poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nie ma o czym mowić.



Obserwuję postęp narzędzi techniki i raz po raz zastanawiam się nad ich funkcjonalnością. Oto nowa funkcja Instagrama, ściągnięta ze Snapchata, czyli zamienianie ludzi w zwierzęta. Cóż, uważam, że to zwyczajnie głupie, a moje zdjęcie jest jedynie protestem przeciwko tym śmiesznym procederom. Na co komu zwierzakowe uszy? 
W ogóle kultura mediów społecznościowych staje się coraz bardziej obrazkowa. Jeśli nie opatrzysz swojego wpisu na Facebooku zdjęciem, nie będzie zauważony. Snapchat czy relacja na Instagramie pozwala dzielić się krótkimi momentami dnia i dodawać komentarze, ale jak sfotografować myśli? Opinie i wnioski stają się nieważne, więc ludzie uważają, że skoro nie mają co w internecie pokazać, to ich życie jest szare i nudne. 
Ja też ulegam czasami temu przekonaniu, że chyba nie mam o czym mówić lub pisać. Życie stało się serią zadań do zrobienia, a wpisy na bloga funkcjonują jako fotoreportaże, które przekazują najważniejsze informacje: żyję, działam, coś się dzieje ciekawego w miarę regularnie. Zainteresowani sobie czytają te raporty i dzięki temu nikt nie musi się o mnie martwić ani pytać, co słychać. Niestety życie w pędzie nawet i te neutralne tematy zredukowało. Wpisy pojawiają się nieregularnie i nie są osobiste. Łatwiej jest wrzucić kilka zdjęć na Instagrama do relacji z dnia i nie trzeba nic tłumaczyć ani opowiadać.
Staram się od jakiegoś czasu unikać na blogu zbyt osobistych tematów i pisać głównie motywujące i zachęcające rzeczy, więc może niektórym się ten wpis nie spodoba. Czuję jednak, że muszę przerwać to milczenie i podzielić się czymś więcej, niż tylko informacjami. 

Na końcu świata?
Mieszkam już prawie 6 lat w małej miejscowości pod Warszawą w mieszkaniu na poddaszu. Jest wiele zalet tej lokalizacji: brak miejskiego hałasu, zielona okolica, bezpieczeństwo, blisko do lasu i ścieżek rowerowych czy rolkowych, życzliwi współlokatorzy, dobry dojazd do centrum. Koleżanki z pracy pochodzące z innych miejscowości pod Warszawą mówią, że gdyby miały lepszy dojazd z domu, nie przenosiłyby się do Warszawy i że mam naprawdę fajną miejscówkę. Moi znajomi z miasta tego jednak nie rozumieją i wydaje się im, że ponieważ trzeba kupić dodatkowy bilet na WKD na I strefę, żeby do mnie dojechać i potem iść 15 minut ze stacji do mojego domu, to mieszkam na końcu świata i nie warto mnie odwiedzać. Proponowałam nieraz spotkania u mnie, wspólny obiad, nocleg, ale to były pojedyncze wizyty osób, które nawet nie mieszkają w Warszawie. Cenię sobie swoją prywatność i spokój po pracy czy nadmiarze wydarzeń, ale chciałabym mieć czasem fajne odwiedziny. 

Nie pasuję tu
W czasie mojego 7-letniego pobytu w zborze na Foksal wymieniali się ludzie tworzący grupę młodzieży. Nie zawsze były to osoby w jednym wieku, rozpiętość wieku rozciągała się miedzy 17-50, ale mieliśmy podobne zainteresowania, poglądy, spędzaliśmy czas wspólnie i lubiliśmy swoje towarzystwo. Od jakiegoś czasu grupa ta zaczęła się dzielić i widzę już coraz wyraźniejsze podgrupy ze względu na wiek, stan cywilny (małżeństwa, rodziny z dziećmi, wolni, studenci), zainteresowania i potrzeby duchowe. Ze względu na moje wyjazdy mam coraz mniejszy kontakt z nimi, a spotkania w tygodniu nie zawsze odpowiadają moim zainteresowaniom. Wolę poważniejsze studium biblijne, np. Apokalipsę, a podobnych osób zainteresowanych jest garstka, więc zaczynam wypadać z obiegu i nie znajduję już grupy, do której bym pasowała. Będąc nawet na spotkaniach nie bardzo mam z kim pogadać i coraz bardziej odczuwam osamotnienie. Nie jestem studentem/zamężna/z dziećmi, więc nie mam wspólnych tematów. Jako introwertyk rzadko mam odwagę zagadać pierwsza i rozmawiać tak o wszystkim.

Na odległość 
Żyjąc w dużych odległościach od ludzi, z którymi się przyjaźnię, staram się utrzymywać kontakt internetowy. Piszemy na Facebooku, Whatsapp, wymieniamy maile, SMSy czy wiadomości na Instagramie. Wydawało się, że nawet na odległość uda się utrzymać niektóre relacje, ale pęd życia zabija nawet ten sporadyczny kontakt. Ze znajomym z Australii wymieniamy tylko życzenia i okazjonalnie informacje. Mój znajomy Brazylijczyk jest ostatnio tak zagoniony, że nie ma kiedy przeczytać wiadomości na Whatsapp i odpisuje po tygodniu, jak mu się przypomni. Nie mam więcej osób oprócz najbliższej rodziny, z którymi mogę pogadać o tym, co się dzieje na bieżąco, więc praktycznie nie piszę z nikim oprócz mojej siostry. Bo nie chodzi o zwykłe "co słychać", ale wymianę poglądów i głębszych przemyśleń, a na to nie wszyscy mają czas i chęć.

On tu jest
Zdecydowałam się mieszkać samodzielnie 6 lat temu i lubię moją niezależność oraz ciszę swojego pokoju. Nie traktuję pokoju jako hotelu, to rzeczywiście miejsce, gdzie żyję. Są jednak dni, kiedy powrót do domu po pracy kojarzy mi się z przymusową samotnością. Czasami się buntuję przeciwko temu i wtedy w myślach walczę z sobą, ale nauczyłam się radzić sobie z moją obecną sytuacją. Ponieważ wierzę, że Bóg mnie widzi i słyszy, więc mówię do Niego na głos, kiedy jestem sama, zupełnie tak, jakby był rzeczywiście obok i wtedy czuję się lepiej. Czasami dopadają mnie mało przyjemne myśli o różnych sytuacjach, gdzie zawaliłam albo zrobiłam coś nie tak. Mówię wtedy do siebie: "Kocham cię, Kiko", nieraz kilka razy i się uspokajam. Kiedy kładę się spać i modlę się przed snem, mówię "dobranoc" zamiast "amen", bo dobrze jest powiedzieć komuś "dobranoc", nawet jeśli tego Kogoś nie widać. 

Pomóż niedowiarstwu memu
Najwięcej czasu spędzam z ludźmi z pracy, rozmawiając na najróżniejsze tematy, ale najbardziej gorącymi są polityka i religia. Większość moich kolegów deklaruje się jako niewierzący. Kiedy zdarza mi się rozmawiać na tematy religijne czy biblijne, poddają w wątpliwość niemal wszystko: wiarygodność Biblii, stworzenie, istnienie Boga itd. Myślałam, że nie może nic mną zachwiać, bo miałam wiele doświadczeń z Bogiem, bazę biblijną i całkiem zdrowy rozsądek, ale i tak pojawiły się wątpliwości, które męczyły mnie przez kilka tygodni: czy rzeczywiście Biblia jest wiarygodna? Czy moje doświadczenia to rzeczywiście odpowiedzi na modlitwy czy autosugestia? A co, jeśli wszystko, w co wierzę, jest nieprawdą, a ja zostałam zmanipulowana? Modliłam się jak zwykle i czytałam rano Biblię, ale nie mogłam wyrzucić z głowy tych wątpliwości. To burzyło mój spokój i wywoływało straszne poczucie winy. Zaczęłam czytać artykuły udowadniające wiarygodność Pisma Świętego i poszukiwać logicznych argumentów, które zbudowałyby moje podstawy na nowo. Nie chciałam tylko wierzyć "bo tak", ale rzeczywiście wiedzieć, dlaczego. 
Niedługo potem znalazłam na YouTube wykład "Stworzenie czy ewolucja? Życie czyli cud".


Jedno zdanie uderzyło we mnie: jak do tej pory nikomu nie udało się podważyć prawa biologii "życie może powstać tylko z innego życia". To znaczy, że cokolwiek powiedzieliby śmiertelni ludzie przeciwko Bogu i Jego Słowu, nic to nie znaczy, bo w zasadniczej kwestii są bezsilni i bezradni. Oglądając dalej kolejne wykłady z tej serii utwierdziłam się w przekonaniu o bezsensowności teorii ewolucji. Przyszłam do Boga w modlitwie i przeprosiłam za moje niedowiarstwo. Opowiedziałam o tym może 2-3 osobom, chociaż i tak nie znalazłam zrozumienia, bo wydawało się im to nielogiczne, aby mieć wątpliwości w tak oczywistym temacie. Jeśli nie znajdujemy zrozumienia wśród ludzi, którzy wierzą podobnie, to gdzie mamy je znaleźć?

Spotkajmy się!
Piszę to również jako apel do samej siebie. Nie wystarczy tylko śledzić znajomych na Facebooku czy Instagramie, żeby wiedzieć, co u nich słychać. To jest szybkie i wygodne, ale ograbia nas z prawdziwych więzi. Czasem trzeba się spotkać z nimi, pójść do parku i rozmawiać, nawet kiedy pada, bo rozmowy na żywo nie da się porównać z najdłuższym czatem. 
Jakość rozmów też jest ważna. Nieraz rozmawiając z ludźmi przez telefon czy twarzą w twarz rzadko obie strony mają cierpliwość poczekać, żeby się dowiedzieć, co rzeczywiście słychać i co dana osoba przeżywa lub myśli. Nastawiamy się na wymianę informacji, a nie na słuchanie i zrozumienie. Bardzo cenię sobie rozmowy przy posiłkach w pracy, nawet kiedy są długie chwile milczenia i szukamy tematów dla zabicia ciszy. Zmuszamy siebie do wypowiadania tego, co myślimy i nawet zwykła rozmowa o weekendzie staje się głębsza. 
Pozostawiam was z bardzo wymownym doświadczeniem Małgosi. Zainteresujmy się sobą nawzajem tak bezinteresownie. 
„Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełniajcie prawo Chrystusa.”
Galacjan 6:2 PUBG

1 komentarz:

Ania B. pisze...

Szczerze dawno nie widziałam takich ludzi, którzy zaczynają mieć dość social media. Którzy cenią sobie spokój w życiu oraz kontakty twarzą w twarz. Mile zaskoczyłaś mnie :)
Jeśli chodzi o zbór podobnie wygląda u nas sprawa. Ciężko znaleźć sobie grupę ludzi, którzy mają podobne poglądy, z którymi będzie nam się dobrze spędzało czas. Na szczęście Bóg nas prowadzi i nie jesteśmy sami. Na szczęście są zjazdy, camp'y :) Będąc w domu od paru miesięcy zaczęłam odczuwać prawdziwość tych słów "Potem rzekł Pan Bóg: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego." Rodz. 2,18 . Dobrze, że są tacy ludzie jak Ty, których całe życie nie kręci się wokół instagram'a i facebook'a :D Pozdrawiam :)