawiedliwiła córkę, że nie było jej dzisiaj w szkole i zapomniała uprzedzić. No tak, pierwszy dzień wiosny, nie dziwi mnie to wcale...

niedziela, 20 marca 2016

Israeli state of mind, Roversi i historie wojenne

Po ostatnich postach mogło się wydawać, że oprócz Izraela nic więcej się u mnie nie działo, ale to nie jest tak! Oczywiście cały czas żyję Izraelem, ale wracam do rzeczywistości. Spisywałam relacje przez cały tydzień, dzień po dniu. Obrabiałam zdjęcia w moim albumie, kilka pojedynczych wrzuciłam na Instagrama i Facebooka. Śledziłam galerie moich znajomych, którzy też ze mną tam byli. Przez pierwsze dwa dni po powrocie odsypiałam zaległości, a potem regenerowałam schodzone nogi. Oswajałam się z polską temperaturą i mentalnością. Chodziłam do pracy. Gotowałam z radością bardziej złożone potrawy i zajadałam się izraelskimi słodyczami (niestety po powrocie znowu przytyłam 1,5 kilo, czyli odzyskałam to, co straciłam wcześniej, trzeba wrócić do treningów i licznika kalorii). Przymierzam się do zrobienia własnoręcznego hummusu i już z zainteresowaniem patrzyłam na pitę w Biedronce ;) Jednak izraelski stan umysłu nadal jest w mojej głowie. W sobotę rano, pakując torebkę, przyszła mi do głowy myśl: "Czy to przejdzie przez bramki?" :D


W piątek z radością usłyszałam wołanie mojej sąsiadki: "Karolina, listonosz z przesyłką poleconą na dole!" Oczywiście, że wiedziałam, skąd ona jest i co się w niej znajduje, ale koperta była dla mnie miłym zaskoczeniem. Widzisz takie egzotyczne znaczki, pieczątki, brązowy papier i czujesz ten elektryzujący dreszcz: list z zagranicy :) 
W sobotę już od rana byłam w zborze, akompaniowałam do nabożeństwa, prowadziłam lekcję szkoły sobotniej, brałam udział w wieczerzy Pańskiej, a po nabożeństwie poszliśmy wszyscy do Estery i zrobiliśmy wielki młodzieżowy obiad na ponad 20 osób. Po takim biesiadowaniu ciężko było się skupić na czytance MTM, ale cały dzień był w temacie powtórnego przyjścia Jezusa, więc dyskusja też się jakoś potoczyła. Dima z Anią przywieźli swoją nową córeczkę i wprowadzili ją na salony ;)

Wielka, większa i największa.

Wreszcie udało mi się zgrać z terminem zbiórki Rovers i dzisiaj pojechałam na róg Targowej i Grzybowskiej, domyślając się, że celem naszego spotkania będzie Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie byłam tam kilka lat. Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, ale odkryliśmy jedną salę za dużym kinem i kilka nowych kanałów. Błażej opowiadał historie z powstania, bo była z nami Nastia, która o tym nigdy wcześniej nie słyszała. Zastanawialiśmy się nad sensem wojen, powstań, patriotyzmu. Trudne tematy dla ludzi wierzących, że wojna nie jest rozwiązaniem i chcących się stosować do zasady "miłujcie swoich nieprzyjaciół". Jednak po wizycie w Izraelu widzę wyraźnie, że wojny są bezsensowne. To czysto polityczne rozgrywki o władzę i wpływy wśród najbogatszych, a zwykłych ludzi wcale to nie interesuje, oni chcą po prostu spokojnie żyć ze swoimi rodzinami. Niestety ludzie są nakręceni i sterowani przez media, propagandę czy cokolwiek, co w różnych czasach prało mózgi i potem przyłączają się do takich rozmaitych działań wojennych. Jedno, co warto podziwiać, to poświęcenie i oddanie, a taką postawę warto naśladować, oczywiście w dobrym kierunku. 


Po naszym wędrowaniu zjedliśmy obiad w harcówce, zrobiliśmy górę naleśników na sześciu jajkach (jak to się stało, nie wiem), pośpiewaliśmy i rozjechaliśmy się do domu. Taka fajna ta niedziela była :)
Najbliższy tydzień to przygotowania do festiwalu. Stres, napięcie? Trochę tak, ale czujemy się raczej przygotowane z dziewczynami. Gdzieś pomiędzy to trzeba oczywiście wcisnąć pracę, codzienne obowiązki, ćwiczenia i inne przyjemności. Do boju zatem!

niedziela, 13 marca 2016

Izrael - wokół świątyni i Ściany Płaczu. Pożegnanie

I znowu wstajemy wcześnie (nie spać, zwiedzać!). Nie jemy nawet śniadania, tylko zbieramy się, żeby już o 7.30 wejść na dziedziniec świątyni. Wchodzi się tam osobną bramką, podobną do tych jak do Ściany Płaczu i specjalną drewnianą kładką, widoczną na zdjęciu po prawej stronie. Godziny otwarcia są bardzo ograniczone, dlatego trzeba trafić we właściwym momencie, żeby nie stać w gigantycznej kolejce. 


Za nami jest wpuszczana grupa Żydów, eskortowana przez strażników. Mają oni bardzo ograniczony dostęp do dziedzińca, ponieważ teren ten jest zajęty przez muzułmanów. Idąc po pomoście nagle zaczynają śpiewać. Dosyć szybko są upominani przez strażników. 
W Izraelu prawie w większości miejsc obowiązuje zakrywanie ramion, głowy i nóg, ale tutaj jest to najsurowiej przestrzegane ze wszystkich miejsc, w jakich byłam, przynajmniej jeśli chodzi o kobiety. Można mieć tylko długie rękawy, najlepiej długie spódnice (spodnie niechętnie są widziane), żadnego odsłoniętego dekoltu czy choćby kawałka brzucha. Mężczyźni nie mogą dotykać kobiet, nawet jeśli są parą. Na każdym kroku są ochroniarze, którzy uprzejmie, ale stanowczo przywołają do porządku. 


Meczet Al-Ahsa

Dawny dziedziniec to oczywiście nieistniejące miejsce, zaorane przez Rzymian. Na miejscu świątyni postawiono meczet Kopułę Skały. Jest to bardzo wymowne spełnienie się zapowiedzi Jezusa. 


Mając przed sobą widok na złotą kopułę siadamy na dłuższą chwilę, a Marek z Tytusem zaczynają wykład na temat świątyni. Są z nami dziewczyny z Krakowa, słuchają przejęte. Jest opowiadana historia Abrahama, który tu, na górze Moria, miał złożyć w ofierze syna. Słuchamy o świątyni, barankach, sprzętach i całej symbolice, która wskazywała na misję i ofiarę Mesjasza. Kulminacyjnym momentem jest śmierć Jezusa na krzyżu i rozdarcie zasłony oddzielającej Miejsce Najświętsze od reszty świątyni, co symbolizuje koniec systemu ofiarniczego. Przypominamy sobie, że Jezus jest teraz w niebie i wstawia się za nami w niebieskiej świątyni. Tematy tak dobrze nam znane ożywają tutaj, na świątynnym wzgórzu.


Podchodzimy do samego wejścia, żeby zerknąć chociaż przez szpary w drzwiach, ale niestety, meczet jest zamknięty dla niemuzułmanów, kobiet i innych niewtajemniczonych. Jedyna możliwość wejścia jest z muzułmańskim przewodnikiem, którego trzeba sobie wcześniej wynająć, taką informację podaje nam ochroniarz, Mahdi. To kolejny życzliwy i bardzo rozmowny człowiek, który opowiada nam wiele ciekawostek. Potwierdza informację, że Jezus nie mógł urodzić się w grudniu, ponieważ o tej porze roku nie wypasa się owiec i nie mieszka w szałasach; chętnie opowiada o Mahomecie, który z tego miejsca miał się unieść do nieba, a na koniec zabiera GoPro Marka i wchodzi z nim do środka meczetu, aby nagrać dla nas filmik z wnętrza. Taki bonus nawet się nam nie śnił. 
Mała dygresja na temat toalet: tu w Izraelu pierwszy raz zobaczyłam w toaletach zainstalowane urządzenia do podmywania. W naszym hostelu był wyciągany prysznic z przyciskiem w słuchawce, tu w obrębie meczetu stoi sobie konewka pod kranikiem. Może wydawać się dziwne, ale czegoś takiego u nas w Europie brakuje ;)


Jednym z obowiązkowych punktów programu, który warto zobaczyć, jest sadzawka Betezda. Ruiny są autentyczne, z czasów Rzymian. Obszar jest całkiem spory i można zobaczyć różne poziomy i baseny, w których ludzie zażywali kąpieli. W obrębie tego miejsca znajduje się kościół św. Anny, gdzie jest bardzo dobra akustyka i można śpiewać indywidualnie lub grupami religijne pieśni. My wykonaliśmy "Cudowną łaskę". 




 Odwiedziliśmy też cmentarz arabski, znajdujący się pod świątynnym murem. Groby może i ładne, ale niestety zaniedbane i zabałaganione. Na zdjęciu widać Bramę Złotą, zamurowaną przez władców osmańskich. Według żydowskiej tradycji przez Bramę Złotą wjedzie Mesjasz i rozpocznie sąd. Szkoda tylko, że Mesjasz już przyszedł i rzeczywiście przez nią przejechał na osiołku...


Wracając na śniadanie, zboczyliśmy jeszcze i odnaleźliśmy mniej popularne miejsce, Małą Ścianę Płaczu. Kamienie z czasów drugiej świątyni są charakterystyczne, otoczone taką jakby ramką. W Zachodniej Ścianie tylko dziewięć dolnych rzędów to kamienie z czasów Heroda, powyższe zostały dobudowane. Tutaj jeszcze raz spotkaliśmy Mahdiego, który podał nam ciekawostkę o nazwie uliczki, która wcześniej nazywała się po prostu domem jakiejś rodziny, dopiero potem dano jej nazwę Mała Ściana Płaczu (Small Wailing Wall). 


Do jedenastej mamy zdać nasze pokoje, więc wpadamy do hostelu, przepakowujemy się, jemy późne śniadanie i planujemy dalszą część dnia. Mamy kilka opcji: odwiedzić Miasto Dawida, przejść się Kanałem Hiskiasza, wybrać się na zakupy, a o 17.30 musimy już ruszać na lotnisko. Decydujemy się na razie na Miasto Dawida.


Po drodze do Miasta Dawida spotykamy niezwykłego przewodnika, Abrahama oraz Żyda, który urodził się na Syberii i mówi po polsku. Próbujemy porozmawiać z nim na temat proroctwa Izajasza widniejącego na koszulce Marka, ale widać w nim ogromną niechęć. Uznaje pisma Izajasza za chrześcijańskie wymysły, nie chce o niczym słyszeć, bo może jeszcze zamiesza mu się w głowie od tego. Smutne, że w niemal każdej religii są ludzie, którzy wolą polegać na tradycji, niż sami czytać Pisma i dociekać, gdzie jest prawda. 
Na miejscu okazuje się, że wyprawa z przewodnikiem jest dwa razy droższa, niż myśleliśmy, więc ludzie korzystają z okazji, że pojawili się młodzi Izraelczycy z bronią i robią sobie z nimi zdjęcia. Ja tam nie tęsknię za widokiem broni. 
Zamiast Kanału Hiskiasza Marek proponuje nam Muzeum Tuneli Zachodniej Ściany - za 30 szekli z przewodnikiem można zobaczyć niewidoczne z zewnątrz fragmenty świątynnego muru. Decydujemy się na tę wycieczkę i nie żałujemy. Przewodniczka jest sympatyczna i z przejęciem opowiada o budowie świątyni, pokazuje wszystko na makietach i wizualnych prezentacjach. Wchodzimy w podziemia i dotykamy bruku z czasów Heroda. W środku jest zbyt słabe światło, żeby robić zdjęcia, więc musi wam wystarczyć to jedno zdjęcie. 


W międzyczasie udajemy się na zakupy na stragany. Zdobyć najprostszą rzecz wymaga dłuższego czasu, bo z handlarzami trzeba się targować. Nie lubię takiego załatwiania sprawy, ale cóż, taka tradycja. Kupuję tam daktyle i trochę wschodnich słodyczy: chałwę, baklawę i kostki galaretki przypominające żywicę z orzechami. Nie mogę też nie spróbować kunafy - deseru z opiekanego sera, barwione na pomarańczowo i posypane pistacjami. Jest słodkie, zapychające i smaczne - taką porcje polecam wziąć na pół z kimś. 


Tego dnia okrążamy świątynne mury niemal z każdej strony. Ścianę Płaczu odwiedzamy przynajmniej pięć razy, jeśli dobrze naliczyłam. Biegając z bagażami do samochodów, które są zaparkowane niedaleko Bramy Damasceńskiej, przechodząc uliczki starego miasta w poszukiwaniu pamiątek z podróży, potem z powrotem pod Ścianę Płaczu do muzeum, wszystko w tempie ekspresowym - czujemy, że nasze nogi odmawiają powoli posłuszeństwa. Dobrze, że przed nami podróż, to jeszcze się nasiedzimy. 
Tuż przed wyjazdem musi być jeszcze jakaś izraelska przygoda. Marek, który tego dnia sam chodzi w koszulce z hebrajskimi napisami, ma ciekawe rozmowy z Żydami, a w pewnym momencie chyba któregoś zdenerwował, bo ten zaczął go szarpać i wmieszała się do tego policja, która zatrzymała go na chwilę, sprawdziła, czy nie jest jakimś prowokatorem i na szczęście puściła wolno, wyrzucając go za bramki. To był ostatni moment, bo spieszyliśmy się na lotnisko.  
Żegnamy się z Jerozolimą. Przejeżdżamy samochodem ulicami, patrząc jeszcze na ludzi. Już niedługo za nami są wzgórza miasta, a przed nami trasa na lotnisko. 


Tuż przed lotniskiem dokonujemy kilka szalonych manewrów z zawracaniem i rondem, po czym oddajemy nasze samochody. Służyły nam dzielnie, nie poobijały się. 
Na terminalu okazuje się, że wyjechać z Izraela wcale nie jest tak łatwo. Jesteśmy przepytani o cel podróży, gdzie się zatrzymaliśmy, czy nasz bagaż został zapakowany przez nas samodzielnie, czy nikt nam niczego nie dał do przewiezienia. Tuż za naszymi plecami w międzyczasie była jakaś interwencja policji. Jest bezpiecznie, ale czuje się tę gorącą atmosferę kraju. 
Kiedy przechodzimy już przez wszystkie bramki, security, kontrole paszportów, rozkładamy się spokojnie i zajadamy ostatnie pity, hummus i papryki. Już niedługo będzie nam tego brakować. Nasz lot jest nieco opóźniony przez dwóch zaginionych pasażerów, ale jednak na katowickie lotnisko docieramy zgodnie z rozkładem. Przez okno widać światła Tel Avivu. Znowu lecimy nad Morzem Śródziemnym. Drzemiemy w samolocie, bo zmęczenie mocno daje się we znaki. 
Powrót do kraju jest szokiem termicznym - nagle z 30 stopni wkraczamy w -3 :( przyzwyczaimy się w kolejnych dniach, ale na razie jest to smutna rzeczywistość. Teraz już tylko powroty w nocy, a kolejny dzień do pracy... 
Niezwykła była ta izraelska, bliskowschodnia przygoda. Czuję, jakbym odkryła nowy, nieznany ląd, kawałek pięknego, ale i trudnego świata. Mam niedosyt, że nie zobaczyłam wszystkiego tak dokładnie, jakbym chciała, nie zżyłam się na tyle z miastem, żeby dobrze odczuć jego klimat. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tu wrócę.


