poniedziałek, 27 lipca 2009

Campowo :D

Szmat czasu przeminął, zanim się odezwałam na tym blogu ;) napiszę więc pokrótce, co się działo przez ostatnie 2 tygodnie. Oczywiście camp był, jakby co.

9-11 lipca

Przygotowania do campu. Pakowanie, załatwianie spraw, telefony, szukanie kostiumu (znalazłam prześliczny, błękitny z Triumpha, za przystępną cenę :)
Tu widać górę.




12 lipca, niedziela
WYJAZD NA CAMP
Zarwałam noc na jakieś rozmyślania o życiu i śmierci i byłam mocno nieprzytomna w pociągu. Właściwie doszłam do wniosku, że sama siebie nie rozumiem: tracić cenne godziny snu na jakieś absurdalne rozważania.
Waliza monstrualnych rozmiarów (to ta, którą Ola miała zabrać do Niemiec, ale na skutek skomplikowanego obrotu spraw walizka jednak została w domu :P) budziła powszechne zainteresowanie - od współczucia kierowców i pasażerów, którzy pomagali ją wnosić, po dezaprobatę konduktora, który kazał mi kupić na nią bilet bagażowy :P
Tym razem zainwestowałam w gazety, naładowałam porządnie baterię w telefonie i jakoś przetrwałam te 12 godzin jazdy. Ponadto trafiła się wesoła kolonia dzieciaków z Szamotuł, którzy wracali z Lipnicy Murowanej i co jakiś czas śpiewali piosenki :)
Wyszłam na stację w Stargardzie Szczecińskim na wiotkich nogach i ledwo się trzymałam, ale na szczęście nie jechałam jeszcze pod namiot, tylko do znajomych :)

13 lipca, poniedziałek
SZCZECIN

Muszę mocno zareklamować cząber - fantastyczne zioło, które można dodawać do kanapek i szalenie poprawia apetyt :)
Szczecin był ciekawy, zobaczyłam taką masę miejsc, że wymienienie ich zajęłoby całego posta, więc skupię się tylko nad tym, że wszystko jest tam duże, zabytkowe i można tam zjeść pyszną pizzę na grubym cieście w pizzerii "Piccolo" na ul. Wojska Polskiego :) sami pojedziecie kiedyś, to pozwiedzajcie, nie mam zdjęć, to co wam będę opowiadać ;P wróciliśmy późnym wieczorem, normalnie padałam ze zmęczenia, tak się nałaziliśmy.

14 lipca, wtorek
WYJAZD DO ZATONIA

Najpierw były zakupy. Mi poszło bardzo sprawnie, Błażejowi (a co, wkopiemy go ;P )niezupełnie :P tego dnia zrozumiałam, że stereotyp o kobietach, które godzinami robią zakupy, można wsadzić między bajki :P

A tu już rozbijanie namiotu.



Niektórzy przejęli rolę kierowniczą ;P



Inteligencja biła z moich min na wszelkich zdjęciach z tego campu, nie ma co :P
Trudno, to nie był mój najlepszy czas na zdjęcia ;P



15 lipca, środa
JESZCZE LUZY...

Program się jeszcze nie rozpoczął, więc mieliśmy do wyboru trochę zajęć rekreacyjnych, typu: pływanie na canoe, opalanie się, grill u Marcina, wieczorne rozmowy... Ale i tak twardo postanowiłam, że będę kłaść się wcześnie spać. Z praktyki wiedziałam, że będę budzić się wcześnie, więc lepiej się wysypiać. Poza tym permanentnie zsuwałam się w nocy z materaca i marzłam, pomimo śpiwora i podwójnej piżamy. Spanie zatem należało do mniej przyjemnych punktów programu.Ustaliłam sobie także roboczy porządek dnia. Pobudka przed 6, studium Biblii, gimnastyka, prysznic i układanie włosów, śniadanie, wykład pastora Rafferty (o pseudonimie Obama) o 10, a potem to już jak mnie natchnie. Zapewne jakiś obiad, jakieś zajęcia rekreacyjne, jakieś próby, jakiś prysznic i wykład wieczorny. I spać.

16-18 lipca
UPAŁY

Jonatan.


Korzystając z pogody, pływałam, opalałam się, skompletowaliśmy dwie drużyny i graliśmy w piłkę wodną :) w tak zwanym międzyczasie poznałam Tomka z Gniezna, Tosię, dziewczynę Daniela, Dawida Niewolika i Jonatana, jego kuzyna ze Szwecji. Od tej pory zaczęło się intensywne uśmiechanie ;)

Jestem owocem Jogobelli, a konkretnie poziomką :P


Któregoś dnia odkryłam w swoim namiocie napływ artykułów spożywczych, pochodzących od anonimowego darczyńcy :) nie odkryłam, kim on jest, niemniej serdecznie dziękuję :D



Fenomenem tego campu była urocza herbaciarnia "Czarna Porzeczka", w której liczne gromady wypijały hektolitry herbaty i gorącej czekolady ;)

19 lipca, niedziela
BIBLIONERZY

Absolutny hit dnia, który rozgrzał publiczność do czerwoności i wzbudził co najmniej takie emocje, jak mecze piłki nożnej w campowym turnieju ;)

W zasadzie na tym campie przeważało towarzystwo kuzynów: Dawida i Jonatana. Razem chodziliśmy na wykłady, programy wieczorne, w ciągu dnia też spędzaliśmy sporo czasu.

20 lipca, poniedziałek
JAKA TO MELODIA

Jak w tytule, tym razem znalazłam się na podium i mocowałam się z przyciskiem, który nie chciał się zaświecić :P ale konkurs był bardzo fajny, otrzymałam po 2 rundach misia przytulankę i płytę Jordanu. Jako jedyna z trójki uczestników znałam najstarsze piosenki ;) gratulacje dla Maykiego, który był w finale :D
Wspomnę jeszcze o działalności Yankesów na boisku, bo pomimo niesprzyjających warunków terenowych chłopaki zdobyli 3. miejsce na turnieju :D tutaj wstawię po prostu parę zdjęć, sami sobie je skomentujcie ;)







21 lipca, wtorek
BIBLIONERZY c.d.

Tym razem ze specjalnym uczestnikiem - Genowefą Pigwą ;P nie miałam już żadnej wątpliwości, że to byo ustawione :P

22 lipca, środa

Tego dnia była wyprawa na kajaki z Dawidem, Jonatanem i Allanem. "Żeby były wyrównane siły, to ja popłynę z Kiką" - stwierdził Dawid. Podpłynęliśmy potem zupełnie po cichutku do jakiegoś wodnego ptaka na brzegu, jakieś 3 m od niego :) ależ było niesamowite wrażenie :)




23 lipca, czwartek
MARKET DAY
23.URODZINY BM
4. URODZINY CHOFESZU

Oj, szalony dzień, dużo zajęć :) Market Day zdominował program dnia, muszę zaznaczyć udział naszego zespołu, który zrobił kabaret :D ale i wiele innych punktów programu cieszyło się szaloną popularnością :D Tutaj umieszczam kilka fotek, reszta w galerii Kariny:


http://picasaweb.google.com/karina.hart88/Camp2009MarketDay


Czy na pewno umiecie jeździć na rowerze?



Siłowanie na rękę - she's got a power :D






Komplementy - 1 zł za min :P



Absolutny hit imprezy - zmocz pastora :D



Czekam jeszcze na zdjęcie z prezydentem USA ;) czyli pastorem Obamą ;)
Wszystkie zyski zostały przeznaczone na cel charytatywny dla leczenia małego Bartusia :)

Była też kolejna wyprawa kajakami, tym razem bez dodatkowych ustaleń płynęłam z Dawidem, a Allan z Jonatanem, pogadaliśmy sobie, zrobiliśmy wyprawę na Tahiti, nazbieraliśmy egzotycznych kwiatów i porządnie umordowani wróciliśmy :)

BM miał urodziny, siostra wieczorem przywiozła wielkie ciasto z owocami, zaprosił mnie i Pati, dopilnował, żebym zjadła porządny kawałek, nałożył potem sałatki warzywnej, nie miałam wyboru, musiałam zjeść ;P to są ziomy jednak, tak stwierdzam :)

24 lipca, piątek
DZIEŃ PRZYGOTOWANIA

Lało cały dzień, miałam same próby co 2 godziny, załatwianie czegoś tam, potem po południu z BM i Pati szukaliśmy kamieni na wieczór. Wieczorem, po nabożeństwie każdy wziął swój kamień i złożyliśmy je pod krzyżem na polu camporee. Dawidy obydwaj byli milczący i nieobecni. Nie mogłam kompletnie się z nimi porozumieć. Pobiegłam do lasu i skręciłam nogę po drodze. Tak się kończą głupie pomysły.
Dzięki Oli stoperom przetrwałam głośne wieczory na campie. Zbierałam się długo, żeby je kupić, ale nie było okazji. Ale teraz już mam i mogę spać spokojnie ;)

25 lipca, sobota
CHRZEST I ZAKOŃCZENIE CAMPU



W tym roku aż 6 znajomych przyjmowało chrzest :D Marcin, Ernest, Marta, Adam, Tomek Szambelan i Jeremiasz :) ależ była szalona radość :D czekam na więcej zdjęć, bo Karinka nie miała zbyt dobrej miejscówki ;)

Był campowy koncert, śpiewałam z campowym chórem afrykańską piosenkę i osławiony już "Freedom" :D ależ był power :D no i tradycyjnie, już po raz drugi na tym campie, występ z Chofeszem :D
Zrobiliśmy sobie po południu z Dawidem i Jonatanem spacer do lasu. Byliśmy wymęczeni programem. Fajni są z tym zamiłowaniem do przyrody. Rozumu bym w życiu do lasu nie wyciągnęła. Straszny mieszczuch z niego.
Camp skończył się wieczorem, było mi z tym dziwnie, bo tak chciałam jeszcze pobyć z fajnymi ludźmi, ale z drugiej strony miałam dość zimna i spania na tym niewygodnym materacu. Nie robiłam żadnych głupot w zieloną noc, grzecznie poszłam spać ze stoperami na uszach.

26 lipca, niedziela
BACK TO HOME

Następnego dnia spotkałam Grega, obejrzeliśmy nocne dzieło zniszczenia w obozie i stwierdziliśmy, że na wygłupy w zieloną noc to jesteśmy za starzy.
Spędziłam kilkanaście godzin w pociągu, kawałek trasy ze znajomymi, resztę sama, śpiąc, gadając na gadu, pisząc smsy, ładując telefon w toalecie (o dziwo, był tam prąd, zaskakujące zjawisko w PKP :P) i myśląc. W domu byłam o pierwszej. Runęłam jak nieżywa i wstałam następnego dnia o 12 :P tak, to było piękne :P

Aktualnie zatem jestem w domu, rozpakowałam się, zrobiłam pranie, wkręcam się w rytm domowy, nadrabiam utracone kilogramy i zaległości na necie no i odsypiam ;) za parę dni wyruszam do Pszczyny na urodziny Dawidów, a potem jadę do Monachium, więc długo to w domu nie posiedzę ;) i pewnie znowu mnie na necie nie będzie, to sobie poczekacie na kolejną notkę ;)

Aha, Filip dzisiaj przylatuje do domu :D

No, to by było na tyle. Pozdrawiam wszystkich was, trzymajcie się ciepło ;D

czwartek, 9 lipca 2009

Perpetuum mobile ;)



His eyes are on the sparrow
Lauryn Hill


why should I feel discouraged
why should the shadows come
why should my heart feel lonely
and long for heaven and home

when Jesus is my portion
a constant friend is he
his eye is on the sparrow
and I know he watches over me

his eye is on the sparrow
and i know he watches over me

I sing because I'm happy
I sing because I'm free

his eye is on the sparrow
and I know he watches me
his eye is on the sparrow
and I know he watches me
he watches me, I know,
he watches me.

***
Piosenka z "Sister Act II" - taka naprawdę na dzisiaj :D czasem trzeba coś oddać, żeby coś zyskać :) i teraz:
I sing because I'm happy
I sing because I'm free:D

tak trochę przez łzy...

Nie chodzę, tylko biegam (nawet po schodach, przez co zarobiłam już parę ładnych siniaków :P), nie siedzę w domu, tylko ciągle gdzieś jeżdżę (na camp już w niedzielę, zahaczając o Szczecin :D), nie zwlekam się z łóżka, tylko wyskakuję, nie ćwiczę, tylko trzęsę całym ciałem :D ciągle na coś się nakręcam, ciągle wskakują mi do głowy kolejne szalone pomysły, ciągle pobudza mnie muzyka, ciągle chce mi się żyć i poznawać nowe miejsca i nowych ludzi, ciągle chcę się zmieniać i ulepszać - perpetuum mobile ;D

Już się nie mogę doczekać tego zapuszczonego ośrodka i tej bandy nienormalnych ludzi, łażących gdzie popadnie, robiących tysiące głupich zdjęć, wydzierających się na scenie w namiocie i partaczących piłkę nożną :P i jednego łobuza, który udaje, że się zna na komputerach i graniu na pianinie, a nawet nie umie obsługiwać Photoshopa (na razie :P)
A potem nie będę mogła się doczekać urodzin Dawidów i kongresu w Monachium... Fajnie jest mieć na co czekać i na co się cieszyć :D

Pewnie się już nie odezwę przez najbliższe 2 tygodnie... Zatem do zobaczenia na campie z tymi, co się zobaczę :D i miłych wakacji dla pozostałych :)
Pozdrawiam też moje rodzeństwo i Żani za granicą :)

Heeej wam :D

poniedziałek, 6 lipca 2009

We're the song inside the tune, full of beautiful mistakes.

Mieszkam w swoim pokoju już jakieś 2 tygodnie i dzisiaj odkryłam, że naprawdę mi się podoba :) Taki pokój zawsze chciałam mieć, jak byłam młodsza. Ale jakoś nie było możliwości, dopiero teraz... Wyobraźcie sobie dwie ściany pomalowane na taki delikatny odcień pomarańczowego i dwie ściany żółte, u góry pas o ciemniejszym odcieniu i biały sufit. Podłoga z ciemnego drewna, na środku czerwony dywan. Meble: olcha miodowa, sofa: brąz z beżem, okrągły stolik przykryty czerwonym obrusem, w rogu pokoju mały piecyk kominkowy. Na komodzie czerwone wazoniki i co najpiękniejsze: na oknach delikatne, różowe zasłony :) do tego fletnia Pana, porcelanowa lalka, kawałek drzewa o dziwnym kształcie, czerwona świeca, gałązka oliwna wypuszczająca korzenie w butelce i różowe piórka zwisające z żyrandola :) jak jeszcze dodam, że jest balkon, a pokój jest trochę wystający od bryły budynku, to możecie się domyślić, że to prawdziwa komnata księżniczek z wieży :)
I co jeszcze w nim jest takie fajne: mój uroczy bałagan :P zestaw kosmetyków na komodzie, lakiery, pianki, suszarka, prostownica przed lustrem, czerwona sukienka zawieszona na krześle, kolorowe bluzki, książki, kartki na biurku i rozpięta torebka wywnętrzniająca się na krześle ;) jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze w takim nieładzie ;) gdyby to Ola widziała... :P
Pozostałe sprzęty to: mój Best (komputer) i poczciwe, trzeszczące kolumny, gdy rano puszczam coś energetyzującego, żeby ćwiczyć ;) wysłużony keyboard Casio (pianino stoi w salonie na dole) i mikrofon ;)
Lubię budzić się rano ze słońcem i słyszeć ptaki za oknem. Lubię czytać w łóżku, a potem włączyć coś energetyzującego, żeby ćwiczyć ;) lubię śpiewać całymi godzinami "Beautiful" Aguilery, włączać telefon do ładowarki i znowu go odłączać, żeby pójść gdzieś na dół, nagrywać melodię do nowej piosenki, pisać w dzienniku pokładowym, przebierać się kilka razy dziennie, suszyć i układać włosy, słuchać fortepianowej muzyki wieczorami, robić urodzinową prezentację ze zdjęciami dla Dawidów i różne inne czynności. Jak już się uporam z różnymi pracami w ciągu dnia, to w wolnych chwilach wymykam się do pokoju i tam odpoczywam.

Wakacje to jest to.

PS: Za tydzień wyjeżdżam na camp i już dzisiaj musiałam się zabrać za przeglądanie ubrań :P brakuje mi kostiumu do opalania. Trzeba będzie zaszaleć ;)

Pozdrawiam do nie wiadomo kiedy ;)

środa, 1 lipca 2009

Na granicy polsko-chińskiej.



Live to love another day
Keith Urban

Lord I fell for her smile
And she loved me for a while
Then she said good-bye gotta go
Left me standing on the side of the road
Now she's gone and I'm a memory in her past
And the long and short of it some things never last

(Chorus:)
Oh because summers come, summers go
I'll keep walking down this road
It's alright and it's okay
I'll live to love another day
I'll live to love another day

Lord I'm out here again
With my back to the wind
The warm sun that's sinking low
Is gonna leave me out in the cold
But the long and short of it some things never last
And if that goes for the good
It must go for the bad

Chorus

If I fall down
I'm not ashamed
I always get back up again
But I'll be fine 'till the right one comes
to save me, save me, save me

Lord I fell for her smile
And she loved me for a while
And someday she's gonna wish
She hadn't left me here like this

Chorus

I'll live to love another day
I'll live to love another day
I'll live to love another day

***

Usłyszałam dzisiaj mocne słowa: "Zamiast się usprawiedliwiać, zrób coś, żeby się zmienić." Tym razem nie pozostawiłam tego jako wyrzutu albo pustego frazesu, który i tak nie zadziała. Może coś w tym jest? Usiadłam potem, spisałam listę wszystkich negatywów i zaczęłam się zastanawiać, co z tym zrobić, żeby to zmienić? Skoro potrafiłam się zmusić, żeby nie jeść za dużo, żeby ćwiczyć, żeby zmienić swój wygląd i zacząć o siebie dbać, to może będę w stanie zmusić siebie (na początek), żeby zmienić coś w swoim charakterze? Przecież po pewnym czasie tamte wymuszone czynności stały się dla mnie normalne, a nawet zaczęły mnie cieszyć. Może i z tym też tak będzie?

Polecam książkę "Chrześcijanin a depresja". Było tam kilka ciekawych cytatów o gniewie, że to świadomy wybór, że skłonności do popadania w gniew nie są żadnym usprawiedliwieniem i że rozładowywanie gniewu prowadzi do utrwalania negatywnych zachowań i odruchów. Skoro można utrwalać odruchy negatywne, to może zadziała to i w drugą stronę, w stronę dobra?

Mówienie o tym, że prawdę trzeba wypowiadać umiejętnie, to wygodne stwierdzenie. Tak naprawdę nasze lenistwo i strach nie są żadnym usprawiedliwieniem niechęci do zmian. Prawda jest zawsze prawdą, niezależnie jak zostanie wypowiedziana. Albo człowiek ją przyjmie, albo odrzuci. Tak samo teksty o tym, że bez właściwej motywacji nie ma co się zabierać za zmiany charakteru, że zmiany wynikają z miłości do Boga, to zwykłe wymówki. Dziecko na początku nie ma odpowiedniej motywacji, a jest uczone właściwych zachowań, wykonuje to często ze strachu, jak i duchowe dziecko na początku, bo nie rozumie istoty Boga. Dopiero potem w wyniku doświadczeń zaczyna rozumieć, że posłuszeństwo Bogu powinno wynikać z miłości, bo On jest miłością. Ale najpierw musi się nauczyć posłuszeństwa mechanicznie.

Rozmawiałam o tym wszystkim z mamą. Powiedziała, że nasze egoistyczne zachowania (a ja w myśli rozwinęłam: chęć dominowania, udowadniania swoich racji, zazdrość i zaniżanie wartości i osiągnięć innych) wynika z niewłaściwego rozumienia istoty Boga. Bóg jest Sługą i takiej postawy chce nas nauczyć. Wszystko we wszechświecie funkcjonuje po to, żeby służyć innym. Nie ma miejsca na zdobywanie chwały dla siebie, bo chwała należy się tylko Bogu.

Postanowiłam uczyć się dobrych odruchów i nie utrwalać negatywnych.

I taka moja myśl:
Sukces nie jest sumą osiągnięć, ale sumą zwycięstw nad samym sobą.

Wiem, że tak naprawdę nikomu nie zależy na tym, żebym się zmieniła, ale każdy by wolał, żebym była inna. Chciałabym to zmienić, nie żeby ktoś to zauważył, żeby przez to mnie bardziej polubił czy pokochał, ale dlatego, że chcę się tego pozbyć, żeby to Chrystus był widoczny, a nie moje nędzne uczynki.

***

PS: Jak tam u was z pogodą? Bo u nas upały. Dzisiaj naprawdę nieźle dopiekało i trochę się spaliłam, pracując na polach ryżowych, czyli na naszych zalewowych terenach przygranicznych ;)
Żeby nie było niejasności, zacytuję kawał:

Putin i Bush zostali zahibernowani na 300 lat. Po 300 latach budzą się i przeglądają gazety. Putin bierze gazetę i zaczyna się śmiać:
-Komunizm w USA!
Bush, oburzony, także bierze gazetę, czyta i też się śmieje. Putin:
-A ty z czego się śmiejesz?
-Zamieszki na granicy polsko-chińskiej! :D


Pozdrawiam słonecznie :D