środa, 12 lutego 2014

Life is a cabaret.

Tabloidowe zdjęcie polskich aktorów na moim skądinąd antymainstreamowym blogu (nie użyłam słowa "hipster", bo to takie wyświechtane już, a poza tym, jak wynika z definicji na Nonsensopedii, nie mam iPhone'a i nie cierpię okularów!) nie jest przypadkowe. Tak się złożyło, że widziałam te polskie gwiazdki na żywo wczoraj w Multikinie w Złotych Tarasach. Plakaty i zwiastuny zapowiadały premierę nowej komedii romantycznej "Facet (nie)potrzebny od zaraz" na 14 lutego, ale są takie wydarzenia, o których wiedzą tylko wtajemniczeni... albo przypadkowi gapie, tacy jak ja. Pędząc ile sił do Multikina, żeby wykupić zarezerwowane bilety na "American hustle", w wejściu natknęłam się na fotoreporterów. Ponieważ do mojego seansu miałam jeszcze dobre pół godziny, więc ustawiłam się w pobliżu czerwonego dywanu prowadzącego do sali nr 1 i co pięć minut obserwowałam wejścia kolejnych aktorów, zachęcanych przez fotoreporterów do podejścia do ściany: "Ooo, pani Aniu, prosimy do nas, ależ śmiało! a teraz troszkę w lewo, i do nas, i jeszcze jedno". Ponieważ nie oglądam telewizji, więc większości z tych młodych aktorów nie znałam albo nie pamiętałam. Chciałam właściwie tylko zobaczyć Stuhra, bo go szalenie lubię, ale po ostatnich aferach z paparazzi nie dziwię się mu wcale, że nie przyszedł, bo pewnie jakby wołali go: "Panie Maćku, prosimy na ścianę", to na jego miejscu chyba walnęłabym każdemu pięścią w zęby. Jednak po pół godziny tego medialnego szumu zaczęło mi się kręcić w głowie i chciałam już znaleźć się na sali na swoim filmie. Nawet nie wyjęłam komórki, żeby zrobić amatorskie zdjęcie, bo padała mi bateria. Pewnie byłaby to niezła okazja do zaszpanowania na facebooku, ale poczułam, że jakoś mnie to nie bawi. Pomyślałam sobie też, że ci wszyscy aktorzy to przecież zwyczajni ludzie, którzy zarabiają na życie i wyglądają też zupełnie zwyczajnie, także idąc ulicą w tłumie ludzi pewnie nieraz bardziej wystrojonych niż oni, zupełnie by się wtopili w otoczenie. 
Było mi jednak trochę żal, że nie mogłam być na tej premierze i że idę sobie zwyczajnie jako przeciętny obywatel na film z promocji z facebooka do sali na samej górze, żadnego czerwonego dywanu, żadnych gwiazd w loży. Siedząc z Olą w kinie i oglądając pierwsze sceny "American hustle" nie mogłam się nastawić na oglądanie, bo wrażenia zdominował show zaprezentowany wcześniej. Film rozkręcał się też niesamowicie wolno i chyba moje oczekiwania wobec filmu kryminalnego zupełnie się rozminęły z treścią. Nie było żadnego mafiozo (no, może epizodycznie Robert de Niro), żadnej strzelaniny, tylko zgraja życiowych nieudaczników udających ludzi, którymi nie są. Ale w kolejnych momentach, kiedy pojawił się naprawdę imponujący popis gry aktorskiej, przestałam żałować, że nie poszłam na polską komedię. 

Bardzo pozytywnie odebrałam rolę Amy Adams i Jennifer Lawrence. Ta pierwsza pokazała twarz dojrzałej kobiety, którą trudno mi było dostrzec, znając ją tylko z roli uroczo naiwnej królewny Giselle w "Zaczarowanej", a Jennifer Lawrence, w filmie jako typowa blondynka z różową klejącą szminką, przełamała klimat poprzednich nastrajających depresyjnie ról. Podobno Bale przytył do roli aż 40 funtów i uszkodził sobie dwa dyski w kręgosłupie. On potrafi ekstremalnie się zmienić i to dodaje wiarygodności jego postaciom. Rzucił mi się w oczy motyw łączący bohaterów: fryzury. Każde z nich miało na głowie coś charakterystycznego, niektórzy maskowali nią swoje wady (Bale), inni podreperowywali swoją osobowość (Cooper), a inni po prostu podkreślali swoją urodę (Adams, Lawrence). 
Film skończył się dość późno, więc wracałam kolejką po 23, a tam czekało mnie kolejne show: kobieta, która wsiadła do kolejki, szlochając i głośno wyrzucając z siebie wręcz nieprawdopodobną historię wielkiego oszustwa, w które została wrobiona, przeklinając wszystko i wszystkich. Nie interesowało jej wcale, że nikt jej nie słucha, że robi z siebie widowisko. Zastanawiałam się, czy jest tak zrozpaczona, że nie panuje nad sobą, czy też jest niezrównoważona psychicznie albo coś zażyła. W tym momencie rozumiałam ludzi, którzy zakładają słuchawki na uszy i odcinają się od świata. Nie robię tego, ponieważ dbam o słuch i nie lubię być nieczuła na świat. Ale czasem jest to błogosławione rozwiązanie, kiedy świat cię męczy. 

Z tego filmowego wieczoru pojawiły mi się następujące przemyślenia:
Ludzie podziwiają ludzi, którzy udają kogoś innego. Trudno jest zdobyć podziw, będąc zwykłym sobą. Każdy w jakimś stopniu czymś nadrabia, żeby zyskać uznanie i nie dać się zdemaskować ze swoimi wadami. Ale ostatecznie i tak każdy szuka osoby, przy której będzie mógł być zupełnie sobą, bez żadnego wstydu i udawania kogoś, kim nie jest, podobnie jak wyraził to Irving Rosenfeld w "American hustle", kogoś, kto cię zaakceptuje, będzie kochał i podziwiał nie za twoje rozliczne talenty, tylko tak ciebie po prostu. I nie chodzi mi o tą całą walentynkową otoczkę, chociaż trudno w tym tygodniu udawać, że temat się nie narzuca. Ale może jak minie to komercyjnie nakręcane sercowe szaleństwo, to będzie lepiej?...


Brak komentarzy: