poniedziałek, 30 maja 2016

Hellada 2016 - biwak chorągwi wschodniej


Od kilku lat długi weekend na Boże Ciało jest zarezerwowany u mnie na biwak chorągwiany i nie planuję na ten czas nic innego. Odkąd jestem człowiekiem (bardziej) pracującym jest to też jedyna możliwość wyjazdu na obóz harcerski bez kombinowania z dodatkowym urlopem. Pięć dni to krótko i długo jednocześnie. Dla Diego pięć dni to dobry, długi obóz, dla mnie to zdecydowanie mało, żeby pobyć z ludźmi i lepiej się z nimi zżyć. Najlepszy czas to przynajmniej siedem do czternastu dni, co dla niego jest zupełną abstrakcją, ale według niego my, Europejczycy jesteśmy dziwni :P

Środa, 25 maja
Mam twardy plan wyjechać po południu, po zajęciach. Do południa ma pojawić się Domi z Łukaszem po moje rzeczy, a ja po 17 wsiadam w pociąg do Urli i stamtąd mam iść 5 km piechotą do ośrodka "Nadliwie", gdzie mamy biwak. Plany jednak zmieniają się spontanicznie, kiedy zaczynam się rano pakować i sprawdzam połączenia. O nie, dotrę tam późno wieczorem. Trudno, odwołuję zajęcia i zabieram się z Łukaszem do ich mieszkania dokończyć pakowanie, a potem ruszamy w drogę. W trasie zatrzymują nas na kilka godzin straszliwe korki w Warszawie. Pomstujemy i stresujemy się, bo musimy dotrzeć na określoną godzinę. Długi weekend przed nami, ludzie uciekają z miasta, taki los.
Docieramy ze sporym opóźnieniem. Domi biegnie na recepcję, ja i Łukasz zabieramy się za rozbijanie namiotów. Potem ruszam na oględziny ośrodka. Jest tu pięknie, rzeka jest malownicza, po terenie biegają różne zwierzątka. Bardzo sympatyczne miejsce dla zuchów i harcerzy.


Na miejscu dowiaduję się o swoich zadaniach: granie i śpiewanie na nabożeństwach zuchów, a potem harcerzy. Podobnie jak rok temu, tylko tym razem zuchy są zaraz za płotem i nie trzeba dojeżdżać do nich samochodem. 

Pierwszy apel na biwaku w mundurach. 
Wersja polowo-wyjściowa, czyli pełny serwis ;)

Na wieczornym ognisku harcerskim najpierw dużo śpiewamy, a potem Sylwek-kapelan zaczyna swoją historię. Opowiada o swojej pasji z dzieciństwa - zbieraniu autografów piłkarzy, a konkluduje to stwierdzeniem, że kiedy poznał Jezusa, to On stał się jego największym idolem. Na koniec dnia zachęca do wzięcia udziału w ogrodzie modlitw i spora grupa chętnie uczestniczy. 
Chwilę później wyruszamy na nocną grę w wilki. Do lasu jest kawałek, a w samym lesie nie jest zbyt jasno i nie wszyscy czują się raźnie w tropieniu "wilków". Jest też mała grupa osób, które są na biwaku pierwszy raz i muszą się jakoś odnaleźć w harcerskich klimatach. 
Wracamy do obozowiska późno w nocy i kładziemy się spać. Oczywiście w pierwszą noc nie mogę długo zasnąć, w dodatku opadła rosa i jest zimno. W nocy przyjeżdżają Andrzej z Karolem na rowerach i słyszę, jak rozmawiają. Jakoś przemęczam tę noc.
Na biwaku nie mamy elektryczności. Wyłączam telefon i odtąd uruchamiam go tylko raz dziennie, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie nie potrzebuje. Przede mną pięć błogich dni wolności od kontaktów wirtualnych i prawdziwe życie.

Czwartek, 26 maja
ATENY



Poranek zapowiada się sympatycznie. Słońce przygrzewa namiot i o 7 rano robi się całkiem miła pogoda. Piękna rzeka Liwiec zachęca do kąpieli. Przełamuję opory i kąpię się w rzece. Od tej pory robię to codziennie, zamiast korzystać z polowych pryszniców. 

Keep calm and be a pathfinder!
Błażej tego dnia występuje jako ateński filozof i mąci ludziom w głowach.

Tego dnia mamy zaplanowany festyn w Jadowie. Jako harcerze prowadzimy różne stanowiska z grami i zabawami dla dzieci. Przyłączam się do Ciuchci Zdrowia, czyli wystawy dla dzieci na temat zasad zdrowia. Jeszcze nie wiem, że czeka mnie kilka godzin mówienia i stado dzieci ;) ale punkt na wymagania z Przewodnika zaliczony. Mam zrobiony kolejny stopień :)

Gąbeczki, butelka z cukrem, rozmowy o myciu herbatą, 
czyli moje stanowisko na Ciuchci

Na biwaku już od trzech lat gotujemy w kotłach. To niezapomniane smaki ogniska i za każdym razem nowe doświadczenia, nawet gdy gotujemy leczo kolejny rok z rzędu. 

"A my na slacku..."
Nasze wersje harcerskich piosenek przy ognisku ;)

Piątek, 27 maja
SPARTA

Tego dnia budzimy się w starożytnej Sparcie. Dziewczyny mają zaprawę poranną cardio zakończoną kąpielą w rzece, panowie też nie próżnują. Czeka nas aktywny dzień. 
Tego dnia poznajemy też sztukę Grecji. Wytwarzamy szkatułki i biżuterię w stylu greckim. Ja jestem mało "manualna" i konstruuję piekarnik reflektorowy, bo też mam to na zaliczenie. Piekarnik działa - robię na nim grzanki z czosnkiem. 

Piekarnik reflektorowy (srebrne pudełko na stole)
Można w nim upiec różne potrawy na ognisku.

Tego dnia rozpoczynają się też zajęcia ze sprawności. Prowadzę Sprawność fizyczną i podczas zajęć rozkładamy się wygodnie na karimatach, prezentując różne ćwiczenia. Bardzo przyjemna sprawność, jak się w kolejnych dniach okazało :)


Żyjąc w Sparcie nie można uniknąć wojny. Na nasz teren wpadają zuchy i mamy z nimi małą przeprawę. Potem odwiedza nas major i opowiada o wojnie w Afganistanie. Chłopaki są już tak rozgrzani, że chwytają tarcze produkowane przez cały poranek i ruszają do starcia.


Po walce na tarcze dziewczyny też chcą się ponaparzać i ruszają zawody w przeciąganiu liny. Ten bojowy dzień kończy się tradycyjnie ogniskiem. Ciepła noc nagradza dwie poprzednie.

Brazylijska chusta noszona przez cały biwak.
Na koniec brudna tak samo, jak ja.

Sobota, 28 maja
OLIMP

Bliskie sąsiedztwo zuchów to nienajlepsze rozwiązanie - w sobotę rano mieliśmy budzić się dopiero o 8.30. W praktyce obudziła nas zuchowa pobudka o 7.30. Pomstujemy, ale cóż zrobić. Szykujemy się do nabożeństwa - pieśni, mundury. Na nabożeństwie opowiadamy masę historii z ostatniego festynu. Okazuje się, że to wydarzenie przełamało lody w tej miejscowości i spowodowało wielką życzliwość i otwartość wójta, który odwiedził nasz obóz osobiście z pisemnym podziękowaniem. 


Szkoła sobotnia jest tym razem w drugiej części nabożeństwa i jest to gra na terenie ośrodka. Zanim do niej przystąpimy, kilka zdjęć w naszych pięknych mundurach.

"Nade mną słońce, pod stopami piach"
Proud to be a pathfinder!

Nasza ekipa jest jedyna w swoim rodzaju. Dzięki Adzie znajdujemy błyskawicznie większość punktów i rozwiązujemy zagadki. Szkoda, że tuż przed metą natrafiliśmy na feralne pole cofające nas do słynnego pola 75...


Popołudnie ze sprawnościami mija nam przyjemnie. Mamy już wszystkie wymagania opracowane, więc moczymy się w rzece. Próbujemy zrobić wyścigi materaców, ale przedziurawia się nam jeden z nich, więc robimy sztafetę w wodzie. Dzieci (przepraszam, nastolatki) potrzebują aktywnego spędzania czasu, mi w ten upał wystarczyłoby wylegiwanie się w wodzie. Nie trzeba jechać do Chorwacji, woda jest ciepła jak w tropikach. 
Na wieczornym ognisku mamy odwiedziny zuchów. Robią radosny tłok i wrzawę. Śpiewamy razem dużo piosenek, robimy wspólne pląsy. Małe zawieszenie broni po ostatnich perypetiach z jeńcami w obozie zuchowym.

"On jest silniejszy niż Superman"


Po ognisku harcerskim rozpoczynamy ognisko kulinarne i pieczemy chleb nasączony olejem z przyprawami na ognisku. Wieczór się przedłuża, nikt nie chce ogłaszać ciszy nocnej. Przed nami ostatnia noc na biwaku.
Po północy budzi nas alarm i zbieramy się na placu apelowym. Czekają nas nocne manewry - mamy przejść próbę spartańską, żeby stać się pełnoprawnymi obywatelami Hellady i zdobyć prawo do głosowania. Wyruszamy do lasu, gdzie naszym zadaniem jest przekraść się bezszelestnie do lampionu na wzgórzu. Zadanie nie jest łatwe, bo co kilka metrów rozstawieni są strażnicy, którzy bezwzględnie wracają na start wszystkich hałasujących. Próbuję podejść kilkakrotnie, znam już położenie prawie wszystkich strażników, ale niestety w ostatnim momencie, kiedy już prawie docieram do mety, gra się kończy. Wracamy przed czwartą do obozu, zaczyna powoli się rozjaśniać. Mało czasu na spanie zostało.

Niedziela, 29 maja
HELLADA

I znowu nie udało się wyspać dłużej - zuchy budzą nas o 7.30. Jesteśmy rozkojarzeni i rozespani, nie wiemy, co ze sobą zrobić. Dzień rozpoczyna się zatem późno. Na niedzielę zaplanowanych jest kilka rzeczy, ale wszystko przebiega z pewną powolnością.


Na porannym apelu niestety Andrzej zostaje wydalony z obozu za niesubordynację poprzedniego wieczoru. Pada jeszcze kilka pouczeń i ostrzeżeń na temat używania noża i siekiery. Czekają nas jeszcze zaliczenia sprawności. Moja grupa zalicza sprawnie nad wodą. Siedzimy, moczymy nogi i odpowiadamy. To lubię! Mobilizuję się jeszcze i zaliczam kolejną sprawność: Wstrzemięźliwość. 
Nasz wspaniały biwak kończy się apelem w mundurach, wręczeniem sprawności, naszywek, prezentów, odznaczeń... 

Fantastyczni Operacyjni Cykliści Hermesa, w skrócie: FOCH
Nasz zastęp Roversów (bez zastępowego, wyjechał już na rowerze do Warszawy)


Niestety po zarwanej nocy naszej kadrze umyka ważny fakt: dopilnowanie uczestników, aby posprzątali obóz. Kadra zostaje i pakuje sprzęt, ja sprzątam teren i szoruję kotły przypalone po gotowaniu ryżu na śniadanie. Wszyscy są zmęczeni i poirytowani, bo nie wiadomo, jak zapakować sprzęt na przyczepę i kto może ją zabrać. Opuszczamy ośrodek późnym wieczorem. W samochodzie snujemy rozmowy i wymieniamy się wrażeniami z obozu zuchowego i harcerskiego. Pomimo tej nieprzyjemnej końcówki to był dobry czas i widzimy, jak harcerstwo zmienia ludzi na lepsze.


Docieram do domu przed północą, o dziwo, w Warszawie nie ma żadnych korków. Od razu wchodzę do łazienki i robię gorącą kąpiel, odszorowując się z całego biwakowego brudu. Tęskniłam za wanną i łóżkiem podczas chłodnych nocy. Ale już niedługo zaczyna mi brakować namiotu i kąpieli w rzece. Nie dogodzi :P 

Jak dobrze być pathfindersem w chorągwi wschodniej :)

Brak komentarzy: