wtorek, 31 grudnia 2013

2013 - podsumowanie

Rok się kończy, moi kochani, czas na podsumowanie najciekawszych wydarzeń. Muszę przyznać, że tempo ani trochę nie zwolniło :)

Styczeń
Smartphone. Przełom w moim systemie wartości: zdecydowałam się na telefon dotykowy, kupiony za własnoręcznie zarobione pieniądze, po trzech miesiącach poszukiwań odpowiedniego modelu. 

Luty
Zimowisko w Lidzbarku. Zaawansowane w przygotowaniach wydarzenie drużyny, podczas którego mieliśmy porządną szkołę charakterów, ale też dużo dobrej zabawy w bardzo klimatycznych miejscach Lidzbarka: nieczynnych torach, na górze i pod wieżą ciśnień :) niezapomniany Hans Kloss-Aleks w niemieckim mundurze i z nienaganną niemczyzną :)

Marzec
Weekendowa kariera Kikomendanta. Niezapomniany zjazd w Gdańsku, podczas którego pełniłam obowiązki komendanta i przekrzykiwałam nadmorskie fale. Podróż z połową chorągwi pociągiem przez Malbork - bezcenne :)

Kwiecień
Makowa Panienka ;) Mój pierwszy osobisty komputer, za osobiście zarobione pieniądze, śliczny srebrny MacBook. 

Maj
Nie święci ciasta pieką... Po inspiracji babskimi spotkaniami i mieszkaniu z Ulą R, która namiętnie piekła ciasta, powzięłam postanowienie, że nauczę się piec ciasta. Trwam w nim konsekwentnie do dziś.
Geocaching. Kolejna sprawność harcerska, która okazała się także świetną zabawą :)
50. urodziny taty. Teraz i on znalazł się po "drugiej stronie barykady" ;)

Czerwiec
Bardzo Dziki Wschód. Niezapomniany biwak indiański, który miał być w Wilkasach, a był w Gąbie :)
Nie ma bata na licencjata! Studia teologiczne zakończone. Żółwik, beczka i piąteczka ;)
Precedens. Premierowe wykonanie nowego musicalu w nowym składzie. Moja śliczna toga premierowo-dyplomowa ;)

Lipiec
Camp 2013. Spontaniczna decyzja pozostania na całym campie, chociaż planowałam tylko na weekend ze względu na koncert. Trzecia "premiera" i niezapomniana cisza. Nowi znajomi :)

Sierpień
Nawigator. Ogromne wydarzenie: obóz harcerski w Zatoniu, którego byłam głównym współorganizatorem. Niezapomniane wspomnienia z belgijką i partnerami w belgijce ;)
JG. Drugie podejście do tego miejsca, tym razem milsze, niż 4 lata temu, koncert w najpiękniejszym teatrze i fantastyczna sesja w pałacu :) w ciągu jednego miesiąca przejechałam Polskę wzdłuż i wszerz.

Wrzesień
Szlakiem bieszczadzkich aniołów. Rodzinna wyprawa w pobliskie góry, turystyczny przejazd kolejką do słowackiej granicy i nowy aparat rodziców.
Buchhaltung und Administration. Praca, której potrzebowałam w tym miesiącu, niezbyt rozwojowa, ale przyzwoicie dochodowa. Nie trwała zbyt długo, ale zdobyłam dobre referencje.

Październik
Crash Bandicoot. Powrót do dzieciństwa i gier z PS. Może niezbyt ambitne zajęcie, ale ileż zabawy ;)
Twentysomething. Urodziny, które definitywnie przyniosły dorosłość - 31 X skończyła się ważność legitymacji studenckiej i od tej pory płacę za cały bilet.

Listopad
Piernik. Niezwykłe ciasto, które robi się w miesiąc, a zjada w weekend ;)
Format MacBooka. Teraz, kiedy instalowałam od nowa system, mogę powiedzieć, że znam swój komputer.
Zmiany. Ula się wyprowadziła, Lidka się wprowadza, Ola zmienia pracę, a ja zamieniłam szafki w kuchni :P

Grudzień
Nowy komendant ZHA. A jednak nie zostałam komendantem... Ale mamy Mariusza :)
Rozum z GPS na palcu :P tak, tak, Dawid się ożenił... Brat się zaręczył... A ja nadal bujam się swobodnie.

Pozostało mi kilka godzin na ogarnięcie do sylwestrowego suchara... Trzymajcie się ciepło i niech się wam dobrze wiedzie w nadchodzącym roku :)


wtorek, 24 grudnia 2013

Bajkowka homemade




Tak jak obiecywałam, tak zrobiłam. Przepis na pierniczki znalazłam na Moje Wypieki. Wyszły fajne, a dekorowanie lukrem i czekoladą okazało się świetną zabawą :) razem z Olą, mamą i Ronią zrobiłyśmy marchewkową zupę-krem, babkę ziemniaczaną i ponad setkę pierniczków. Jesteśmy zmachane, bo w środku dnia wybrałyśmy się jeszcze na spacer nad rzekę, ale dzień był radosny :)


Trzeba zająć się przygotowywaniem zabaw na sylwestra i poszukiwaniem transportu do Pszczyny na weekend... Niedługo posiedzimy w domu...

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Blabla podróż do Wojkówki



Przebój, który cały dzień tłukł mi się po głowie. Nachalna świąteczna propaganda :P

Uff, nareszcie wolne... Długi rok pracy już za nami. Razem z Olą zaplanowałyśmy podróż do domu z blablacar. Ola jeździła już kilka razy, ja jechałam po raz pierwszy. Subskrypcję na trasę z Warszawy do Krosna miałam ustawioną od pół miesiąca, ale dopiero przez weekendem trafił się dogodny przejazd z niejakim Grzegorzem. Umówiliśmy się na poniedziałek o 15, a wcześniej wybrałyśmy się z Olą na zakupy na halę na Bakalarskiej - słynne miejsce, gdzie można kupić ciuchy i buty za śmieszne pieniądze. Do wesela Dawida i Judyty został tydzień, ja potrzebowałam butów, a Ola bolerka. Kiedy dojechałyśmy tam i weszłyśmy w te rzędy stoisk, oszołomiły nas ilości ubrań. Zaraz znalazłyśmy sobie fajne spodnie dresowe, Ola spódniczkę, kardigan, a ja dopiero na którymś z kolei stoisku wypatrzyłam ładniutkie kremowe lakierowane szpilki. Nie miałyśmy za wiele czasu - trzeba było szybko się zbierać, bo nasz kierowca chciał wyjechać wcześnie. 
W samochodzie siedziała jeszcze Benia i trzy szczeniaki: Kamir, Goja i Ayo - małe czarne kuleczki :) okazało się, że Benia i Grzesiek współpracują z fundacją, która wyszukuje psy i oddaje je w dobre ręce. Jechali do domu na święta, więc psy zabrali ze sobą. Podróż mijała miło i szybko, nie było korków, rozmawialiśmy o różnych zwierzakach, które przewinęły się przez nasz dom, słuchaliśmy muzyki, a Grzegorz systematycznie przełączał świąteczne piosenki, "siekę świąteczną", jak to nazywał :P za to poniższa wygrała nasz ranking na najdziwniejszy tekst roku :P



W domu byłyśmy o 21, przedzierając się z Bajd przez kładkę. Fajnie być znowu :) jutro pieczemy pierniczki :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Bo byłam grzeczna ;)


Dzisiaj był ostatni dzień zajęć z moimi małymi uczniami. Wypełniłam rozliczenie, wystawiłam rachunek i poszłam uszczęśliwiona do domu o godzinie 16, zaaferowana perspektywą wolnego popołudnia. Zaraz po powrocie do domu pochłonęło mnie robienie sklepiku z naszywkami, wstawianie obrazków i tak siedząc spokojnie i słuchając muzyki na Spotify (płyta Love actually by The Royal Philharmonic Orchestra) odpłynęłam zupełnie. Tę błogą sielankę przerwał telefon od mamy moich uczniów z Michałowic, Gabrysi i Adasia, którzy mieli dzisiaj mieć domowy koncert. Ajajaj, ale wtopa. A miałam zapisane w kalendarzu... szybko się pozbierałam i popędziłam na rowerze. W domu była już babcia i sąsiadka na herbatce, dzieci chodziły na rzęsach, ale szybko się ogarnęły i zagrały. Gabrysia zaskoczyła mnie zupełnie, grając ze skupieniem i powoli, czego na lekcjach nie mogłam się jej doprosić. Adam zagrał w tempie ćwiczeniowym, więc nie powalił, ale Sonatina w jego wykonaniu była tak świadomie zagrana, z interpretacją i właściwymi ruchami, że z przyjemnością na niego patrzyłam :) na koniec pani Małgosia podarowała mi torebką z czekoladkami Ferrero Rocher i piernikami od Bliklego, a Gabrysia dała mi swojego goździka :) ale miło mi się zrobiło :) a wczoraj mama Kasi i Maćka, moich uczniów ze Skoroszy, zapłaciła za lekcję okrągłym banknotem i kazała nie wydawać, tylko zostawić sobie na święta :)
Mamy już obadany przejazd na blablacar do Rzeszowa. Polski Bus jest oblegany od miesiąca i na połowę kursów nie ma już biletów. Ach, te święta...

Miał być ślub


Najdziwniejsze przygody można czasem przeżyć we śnie. Dzisiaj przyśnił mi się mój własny ślub. Był to dziwny sen, bo dzielił się na dwie części. Zazwyczaj jak się przebudzę, a sen nie ma jeszcze zakończenia, bardzo rzadko zdarza się, że gdy zasnę ponownie, to przyśni się to samo, a tym razem tak się stało. 
Zaczęło się od tego, że zobaczyłam kościół. Był nieduży, położony na lekko opadającym wzgórzu, pod lasem, prowadziła do niego kamienna nierówna ścieżka. Pobiegłam tam, żeby zobaczyć, jak wygląda w środku. Nie był to jeszcze dzień ślubu, tylko przygotowania, a ja nie wiedzieć czemu miałam już na sobie suknię i bose stopy, zupełnie jak ta dziewczyna z fotografii. Kościół wyglądał jak zwykła sala, z ławami, krzesłami, z tyłu siedział akustyk za wielką konsolą, a z przodu znajdowali się księża prawosławni (naprawdę nie wiem, dlaczego akurat prawosławni, bo środek wyglądał na typowy kościół protestancki) i kilkoro ludzi się w środku kręciło. Dostrzegłam gdzieś moją mamę, która poinformowała mnie, że mogą być problemy z puszczaniem podkładów muzycznych, bo tutaj wszystko nagrywają. Nie wiem, dlaczego to miało być problemem, ale okazało się potem, że faktycznie tak było. W międzyczasie spostrzegłam, że moja suknia zmieniła kolor na czerwony, z jednym czarnym i białym pasem w środku, niczym szarfa. Zmartwiłam się, że teraz będę musiała szukać nowej. Zaraz po tym się przebudziłam. Postanowiłam zapamiętać jak najwięcej i zasnęłam znowu.
Tym razem to był już dzień ślubu. Kościół był pełen ludzi, ale nikogo nie mogłam rozpoznać. Stałam gdzieś z tyłu w mojej przefarbowanej sukni i zastanawiałam się, kiedy to się zacznie i czy suknia stanie się znowu biała? Nagle ktoś obok mnie zawołał: "teraz!", wstałam więc, wstrząsnęłam suknią i zrobiła się biała. Rozległy się dźwięki marsza weselnego, zaczęłam się rozglądać, kto mnie będzie prowadził do przodu i zobaczyłam wujka Andrzeja, współpracownika mojego taty. Wziął mnie pod rękę i poprowadził do przodu. Usiadłam na krześle obok pana młodego, nieustannie się wiercąc, bo nie mogłam go dziwnym sposobem zobaczyć. Zupełnie nie zarejestrowałam, kto prowadził uroczystość. Pamiętam tylko, że dalszy ciąg okazał się zupełną katastrofą. Osoba odpowiedzialna za muzykę i podkłady (to była Marta z naszego zespołu) nie mogła opanować sprzętu, który okazał się jakimś przedpotopowym wynalazkiem, muzyka leciała, chociaż głośniki były ściszone, przygotowana prezentacja zaczęła sama lecieć i wszystko wzięło w łeb. Oczywiście niemal wszyscy ruszyli na pomoc, powodując jeszcze większe zamieszanie. Siedziałam bezradna na swoim krześle, czując, że już nic gorszego nie może mi się przytrafić i nagle po mojej lewej stronie znalazłam jego rękę. Chwyciłam ją mocno, zaplotłam palce i wstąpiła we mnie uspokajająca, krzepiąca siła. Podniosłam oczy i zobaczyłam młodego, ciemnowłosego mężczyznę w okularach, wyglądającego zwyczajnie, ze skupionym w dal spojrzeniem. Nie wiem, kim on był, nie mogłam rozpoznać w nim nikogo znajomego. Pomyślałam: "to dziwne brać ślub z kimś, kogo się zupełnie nie zna", bo właściwie nie znałam go zupełnie. Tylko ten uścisk ręki był taki znajomy. Zaraz po tym obudziłam się na dobre i nie dowiedziałam się, jak to się zakończyło. 
Czy wam się też kiedyś coś takiego przyśniło?

Młoda Brodka mi się skojarzyła z tym, zanim zaczęła Grandę.


I jeszcze jedna. Przyznaję, nie kojarzę takich piosenek po wykonawcach, dla mnie wszystkie tego typu piosenki to Gosie Andrzejewicz. No ale teraz Brodka to wyższa półka...

środa, 18 grudnia 2013

Make my wish come true.




Ulubiona piosenka z mojej ulubionej świątecznej komedii romantycznej z parą ulubionych bohaterów za kulisami ;) no i co z tego, że ograna i komercyjna. Myślę, że jest wołaniem wielu typowych Bridget Jones, spędzających samotne zimowe wieczory z pudełkiem lodów i filmami o wielkiej miłości. A, i na miejscu wokalistki też bym wybrała chłopca z perkusją ;) 
Macie jakieś życzenia na nowy rok? Moich jest kilka:
*nowy telefon (bo stary przekazuję Oli) i sensowny abonament
*nowi, fajni uczniowie
*śniegowce na nadchodzące mrozy
*praca na wakacje
*wyjazd na camporee do Holandii
*pokój na świecie, cytując Sandrę Bullock w "Miss Agent" :P
*you ;*

Dobra wiadomość na najbliższe dni jest następująca: jeszcze tylko 5 dni i... ferie! Jedziemy z Olą do Wojkówki, będziemy grać w gry, oglądać filmy, piec pierniczki i muffinki i byczyć się :) brzmi fantastycznie, prawda? Dobrze mieć swój prywatny koniec świata :) 

Ciesz się z komendanta, jakiego masz...



Masz ci, od niedzieli minęło już 3 dni, a ja nie napisałam, co z tym komendantem...


Uroczyście informujemy, że Zarząd Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego wybrał na nowego komendanta Związku Harcerstwa Adwentystycznego Pathfinder Dh. Mariusza Adamczyka.

Nowemu komendantowi życzymy Bożych błogosławieństw 


niedziela, 15 grudnia 2013

Rada drużynowych Siedlce - galeria

Rada drużynowych w Siedlcach dawno już przeszła do historii, ale zdjęcia dotarły dzisiaj, więc dzielę się naszymi pięknymi uwiecznieniami mundurów :)

Komendanci, drużynowi, zastępowi, instruktorzy i siedleckie zuchy :)


Zawsze młodzi i piękni :)



Pokój katechetyczny zainspirował nas do niezwykłej sesji zdjęciowej, tematycznie powiązanej z aktualnymi wtedy wydarzeniami (spalenie tęczy na Placu Zbawiciela w Warszawie przez demonstrantów w Dniu Niepodległości). Ale dla nas tęcza ma swój pierwotny, biblijny wymiar, czyli znak obietnicy :)





 Ps. 1 Dzisiaj wstrzymujemy oddech, bo ma być decyzja w sprawie nowego komendanta... czekamy niecierpliwie ;)
Ps. 2 Przed półgodziną wprowadziła się Lidka do naszego mieszkania. Trochę to trwało, ale wreszcie się udało ;)

piątek, 13 grudnia 2013

I nawet kiedy będę sam, nie zmienię się.

Weekend zaczyna się w czwartek po południu, kiedy kończę ostatnie zajęcia i idę na zakupy. Niestety wczoraj nie miałam zupełnie głowy do kupowania, chociaż znalazłam fantastyczne skórzane botki z Lasockiego za 126 zł (po 30% obniżce z kartą stałego klienta). Katar tak otumanił mi mózg, że musiałam usiąść chwilę spokojnie na ławce i przekalkulować, że w tym momencie są ważniejsze wydatki, niż buty. Skończyło się zatem na herbacie z "Five o'clock" o nazwie "Wigilijny wieczór" - bardzo smaczna owocowa mieszanka z nutą pomarańczy. A wieczorem obejrzałam "Gnomeo i Julia". Zabawnie zanimowali krasnale ogrodowe ;)
Dzisiaj obudziłam się z zatkanym na amen nosem i wyschniętym gardłem. Katar osiągnął swoje apogeum. Jak dobrze, że piątki są wolne, bo zupełnie nie miałam siły ruszać się gdziekolwiek  z domu. Ogarnęłam mieszkanie i resztę dnia spędziłam z chusteczkami, czytając po raz kolejny bloga od początku. Jakoś lubię wracać do tamtych szalonych studenckich czasów, czytać o sesjach, egzaminach, szkole muzycznej i przypominać sobie miejsca, w których byłam oraz ludzi, z którymi przeżywałam różne zwariowane wypady. Czasami chciałabym znaleźć się na chwilę w tamtym czasie i miejscu, bo jak tak sobie każdego dnia chodzę do pracy, to wszystko wydaje mi się straszliwie nudne. Nawet zakupy, kiedy mam wreszcie wystarczającą ilość pieniędzy, żeby kupić to, co chcę, nie mają już takiego klimatu, jak w czasach mieszkania w Rzeszowie w pobliżu jedynej galerii Grafiki... Blog też już nie jest ten sam. Zrobił się taki babsko-blogerski, z niezliczonymi przepisami, opisami kosmetyków i ciuchów. Kiedyś byłoby to w moim przypadku nie do pomyślenia, albowiem z zasady gardziłam modą i mizdrzeniem się. Teraz myślę: a właściwie czemu nie? Teraz to jest moja codzienność, jak kiedyś literatura, ćwiczenia z PNJN i setki zdjęć. Dlaczego mam wymyślać na siłę poetyckie teksty, skoro żyję prozą życia? Poza tym mam już 27 lat, a nie 20, więc to do czegoś zobowiązuje :P 
Ostatnio przyszła mi do głowy jednak pewna konkluzja: kiedy się jest nauczycielem albo pracuje z dziećmi, człowiek nigdy nie będzie dorosły. Ot, choćby za tydzień zaczynają się ferie świąteczne, tak, ferie, nie żaden urlop. W której innej pracy dostałabym półtora tygodnia wolnego tylko dlatego, że są święta? Cieszę się z tego na równi z dziećmi. I co z tego, że kupujesz całe bilety i płacisz składki ubezpieczenia. W pracy uczysz dzieci piosenek o sankach i bałwankach, a po skończonym dniu przesłuchujesz piosenki z "High School Musical", bo uczennica cię poprosiła o to. Ale kiedy się głębiej nad tym zastanowię, to lubię moją pracę właśnie za to, że dzięki niej nigdy nie stanę się nudnym dorosłym :)
Kilka zdjęć na dowód, że właściwie niewiele się zmieniłam :P


"Silny bądź! Musicie być jak szalona rzeka,
jak tajfun, który obali mur,
a równocześnie tak tajemniczy,
jak księżyc, co wygląda tu zza chmur!"

... moro drugą skórą 


 Black&white
wierna niezmiennie :)



Swing down :P
Jak sobie przypomnę spotkanie grupy terenowej w Łodzi... :P

Bo wszystkie dzieci...
Baloniki są fajne w każdym wieku ;)

Kazali mi się zacząć czesać,
ja mówię: no, no, no.


I mlecyk - ostatni w sezonie... 



"Life is a journey
It can take you anywhere you choose to go
As long as you’re learning
You’ll find all you’ll ever need to know"

Kolejki wąskotorowe są the best :D



Statue of Liberty 
Bo to się nie zmienia :P


Co się martwisz, co się smucisz,
ze wsi jesteś, na wieś wrócisz ;)


Bo chcę iść coraz dalej, coraz głośniej śpiewać!...


Catch me, if you can ;)


I nawet kiedy będę sam, nie zmienię się, to nie mój świat.







środa, 11 grudnia 2013

I can go the distance.



Go the distance
Michael Bolton

I have often dreamed, of a far off place
Where a hero's welcome, would be waiting for me
Where the crowds will cheer, when they see my face
And a voice keeps saying, this is where I'm meant to be

I'll be there someday, I can go the distance
I will find my way, if I can be strong
I know ev'ry mile, will be worth my while
When I go the distance, I'll be right where I belong

Down an unknown road, to embrace my fate
Though that road may wander, it will lead me to you
And a thousand years, would be worth the wait
It might take a lifetime, but somehow I'll see it through

And I won't look back, I can go the distance
And I'll stay on track, no, I won't accept defeat
It's an uphill slope, but I won't lose hope
Till I go the distance, and my journey is complete

But to look beyond the glory is the hardest part
For a hero's strength is measured by his heart

Like a shooting star, I will go the distance
I will search the world, I will face its' harms
I don't care how far, I can go the distance
Till I find my hero's welcome, waiting in your arms

I will search the world, I will face its harms
Till I find my hero's welcome, waiting in your arms

***

Moi uczniowie, a w zasadzie uczennice, śpiewają sobie piosenki z bajek Disneya, więc natchnęło mnie, żeby sobie niektóre z nich odświeżyć. Uwielbiam Mulan, przypomniało mi się, jak kilka lat temu oglądaliśmy namiętnie Herkulesa, więc po mojej ulubionej chińskiej bohaterce walczącej u boku mężczyzn przyszła kolej na grecką mitologię. Swoją drogą wersja Disneya nawiązuje mocno do chrześcijaństwa... Bohater, który wolał wyrzec się boskości i przywilejów mieszkania na górze Olimp, aby pozostać ze swoją ocaloną ukochaną na ziemi, po którą nie zawahał się zstąpić aż na dno piekieł. Oczywiście ludzie sporo namieszali, tworząc takie legendy. Wierzcie mi, biblijna historia zbawienia jest o wiele bardziej niesamowita!

***

Czasami strasznie, strasznie, strasznie tęsknię. Ale za kim lub za czym, tego sama nie wiem...

Olejek arganowy z Rossmanna


Kilka tygodni temu byłam u fryzjerki, mojej sąsiadki Leny, żeby wyrównać włosy, bo ponad półtorej roku nic z nimi nie zrobiłam. Lena dokonała cudu, skracając zniszczone końcówki, ale nie naruszając niemal nic z długości, co mnie bardzo ucieszyło, bo cały czas je zapuszczam. Po obcięciu natarła mi włosy olejkiem arganowym, polecając go jako doskonały kosmetyk na puszące się włosy, niesforne końcówki i dla ochrony przed niszczeniem. Mam maskę do włosów Kallos Argan, ale to nie jest jednak to samo (poza tym zbliża się zima, będę musiała wrócić do Kallos Latte, bo włosy znów zaczynają się wysuszać i elektryzować). 
Będąc w Rossmannie odkryłam nową linię do włosów na bazie olejku arganowego. Taka mała buteleczka o pojemności 20 ml kosztuje niecałe 9 zł. Jest bardzo wydajna, wystarczy kropelka w zagłębieniu dłoni, aby pokryć końcówki i jeżeli ktoś chce, to większą powierzchnię włosów. Spodobał mi się o wiele bardziej niż jedwab, którego w buteleczce o podobnej cenie jest jednak mniej. Ponadto przyjemnie pachnie, włosy są wygładzone i błyszczące i o wiele ładniej wyglądają. 

A tak poza tym...

Relaksy
Wczoraj po pracy pojechałam do Złotych Tarasów zmierzyć relaksy (niestety w Galerii Mokotów, którą mam po drodze, jadąc z Wilanowa do WKD Raków, nie ma sklepu Wojas; wyszukiwarka firmowych sklepów tutaj). Stały dumnie rozparte na środku sklepu, błyszczały kolorami. Zmierzyłam czarne, bo brązowych w rozmiarze 39 już nie było. Swoją drogą ładnie prezentowały się też granatowe. Kształt buta na nodze nie powala, ale są niesamowicie wygodne i ciepłe. Sprawdzałam podobne buty w Deichmannie, trzy razy tańsze, ale były z tworzywa sztucznego i przypuszczam, że fatalnie by się je nosiło, kiedy stopa się przepoci. Szkoda, że relaksy są tak drogie. Wydają się naprawdę solidne i najlepsze na nadchodzące mrozy. Tylko po drodze napotykam kolejny problem: do czego takie toporne buty nosić? Moja ciepła kurtka zimowa kupiona w zeszłym roku, w kształcie płaszcza do kolan i z futrzanym kapturem pasuje do nich jak kwiatek do kożucha. Zapewne najlepszą kurtką byłaby jakaś parka albo kurtka narciarska, ale kupować kolejną kurtkę do drogich butów, na które nawet mnie nie stać... Ech, odwieczne dylematy... A mrozy naprawdę nadchodzą. Wczoraj czułam, jak przy minus kilka stopni zamarzały mi palce w moich skórzanych kozaczkach. Nie ma rady, pozostają buty trekkingowe, które swoją drogą także do eleganckiej kurtki średnio pasują i ciepłe skarpety. Jeden pięciopak nabyłam wczoraj w H&M. Pomysł kupowania ciepłych skarpet na grudniowe prezenty jest skądinąd bardzo trafiony. 


