czwartek, 10 listopada 2016

Co mnie cieszy, a co smuci wokół akcji "Szeregowiec Doss"

W związku z poruszeniem w naszym kraju, jakie powstało wokół filmu "Przełęcz ocalonych", chciałabym i ja napisać kilka słów komentarza, co mnie cieszy, a co smuci.

Cieszy mnie to, że powstał ten film. Kiedy przeczytałam historię, jak do tego doszło (http://adwent.pl/desmond-doss-czyli-jak-doszlo-do-nakrecenia-przeleczy-ocalonych/ ), przywróciło mi to wiarę, że są ludzie, którym zależy na promowaniu wysokich wartości moralnych i pokazywaniu prawdziwych bohaterów. 

Cieszę się, że ten film obejrzałam. Kiedy szłam na pokaz przedpremierowy, miałam obawy, czy warto poświęcać czas na film fabularny, ponieważ zrezygnowałam rok temu z oglądania filmów i ze dwa razy mi się zdarzyło od tego odstąpić. Po obejrzeniu jednak uznałam, że było warto (http://kikah868.blogspot.com/2016/10/przeecz-ocalonych-prapremiera-belikedoss.html?m=1 )

Cieszy mnie przesłanie filmu. Bohater się modli, czyta Biblię, jest życzliwy, wierny swoim zasadom, ufa Bogu i prosi Go o pomoc w trudnościach. Zupełnie inny obraz od samowystarczalnych bohaterów filmów Hollywood, którzy imienia Boga używają jako przerywnika w zdaniu. 

Cieszy mnie, że powstał z takim rozmachem film o adwentyście dnia siódmego. Uważam to za niezrozumiały precedens w filmowym biznesie, ale jednocześnie dowód, że to Bóg kieruje historią tego świata i w Jego ręku są środki i sposoby, aby ogłosić swoje poselstwo. Zrobić film, gdzie powie się o sabacie, o wierze, kościele i który będą oglądać ludzie na całym świecie? Jak widać, dla Niego to nie problem.

Cieszą mnie akcje wokół tego filmu w naszym kościele, które podjęły różne zbory w Polsce. Wolontariusze w mundurach na targach książki w Krakowie zapraszający do stoiska Znaków Czasu, grupa rekonstrukcyjna w Lublinie, wykłady "W co wierzył Doss" w Gdyni, cykl wykładów o zasadach ponownie w Krakowie, projekcja filmu dokumentalnego "Szeregowiec Doss" w Warszawie - to tylko początek dobrej pracy, która się rozpoczęła. I wbrew pozorom to nie promocja filmu Gibsona, ale promocja wiary, bohaterstwa, posłuszeństwa Bogu i innych wartości, które wyznawał Doss.
Cieszą mnie wszystkie pozytywne recenzje filmu, w których wspomina się o kościele ADS. Mieć darmową reklamę w najbardziej poczytnych portalach informacyjnych - to się nawet nam nie śniło. Oto kilka przykładów:




Cieszą mnie wszelkie udostępniane strony, zdjęcia, materiały, zdjęcia w tle nawiązujące do filmu. Chociaż sama nie udostępniam ich w takiej ilości, to klikam "lubię to" na wszystko, co się ukazuje. Promocja dobrych rzeczy jest cenna.

Ogółem: cieszy mnie to całe zamieszanie wokół Dossa, chociaż czasem informacje docierające z rożnych stron mnie przytłaczają. Mam jednak świadomość, że szał nowości minie niedługo. 


Jest jednak kilka rzeczy, które mnie smuci. Odrobinę przykre w tym wszystkim jest, że aby dobra nowina o Bogu mogła pójść na cały świat, trzeba było użyć filmu fabularnego wyprodukowanego przez kontrowersyjnego reżysera. Wydaje się to trochę pokrętna droga, że aby opowiedzieć o Bogu trzeba było pokazać ludzkiego bohatera, ale w dzisiejszym świecie to nie mówienie, ale przykłady pociągają i chwała Bogu za ludzi, który nimi są. Co do użycia filmu fabularnego: "Cóż tedy powiem? Byle tylko wszelkimi sposobami Chrystus był zwiastowany, z tego się raduję i radować będę." I jak mówiłam wcześniej, Bóg może głosić nawet przez film Gibsona. 

Smuci mnie to, że chociaż dostaliśmy do rąk potężne narzędzie, aby przybliżyć ludziom naszą wiarę, takie małe jest zaangażowanie w naszym zborze, by z tego narzędzia skorzystać. Nie zdobyliśmy pozwoleń na rozpowszechnianie Znaków Czasu w kinie, a bez tego nie da się niczego rozdać. To zamyka nam dostęp do ludzi bezpośrednio przed seansem. W innych miastach się udało.
Do rozdawania zaproszeń na film dokumentalny wybrałam się wczoraj tylko z jednym kolegą. Poprzedniego dnia był sam. A jednak ludzie przychodzą, oglądają film i dyskutują. Choćby było ich trzech (a przychodzi kilkanaście), to warto pójść z zaproszeniami czy Znakami Czasu i coś zrobić. 

Smuci mnie wszelkie podcinanie gałęzi, na której sami siedzimy. Jeśli nie podoba się nam akurat taka akcja ewangelizacyjna, zróbmy inną, lepszą, na czasie. Ale działajmy, a nie zniechęcajmy innych, którzy się zaangażowali, bo może się okazać, że to oni zrobią więcej, niż my. Kiedy słyszę tylko: "Chce się zaangażować misyjnie, ale musi być to coś pożytecznego, a nie tylko te ulotki", a potem nie widzę żadnych konkretnych działań - brak słów.
Smuci mnie podejście, że jeśli coś nie jest naszym pomysłem albo działaniem, nie zgadza się z naszym obecnym przekonaniem, to najlepiej to skrytykować. Film jest zły, bo powstał w Hollywood i nakręcił go kontrowersyjny reżyser. Oczywiście nie twierdzę, że teraz Hollywood i Gibson są super, bo wypuścili film o adwentyście, ale takie uwagi niczego nie zmienią. Ludzie do kina i tak pójdą, będą oglądać filmy o superbohaterach z komiksu, "Gwiezdne wojny", "Inferno" i inne pożeracze czasu, które nie wnoszą niczego dobrego do życia. Jeśli w tym zalewie filmów niemoralnych powstał chociaż jeden wartościowy, to warto zwrócić na niego uwagę ludzi.

W tym wszystkim myślę jednak optymistycznie. Wierzę, że cenne informacje, które są zawarte w filmie, książce, Znakach Czasu i filmie dokumentalnym trafią do ludzi, a jeśli nie zareagują na nie od razu, to przynajmniej mieli okazję się z nimi zapoznać. Róbmy, co możemy, wykorzystujmy czas i możliwości, bądźmy otwarci na rozmowy, działania. Niech Boże imię będzie wywyższone.

1 komentarz:

Marcin pisze...

Kika, jak ma to często miejsce, precyzyjnie trafiłaś w sedno...
Chwała Bogu! Mam nadzieję że kogoś zastanowią Twoje przemyślenia :)
BTW masz lekką rękę pisarską, przyjemnie się czyta, pielęgnuj bo fajny talent.