Przejdź do głównej zawartości

Izrael - wokół świątyni i Ściany Płaczu. Pożegnanie

I znowu wstajemy wcześnie (nie spać, zwiedzać!). Nie jemy nawet śniadania, tylko zbieramy się, żeby już o 7.30 wejść na dziedziniec świątyni. Wchodzi się tam osobną bramką, podobną do tych jak do Ściany Płaczu i specjalną drewnianą kładką, widoczną na zdjęciu po prawej stronie. Godziny otwarcia są bardzo ograniczone, dlatego trzeba trafić we właściwym momencie, żeby nie stać w gigantycznej kolejce. 


Za nami jest wpuszczana grupa Żydów, eskortowana przez strażników. Mają oni bardzo ograniczony dostęp do dziedzińca, ponieważ teren ten jest zajęty przez muzułmanów. Idąc po pomoście nagle zaczynają śpiewać. Dosyć szybko są upominani przez strażników. 
W Izraelu prawie w większości miejsc obowiązuje zakrywanie ramion, głowy i nóg, ale tutaj jest to najsurowiej przestrzegane ze wszystkich miejsc, w jakich byłam, przynajmniej jeśli chodzi o kobiety. Można mieć tylko długie rękawy, najlepiej długie spódnice (spodnie niechętnie są widziane), żadnego odsłoniętego dekoltu czy choćby kawałka brzucha. Mężczyźni nie mogą dotykać kobiet, nawet jeśli są parą. Na każdym kroku są ochroniarze, którzy uprzejmie, ale stanowczo przywołają do porządku. 


Meczet Al-Ahsa

Dawny dziedziniec to oczywiście nieistniejące miejsce, zaorane przez Rzymian. Na miejscu świątyni postawiono meczet Kopułę Skały. Jest to bardzo wymowne spełnienie się zapowiedzi Jezusa. 


Mając przed sobą widok na złotą kopułę siadamy na dłuższą chwilę, a Marek z Tytusem zaczynają wykład na temat świątyni. Są z nami dziewczyny z Krakowa, słuchają przejęte. Jest opowiadana historia Abrahama, który tu, na górze Moria, miał złożyć w ofierze syna. Słuchamy o świątyni, barankach, sprzętach i całej symbolice, która wskazywała na misję i ofiarę Mesjasza. Kulminacyjnym momentem jest śmierć Jezusa na krzyżu i rozdarcie zasłony oddzielającej Miejsce Najświętsze od reszty świątyni, co symbolizuje koniec systemu ofiarniczego. Przypominamy sobie, że Jezus jest teraz w niebie i wstawia się za nami w niebieskiej świątyni. Tematy tak dobrze nam znane ożywają tutaj, na świątynnym wzgórzu.


Podchodzimy do samego wejścia, żeby zerknąć chociaż przez szpary w drzwiach, ale niestety, meczet jest zamknięty dla niemuzułmanów, kobiet i innych niewtajemniczonych. Jedyna możliwość wejścia jest z muzułmańskim przewodnikiem, którego trzeba sobie wcześniej wynająć, taką informację podaje nam ochroniarz, Mahdi. To kolejny życzliwy i bardzo rozmowny człowiek, który opowiada nam wiele ciekawostek. Potwierdza informację, że Jezus nie mógł urodzić się w grudniu, ponieważ o tej porze roku nie wypasa się owiec i nie mieszka w szałasach; chętnie opowiada o Mahomecie, który z tego miejsca miał się unieść do nieba, a na koniec zabiera GoPro Marka i wchodzi z nim do środka meczetu, aby nagrać dla nas filmik z wnętrza. Taki bonus nawet się nam nie śnił. 
Mała dygresja na temat toalet: tu w Izraelu pierwszy raz zobaczyłam w toaletach zainstalowane urządzenia do podmywania. W naszym hostelu był wyciągany prysznic z przyciskiem w słuchawce, tu w obrębie meczetu stoi sobie konewka pod kranikiem. Może wydawać się dziwne, ale czegoś takiego u nas w Europie brakuje ;)


Jednym z obowiązkowych punktów programu, który warto zobaczyć, jest sadzawka Betezda. Ruiny są autentyczne, z czasów Rzymian. Obszar jest całkiem spory i można zobaczyć różne poziomy i baseny, w których ludzie zażywali kąpieli. W obrębie tego miejsca znajduje się kościół św. Anny, gdzie jest bardzo dobra akustyka i można śpiewać indywidualnie lub grupami religijne pieśni. My wykonaliśmy "Cudowną łaskę". 




 Odwiedziliśmy też cmentarz arabski, znajdujący się pod świątynnym murem. Groby może i ładne, ale niestety zaniedbane i zabałaganione. Na zdjęciu widać Bramę Złotą, zamurowaną przez władców osmańskich. Według żydowskiej tradycji przez Bramę Złotą wjedzie Mesjasz i rozpocznie sąd. Szkoda tylko, że Mesjasz już przyszedł i rzeczywiście przez nią przejechał na osiołku...


Wracając na śniadanie, zboczyliśmy jeszcze i odnaleźliśmy mniej popularne miejsce, Małą Ścianę Płaczu. Kamienie z czasów drugiej świątyni są charakterystyczne, otoczone taką jakby ramką. W Zachodniej Ścianie tylko dziewięć dolnych rzędów to kamienie z czasów Heroda, powyższe zostały dobudowane. Tutaj jeszcze raz spotkaliśmy Mahdiego, który podał nam ciekawostkę o nazwie uliczki, która wcześniej nazywała się po prostu domem jakiejś rodziny, dopiero potem dano jej nazwę Mała Ściana Płaczu (Small Wailing Wall). 


Do jedenastej mamy zdać nasze pokoje, więc wpadamy do hostelu, przepakowujemy się, jemy późne śniadanie i planujemy dalszą część dnia. Mamy kilka opcji: odwiedzić Miasto Dawida, przejść się Kanałem Hiskiasza, wybrać się na zakupy, a o 17.30 musimy już ruszać na lotnisko. Decydujemy się na razie na Miasto Dawida.


Po drodze do Miasta Dawida spotykamy niezwykłego przewodnika, Abrahama oraz Żyda, który urodził się na Syberii i mówi po polsku. Próbujemy porozmawiać z nim na temat proroctwa Izajasza widniejącego na koszulce Marka, ale widać w nim ogromną niechęć. Uznaje pisma Izajasza za chrześcijańskie wymysły, nie chce o niczym słyszeć, bo może jeszcze zamiesza mu się w głowie od tego. Smutne, że w niemal każdej religii są ludzie, którzy wolą polegać na tradycji, niż sami czytać Pisma i dociekać, gdzie jest prawda. 
Na miejscu okazuje się, że wyprawa z przewodnikiem jest dwa razy droższa, niż myśleliśmy, więc ludzie korzystają z okazji, że pojawili się młodzi Izraelczycy z bronią i robią sobie z nimi zdjęcia. Ja tam nie tęsknię za widokiem broni. 
Zamiast Kanału Hiskiasza Marek proponuje nam Muzeum Tuneli Zachodniej Ściany - za 30 szekli z przewodnikiem można zobaczyć niewidoczne z zewnątrz fragmenty świątynnego muru. Decydujemy się na tę wycieczkę i nie żałujemy. Przewodniczka jest sympatyczna i z przejęciem opowiada o budowie świątyni, pokazuje wszystko na makietach i wizualnych prezentacjach. Wchodzimy w podziemia i dotykamy bruku z czasów Heroda. W środku jest zbyt słabe światło, żeby robić zdjęcia, więc musi wam wystarczyć to jedno zdjęcie. 


W międzyczasie udajemy się na zakupy na stragany. Zdobyć najprostszą rzecz wymaga dłuższego czasu, bo z handlarzami trzeba się targować. Nie lubię takiego załatwiania sprawy, ale cóż, taka tradycja. Kupuję tam daktyle i trochę wschodnich słodyczy: chałwę, baklawę i kostki galaretki przypominające żywicę z orzechami. Nie mogę też nie spróbować kunafy - deseru z opiekanego sera, barwione na pomarańczowo i posypane pistacjami. Jest słodkie, zapychające i smaczne - taką porcje polecam wziąć na pół z kimś. 


Tego dnia okrążamy świątynne mury niemal z każdej strony. Ścianę Płaczu odwiedzamy przynajmniej pięć razy, jeśli dobrze naliczyłam. Biegając z bagażami do samochodów, które są zaparkowane niedaleko Bramy Damasceńskiej, przechodząc uliczki starego miasta w poszukiwaniu pamiątek z podróży, potem z powrotem pod Ścianę Płaczu do muzeum, wszystko w tempie ekspresowym - czujemy, że nasze nogi odmawiają powoli posłuszeństwa. Dobrze, że przed nami podróż, to jeszcze się nasiedzimy. 
Tuż przed wyjazdem musi być jeszcze jakaś izraelska przygoda. Marek, który tego dnia sam chodzi w koszulce z hebrajskimi napisami, ma ciekawe rozmowy z Żydami, a w pewnym momencie chyba któregoś zdenerwował, bo ten zaczął go szarpać i wmieszała się do tego policja, która zatrzymała go na chwilę, sprawdziła, czy nie jest jakimś prowokatorem i na szczęście puściła wolno, wyrzucając go za bramki. To był ostatni moment, bo spieszyliśmy się na lotnisko.  
Żegnamy się z Jerozolimą. Przejeżdżamy samochodem ulicami, patrząc jeszcze na ludzi. Już niedługo za nami są wzgórza miasta, a przed nami trasa na lotnisko. 


Tuż przed lotniskiem dokonujemy kilka szalonych manewrów z zawracaniem i rondem, po czym oddajemy nasze samochody. Służyły nam dzielnie, nie poobijały się. 
Na terminalu okazuje się, że wyjechać z Izraela wcale nie jest tak łatwo. Jesteśmy przepytani o cel podróży, gdzie się zatrzymaliśmy, czy nasz bagaż został zapakowany przez nas samodzielnie, czy nikt nam niczego nie dał do przewiezienia. Tuż za naszymi plecami w międzyczasie była jakaś interwencja policji. Jest bezpiecznie, ale czuje się tę gorącą atmosferę kraju. 
Kiedy przechodzimy już przez wszystkie bramki, security, kontrole paszportów, rozkładamy się spokojnie i zajadamy ostatnie pity, hummus i papryki. Już niedługo będzie nam tego brakować. Nasz lot jest nieco opóźniony przez dwóch zaginionych pasażerów, ale jednak na katowickie lotnisko docieramy zgodnie z rozkładem. Przez okno widać światła Tel Avivu. Znowu lecimy nad Morzem Śródziemnym. Drzemiemy w samolocie, bo zmęczenie mocno daje się we znaki. 
Powrót do kraju jest szokiem termicznym - nagle z 30 stopni wkraczamy w -3 :( przyzwyczaimy się w kolejnych dniach, ale na razie jest to smutna rzeczywistość. Teraz już tylko powroty w nocy, a kolejny dzień do pracy... 
Niezwykła była ta izraelska, bliskowschodnia przygoda. Czuję, jakbym odkryła nowy, nieznany ląd, kawałek pięknego, ale i trudnego świata. Mam niedosyt, że nie zobaczyłam wszystkiego tak dokładnie, jakbym chciała, nie zżyłam się na tyle z miastem, żeby dobrze odczuć jego klimat. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tu wrócę.


_________________________
Więcej zdjęć w albumie: https://goo.gl/photos/MM8gfKEmFGj4M7X56

Komentarze