Translate

Campowo :D

Szmat czasu przeminął, zanim się odezwałam na tym blogu ;) napiszę więc pokrótce, co się działo przez ostatnie 2 tygodnie. Oczywiście camp był, jakby co.

9-11 lipca

Przygotowania do campu. Pakowanie, załatwianie spraw, telefony, szukanie kostiumu (znalazłam prześliczny, błękitny z Triumpha, za przystępną cenę :)
Tu widać górę.




12 lipca, niedziela
WYJAZD NA CAMP
Zarwałam noc na jakieś rozmyślania o życiu i śmierci i byłam mocno nieprzytomna w pociągu. Właściwie doszłam do wniosku, że sama siebie nie rozumiem: tracić cenne godziny snu na jakieś absurdalne rozważania.
Waliza monstrualnych rozmiarów (to ta, którą Ola miała zabrać do Niemiec, ale na skutek skomplikowanego obrotu spraw walizka jednak została w domu :P) budziła powszechne zainteresowanie - od współczucia kierowców i pasażerów, którzy pomagali ją wnosić, po dezaprobatę konduktora, który kazał mi kupić na nią bilet bagażowy :P
Tym razem zainwestowałam w gazety, naładowałam porządnie baterię w telefonie i jakoś przetrwałam te 12 godzin jazdy. Ponadto trafiła się wesoła kolonia dzieciaków z Szamotuł, którzy wracali z Lipnicy Murowanej i co jakiś czas śpiewali piosenki :)
Wyszłam na stację w Stargardzie Szczecińskim na wiotkich nogach i ledwo się trzymałam, ale na szczęście nie jechałam jeszcze pod namiot, tylko do znajomych :)

13 lipca, poniedziałek
SZCZECIN

Muszę mocno zareklamować cząber - fantastyczne zioło, które można dodawać do kanapek i szalenie poprawia apetyt :)
Szczecin był ciekawy, zobaczyłam taką masę miejsc, że wymienienie ich zajęłoby całego posta, więc skupię się tylko nad tym, że wszystko jest tam duże, zabytkowe i można tam zjeść pyszną pizzę na grubym cieście w pizzerii "Piccolo" na ul. Wojska Polskiego :) sami pojedziecie kiedyś, to pozwiedzajcie, nie mam zdjęć, to co wam będę opowiadać ;P wróciliśmy późnym wieczorem, normalnie padałam ze zmęczenia, tak się nałaziliśmy.

14 lipca, wtorek
WYJAZD DO ZATONIA

Najpierw były zakupy. Mi poszło bardzo sprawnie, Błażejowi (a co, wkopiemy go ;P )niezupełnie :P tego dnia zrozumiałam, że stereotyp o kobietach, które godzinami robią zakupy, można wsadzić między bajki :P

A tu już rozbijanie namiotu.



Niektórzy przejęli rolę kierowniczą ;P



Inteligencja biła z moich min na wszelkich zdjęciach z tego campu, nie ma co :P
Trudno, to nie był mój najlepszy czas na zdjęcia ;P



15 lipca, środa
JESZCZE LUZY...

Program się jeszcze nie rozpoczął, więc mieliśmy do wyboru trochę zajęć rekreacyjnych, typu: pływanie na canoe, opalanie się, grill u Marcina, wieczorne rozmowy... Ale i tak twardo postanowiłam, że będę kłaść się wcześnie spać. Z praktyki wiedziałam, że będę budzić się wcześnie, więc lepiej się wysypiać. Poza tym permanentnie zsuwałam się w nocy z materaca i marzłam, pomimo śpiwora i podwójnej piżamy. Spanie zatem należało do mniej przyjemnych punktów programu.Ustaliłam sobie także roboczy porządek dnia. Pobudka przed 6, studium Biblii, gimnastyka, prysznic i układanie włosów, śniadanie, wykład pastora Rafferty (o pseudonimie Obama) o 10, a potem to już jak mnie natchnie. Zapewne jakiś obiad, jakieś zajęcia rekreacyjne, jakieś próby, jakiś prysznic i wykład wieczorny. I spać.

16-18 lipca
UPAŁY

Jonatan.


Korzystając z pogody, pływałam, opalałam się, skompletowaliśmy dwie drużyny i graliśmy w piłkę wodną :) w tak zwanym międzyczasie poznałam Tomka z Gniezna, Tosię, dziewczynę Daniela, Dawida Niewolika i Jonatana, jego kuzyna ze Szwecji. Od tej pory zaczęło się intensywne uśmiechanie ;)

Jestem owocem Jogobelli, a konkretnie poziomką :P


Któregoś dnia odkryłam w swoim namiocie napływ artykułów spożywczych, pochodzących od anonimowego darczyńcy :) nie odkryłam, kim on jest, niemniej serdecznie dziękuję :D



Fenomenem tego campu była urocza herbaciarnia "Czarna Porzeczka", w której liczne gromady wypijały hektolitry herbaty i gorącej czekolady ;)

19 lipca, niedziela
BIBLIONERZY

Absolutny hit dnia, który rozgrzał publiczność do czerwoności i wzbudził co najmniej takie emocje, jak mecze piłki nożnej w campowym turnieju ;)

W zasadzie na tym campie przeważało towarzystwo kuzynów: Dawida i Jonatana. Razem chodziliśmy na wykłady, programy wieczorne, w ciągu dnia też spędzaliśmy sporo czasu.

20 lipca, poniedziałek
JAKA TO MELODIA

Jak w tytule, tym razem znalazłam się na podium i mocowałam się z przyciskiem, który nie chciał się zaświecić :P ale konkurs był bardzo fajny, otrzymałam po 2 rundach misia przytulankę i płytę Jordanu. Jako jedyna z trójki uczestników znałam najstarsze piosenki ;) gratulacje dla Maykiego, który był w finale :D
Wspomnę jeszcze o działalności Yankesów na boisku, bo pomimo niesprzyjających warunków terenowych chłopaki zdobyli 3. miejsce na turnieju :D tutaj wstawię po prostu parę zdjęć, sami sobie je skomentujcie ;)







21 lipca, wtorek
BIBLIONERZY c.d.

Tym razem ze specjalnym uczestnikiem - Genowefą Pigwą ;P nie miałam już żadnej wątpliwości, że to byo ustawione :P

22 lipca, środa

Tego dnia była wyprawa na kajaki z Dawidem, Jonatanem i Allanem. "Żeby były wyrównane siły, to ja popłynę z Kiką" - stwierdził Dawid. Podpłynęliśmy potem zupełnie po cichutku do jakiegoś wodnego ptaka na brzegu, jakieś 3 m od niego :) ależ było niesamowite wrażenie :)




23 lipca, czwartek
MARKET DAY
23.URODZINY BM
4. URODZINY CHOFESZU

Oj, szalony dzień, dużo zajęć :) Market Day zdominował program dnia, muszę zaznaczyć udział naszego zespołu, który zrobił kabaret :D ale i wiele innych punktów programu cieszyło się szaloną popularnością :D Tutaj umieszczam kilka fotek, reszta w galerii Kariny:


http://picasaweb.google.com/karina.hart88/Camp2009MarketDay


Czy na pewno umiecie jeździć na rowerze?



Siłowanie na rękę - she's got a power :D






Komplementy - 1 zł za min :P



Absolutny hit imprezy - zmocz pastora :D



Czekam jeszcze na zdjęcie z prezydentem USA ;) czyli pastorem Obamą ;)
Wszystkie zyski zostały przeznaczone na cel charytatywny dla leczenia małego Bartusia :)

Była też kolejna wyprawa kajakami, tym razem bez dodatkowych ustaleń płynęłam z Dawidem, a Allan z Jonatanem, pogadaliśmy sobie, zrobiliśmy wyprawę na Tahiti, nazbieraliśmy egzotycznych kwiatów i porządnie umordowani wróciliśmy :)

BM miał urodziny, siostra wieczorem przywiozła wielkie ciasto z owocami, zaprosił mnie i Pati, dopilnował, żebym zjadła porządny kawałek, nałożył potem sałatki warzywnej, nie miałam wyboru, musiałam zjeść ;P to są ziomy jednak, tak stwierdzam :)

24 lipca, piątek
DZIEŃ PRZYGOTOWANIA

Lało cały dzień, miałam same próby co 2 godziny, załatwianie czegoś tam, potem po południu z BM i Pati szukaliśmy kamieni na wieczór. Wieczorem, po nabożeństwie każdy wziął swój kamień i złożyliśmy je pod krzyżem na polu camporee. Dawidy obydwaj byli milczący i nieobecni. Nie mogłam kompletnie się z nimi porozumieć. Pobiegłam do lasu i skręciłam nogę po drodze. Tak się kończą głupie pomysły.
Dzięki Oli stoperom przetrwałam głośne wieczory na campie. Zbierałam się długo, żeby je kupić, ale nie było okazji. Ale teraz już mam i mogę spać spokojnie ;)

25 lipca, sobota
CHRZEST I ZAKOŃCZENIE CAMPU



W tym roku aż 6 znajomych przyjmowało chrzest :D Marcin, Ernest, Marta, Adam, Tomek Szambelan i Jeremiasz :) ależ była szalona radość :D czekam na więcej zdjęć, bo Karinka nie miała zbyt dobrej miejscówki ;)

Był campowy koncert, śpiewałam z campowym chórem afrykańską piosenkę i osławiony już "Freedom" :D ależ był power :D no i tradycyjnie, już po raz drugi na tym campie, występ z Chofeszem :D
Zrobiliśmy sobie po południu z Dawidem i Jonatanem spacer do lasu. Byliśmy wymęczeni programem. Fajni są z tym zamiłowaniem do przyrody. Rozumu bym w życiu do lasu nie wyciągnęła. Straszny mieszczuch z niego.
Camp skończył się wieczorem, było mi z tym dziwnie, bo tak chciałam jeszcze pobyć z fajnymi ludźmi, ale z drugiej strony miałam dość zimna i spania na tym niewygodnym materacu. Nie robiłam żadnych głupot w zieloną noc, grzecznie poszłam spać ze stoperami na uszach.

26 lipca, niedziela
BACK TO HOME

Następnego dnia spotkałam Grega, obejrzeliśmy nocne dzieło zniszczenia w obozie i stwierdziliśmy, że na wygłupy w zieloną noc to jesteśmy za starzy.
Spędziłam kilkanaście godzin w pociągu, kawałek trasy ze znajomymi, resztę sama, śpiąc, gadając na gadu, pisząc smsy, ładując telefon w toalecie (o dziwo, był tam prąd, zaskakujące zjawisko w PKP :P) i myśląc. W domu byłam o pierwszej. Runęłam jak nieżywa i wstałam następnego dnia o 12 :P tak, to było piękne :P

Aktualnie zatem jestem w domu, rozpakowałam się, zrobiłam pranie, wkręcam się w rytm domowy, nadrabiam utracone kilogramy i zaległości na necie no i odsypiam ;) za parę dni wyruszam do Pszczyny na urodziny Dawidów, a potem jadę do Monachium, więc długo to w domu nie posiedzę ;) i pewnie znowu mnie na necie nie będzie, to sobie poczekacie na kolejną notkę ;)

Aha, Filip dzisiaj przylatuje do domu :D

No, to by było na tyle. Pozdrawiam wszystkich was, trzymajcie się ciepło ;D

Komentarze

Anonimowy pisze…
No to poczytane i tylko pozazdrościć fajnych wakacji :)
Buziak Kika :*
Beatka
Imacandi pisze…
jeśli mnie wzrok nie myli to widzę siebie, oczywiście w roli kierowniczej :D
polecam się na przyszłość :)