_________________________
Więcej zdjęć w albumie: https://goo.gl/photos/MM8gfKEmFGj4M7X56

sobota, 12 marca 2016

Izrael - śladami Jezusa

Sobota w Izraelu - czy może być lepsze miejsce? A do tego śniadanie na dachu z widokiem na Jerozolimę, dojrzałe awokado i granaty - chyba tylko osoba tak permanentnie niedospana, jak ja wtedy nie doceniała tego w pełni tak, jak na to okoliczności zasługiwały.


Tego dnia chcemy udać się śladami Jezusa, który odwiedzał swoich przyjaciół: Martę, Marię i Łazarza w Betanii. Droga prowadzi po raz kolejny obok Ściany Płaczu, następnie w dół obok Miasta Dawida, przecinamy dolinę Cedronu i wspinamy się na szczyt Góry Oliwnej. 

Na zdjęciach widać dwa wielkie grobowce, jeden z nich to grobowiec Zachariasza, nieco bardziej po lewej znajduje się grobowiec Absaloma. Wszystkie te miejsca oczywiście należy traktować jako umowne i nie przywiązywać do nich wagi, że rzeczywiście pochodzą z czasów biblijnych. Trudno jednoznacznie wskazać, że akurat w tym miejscu dokładnie stanęła ta czy inna postać. Jedno jest pewne: Góra Oliwna jest autentyczna i na pewno chodził tędy Jezus.




Na szczyt Góry Oliwnej prowadzą różne drogi, jedna z nich to długie schody. To nasza poranna zaprawa. Tego dnia założyliśmy specjalne koszulki z napisami po angielsku i hebrajsku: "Czy Jezus jest prawdziwym Mesjaszem?" oraz z tekstami biblijnymi zawierającymi proroctwa mesjanistyczne. Reakcje ludzi były naprawdę ciekawe, w zależności od miejsca i narodowości, ale naszym celem było rozmawianie o Bogu, a nie szukanie zaczepki czy prowokacji, więc w niektórych miejscach, gdzie hebrajskie litery byłyby nieprzychylnie widziane, zmienialiśmy koszulki. 
Po drodze zatrzymaliśmy się na herbatę u szejka Ibrahima, Beduina, który prowadzi schronisko dla pielgrzymów na Górze Oliwnej. Tradycja pomagania i udzielania gościny jest praktykowana w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, niezależnie od narodowości i wyznania. My także doświadczyliśmy jego gościnności i niezwykle życzliwego podejścia do ludzi. 


Chociaż na Górze Oliwnej znajdowało się wiele sanktuariów, jakoś z rana nie mieliśmy chęci na typowe zwiedzanie, więc przeszliśmy obok kościoła Pater Noster, ogrodu Getsemane, kaplicy Wniebowstąpienia krokiem niemalże obojętnym. Naszym celem była Betania, której dzisiejsza nazwa to Al-Ajzarija i leży w Autonomii Palestyńskiej. Otoczona jest murem od strony Jerozolimy, znajduje się tam punkt kontrolny i nie można stamtąd wyjść bez paszportów. Co by się stało, gdyby ktoś z nas zapomniał paszportu? Prawdopodobnie zostałby tam na zawsze :P tak mniej więcej odpowiedzieli nam strażnicy. 

Widok na Betanię z Góry Oliwnej. 

Gdyby nie mur, dostalibyśmy się do Grobu Łazarza bardzo łatwą drogą, ale tak musieliśmy znaleźć jakiegoś busa, który przewiózł nas od bramek do miejsca uznawanego za grób. W pobliżu znajduje się też kościół Marty, Marii i Łazarza. Wnętrze jest bardzo skromne, a jednak zatrzymało nas na dłuższą chwilę dzięki napisom po łacinie, pochodzącym z Ewangelii Jana. Taka refleksja po przejściu tej drogi: Pan Jezus musiał naprawdę mocno się przyjaźnić z tą rodziną, że wędrował taki kawał drogi z Jerozolimy na nocleg do nich!


W tym miejscu wdaliśmy się w dwie pogawędki z mieszkańcami Betanii: sympatycznym młodym człowiekiem, który sprzedawał bilety wstępu do grobu i właścicielem kawiarni. Jeden mówił o polityce, drugi o religii, czyli na tematy bliskie każdemu człowiekowi. Ja na polityce absolutnie się nie znam, nie wiem, o co chodzi w tym całym konflikcie izraelsko-palestyńskim, kto ma prawo do jakiej ziemi, kto był tutaj pierwszy i wcale nie mam ochoty tego rozstrzygać. Wiem tylko, że ludzie wszędzie są przede wszystkim ludźmi, którzy chcą żyć szczęśliwie ze swoimi bliskimi, zarabiać na życie, wierzyć i praktykować wiarę oraz nie czynić drugiemu, co im niemiłe. I ja chcę dla innych tego samego.


Ponieważ wszyscy mieli paszporty, udało się nam przejść przez bramki. Smutny jednak był widok ludzi, którzy musieli pozostać za murem i nie mogli stamtąd wyjść. Tego dnia nie widzieliśmy też za wiele turystów w Betanii, więc pewnie nie było im za wesoło. Owce pasące się pod murem również stanowiły bardzo wymowny widok. 


Patrząc na Górę Oliwną od strony Jerozolimy widać, jak stała się zasiedlona, ale znaleźliśmy tę ładniejszą część, porośniętą prawdziwymi krzewami oliwnymi, pełną zielonych tarasów. Bardzo miłe miejsce na odpoczynek i posiłek. Podczas postoju odkryliśmy, że jedna z puszek z hummusem nieomal eksplodowała :( prawdopodobnie nie wytrzymała dosyć wysokiej temperatury. 


Obiecywałam, że wspomnę nieco więcej o cmentarzu na Górze Oliwnej. To najstarszy cmentarz żydowski i zarazem najdroższy cmentarz na świecie, od ponad 2 tysięcy lat są tam grzebani zmarli. Można go zwiedzać wirtualnie w internecie. Na grobach zamiast kwiatów umieszczane są kamienie, co jest związane z klimatem i krajobrazem. 


Schodząc z góry mieliśmy już czas i nastrój na odwiedzanie miejsc. I tak zobaczyliśmy kościół Dominus flevit (I zapłakał Jezus), kościół Zbawienia Narodów i ogród Getsemane. Żal mi jedynie tego, że te miejsca są już tak komercyjne, że nie można ani trochę poczuć atmosfery zadumy i cierpienia. Ogród nie jest już ten sam i nie jest wcale wielki. W kościele są ciągle ludzie i nawet jeśli obowiązuje tam cisza, to wiadomo, że nie jest to to samo. 




Wędrując po Ziemi Świętej byliśmy nieraz podobni do starożytnych Izraelitów, którzy narzekali na wszystko: "czemu zatrzymujemy się tutaj tak długo, nie możemy już iść dalej? A czemu teraz pędzimy, na nic nigdy nie ma czasu? Ech, te falafele, ileż można jeść w kółko to samo? Wody, wody nam potrzeba... Marek, zrób coś..." Kiedy usychaliśmy z braku wody pod kościołem Dominus flevit, niespodziewanie znaleźliśmy kran z wodą. Marek okazał się Mojżeszem, który wymodlił wodę ze skały. 

Via Dolorosa

Weszliśmy do starego miasta przez Lwią Bramę, zwaną też Owczą Bramą. Jest to miejsce, gdzie w czasach świątyni prowadzono baranki na ofiarę. Tuż za Bramą Owczą rozpoczyna się Via Dolorosa i tutaj też oczywiście byłam lekko rozczarowana, bo przekonałam się, że bruk, po którym chodziliśmy, nie był tym z czasów Jezusa. Wzdłuż ulicy były rozmieszczone stacje drogi krzyżowej, stragany z pamiątkami dla turystów, restauracje, gdzie pielgrzymi mogli się zatrzymać i coś zjeść. Pomimo tego zgiełku kołacze mi się myśl, że w tamtych czasach mogło być podobnie: mnóstwo ludzi zgromadzonych z okazji święta Paschy, na ulicach gwar, a pośród tego jakiś więzień z krzyżem idący na miejsce kaźni. Niby zwyczajna sytuacja, a jednak niezwykła dla całej ludzkości.

Fragment oryginalnego bruku z czasów drugiej świątyni. 
Po tych płytach mógł rzeczywiście chodzić Jezus.


Według tradycji droga kończy się na miejscu, gdzie stoi Bazylika Grobu Pańskiego. Miejsce to jest uznawane za Golgotę i grób Chrystusa. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Atmosfera miejsca też nas nie zachęciła, a zwłaszcza spazmatyczne reakcje ludzi, którzy kładli się na rzekomą skałę złożenia Jezusa z krzyża. Wszędzie śpiewy mnichów, dużo kadzidła - nie, to nie mogło być tutaj. 


Marek prowadzi nas do innego miejsca, położonego za Bramą Damasceńską - Ogrodu Grobu Pańskiego. Jest tutaj cicho i spokojnie, oprowadza nas przewodnik i z prawdziwą pasją opowiada o biblijnych wydarzeniach, podkreślając, że nie jest to wytyczanie świętego miejsca, ale rodzaj ilustracji dla lepszego wyobrażenia sobie tamtych scen. Podoba się nam takie podejście i w zadumie oglądamy ogród, wzgórze Trupiej Czaszki i pusty, niewielki grób. 

Jeśli się dobrze przyjrzeć, kształt skały przypomina czaszkę.


Jest już prawie zachód, koniec szabatu. Stajemy przed pustym grobem i śpiewamy pieśń A4H "Żyje Pan, pokonał śmierć, nie szukajcie Go tu w grobie, bo zmartwychwstał, tak jak rzekł!"


Wracamy do naszego hostelu na kolację. Przygotowujemy się do wieczornej transmisji z okazji Młodzieżowego Tygodnia Modlitwy, która będzie spod Ściany Płaczu. W kuchni spotykamy trzy dziewczyny z Polski, które podróżują po Izraelu. Marek zaprasza je na naszą jutrzejszą wyprawę na dziedziniec świątyni. 
Relacja jest w kilku częściach, na poniższym filmiku jest ostatni fragment, czyli dyskusja i wyprawa z kamerą pod samą Ścianę Płaczu i do jeszcze jednego pomieszczenia, dostępnego tylko dla mężczyzn! Obejrzyjcie koniecznie!


Powrót do hostelu okazuje się nie taki prosty. Kluczymy trochę po uliczkach, pytamy żołnierzy o drogę. Śmieją się z naszego zagubienia i z tekstu Tomka, który tytułuje towarzyszące mu dziewczyny jako swoje 4 żony :P w ogóle niemal wszyscy ludzie, jakich na ulicy spotykaliśmy, witali się z nami "szalom" lub "salam alejkum", pytali, skąd jesteśmy, pozdrawiali. Dla nas, zamkniętych w sobie Europejczyków, którzy mkną ile sił po ulicach, żeby tylko nikt nas nie zaczepił, było to dziwnym najazdem na naszą prywatność, ale po kilku dniach przyzwyczaiłam się do tego sposobu bycia. Nikt nie zaczepiał nas, prosząc o pieniądze, nie spotkaliśmy żadnego pijaka czy żula. Nie licząc natarczywych handlarzy widziałam zwyczajną ludzką ciekawość obcymi przybyszami i dużą życzliwość. Tutaj chwila rozmowy z człowiekiem jest równie ważna, jak ubicie interesu, zainteresowanie czyimś losem zdobywa życzliwość i zaufanie. To zupełnie inny świat, za którym już wiem, że będę tęsknić.

_________________________
Więcej zdjęć w albumie: https://goo.gl/photos/MM8gfKEmFGj4M7X56