środa, 9 marca 2016

Izrael - wylot i podróże z przygodami

To dzisiaj, dzień wylotu. Jest jeszcze ciemno, kiedy budzi mnie myśl, że powinnam wstać. Zerkam na telefon, jest 5.30. No nie, dlaczego teraz? Mam jeszcze godzinę snu. Odczytuję wiadomość z 4.30 od gościa z blabla, że jest znowu miejsce wolne, bo tamta osoba się rozmyśliła. Aha, ciekawie, ale teraz to już bez znaczenia, Paulina znalazła przejazd pociągiem. Po chwili przychodzi kolejna wiadomość, że zepsuł mu się samochód na autostradzie i czeka na wspólnika, który ma mu zamienić samochód i będzie spóźniony ponad godzinę. No nie, nie mogę czekać na niego, muszę być jak najszybciej w Łodzi. Wstaję i szukam w Internecie innego przejazdu. Odbieram to obudzenie jako znak opatrzności, bo zostałabym na lodzie. Udaje się skontaktować z innym gościem, który rusza o 8.00. Dopakowuję ostatnie rzeczy, zjadam śniadanie i ruszam do Warszawy na Centralny. Wsiadam w samochód i pędzimy do Łodzi. 
Na wysokości Wiskitek pakujemy się w ogromny korek. Samochody wycofują się do najbliższego zjazdu i też decydujemy się na ten krok, bo najprawdopodobniej na autostradzie zdarzył się jakiś wypadek. Teraz jedziemy inną drogą, nie da się na niej pruć. Nasz kierowca spieszy się do pracy, ja spieszę się na samolot i wszyscy ze zwieszonymi głowami, nic nie mówiąc, po prostu liczymy kolejne kilometry. Wiemy, że jazda się opóźni o co najmniej godzinę. Mam akurat taki zapas. Dojeżdżamy do Łodzi o 10.30. Łapię tramwaj i autobus, przesiadając się chaotycznie w to, co akurat nadjeżdża i docieram do Marka, który też jeszcze jest w biegu i załatwia na mieście różne rzeczy. Ostatecznie pakujemy się, dojeżdża Michał i ruszamy do Katowic. 
Samochód Marka ma niesprawną chłodnicę i co chwilę się nagrzewa, więc Michał prowadzi ze stałą prędkością i cały czas kontroluje wskazówkę: "lewy środek? Jest ok." Odkręcamy ogrzewanie i otwieramy okna, żeby wyregulować temperaturę. "Przyzwyczajaj się do temperatury w Izraelu" - mówią chłopaki. Modlę się w duchu, żebyśmy zdążyli dojechać. Docieramy z lekkim opóźnieniem na parking. Tam czeka już reszta ekipy, właściciel parkingu pakuje nas w busa i zawozi na lotnisko do Pyrzowic. 
Przy sprawdzaniu rozmiaru bagaży okazuje się, że walizka Pauliny jest za wysoka o wysokość kółek. Przepakowujemy ją na szybko w dodatkową torbę, a walizka zostaje w samochodzie. Na kontroli w security Asia z Agą z bólem serca żegnają się ze słoiczkami z pasztetem z Primaviki. Są za duże i nie mogą przejść przez kontrolę. Reszta bagażu przechodzi bez problemu. Czas skraca się nam błyskawicznie i wchodzimy do samolotu.


W samolocie część osób uczy się hebrajskiego alfabetu, inni grają w coś, jeszcze inni śpią, Marek zaznajamia się z Żydami lecącymi do Izraela. Lot nie jest długi, tylko 3,5 godziny. Przelatujemy większą część drogi nad chmurami. Dopiero w rejonie Morza Śródziemnego się rozpogadza. Rozjaśniony światłami Tel Aviv oglądamy z okien samolotu. Nie mogę uwierzyć, że właśnie spełnia się mój cel na ten rok i marzenie. Lądujemy w Azji!


Po wyjściu z lotniska Marek z Tomkiem załatwiają samochody w Sixt (firma wynajmująca samochody za całkiem sensowną cenę 110 zł za dzień). Naczekali się na nie kawał czasu, a potem okazuje się, że dali nam nieduże Chevrolety Spark. Nie ma szans, żeby się zmieścić w nie w 10 osób z bagażami. Po dalszych negocjacjach dostajemy Hyundai i Nissana w rozsądnych gabarytach. Ładujemy się z naszymi walizkami i zaczynamy trip. W Tel Avivie jest ciepło, ale jeszcze nie dociera do mnie ten fakt. Nadal jestem mentalnie w Polsce. Poza tym miasto wygląda bardzo europejsko, jest jasne, nowoczesne, tylko palmy zaznaczają inny klimat. Przestronne, wygodne drogi, nowoczesne wieżowce. Nie tylko ja jestem zaskoczona zderzeniem własnych wyobrażeń z rzeczywistością.
Zajeżdżamy do supermarketu, żeby nabyć prowiant na następny dzień. Szekiel jest zbliżony do złotówki, ale ceny w Izraelu są wyższe. Pieczywo jest w niewyobrażalnych cenach rozpoczynających się od 6 szekli za bagietkę. Czekolady i nabiał również są mega drogie. Uświadamiamy sobie, że rozpoczyna się dieta oparta na warzywach, hummusie i pitach, które mamy nabyć w Jerycho, a na razie zjadamy chleb z Polski. Nie ma biedy.


Jest już straszliwie późno, ale cały czas jest ciepło. Kierujemy się wzdłuż wybrzeża na północ, do Hajfy, ale po drodze zahaczamy o port w Jaffie. To miejsce znane z kilku biblijnych historii: ucieczki Jonasza do Tarszyszu, pobytu Piotra w domu Szymona Garbarza i widzenia z Korneliuszem. Uświadamianie sobie tych wszystkich historii, które odbywały się w właśnie odwiedzanych miejscach jest niesamowite. Kiedy wchodzimy w labirynt małych uliczek prowadzących do portu, niezliczonych schodów i latarni, dociera do mnie, że naprawdę jestem w Izraelu, w orientalnym kraju. Nie ma wątpliwości, że to zupełnie inny kontynent. 


Hajfa również wita nas ciepłem. Nocujemy w budynku kościelnym na kafelkowanej podłodze dzięki uprzejmości pastora Siergieja, którego Marek poznał na camporee w Holandii. Jak to w tym klimacie, nie ma żadnego ogrzewania, ale obowiązkowo jest klimatyzator. W śpiworze jest mi za ciepło. Przed pójściem spać tamujemy powódź z łazienki. O trzeciej nad ranem przebudza nas koncert kogutów, nadających poranną audycję dla mieszkańców miasta. Skojarzyło się to nam z kogutem, który zapiał 3 razy, gdy Piotr się zaparł. U nas też ma przewalone.
Z powodu zmęczenia godzina naszego wyjazdu przesuwa się drastycznie i ostatecznie mamy wyruszyć o 8 rano.

_________________________
Więcej zdjęć w albumie: https://goo.gl/photos/MM8gfKEmFGj4M7X56

Brak komentarzy: