niedziela, 20 marca 2016

Israeli state of mind, Roversi i historie wojenne

Po ostatnich postach mogło się wydawać, że oprócz Izraela nic więcej się u mnie nie działo, ale to nie jest tak! Oczywiście cały czas żyję Izraelem, ale wracam do rzeczywistości. Spisywałam relacje przez cały tydzień, dzień po dniu. Obrabiałam zdjęcia w moim albumie, kilka pojedynczych wrzuciłam na Instagrama i Facebooka. Śledziłam galerie moich znajomych, którzy też ze mną tam byli. Przez pierwsze dwa dni po powrocie odsypiałam zaległości, a potem regenerowałam schodzone nogi. Oswajałam się z polską temperaturą i mentalnością. Chodziłam do pracy. Gotowałam z radością bardziej złożone potrawy i zajadałam się izraelskimi słodyczami (niestety po powrocie znowu przytyłam 1,5 kilo, czyli odzyskałam to, co straciłam wcześniej, trzeba wrócić do treningów i licznika kalorii). Przymierzam się do zrobienia własnoręcznego hummusu i już z zainteresowaniem patrzyłam na pitę w Biedronce ;) Jednak izraelski stan umysłu nadal jest w mojej głowie. W sobotę rano, pakując torebkę, przyszła mi do głowy myśl: "Czy to przejdzie przez bramki?" :D


W piątek z radością usłyszałam wołanie mojej sąsiadki: "Karolina, listonosz z przesyłką poleconą na dole!" Oczywiście, że wiedziałam, skąd ona jest i co się w niej znajduje, ale koperta była dla mnie miłym zaskoczeniem. Widzisz takie egzotyczne znaczki, pieczątki, brązowy papier i czujesz ten elektryzujący dreszcz: list z zagranicy :) 
W sobotę już od rana byłam w zborze, akompaniowałam do nabożeństwa, prowadziłam lekcję szkoły sobotniej, brałam udział w wieczerzy Pańskiej, a po nabożeństwie poszliśmy wszyscy do Estery i zrobiliśmy wielki młodzieżowy obiad na ponad 20 osób. Po takim biesiadowaniu ciężko było się skupić na czytance MTM, ale cały dzień był w temacie powtórnego przyjścia Jezusa, więc dyskusja też się jakoś potoczyła. Dima z Anią przywieźli swoją nową córeczkę i wprowadzili ją na salony ;)

Wielka, większa i największa.

Wreszcie udało mi się zgrać z terminem zbiórki Rovers i dzisiaj pojechałam na róg Targowej i Grzybowskiej, domyślając się, że celem naszego spotkania będzie Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie byłam tam kilka lat. Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy, ale odkryliśmy jedną salę za dużym kinem i kilka nowych kanałów. Błażej opowiadał historie z powstania, bo była z nami Nastia, która o tym nigdy wcześniej nie słyszała. Zastanawialiśmy się nad sensem wojen, powstań, patriotyzmu. Trudne tematy dla ludzi wierzących, że wojna nie jest rozwiązaniem i chcących się stosować do zasady "miłujcie swoich nieprzyjaciół". Jednak po wizycie w Izraelu widzę wyraźnie, że wojny są bezsensowne. To czysto polityczne rozgrywki o władzę i wpływy wśród najbogatszych, a zwykłych ludzi wcale to nie interesuje, oni chcą po prostu spokojnie żyć ze swoimi rodzinami. Niestety ludzie są nakręceni i sterowani przez media, propagandę czy cokolwiek, co w różnych czasach prało mózgi i potem przyłączają się do takich rozmaitych działań wojennych. Jedno, co warto podziwiać, to poświęcenie i oddanie, a taką postawę warto naśladować, oczywiście w dobrym kierunku. 


Po naszym wędrowaniu zjedliśmy obiad w harcówce, zrobiliśmy górę naleśników na sześciu jajkach (jak to się stało, nie wiem), pośpiewaliśmy i rozjechaliśmy się do domu. Taka fajna ta niedziela była :)
Najbliższy tydzień to przygotowania do festiwalu. Stres, napięcie? Trochę tak, ale czujemy się raczej przygotowane z dziewczynami. Gdzieś pomiędzy to trzeba oczywiście wcisnąć pracę, codzienne obowiązki, ćwiczenia i inne przyjemności. Do boju zatem!

Brak komentarzy: