Przejdź do głównej zawartości

Leniwce nad Liwcem - biwak chorągwi wschodniej "Bumerang"




Środa, 19 czerwca
Po porannych perypetiach z zawrotami głowy ostatecznie nie idę do pracy i jadę razem z drużyną busem spod Pałacu Kultury. Dwudziestoosobowy bus chyba nigdy wcześniej nie był tak zapakowany. Bagaże leżą w przejściu, pod siedzeniami, a niekiedy na kolanach. Ruszamy z Warszawy o 15. Ostatnie chwile wolności, więc leci muzyka z komórek, hity ostatnich miesięcy, ale i o dziwo, polskie przeboje starsze niż kadra ;) nastolatki śpiewające "Mury" czy "Deszcze niespokojne" to rzadkie zjawisko.
W Węgrowie czekają na nas przewodnicy z mapami miasta i polecają nam zostawić bagaże, żebyśmy mogli wyruszyć na grę. Mamy odszukać Aborygena na rynku i dowiedzieć się czegoś o historii zaginionego pokolenia. Początkowo następuje konsternacja z zorientowaniem mapy, ale chłopcy niebawem odnajdują właściwą drogę. Na rynku pod drzewem spotykamy Darka. Ma na głowie czarną perukę z kręconymi włosami, czarną koszulkę pomalowaną w poprzeczne pasy przypominające żebra i dmie w didgeridoo. Zaprasza nas,  żebyśmy dowiedzieli się czegoś o historii miasta i wskazuje na drzwi do biblioteki publicznej, na których widnieje informacja o sobotniej grze miejskiej. W tym momencie dociera do mnie, że to będzie biwak inny niż wszystkie.
Za drzwiami biblioteki wszystkich ogarnia onieśmielenie. Elegancko ubrana pani zaprasza nas do czytelni, gdzie opowiada nam o najciekawszych miejscach Węgrowa. I tak dowiadujemy się, że znajdowała się tutaj drukarnia ariańska, opowiada legendę o magicznym lustrze Twardowskiego, które znajduje się w kościele farnym w zakrystii, a potem zwiedzamy mini muzeum w podziemiach biblioteki. W holu znajduje się fortepian, więc jeden z chłopców nie może się powstrzymać i zaczyna grać Chopina. Zwiedzamy zatem podziemia przy dźwiękach klasyki. Na koniec czestują nas sokiem i ciasteczkami i oddajemy budynek kolejnej grupie, która przyjechała po nas.
Dalszy etap gry to targ. Tutaj Paweł w kudłatej peruce skupuje od nas pasy i scyzoryk w zamian za trzy bumerangi, które możemy później wymienić na żywność. Kolejnym ciekawym punktem jest zabytkowy cmentarz ewangelicki, gdzie w opustoszałej kaplicy cmentarnej spotykamy kolejnego Aborygena, Adama. Opowiada nam o wierzeniach Aborygenów, o krainie snu i świętej pomarańczowej skale Uluru, którą mamy odszukać, zeby dostać kolację. Kierujemy się mapą i niebawem wyłania się Uluru: pomarańczowy budynek ośrodka "Nad Liwcem", gdzie znajduje się nasze obozowisko.
Kolejne godziny mijają błyskawicznie na rozbijaniu namiotów i przygotowaniu do wieczornego ogniska. Na apelu dzielimy się na zastępy, każdy losuje nazwę charakterystycznego australijskiego zwierzęcia: kangury, diabły tasmanskie, dziobaki, mrowkozery i leniwce. Kto wylosowal leniwcow? Oczywiście zastęp kadry!
Przy wieczornym ognisku grzmią didgeridoo i bęben, Adam gra na gitarze. Wpada banda aborygenów i opowiadają o historii zaginionego pokolenia. Jest mowa o grzechu, o zniewoleniu, o porwaniu aborygeńskiego dziecka i oddaniu go białym. Kiedy po tym śpiewamy po raz pierwszy hymn biwaku "Bumerang", wszyscy toną w zadumie.
Wieczór kończy się szybko, dzieci zasypiają, ale kadra nie bardzo, bo po ciszy nocnej za ogrodzeniem zbiera się miejscowa ekipa piwno-grillowa i robią rajdy maluchami. Zasypiam koło pierwszej, jak cichnie, budzę się o czwartej, kiedy odzywają się wrony. Nie jest łatwo spać tej nocy, ale jakoś się udaje.

Czwartek, 19 czerwca 
Nad Liwcem królują wrony. Najgłośniejsze są podczas apelu i zagłuszają oboźnego. Oboźny (Paweł Szklorz) błyszczy dowcipem i udzielając informacji na temat namiotów i ewentualnego deszczu wygłasza uwagę: "Trzeba się zabezpieczyć, żeby nie było wpadki" :P Ola M i ja jesteśmy jedną z pierwszych z naszego zastepu na placu apelowym i wymyślamy sobie przezwisko: leniwce nadgorliwce :P w dalszej części dnia padają kolejne na innych członków kadry: leniwce złośliwce, leniwce obrzydliwce i leniwce przemyśliwce ;) pasuje nam ta rola. Nie spieszymy się, każdy się z radością ociąga, a naszym bohaterem totemu został Sid z Epoki lodowcowej ;) dzisiejszy dzień też sprzyja leniwcom. Budujemy szałasy, żeby w nich spać. Ale nasz Szałas jako wzorcowy został postawiony już pierwszego dnia przez Darka, więc przez większą część dnia mamy luzy :) Błażej,  zastępowy Leniwców w przypływie rozpaczy próbuje nas przywrócić do pionu bezwzględną musztrą, ale widząc nasz wątły entuzjazm poddaje się. Nawet na wieczorne ognisko i prezentację totemu oraz plemiennego języka migowego schodzimy się leniwą kolumną ;) 
Elementem naszego koczowniczego życia jest też gotowanie posiłków w kotle. Mam ambicję zdobyć sprawność z gotowania na ognisku, więc tego dnia jestem odpowiedzialna za obiad. W zastępie kadry jest prawie 15 dorosłych osób, więc gotowanie nawet zwykłej zupy jest nie lada wyzwaniem. Na szczęście dzieciaki w swoich zastepach radzą sobie doskonale z gotowaniem, więc jak nam braknie, to leniwce myśliwce wyruszają na łowy, żeby zdobyć z tego, co im zbywa :)
Poprzednia noc daje się we znaki i już przed 23 zmęczenie zwala z nóg. Tym razem nie ma imprezowni za płotem, więc lokujemy się z dziewczynami w naszym wspaniałym szalasie, mościmy sobie posłanie na sianie i błyskawicznie zasypiamy. Czuję się już w połowie aborygenem. Druga połowa tęskni za prysznicem. Chłopcy postawili prysznic polowy i jest też rzeka, więc można się w miarę umyć, ale to niewiele zmienia, kiedy wszystkie ubrania pachną dymem. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie ma to wielkiego znaczenia, jak wyglądamy. Jest nam wszystkim ze sobą dobrze w tych wojskowych mundurach. Tego mi było trzeba.

Piątek, 20 czerwca 
Dzień zaczął się przygnębiającym akcentem: z masztów zniknęły flagi. Nie wiadomo, czy zrobił to ktoś z obozu, czy z zewnątrz, ale oznaczało to, że sobotnią paradę przez miasto zrobimy pod flagą zuchową, bo tylko taka była zachowana. Wstyd i hańba. 
Poranek skurczył się w czasie, bo czekało nas masę pracy tego dnia. Zrobiłam szybkie śniadanie: jajecznicę z 60 jaj (będę to wspominać do końca życia) i po nabożeństwie ruszyliśmy na misję. Grupy zostały skierowane do pomocy ludziom. Jedni sprzątali mieszkanie starszej pani, którą zajmowała się opieka społeczna, inni porzadkowali cmentarz, inni teren obok domu starców, nasza grupa odwiedziła starszą panią i rozmawialiśmy z nią, śpiewaliśmy jej piosenki z biwakowego śpiewniczka i modliliśmy się z nią. Pani bardzo dużo mówiła, tak że nawet nie zdążyliśmy się przedstawić :P ale dzieci bardzo to pozytywnie przeżyły. Na wieczornym ognisku wszyscy opowiadali o swoich doświadczeniach z wielkim entuzjazmem. To było coś niezwykłego. 
O sztuce aborygenów uczyliśmy się na popołudniowych warsztatach, gdzie opowiadałam o didgeridoo i dzieciaki robiły kije deszczowe. Niektóre były tak świetnie udekorowane, że same w sobie były ozdobą. Paweł zaczął grać na jednym i zaraz potem spadł deszcz. Dopadł nas jeszcze raz podczas musztry i mocno się ochłodziło.
W ciagu dnia znaleziono pod masztem list napisany węglem na desce, w którym żądano okupu w zamian za zabrane flagi. Rozpoznaliśmy charakterystyczne błędy ortograficzne i zdemaskowalismy porywaczy. Tylko Sławek byłby do tego zdolny :P

Sobota, 21 czerwca 
Chłodną noc mieliśmy. Ale w sobotę pobudka jest później, więc pół godziny snu nadrobiłam. Na czas apelu zaczyna lać, więc chowamy się w budynku. Mamy już flagi. Rozpoczynają się modlitwy o przejaśnienie, bo inaczej pochód stanie pod znakiem zapytania. Sobota to kolejny aktywny dzień na biwaku, więc tym razem śniadanie błyskawiczne, czyli płatki na mleku i kanapki. Wszyscy i tak rozpalili pod kotłem, żeby zagrzać mleko albo zrobić tosty. Patrzymy na dzieciaki z podziwem, jak sobie radzą z pionierką. Rąbią drewno na ognisko, zmywają w rzece bez marudzenia, prawie każdy zastęp zrobił ogrodzenie swojego obozowiska z szałasem, kotłem i stołem, a w jednym zrobili sobie nawet plac zabaw: rozwiesili liny do wspinaczki i zamontowali huśtawki. Gdybyśmy jeszcze tydzień pomieszkali, to postawiliby dom ;)  
Po śniadaniu zakładamy mundury i ustawiamy się w kolumnie czwórkowej. Na przedzie idą zuchy, za nimi poczet flagowy, a potem pathfindersi. Z tyłu Darek z Błażejem dmą w didgeridoo. Udajemy się ulicami miasta do kościoła ewangelickiego na nabożeństwo. Nasze modlitwy zostały wysłuchane: na czas przejścia przestaje padać. Maszerujemy i śpiewamy, przed nami jedzie policja i toruje drogę. Ludzie oglądają się i uśmiechają.
Kościół jest nieduży, ale wszyscy zajmują miejsca w ławkach. Mamy radosne nabożeństwo pełne śpiewu, modlitw, doświadczeń i dobrego rozważania o naszej tożsamości. Akustyka pomieszczenia jest fantastyczna. Kiedy śpiewamy  "Niepokonani" czy "Bumerang", wszystko tak zgodnie brzmi, że specjalnie wyciszam fortepian, żeby posłuchać ludzi. Widać też, że rozumieją, o czym śpiewają. Zaczynam czuć atmosferę camporee. W trakcie znowu zaczyna padać, ale kiedy wychodzimy, wychodzi słońce. Znowu maszerujemy, omijając po drodze kałuże. Rozpiera nas duma. To chyba najlepszy moment biwaku. 
Po południu ruszamy na grę. Tym razem jest to gra miejska, do której mogą dołączyć osoby z Węgrowa. Zasady są podobne do "Osadników z Catanu": trzeba rozwinąć swoje plemię, zdobywając punkty z kategorii Pożywienie, Broń, Tropicielstwo, Inżynieria, Szaman i zdobyć jak najwięcej itemów, wędrując do punktów w mieście i rozwiązując zadania. Można też stawić się na pole bitewne i walczyć z innym plemieniem o punkty. Ja jestem na punkcie razem z Grześkiem Kiełpińskim, który jest szamanem i naszym kapelanem na biwaku. U nas trzeba rozpoznać lecznicze zioła, zagrać na didgeridoo (podobno brzmienie ma właściwości lecznicze) i odpowiedzieć na pytania związane z wierzeniami aborygenów. Jesteśmy na terenie ośrodka, więc na skraju miasta i przez długi czas jest zupełnie spokojnie. 
Wieczorne ognisko jest połączone z corroboree, czyli uroczystością plemienną, gdzie odbywają się tradycyjnie tańce, śpiewy, posiłek, a podczas tego także bora, czyli inicjacja młodych mężczyzn. U nas mamy trochę odmienny program, ale równie radosny. Wszyscy grzeją się przy ogniu, bo jest naprawdę chłodno. Obok ogniska spostrzegamy wielkiego leżącego człowieka z siana. Potem grupa chłopaków niesie jakiś wielki tobół, układa go na człowieku z siana i wychodzi z niego Mirka. Jest z nami Evgeny, instruktor i komandos z Ukrainy, który razem z Olkiem nadaje Mirce stopień Master Guide, pierwszy w Polsce w zupełnie oficjalny sposób. Przypomina mi się moment, jak trzy lata temu na obozie przystąpiłyśmy razem do przyrzeczenia i postanawiam, że będę drugim. 
Corroboree przeciągnęło się do późna, bo po nabożeństwie i śpiewach mamy jeszcze ciasto, które dostaliśmy od jednej pani. Była to przewodnicząca towarzystwa miłośników Węgrowa. Zobaczyła pracę piątkową jednej grupy, która porządkowała cmentarz i była tak poruszona, że postanowiła im to wynagrodzić i przyjechała do nas z ciastem. 
Przed nami najkrótsza noc w roku, czyli pogańskie święto Kupały, ale dla nas jest to po prostu ostatnia noc biwaku. Śni mi się chusta Master Guide.

