poniedziałek, 29 lutego 2016

Życie naprawdę jest dobre.



29 lutego. 
Dodatkowy dzień raz na 4 lata, uzbierany z 6 godzin wypadających co 365 dni. Wszyscy ostatnio próbują jakoś uwiecznić ten dzień i uczynić w nim coś szczególnego. A co mi się tego dnia przydarzyło?
Poniedziałek, jak każdy inny, tyle że po weekendzie z A4H w Pszczynie. Dużo ważnych rozmów i decyzji. Sporo śpiewania i mało spania. Za tydzień koncert pieśni w trakcie nabożeństwa. Doszła Ala - nowy sopran. Zmiany, które nas czekają, pochłonęły niemal całą moją energię. 
Tego dnia nie muszę iść do biura, więc teoretycznie powinnam się wyspać, ale w praktyce to nie wychodzi. Chodzę więc nieprzytomna cały dzień i marzę, żeby się położyć. Biedni moi uczniowie. Jest mi z tego powodu bardzo wszystko jedno. 
W domu przeprowadzka Domi w toku. Razem z nią i Łukaszem jest jeszcze do pomocy wujek Łukasza, bardzo miły i inteligentny człowiek, który życzliwie do mnie zagaduje podczas krzątaniny wokół późnej kolacji. Chciałabym mieć siłę mu odpowiadać, ale zmęczenie czyni mnie jeszcze bardziej introwertyczną, niż jestem. Kiedy w końcu wszystkie rzeczy (prawie) są zapakowane do samochodu, dom cichnie i pustoszeje. 
Odpowiadam jeszcze na kilka maili, w tym na informację od Marka o niezbędnym wyposażeniu podróżnym do Izraela. Już za tydzień wyjeżdżamy i moim dylematem jest bagaż podręczny. Kupować specjalna torbę do Wizz Air czy wystarczy prawie wymiarowy plecak? Co ze śpiworem? Okazuje się, że można mieć go w ręce i jest wliczany do bagażu podręcznego. Domi pożyczyła mi swój niewielki śpiwór już wcześniej, bo mój jest duży i nieporęczny, ale okazuje się, że to wcale nie rozmiar jest problemem. Mój śpiwór jest śpiworem wojskowym z niemieckiej Bundeswehry i obnoszenie się z nim w Izraelu jest niepoprawne politycznie, łagodnie mówiąc :P 
Temat Izraela pochłania mnie bez reszty. Wymieniam się wiadomościami o tym z Diego i w pewnym momencie on daje mi subtelnie do zrozumienia, że zignorowałam pewną ważną dla niego nowinę, którą chciał się ze mną podzielić. Nagle dociera do mnie prawda o moim całodziennym egoizmie i że nic go nie usprawiedliwia, nawet zmęczenie. Gdybym była nastawiona na służenie innym, inaczej bym odpowiadała ludziom, z którymi rozmawiam. Nie chodzi o udawanie zainteresowania, kiedy wcale nie czujesz się na siłach, ale o zapomnienie o swoich niewygodach i wsłuchanie się w potrzeby innych, tak jak oni nieraz się wsłuchują zupełnie bezinteresownie. Ale menino jest dobry i wcale się nie obraża ani nie denerwuje. Tego dnia dostał unikalną naszywkę z 1977 roku, więc jest przeszczęśliwy i żartuje, ile może, wciągając mnie w jego nastrój. Jest mi nadal głupio, ale już trochę mniej. Odpływam ze zmęczenia. Życzę mu dobrej nocy po portugalsku, a on mi po polsku. Taka zamiana.

W dzienniku pokładowym czytam, że życie naprawdę jest dobre. Staram się w to wierzyć niezależnie od tego, co czuję i myślę, a zima nastawia bardzo negatywnie. Brakuje mi słońca. Brakuje mi pozytywnych myśli, chociaż jest przecież tyle rzeczy, za które powinnam dziękować. Już zaczyna mi brakować kogoś, kto będzie w domu i komu będzie można opowiedzieć, co się kupiło albo co się przydarzyło w ciągu dnia. Coraz mniej umiem mieszkać sama. 

Życie jest dobre. 
Bóg jest dobry. 
Nie zasługuję na nic, a On jest dobry. 
Zaskoczona łaską.
Niezmiennie.


Brak komentarzy: