Translate

Pani Dalloway.



Weekend w domu, wieczór filmowy. Nieszczęsne DVD miało zepsutą głowicę, więc nie chciało mi czytać większości płyt. Włączyłam "Pani Dalloway" i odnalazłam film, którego klimat zupełnie mnie wciągnął.

Recenzja z filmweb.pl

Obiecujący początek. Taki jak książki. Świadectwo tamtych czasów. Historia o miłości, przyjaźni, wspomnieniach i tragediach ludzkich. Oraz bezduszności, zimnej obojętności na los weteranów wojennych. Clarissa Dalloway była taka, jak można było ją sobie wyobrażać. Dystyngowana kobieta, żona. Trochę za bardzo przejmująca się swoim przyjęciem, ale w tym wszystkim niezwykle urocza. Z sentymentem, radością i rozrzewnieniem wspomina dawne czasy.

Wszystkie retrospekcje są przywołane jakimś zdarzeniem. Czy to pojawienie się Petera, dawnego przyjaciela, a nawet kogoś więcej, czy też zwykły spacer. To wszystko przenosi Clarisse do świata, którego już dawno dla niej nie ma. Jednak pojawiają się w jej życiu duchy przeszłości. Przyjaciele, muzyka, taniec.
Wątek młodego chłopaka, który wrócił z frontu, jest charakterystyczny dla twórczości międzywojennej. Jest on tworem żyjącym w dwu wymiarach. Po części należy do świata, a po części został na stałe na froncie i próbuje ocalić przyjaciela. Spotyka się z bezdusznością i zostaje skierowany do szpitala psychiatrycznego.
Mówiąc o tym filmie, ciężko mi pisać o tak prozaicznych sprawach jak gra aktorów. Dla mnie bowiem nie było aktorów, ale Clarissa i Peter, oraz inni. Wykreowane postacie żyły, wpadały na siebie i świadomie lub nie zmieniały swoje życie. Muzyka, stroje, całe przedstawienie świata było hipnotyzujące. Chciało się wierzyć w to, co czuli bohaterzy, śmiać z chęci wprowadzenia przymusowej emigracji do Kanady i płakać nad śmiercią.


Podczas tego filmu uświadomiłam sobie, jak mocno przeżywam samobójstwa i choroby psychiczne. Widok tego człowieka, który w niektórych momentach zachowywał się zupełnie normalnie, miło spędzając czas ze swoją żoną, by za chwilę kulić się ze strachu i wzywać Evansa, zmarłego przyjaciela, był wstrząsający...
Znam kilka osób, które borykają się z depresją i próbowały targnąć się na swoje życie. Jakie to musiało być straszne doświadczenie dla ich rodzin... Taka niepewność każdego dnia, czy dzisiaj nie wydarzy się tragedia... A jednocześnie wiem, że ci ludzie tęsknią za normalnością i szczęśliwym życiem. Co z tego, kiedy ludzie się ich boją i nie chcą podejmować zobowiązań...

No, takie moje dylematy. Po prostu czasem się nad tym zastanawiam, dlaczego spotykam takich ludzi i zyskuję ich zaufanie. Przecież nie mogę im pomóc... A tylko za bardzo się wczuwam...

Komentarze