Niedziela, 22 czerwca
Tego dnia mamy pakowanie i zwijanie obozu, ale jest też coś radosnego i aborygeńskiego: gra w marn grook, czyli gra w piłkę podobna do futbolu amerykańskiego. Jesteśmy podzieleni na cztery drużyny: dwie z mniejszymi dziećmi i dwie z wysokimi i zbudowanymi chłopakami. Ja jestem w jednej z drużyn z dziećmi, ze względu na wzrost. Ale mamy u nas trzech chłopców, którzy są bardzo nastawieni na grę i szybko zdobywamy przewagę, grając przeciwko drużynie złożonej w przeważającej ilości z dziewczynek. Mamy świetną zabawę z bieganiem po całym boisku i rzucaniem się na siebie nawzajem. Na szczęście nikt nie został kontuzjowany. Mam także swój życiowy moment: dostaję piłkę i biegnę z nią przez boisko aż do linii końcowej, przedzierając się przez gromadę, przyłożenie i punkty! Nie lubię specjalnie gry w piłkę, ale to jest tak dynamiczna gra, że szybko się wciągam, pomimo zmęczenia. Ostatecznie nasza drużyna wygrywa. Obserwujemy potem grę dużych chłopaków. Grają bardziej precyzyjnie, strategicznie, ale nie omijają okazji, żeby się wzajemnie przyblokować, bo takie mocowania chłopaki lubią najbardziej. 
Ostatni posiłek gotowany w kotle, czyli zupa jest mocno doprawiona i pali w gardle, ale pomimo tego jest tak smaczna, że wszyscy ochoczo biorą dokładki. Chyba już nic nie będzie smakowało tak samo po gotowaniu na ognisku.
Apel kończący biwak udaje się zrobić pomiędzy deszczem a gradem. Dostaję na pamiątkę i w podziękowaniu za prowadzenie służby muzycznej swój własny bumerang i zdobywam sprawność z kultury aborygenów. Darek dostaje didgeridoo. Radził sobie z nim najlepiej i wykonał kawał roboty z grafiką oraz organizacją, więc nie mógł dostać lepszego prezentu.
Kiedy obóz jest już zwinięty, sprzątamy jeszcze pomieszczenie, w którym mieliśmy odprawy kadry. Wydobywam swoją kartę zaliczeń na Master Guide i sprawdzam, co mi jeszcze zostało. Po podpisaniu zrealizowanych punktów okazuje się, że zostały mi do zrobienia tylko cztery punkty: dwie sprawności, książka o historii pathfindersów i kurs pierwszej pomocy. Szansa na zdobycie Master Guide jeszcze w tym roku staje się coraz bardziej realna.
Wracamy do domu z Markiem, który był z nami na biwaku od popołudnia w sobotę. Wszyscy są brudni, przemarznięci, przesiąknięci dymem i marzą o długiej, gorącej kąpieli. Jestem skonana i padam ze zmęczenia, ale czuję, że psychicznie odpoczęłam od zadań i obowiązków, bo na tym biwaku wyjątkowo nie miałam żadnej odpowiedzialności organizacyjnej. Takie oderwanie od cywilizacji było mi potrzebne. Chyba jestem w połowie dzika.

Komentarze