Halsentzündung
Po powrocie z kongresu znowu się przeziębiłam. Mam katar i boli mnie gardło. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka: było dużo śpiewania, bo i występ w piątek, koncert w sobotę, i próba w niedzielę; co chwilę wędrowaliśmy od Kopcińskiego na Nawrot, raz piechotą, a raz samochodem, nieraz bez czapki, w samym kapturze na głowie, żeby nie rozwalić fryzury; mało snu, bo w pierwszą noc z przejęcia nie mogłam usnąć, poprzedniej nocy była burza i też się nie wyspałam; stres, bo nie mieliśmy porządnej próby, a wszystkich coś rozkładało, no i jak zawsze musiałam się przejmować opiniami i złymi emocjami innych. Nie mam czasu, żeby się rozłożyć i chorować, więc muszę zacisnąć zęby i chodzić do pracy. Dlatego chciałabym znaleźć ciepłe zimowe ubranie, żeby mnie chroniło. 

wtorek, 10 grudnia 2013

Czas Relaksu, relaksu to czas.


Już na początku tego roku rozglądałam się za śniegowcami, ale ceny są zatrważające. Obiecuję sobie, że kiedyś zaoszczędzę i sobie takie buty kupię. 
Przeglądając moje listy blogów znalazłam posta u Sztywniary, która reklamowała Relaksy. Nie znam tego reliktu PRL, bo jeszcze wtedy nie żyłam, ale wyszperałam więcej informacji tutaj i okazało się, że buty wracają w odświeżonym, udoskonalonym stylu i kosztują... 399 zł. Kupę kasy, ale są skórzane, ocieplane owczą wełną no i made in Poland. Nie deklaruję się, ale chyba się wybiorę do Reduty i sobie przymierzę, żeby się upewnić, jak wyglądają na żywo. 
Tydzień po weekendzie zaczął się od dłuuugiego odsypiania, które kontynuuję i dzisiaj. Jak dobrze mieć pracę po południu ;)


środa, 4 grudnia 2013

Szklana pogoda



Mam do zakomunikowania ważną wiadomość na koniec dnia: mamy śnieg. Śpiewałyśmy sobie dzisiaj o nim z Kasią tak beztrosko na lekcji, a tymczasem spadł i nie ma żartów! Ale dużo poważniejsza pogoda szykuje się jutro: zapowiadają huragany i nad morzem do 8 stopni w skali Beauforta. Prawie jak w tej znanej piosence Krzysztofa Klenczona, którą przesłuchałam dzisiaj w całości pierwszy raz w życiu. Będzie trochę groźnie jutro, zostaję sama w domu, ale może nie będzie źle :) przecież jestem odważną kobietą, pathfindersem, niestraszne mi wichury :P

Sylwestrowy Suchar w Stolycy - Reaktywacja


Szykuje się reaktywacja Sylwestrowego Suchara w Stolycy, więc już zamieszczam oficjalne zdjęcie wydarzenia i piosenkę przewodnią. Hit nienajnowszy, ale w temacie :) aż mi się przypomniała kompania karna na obozie i Seba, który wyśpiewał to kapitalnie :)




Nie mogę uwierzyć, że już rok się kończy. Dzisiaj zadzwoniła pani z obsługi klienta w Play i zorientowałam się, że w styczniu kończy mi się umowa na telefon :) trzeba pomyśleć, co z tym fantem zrobić i jak się ustawić na następny rok. 

wtorek, 3 grudnia 2013

Zakochanie a adrenalina


"Peeta i ja bardzo się zżyliśmy. Ciągle zdarzają się momenty kiedy chwyta się krzesła i trzyma dopóki przebłyski jego zmodyfikowanej pamięci nie miną. Ja budzę się z koszmarów o zmiechach i zabitych dzieciach. Ale jego dłonie są przy mnie, by mnie pocieszyć. I ostatecznie jego usta również. W nocy poczułam to jeszcze raz, ten głód, który zawładnął mną na plaży, wiedziałam, że zdarzyłoby się to i tak. Tym, czego potrzebuję do przetrwania nie jest ogień Gale’a, podsycany złością i nienawiścią. Mam mnóstwo ognia w sobie. Ja potrzebuję mniszka (mlecza) w wiosnę. Ta jasna żółć, która przywodzi na myśl odrodzenie zamiast zniszczenia. Obietnicę, że życie może trwać dalej bez względu jakie ponosimy straty. Że może znowu być dobrze. I tylko Peeta może mi to zapewnić. 
Więc zaraz po tym, jak zapytał: 
- Kochasz mnie. Prawda czy fałsz? 
Odpowiadam mu: 
- Prawda." 
Susanne Collins Igrzyska śmierci. Kosogłos

Jak można zobaczyć, dobrnęłam do końca trylogii. Wybaczcie, jeśli nie lubicie czytać zakończeń przed przeczytaniem książki, ale wydało mi się tak ciekawe, że musiałam je umieścić.
Historia miłosna Katniss i Peety wydaje się nietypowa, bo osadzona w nienormalnym, przepełnionym przemocą i strachem świecie, na dodatek połączeniu obojga bohaterów przeszkadzają psychologiczne naciski: torturowanie psychiczne i fizyczne Peety oraz koszmary Katniss. Mimo wszystko pod wpływem wspólnych trudnych przejść zżywają się ze sobą tak bardzo, że nie wyobrażają sobie bez siebie życia. Czy jest to sposób na udany związek?

Badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej dotyczące adrenaliny wykazują, że wzmożona aktywność fizyczna powoduje podobne uczucie do stanu zakochania. Eksperyment polegał na przeprawie dwóch grup mężczyzn przez dwa różne mosty. Pierwszy z nich wisiał na wysokości 70 metrów nad rzeką i był wykonany z niestabilnej konstrukcji. Natomiast drugi znajdował się zaledwie na wysokości 3 metrów nad poziomem wody i był w pełni bezpieczny. Na końcu obu mostów, na badanych czekała atrakcyjna kobieta, zbierająca dane do kwestionariusza. Każdemu mężczyźnie proponowała swój numer telefonu w przypadku, gdyby pojawiły się dodatkowe pytania na temat badania. Okazało się, że zdecydowana większość mężczyzn, która była skłonna przyjąć propozycję skontaktowania się pochodziła z grupy, która musiała pokonać wiszący most. Badanie potwierdza, że podwyższony poziom adrenaliny wywołuje uczucie podobne do stanu zakochania. Na jej skutek do mózgu kierowany jest sygnał o wydzielaniu podwyższonej dawki dopaminy, przez co stajemy się bardziej skłonni do ulegania urokowi nowopoznanych osób. Zgodnie z wynikami badań można wywnioskować, że zakochaniu się można pomóc, na przykład zabierając partnera do adrenalina park, czy na rollercoaster...
Fragment artykułu z http://pewnapani.pl/dla-kobiet/adrenalina-a-stan-zakochania
Oczywiście doskonale rozumiemy, że nie da się stale funkcjonować na podwyższonej dawce hormonów, ponieważ rozreguluje nas to całkowicie. Dlatego bardzo często, kiedy adrenalina opada, ludzie zaczynają odczuwać rozczarowanie drugą osobą. Wniosek? Nie polegać jedynie na hormonach. Trzeba włączyć mózg, aby rozsądnie oceniał sytuację i trzymał się podjętej decyzji.
Eech, a tak kochałam adrenalinę...

Ps. W piątek jedziemy na kongres ASI do Łodzi, gramy musical w sobotę. Prześpiewałam dzisiaj cały z obawą i drżeniem po dwóch tygodniach infekcji. Wczoraj próbując się rozśpiewać zatkało mi zupełnie gardło na górnych dźwiękach. Dzisiaj było już lepiej, ale do końca tygodnia muszę śpiewać codziennie, żeby odzyskać formę.

niedziela, 1 grudnia 2013

Igrzyska śmierci


Dawno już z Olą planowałyśmy wybrać się na premierę drugiej części trylogii "Igrzysk śmierci". Dokonałyśmy tego w ostatni wtorek, razem z Ulą, idąc na ostatni seans o 20.30, po pracy. Oczywiście oznaczało to powrót kolejką po północy, ale co tam, raz na jakiś czas dobrze jest pójść do kina na dobrze zrobiony film :)
Zakończenie filmu w nieoczekiwanym momencie skłoniło mnie, żeby poznać zakończenie szybciej, niż wyprodukują ostatnią część, więc znalazłam książkę Susanne Collins, na podstawie której powstał film i zabrałam się za czytanie. Wczoraj pochłonęłam pierwszą część, czytając do drugiej w nocy, dzisiaj drugą, a trzecią chyba zostawię sobie na jutro, bo czuję, że organizm domaga się snu :P

Ps. Dzisiaj była u mnie Lidka, żeby obejrzeć pokój. Wprowadza się w tym tygodniu, już wzięła klucze.
Ps. 2. Babka cytrynowa Dr Oetkera jest pycha. Miałam opory, czy ciasto z proszku będzie zdatne do jedzenia, ale po dodaniu jajek, mleka i margaryny nie było już tylko z torebki, więc nabrało dobrego smaku. Następnym razem dopilnuję, żeby się nie przypaliła, bo ciągle coś przypalam :P Domi, Łukasz i Ola, którzy wczoraj u mnie byli, uznali, że jest dobra, więc czuję się doceniona ;)