Przejdź do głównej zawartości

Mind the gap. Londyn, dzień 2

Pobudka o 6 rano, żeby jak najszybciej dojechać i jak najwięcej zobaczyć. Podróż zatłoczonym metrem z rana to najlepsza integracja z klimatem tego wielkiego miasta. Oczywiście nie mogło zabraknąć tam Polaków i ich typowych rozmów. To niezwykłe zjawisko, że człowiek niewiele się zmienia, nawet gdy się przeprowadzi. Jeśli klnie, to w obcym mieście będzie klął jeszcze bardziej, bo myśli, że nikt go nie rozumie; jeśli narzeka, to nawet w miejscu, gdzie jest mu lepiej, niż dotychczas, i tak znajdzie powód do narzekania. Na koniec wspólnej przejażdżki jeden z panów wygłosił kwestię, która rozbawiła nas do reszty: "Muszę kupić sobie krem nivea, bo mam suchą cerę." ;)


Wysiadłyśmy na stacji Tower Hill i udałyśmy się do Tower of London. Zazwyczaj są tu tłumy turystów, ale środa o 8 rano to zdecydowanie nie pora dla nich ;) miałyśmy zatem widok na Tower Bridge tylko dla siebie. 


London City - miejsce, gdzie narodził się pierwotny Londyn, otoczony rzymskimi murami. Obecnie stanowi główne centrum finansowe Wielkiej Brytanii. Nie ma tam osiedli mieszkalnych, prawie wyłącznie biurowce i oczywiście stare budowle. Po drugiej stronie widać okrągłą City Hall. 


Tower Bridge jest mostem zwodzonym. Mogą pod nim przepływać większe statki. Nie zobaczyłyśmy tym razem, jak się podnosi, ale na środku jest rzeczywiście przerwa. Mind the gap, powtarzane nieustannie w metrze, pasowało i tym razem ;)


Po drodze minęłyśmy teatr The Globe, replikę oryginalnego szekspirowskiego budynku, gdzie od maja do września grane są przedstawienia pod gołym niebem.


Idąc wzdłuż Tamizy tzw. The Queen's Walk, trasa przebiega urokliwymi uliczkami, w których panuje jeszcze klimat sprzed dwustu lat. Są tam tawerny, doki, budynek dawnego więzienia i wiele innych miejsc. W jednym z doków stoi replika okrętu sir Francisa Drake'a, królewskiego korsarza, który odbył wyprawę dookoła świata. 
Kolejny most prowadzi w prostej linii do katedry św. Pawła. Zboczyłyśmy na chwilę z południowego brzegu, żeby przyjrzeć się jej z bliska.



Po drugiej stronie zobaczyłyśmy koszmarny budynek z ogromnym ceglanym kominem. Zachodziłam w głowę, kto mógł wpaść na pomysł, by zbudować coś tak szpetnego w takiej okolicy, ale papierowy przewodnik podpowiedział mi, że to Tate Modern z charakterystycznym kominem dawnej elektrowni Bankside, w której urządzono galerię awangardowych dzieł zagranicznych twórców. Ok, jeśli to jest sztuka, to się nie sprzeczam, o gustach się nie dyskutuje.



O 10.00 zmarzłyśmy już trochę i zrobiłyśmy sobie przerwę na gorącą czekoladę w Caffe Nero w Oxo Tower. O tej porze grała tam przyjemnie muzyka klasyczna. 


Coraz bliżej było już do London Eye i Parlamentu, więc zdjęcia zintensyfikowały się. Strasznie podoba mi się architektura Parlamentu, głównie te misterne zdobienia wokół okien.








Okrążyłyśmy Houses of Parliament i dotarłyśmy do opactwa Westminster. To kolejna piękna budowla. Zamierzałyśmy obejrzeć ją z balkonu kościoła metodystycznego naprzeciwko, ale nie udało się nam wejść do środka. Pozostało nam jedynie robienie zdjęć z perspektywy budki telefonicznej, bo tylko tak można było ująć katedrę w całości.


Maluch - symbol PRL.

Idąc dalej obejrzałyśmy Horse Guards Parade, czyli komendą główną sił zbrojnych, a potem skręciłyśmy do parku St James. W styczniu żaden park nie wygląda za pięknie, ale mimo wszystko było tam sympatycznie. Mieszka tam wiele ptaków wodnych, w tym pelikany. A tuż przy ulicy stoi taki oto domek :)

Madness

No i wreszcie Buckingham Palace. Dookoła stoją bramy z podpisami dawnych angielskich kolonii. Tutaj brama Australii :)




Od pomnika Wiktorii odchodzi szeroka arteria The Mall. Nad nią krążą co chwilę śmigłowce. Idąc wzdłuż The Mall dotarło do mnie, jak potężne było to państwo w czasach, kiedy monarchia miała funkcję nie tylko reprezentacyjną. Nasz Trakt Królewski w Warszawie nie robi takiego wrażenia, jak ten o czerwonej barwie. Po drodze mijałyśmy wspaniałe pałace i pomniki z różnych epok. Na końcu był Łuk Admiralicji i niebawem znalazłyśmy się na Trafalgar Square.


Trafalgar Square - jak skromnie wygląda przy tym nasza kolumna Zygmunta...

Na Trafalgar Square stoją na cztery cokoły, jeden z nich jest to cokół z wystawą tymczasową, która zmienia się co kilka miesięcy. Rozumiem lwy i jeźdźców, ta jednak wydaje się być jakimś awangardowym dziwadłem. Co ma wspólnego z Anglią niebieski kogut, który jest symbolem Francji?


Wstąpiłyśmy na dłuższą chwilę do National Gallery. Można tu zobaczyć dzieła takich artystów, jak Gainsborough, Rembrandt, Rubens, El Greco czy Van Gogh. Wstęp wolny, a do niemal wszystkich obrazów można podejść i obejrzeć je z bardzo bliska.
Kilka ulic dalej i znaleźliśmy się w Covent Garden, dawnym targu kwiatowo-owocowo-warzywnym, obecnie pasażu handlowym. Na dole występują rozmaici uliczni artyści. Tym razem grał świetny kwartet smyczkowy i występowała kobieta z ariami operowymi. Stanęłam jak zaczarowana, słysząc muzykę na żywo. Zatrzymaliśmy się tam też na chwilę, żeby coś zjeść w burgerowni, gdzie znowu się okazało, że Londyn to jednak polskie miasto ;)


Do ostatniego miejsca naszej wycieczki dojechaliśmy metrem. Już pierwszy rzut oka nie pozostawia wątpliwości, jakiego bohatera tu spotkamy. Metro w Londynie wygląda zdecydowanie gorzej, niż w Warszawie, chociaż z drugiej strony co za sztuka utrzymać w porządku jedną linię :P


Na Baker Street 221b mieści się muzeum Sherlocka Holmesa. W środku jest także sklep z pamiątkami, książkami, czapkami Sherlocka i kapeluszami doktora Watsona. Opowiadań o Sherlocku przeczytałam całkiem sporo i obejrzałam dwa ostatnie filmy o jego przygodach.


Po sąsiedzku można zajrzeć także do sklepu Beatlesów. Tutaj także koszulki, torby, przypinki, płyty i zdjęcia tych legendarnych chłopaków. Zdjęcie z dedykacją dla Kamila, fana Beatlesów :)


Easy Bus w stronę lotniska wyrusza z sąsiedniej ulicy, Gloucester. Znowu przeżyłyśmy dreszcz napięcia, czy zdążymy na czas. Jednak pomimo pory korków bus dojechał z zaledwie kilkuminutowym opóźnieniem na lotnisko. Przebrnęłyśmy szczęśliwie przez kontrolę i poleciałyśmy do domu. Następnym razem koniecznie musimy zobaczyć British Museum i wziąć trochę więcej funtów na galerię figur woskowych. Udało się w jeden dzień oblecieć miasto, ale zostało jeszcze kilka ciekawych zakątków, dla których warto tam wrócić :)

Komentarze