środa, 24 listopada 2010

Piosenka na ciężki dzień.



You gotta be
Des'ree

2-Listen as your day unfolds
Challenge what the future holds
Try and keep your head up to the sky
Lovers, they may cause you tears
Go ahead release your fears

Stand up and be counted
Don't be ashamed to cry

You gotta be
1-You gotta be bad, you gotta be bold
You gotta be wiser, you gotta be hard
You gotta be tough, you gotta be stronger

You gotta be cool, you gotta be calm
You gotta stay together
All I know, all I know, love will save the day

Herald what your mother said
Readin' the books your father read
Try to solve the puzzles in your own sweet time

Some may have more cash than you
Others take a different view
my oh my heh, hey..(repeat l)

Don't ask no questions, it goes on without you
Leaving you behind if you can't stand the pace
The world keeps on spinning
You can't stop it, if you try to
This time it's danger staring you in the face
oh oh oh

Remember (rpt 2)
My oh my heh, hey, hey(rpt 1, 1...ad lib to fade)

***

Dzień był ogólnie nietęgi... I człowiek nagle przestał udawać, że jest taki silny i niczym się nie przejmuje. Ale może i dobrze, będzie na jakiś czas lżej...
Dzisiaj piosenka od Karoli. Dzięki, mamo ;)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Violin&Piano, czyli The classical love story

Już drugi raz wybrałam się na koncert do Uniwersytetu Muzyki, tydzień temu to był koncert utworów fortepianowych, a tym razem grały skrzypce i śpiewało dwóch wokalistów. Tytuł koncertu mnie na początku wystraszył ("Ignacy Jan Paderewski - miłość, skrzypce i śpiew"), gdyż pojawiła się maleńka obawa, że poruszy struny, których wolałabym póki co nie tykać, ale spokojnie było, większość kawałków była taka o, tylko kilka wywołały artystyczne wzruszenia ;)

Chinka Ae-Ran Kim zaśpiewała dwie pieśni po polsku: "Gdy ostatnia róża zwiędła" i "Chłopca mego mi zabrali". Była naprawdę zaskakująca, tak przekonująco śpiewała po polsku... Rozpłakałam się. Przypomniały mi się koncerty w naszym muzyku i lekcje śpiewu.. Jednak brakuje tego...

Kwartet smyczkowy, czyli cztery urocze dziewczyny, robiące wdzięczne pauzy na przerzucenie stron, zagrały "Wariacje i fugę F-dur", zmieniając klimaty niemal w każdej części ;) jednak było to tak wciągające, podobnie jak ich żywa gestykulacja, że dostały burzę oklasków :)

Zgrabna blondyneczka w szarym kostiumie zagrała radosnego Krakowiaka A-dur op.9 nr 5 i chociaż melodii nie pamiętam absolutnie, to mam własnoręczną notatkę w programie: śpiewające skrzypce :)

And last but not least, ale mistrzowsko zagrała energiczna Francuzka? Judith Le Monnier Sonatę a-moll op.13. Ach, suknię miała obłędną, różową, mieniącą się srebrem, doskonal skrojoną, migoczącą jak woda... Do tego burzliwe dźwięki skrzypiec, ekspresja całego ciała i perlisty akompaniament fortepianu... Szkoda, że nie mogliście tego zobaczyć...
To chociaż spróbujcie usłyszeć. Poniżej wszystkie trzy części.







Cóż więcej mogę dodać? Niech żałują ci, którzy mieli się ze mną wybrać, a się nie wybrali. O!

środa, 17 listopada 2010

Dziewczyna nie ludzie...



Cyraneczka
Anna Maria Jopek

Cyraneczka nie ta, dziewczyna nie ludzie,
a spojrzę na niego to zaraz za mną pójdzie...

Odprowadzi mnie on, do samego domu,
mocno przytuli, powie matuli,
że mnie nie odda nikomu...

***

Wybaczcie, że jestem taka monotematyczna, ale wczoraj udało mi się skopiować kilka piosenek na mój telefon sposobem dosyć skomplikowanym (przez stary K700 podczerwienią i potem bluetoothem na swój, gdyż coś mi się porobiło z gniazdem USB w kompie i kabla mi nie chce wykrywać). I tak słuchając wieczorową porą, trafiłam na ten kawałek i aż coś w środku mnie zaczęło chodzić, więc musiałam się tym podzielić.
Poniżej opis ze strony oficjalnej AMJ.

5. Cyraneczka
(trad.) (aranżacja Anna Maria Jopek, Leszek Możdżer, Cezary Konrad, Darek Oleszkiewicz)

Mazowsze wraz z moim tatą śpiewało tę piosenkę wiele lat temu. W naszej wersji to "manifest nowych dzikich". Ja też poszukuję nowych brzmień, ale nie kręcę gałkami syntezatorów i nie podpinam do gitary całej kolejki wąskotorowej efektów. "Cyraneczka" to chyba mój ulubiony utwór z Bosej i esencja tego, czego szukałam.


A dla mnie to znowu krzyk tajonej tęsknoty za czymś trwałym i pięknym. Oddaje to doskonale wokaliza Anny Marii Jopek w środkowej części utworu oraz gwałtowne wydechy. Tętniące bębny ilustrują niepokój i kołatanie myśli, natomiast fortepian (Leszek Możdżer) sypiący dźwiękami zwłaszcza w durowym fragmencie, tchnie liryzmem i wydobywa ukryte piękno.
Cyraneczka wydaje mi się postacią żyjącą w swoim magicznym świecie, jakby nie przynależącą do świata ludzi, niezrozumianą i z pozoru niezależną, ale gdzieś w środku tęskniącą za kimś, na kim będzie jej prawdziwie i z wzajemnością zależeć...

Zimowo się zrobiło. Byłam u lekarza, mam lekarstwa, będę się leczyć.
PoZDRAWIAM.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Ole, ole, ole, ole, nie damy się, nie damy się!





Mój jest ten kawałek podłogi
Mr Zoob

Znowu ktoś mnie podgląda
Lekko skrobie do drzwi
Straszy okiem cyklopa
Radzi, gromi i drwi

Mój jest ten kawałek podłogi }
Nie mówcie mi więc,co mam robić } / x 2

/ w s t a w k a /

Meble już połamałem
Nowy ład zrobić chcę
Tynk ze ścian już zdrapałem
Zamurować czas drzwi

Mój jest ten kawałek podłogi }
Nie mówcie mi więc,co mam robić } / x 2

/ w s t a w k a - sax solo /

Mój jest ten kawałek podłogi }
Nie mówcie mi więc,co mam robić } / x 2

Wielkie dzieło skończyłem
Głód do wyjścia mnie pcha
Prężę się i napinam
Lecz mur stoi jak stał

Mój jest ten kawałek podłogi }
Nie mówcie mi więc,co mam robić } / x 2

***

Kilka prostych zasad:

1. Nie zawsze trzeba wszystko wiedzieć, żeby rozumieć. Nie zawsze fakty wszystko wyjaśniają. Czasem słowa więcej gmatwają, niż by się ich wcale nie powiedziało. Słowa wyjaśnienia mają sens wtedy, kiedy budują mosty porozumienia. Kiedy ranią i niszczą, lepiej ich nie wypowiadać...

2.Nie zawsze "logicznie myśleć" oznacza "poprawnie myśleć". Logika jest zimna, chłodna, nie pozostawia miejsca na takt i wyczucie. Skoro wszystko można wyjaśnić w chłodny, rozumowy sposób, to można człowieka obedrzeć z szat i wystawić go na słowną chłostę...

3. Nie zawsze trzeba zapobiegać wszystkim ewentualnym błędom. Żadnej frajdy dla Harpo. Żadnego własnego doświadczenia, wszystko z góry zaplanowane i przygotowane. Życie według schematu działania, logicznej instrukcji. Schematy myśli, słów, postępowań, idei.

4. Nie zawsze trzeba wszystko komentować. Nie trzeba szukać we wszystkim haczyków, żeby powiesić na nich swoją opinię. Nikt nie wiesza przecież płaszcza na rzeźbie w muzeum tylko dlatego, że ma wystające elementy...

***

Zabrałam się za naukę do Podkowy. I żadnego siedzenia na fb w ciągu dnia. Krótki look i tyle. Pozostawiam sobie ten czas ewentualnych konwersacji na wieczór.

Pozdrawiam dzisiaj moją jedyną w swoim rodzaju rodzinę. Ole, ole, nie damy się!

Palce pamiętają.




Przyszłam do Ciebie dzisiaj z małą radością jak świeczką na dłoni, a Ty rzuciłeś na nią wielki koc pesymizmu. Jakbyś się bał, że się oparzę albo coś spalę. To była tylko mała świeczka. Błyszczałaby ładnie i ogrzewała ręce, a potem spokojnie zgasła. Nie musiałeś robić akcji ratunkowej.
Innym razem, kiedy czułam, że świeczka mnie parzy i że powinnam ją odłożyć, powiedziałeś: to nic nie szkodzi, czym Ty się martwisz. Więc trzymałam posłusznie, aż się cała wypaliła. Bardzo szybko. Pozostały poparzone palce i kilka kropli wosku. Pewnie już nawet nie pamiętasz, że to Ty pierwszy powiedziałeś, żebym ją trzymała. Wiem, powiesz, że miałam wolną wolę i czułam, że jest nie tak, więc czemu cię słuchałam. I oczywiście będziesz mieć rację.
Ja się nie gniewam ani nie mam żalu. Wiem, że jesteś mądry i nawet byłbyś w stanie obliczyć czas spalania, temperaturę i energię cieplną, którą wytworzy palący się płomień. Naprawdę wiele wiesz o świeczkach i w ogóle, to imponujące. Tylko.... po prostu wiem, że wobec tej całej teorii w sprawie świeczki najwięcej do powiedzenia mają palce, bo to one trzymają świeczkę. To nie Ciebie będzie bolało.
Dziękuję za wszystkie dobre rady, wiem, że się martwisz i chciałbyś mnie ochronić przed kolejnym sparzeniem. Ale nie musisz się martwić aż tak bardzo: palce pamiętają...

niedziela, 14 listopada 2010

AMJ.



Szepty i łzy
Anna Maria Jopek

Słońce na niebie gaśnie za rzeką
Zmierzch ma zapach siana i snu
Pójdę przed siebie, pójdę daleko
Za ostatni las białych brzóz

Pójdę daleko, pójdę na łąki
Malowane złotem i rdzą
Zwierzę się wierzbom z naszej rozłąki
Wierzby wierzą szeptom i łzom


Tęsknię za Tobą, płaczę po Tobie
Płaczą ze mną rosy i mgły
W ciszy drżą słowa, których nie powiem
Bo rozumiesz je tylko Ty

Pójdę daleko, pójdę na łąki
Malowane złotem i rdzą
Zwierzę się wierzbom z naszej rozłąki
Wierzby wierzą szeptom
Wierzby wierzą szeptom
Wierzby wierzą szeptom i łzom

Pójdę daleko, pójdę na łąki
Malowane złotem i rdzą
Zwierzę się wierzbom z naszej rozłąki
Wierzby wierzą szeptom
Wierzby wierzą szeptom
Wierzby wierzą szeptom i łzom

***

Spieszę nadrobić poważne niedopatrzenie w mojej muzycznej edukacji, mianowicie nieznajomość repertuaru Anny Marii Jopek. Aż mi wstyd, że dotychczas kojarzyłam ją z tylko dwoma piosenkami. Któregoś dnia wybrałam się do Empiku posłuchać muzyki i wpadła mi w ręce jej płyta "Farat" - jej największe przeboje w wersji koncertowej.
Poniżej opis płyty z oficjalnej strony artystki.

"Farat" - odważna, dynamiczna płyta nagrana podczas koncertów w Farat Film Studio jest swoistym zapisem muzyki ostatnich lat i podsumowaniem ośmiu płyt artystki. Od debiutanckiego "Ale jestem" przez intymne brzmienia "Szeptem", szorstkość "Bosej" aż po przeboje "Nienasycenia" i nadzwyczajne wspomnienia płyty z Patem Metheny.


I recenzja z Art.Rock.pl.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, jeszcze przed przesłuchaniem tego albumy, to okładka. Niepokojąca, jakby nie z tej bajki. Odrealniona twarz Anny Marii, nieco demoniczne spojrzenie... Przykuwa wzrok, nie da się ukryć. A potem jest już tylko muzyka - tym razem na żywo.

Nie od dzisiaj wiadomo, że jazz najlepiej sprawdza się na koncertach, ten album tylko tę tezę potwierdza. Anna Maria Jopek - bodaj najlepsze żeńskie gardło w tym kraju i jej sidemani (bogowie, życzyłbym sobie TAKICH sidemanów!) po prostu grają najlepsze utwory z całej kariery wokalistki. Ale nie odgrywają po prostu nuta w nutę kolejnych kawałków, o nie! Mając w składzie Leszka Możdżera, chyba najlepszego obecnie polskiego pianistę jazzowego i okołojazzowego, grzechem byłoby nie dać mu poszaleć. Jego ponadtrzyminutowy wstęp do "Cyraneczki" to porywające granie idealnie wprowadzające w klimat. Zresztą każdy z muzyków ma tutaj swoje pięć minut i wykorzystuje je...dyskretnie. Nie ma mowy o przytłoczeniu wokalistki przydługimi popisami. Tu rządzi AMJ, to czuć. A że czasem popuszcza swoim muzykom cugle... Bardzo dobrze. W ten sposób można podelektować się bardzo klimatyczną solówką Henryka Miśkiewicza w "Nim Słońce Wstanie". Albo nieomal crimsonowskim (!) nastrojem w improwizowanej części "Bandoski". Są wokalne szaleństwa w "Nienasyceniu". Jest wyciszenie i intymność w "Piosence Dla Stasia". Jest wszystko za co kochamy nagrania Anny Marii Jopek. Albo nienawidzimy.

Nie da się ukryć, że "Farat" to płyta dla fanów. Greatest Hits na żywo, w bardzo żywiołowej wersji. Gdzie utwory zmieniają swój charakter, czasami wręcz odrealniają się w porównaniu do wersji albumowych. Publiczność reagująca spontanicznie na popisy zespołu. Wszystko, czego można sobie zamarzyć.


Dla mnie najbardziej klimatyczną piosenką była ta powyżej - i w wersji koncertowej ma taki ogień, że aż rwie. Wersja studyjna "Szepty i łzy" z płyty "Bosa" tchnie celtyckim, romantycznym klimatem - i nie zachęciła mnie za bardzo. Czekam tylko, aż mi gardło wyzdrowieje i pośpiewam sobie ten kawałek pełnym głosem. Nie da się ukryć, że głos AMJ jest moją inspiracją.

I jeszcze jeden magiczny kawałek z płyty "Barefoot". Normalnie mam ciary wzdłuż kręgosłupa, jak słyszę takie półtony :D




Miłego słuchania życzę.

sobota, 13 listopada 2010

Dwanaście cytryn.



Wieczór z TV. Trochę płytkie, ale chyba nie było nic ciekawszego do roboty...
Najpierw "Mam talent", a potem komedia nie do końca romantyczna... Poniżej recenzja z filweb.pl.

W trakcie burzliwej kłótni Brooke (Jennifer Aniston) i Gary (Vince Vaughn) rozstają się. Od tego momentu zaczyna się psychologiczna wojna, która ma zmusić jednego ze współlokatorów do wyprowadzki. W tworzenie coraz to nowych pomysłów wciągnięci zostają przyjaciele i rodzina Brooke i Gary'ego.

"Sztuka zrywania" Peytona Reeda także ma ciekawe założenie, lecz w przeciwieństwie do większości komedii romantycznych potrafi ten potencjał wykorzystać i nie nachalnie przekazać nam kilka celnych obserwacji z naszego życia. Oczywiście zdarzają się sceny naiwne, lekko przesłodzone, lecz ogólny bilans wypada im na plus dzięki... polskości. Gary Grobowski ma, bowiem polskie korzenie, co na każdym kroku podkreśla. Jego postać odzwierciedla zresztą współczesny model naszego obywatela. Gary posiada charakterystyczne dla Słowian cechy: żywiołowość, wygadanie, sypanie żartami jak z rękawa i smykałka do interesu. Z drugiej strony równie charakterystyczne cwaniactwo, lenistwo i gwiazdorstwo. Vince Vaughn tak świetnie łączy te wszystkie cechy jakby był Polakiem. Swój chyba wrodzony, komediowy talent łączy z charyzmą i przebojowością. Nawet Jennifer Aniston, która ostatnio odgrywała kopie Rachel z "Przyjaciół" jest tutaj dobra i potrafi pokazać coś więcej niż tylko parę grymasów.

Pomysłowy scenariusz i świetne, cięte dialogi, opisujące zarówno przesadny męski upór, jak i kobiece odgrywanie się, oraz zakończenie (bez happy endu), które daje nadzieję na zostanie przyjaciółmi, dopełniają dzieła.


Powalił mnie jeden cytat (nie do końca byłam w stanie go odtworzyć, więc sparafrazuję):

"- Tu nie chodzi o te dwanaście cytryn, o kwiaty, o zmywanie...
- Wiec jeśli nie o to chodzi, to o co chodzi?
- O to chodzi, żebyś chciał chcieć."


A przy okazji: scena kłótni była perfekcyjna. Takiej klasycznej damsko-męskiej kłótni dawno nie słyszałam. Mogłam niemal każdą reakcję wytłumaczyć z psychologicznego punktu widzenia i nawet zaczęłam tworzyć w głowie alternatywny scenariusz, jak można by było to rozwiązać w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni... Jak pięknie tak w teorii sobie pogdybać:P może jakbym jeszcze więcej poradników poczytała, mogłabym profesjonalnie doradzać ludziom? :P
Męczą mnie teorie ostatnio. Z jednej strony, że pozostają teoriami, gdy są piękne, a z drugiej, że zbyt trafnie się sprawdzają, gdy są bolesne... Widocznie jeszcze się muszę czegoś nauczyć :P
Mój dobry przyjaciel wysłał mi piosenkę z mądrym motywującym tekstem, ale chyba dzisiaj nie mam nastroju na wstawianie mądrych tekstów, więc wstawię ją następnym razem.
Dziękuję, dobranoc.

piątek, 12 listopada 2010

Symphony of sorrowful song - pamięci Henryka Mikołaja Góreckiego


76-letni wybitny polski kompozytor Henryk Mikołaj Górecki nie żyje. Odszedł w klinice kardiologicznej w Katowicach-Ochojcu.
Henryk Mikołaj Górecki urodził się 6 grudnia 1933 roku w Czernicy koło Rybnika (Śląskie). Studiował kompozycję u Bolesława Szabelskiego w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach (obecnie to Akademia Muzyczna). Był profesorem tej uczelni, w latach 1975-1979 pełnił funkcję rektora.

Jest laureatem wielu międzynarodowych konkursów kompozytorskich. Otrzymał kilkanaście honorowych doktoratów uczelni krajowych i zagranicznych. Światową sławę przyniosła mu skomponowana w 1976 r. III Symfonia "Pieśni żałosnych", która po wydaniu w Stanach Zjednoczonych osiemnaście lat później osiągnęła wielki sukces komercyjny (ponad milion egzemplarzy sprzedanych na całym świecie). W latach 80. zaczął tworzyć utwory sakralne o głęboko lirycznym charakterze, zwrócił się też ku korzeniom muzyki polskiej, a szczególnie jej nurtowi ludowemu. W ostatnich latach komponował m.in. dla słynnego amerykańskiego kwartetu smyczkowego Kronos Quartet.

tekst pochodzi z http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80276,8650068,Odszedl_Henryk_Mikolaj_Gorecki.html


czwartek, 11 listopada 2010

Of one heart, of one mind - dzień z muzyką filmową



Znalazłam ostatnio czas na słuchanie muzyki i wypadło na muzykę filmową. Sięgnęłam do archiwum filmów z tzw. górnej półki. Jako pierwszy prezentuje się "The Shawshank Redemption" z muzyką Thomasa Newmana. Utwory nie są długie, zaledwie kilka przekracza 2 minuty. Nie są to zatem monumentalne symfoniczne produkcje a la Zimmer w "Gladiatorze" czy Horner w "The Beautiful Mind", o którym szerzej napiszę poniżej.
Nie mogłam się oprzeć, żeby nie wrzucić profesjonalnej recenzji.

Partytura Newmana jest dość reprezentatywną kompozycją tego twórcy. Sprzęga swoje ciekawe eksperymentatorstwo w sferze instrumentacji z wystawnym, orkiestrowym tłem. Newman znany jest ze swego dość unikalnego stylu. Także do historii więźniów zastosował szereg brzmieniowych sygnatur z obrębu muzycznego dźwiękonaśladownictwa. Tykające perkusjonalia, intrygująca rytmika czy przestrzenne efekty kreowane przez instrumenty drewniane, składają się na niepowtarzalny styl muzyczny kompozytora tak w przypadku tej kompozycji jak i w innych jego projektach. Newman, odwołując się do umiejscowienia akcji filmu, wprowadza znamienne dla południowych stanów USA, charakterystyczne skrzypce hurdy-gurdy, używane min. u Hansa Zimmera ("Obietnica", "Helikopter w ogniu"). Na ścieżce dźwiękowej mamy również do czynienia z typowym dla syna Alfreda Newmana, bardzo ascetycznym underscore, opartym o np. solowy fortepian, nad którym smyczkowe tło gra w bardzo powolnych, długich interwałach. Taka muzyka według mnie znaczniej lepiej spisuje się w połączeniu z obrazem, dodając klimatowi filmu spokoju i pewnego rodzaju zadumy. W tej tonacji jest np. utwór Brooks Was Here, który doskonale znajduje się w filmie asystując narracji zza kadru więźnia, który w wieku starczym wychodzi na wolność i swym kolegom listem przesyła refleksje na temat przystosowania się do życia w świecie wolnych ludzi. Retrospekcja kończy się samobójstwem jednostki, a muzyka Newmana nabiera nowego, gorzkiego wymiaru, będąc nadal jednostajną. Trochę gorzej ma to się z odbiorem na płycie. Jeżeli słuchacz nie zna koneksji z filmem, może się wydać dość monotonnie i nużąco, choć bez wątpienia spełnia swe zadanie. Ciekawy jest wpływ Newmana pod tym kątem na dzisiejszą muzykę filmową, czego dowodem niech będą choćby prace Jamesa Hornera czy wspomnianego Zimmera.

więcej na www.filmmusic.pl/index.php?act=recki&id=715





Drugim muzycznym arcydziełem jest obszerna kompozycja Jamesa Hornera do filmu "The Beautiful Mind". I tu posłużę się profesjonalną recenzją, ponieważ nie czuję się na siłach tworzyć własnej ;)

Nagrodzony Oscarem obraz jest tak naprawdę filmem o sile miłości, która potrafi przezwyciężyć wszystkie przeszkody. Doświadczony jak mało kto na arenie melodramatów James Horner napisał jedną z najbardziej zapadających w pamięci i sugestywnych opraw muzycznych w ostatnich latach swojej kariery. Biorąc pod uwagę – mówiąc szczerze - dość ostatnio średnią formę tego artysty, ”Piękny umysł” plasuje się w ścisłej czołówce jego dokonań pierwszej dekady XXI wieku. Mimo nawet dość wyraźnych zapożyczeń z jego twórczości początku lat 90-ych: ”Sneakers” oraz ”Searching for Bobby Fisher”. Ilustracja z ”A Beautiful Mind” w przeważającej większości ma bardzo subtelny i melancholijny wydźwięk. Szereg momentów jest opartych na delikatnym, solowym użyciu takich instrumentów jak min. fagot czy harfa, które zawsze z stale obecnymi smyczkami potęgują liryczne i emocjonalne wrażenia. Na potrzeby filmu kompozytor stworzył kilka bardzo ciekawych tematów. Główny temat to piękny w wymowie, choć prosty w budowie temat miłosny, który jest często powtarzany na albumie. Można go również nazwać chyba tematem Alicii, żony głównego bohatera (znakomita rola Jennifer Connely). Horner stworzył na jego bazie również kilka wariacji, min. chyba dziś najsłynniejszy utwór z tej ścieżki dźwiękowej, otwierający A Kaleidoscope of Mathematics z pulsującymi sekwencjami fortepianowymi i znakomitymi wokalami Charlotte Church.

więcej na www.filmmusic.pl/index.php?act=recki&id=598


Podsumowując moje muzyczne odkrycia, w obu kompozycjach przeważają klimaty mroczne, oparte na 4-nutowych tematach, które wzmagane są progresjami i zmianami harmonicznymi. Żałuję jedynie, że nie mam zbyt dobrych głośników, żeby rozkoszować się brzmieniem w pełni :/

Zainteresowanych odsyłam na stronę Film.Music.pl dla poszerzenia wiedzy z dziedziny muzyki filmowej.

niedziela, 7 listopada 2010

Życie to nie bajka...





I'm all over it
Jamie Cullum

Hello Innocence
Though it seems like we've been friends for years
I'm finishing
How I wish I had never begun
Though it should be the last one
And it's dragging me down to my knees
Where I'm begging you please

Let me go
Don't you know

I'm all over it now
And I can't say how glad I am about that
I'm all over it now
Cause I worked and I cursed and I tried
And I said I could change and I lied
Well there's something still moves me inside


She's a melody
That I've tried to forget but I can't
It still follows me
When I wake in the dead of the night
And I know that I can't find
That song going round in my head
Like the last things you said

Please don't go
You think I know

I'm all over it now...

No I won't come back
No I won't come back
No I won't come back
No I won't come back

One dark morning
She left without a warning
And took the red-eye back to London town

I'm all over it now
I'm all over it now
I'm all over it now
I'm all over it now

I'm all over it now...

***

Serce: Hej, jesteś tam?
Rozum: Jestem. Coś się stało?
Serce:Stało się. W kominku wygasło. Nie ma ognia, blasku, wpatrywania się razem i bliskości. Zabrakło drewna na zimę. Teraz nie ma jak rozpalić na nowo. To koniec, Rozum. Koniec.
Rozum: Serce, spokojnie, tylko nie płacz...
Serce: Chciałabym płakać, ale jakoś nie mogę... Czuję tylko taki ucisk w żołądku. Cały tydzień nie mogłam normalnie się wyspać. Budziłam się wcześnie i myślałam. Cały czas o tym samym... Jak mogłam do tego dopuścić? Czy nie wiedziałam od początku, że to się tak skończy?
Rozum: No masz, teraz się tu biczować będziesz... Co wiedziałaś? Czy mogłaś to przewidzieć? Chciałaś mieć kogoś, być szczęśliwa. Chciałaś mieć więź, ciepło. To normalne potrzeby. Nie wiń siebie za to, że chciałaś dobrze, tylko po drodze nie wyszło. Masz prawo się mylić.
Serce: Nie wiem, Rozum, ja już nic nie wiem... Jak polegałam na uczuciach, było źle, jak chciałam być rozsądna, też źle, bo się okazało, że próbowałam samą siebie przekonać do czegoś, co w rzeczywistości wcale nie było rozsądne... Nic mi nie wychodzi... Nie wiem, czy mam jeszcze siłę i chęć próbować...
Rozum: Teraz na pewno nie. Teraz potrzebujesz odpocząć i ochłonąć. Później będziesz myśleć, co dalej. I pamiętaj - będzie dobrze.
Serce: Dzięki, Rozum... Jesteś dobrym przyjacielem, wiesz? Nawet kiedy zachowujesz się tak, jakbyś zjadł wszystkie rozumy.
Rozum: Nie wytrzymałaś?:P Musiałaś szpilę wetknąć? ;)
Serce: Uczę się od mistrza:P
Rozum: Ja ci dam:P Idź spać lepiej:P
Serce: Nie będziesz mi mówił, co mam robić:P
Rozum: Oj, Serce, Serce... kiedy ty się nauczysz, że z Rozumem się nie dyskutuje?
Serce: No dobra... Masz rację. Spanie zawsze pomaga. Dobranoc :)

poniedziałek, 1 listopada 2010

500. post ;)




Cichy, spokojny wieczór listopadowy... Tylko kot właśnie wspinał się po zasłonce i ją zerwał, robiąc przy tym sporo hałasu ;) Siedzę w kuchni przy zapalonej lampie, w salonie obok słychać dźwięki filmu "Kapitan Corelli". Nie chciało mi się oglądać, nie przepadam za niezbyt rozgarniętym widokiem twarzy Nicholasa Cage'a ani nie muszę zachwycać się Penelope Cruz. Ale usłyszałam jeden cytat i musiałam go umieścić. Był tak prawdziwy, tak trafny, że nie sposób było przejść nad nim obojętnie. Teraz będę nad nim myśleć i myśleć...


"Miłość to chwilowe szaleństwo, wybucha jak wulkan, a potem ustaje. A gdy ustanie, musisz podjąć decyzję. Musisz ocenić czy wasze korzenie splotły się tak bardzo, że rozstanie jest rzeczą niemożliwą. Ponieważ tym właśnie jest miłość. Nie jest brakiem tchu, nie jest ekscytacją, nie jest pragnieniem cielesnego obcowania ze sobą co chwila ani wyobrażaniem sobie, że on całuje każde zagłębienie twojego ciała (...) Nie chodzi tylko o "bycie zakochanym", co potrafi każdy głupiec. Sama miłość jest tym, co pozostaje, gdy wypali się chwilowe szaleństwo, to zarówno sztuka, jak i szczęśliwe zrządzenie losu."

Kapitan Corelli, L. de Bernieves


Napisałam właśnie 500. posta ;) na pewno to stałoby się dużo wcześniej, gdybym swego czasu nie zrobiła małej cenzury, ale i tak jest co świętować. Na Homo viatorze brakuje jednego posta do setki ;) też będzie jubileusz ;)
500. posta dedykuję zatem Agudze - żeby ten dzisiejszy dzień był choć trochę jaśniejszy:) trzymaj się i nie daj się :)