Translate

Wehikuł czasu, to byłby cud...


Czy myśleliście kiedykolwiek o tym, aby przenieść się w czasie do swojej przeszłości? Co zrobilibyście, gdybyście mieli świadomość, jak pewne decyzje mogą wpłynąć na dalsze życie? Ile rzeczy chcielibyście odkręcić, jakie osoby wolelibyście uniknąć, a jakie szukalibyście?
Kontynuując wątek czasu i kończącego się roku, polecam kolejny film.



Ile waży koń trojański? (2008)

Film Juliusza Machulskiego, choć pozornie nie ma żadnego związku ani z koniem, ani z Troją, posiada jednak elementy wspólne z figurą wymienioną w tytule. Podobnie jak okres dający rodowód koniowi trojańskiemu jest odległy od naszych czasów, tak i lata osiemdziesiąte, w których w zbiorowej świadomości hulały absurdy komunizmu, wydają się z naszej perspektywy czasami niemal antycznymi.

Zosia, którą zagrała Ilona Ostrowska, jest tak szczęśliwa ze swoim drugim mężem i córką z pierwszego małżeństwa, że w sylwestrową noc na przełomie 1999 i 2000 roku nieopatrzenie mówi, że żałuje, że nie poznała Kuby kilka lat wcześniej. W wyznaniu ukrywa się również życzenie, że chciałaby być młodsza. Kiedy budzi się następnego ranka, w sukni z czasów studiów, a jej mąż Darek (klasa sama w sobie - Robert Więckiewicz) paraduje w mało gustownych slipach, film przeobraża się w wycieczkę po muzeum PRL-u. Zosia musi się pozbyć wąsatego miłośnika polowań i jak najszybciej poznać swojego przyszłego męża-intelektualistę.

Peerelowskie lata osiemdziesiąte okazały się wciąż niewyczerpanym źródłem komizmu wynikającego z absurdu nie tylko ustroju, ale i mentalności ludzi. Zosia, która wróciła do tych czasów wyposażona w doświadczenie zdobyte już w latach nowej ery, wyróżnia się na tle szarych ludzi żyjących od ograniczenia do ograniczenia, którzy jeszcze wtedy nie mogli mieć świadomości, że i ich czeka wkrótce możliwość życia w warunkach na miarę Europy Zachodniej. Bohaterka wielokrotnie zdradza ludziom ich przyszłość, rzucając to na lewo, to na prawo pewne informacje, które w efekcie mogłyby zmienić ich życie, ale nie to jest ważne. Ważne nie jest także to, że mogłaby się wzbogacić, i to nie tylko na takiej informacji, że "Ikeja będzie w Jankach". Pragmatyczne myślenie rodem z lat komunizmu, by robić interesy na czym się da, w tym filmie udziela się tylko widzowi. Dla bohaterki liczy się tylko miłość, a to, że kocha swojego drugiego męża i córkę, jest zaznaczone już od samego początku. Wycieczka w przeszłość odbywa się więc w tylko jednym celu – odnaleźć Kubę.
I wszystko byłoby tip-top, gdyby reżyser wiedział, jak zakończyć "Konia trojańskiego". Niestety, rozwiązanie galimatiasu z przenoszeniem się w czasie wybrano w najgorszy z możliwych sposobów. W dodatku Machulski wpłynął na fabularną mieliznę i postanowił ratować się szalupą wątpliwej metafory. Możemy mu jednak darować scenariuszowe potknięcia. Nareszcie na polskiej ziemi doczekaliśmy się dobrej komedii romantycznej. Ave Juliuszu!

Recenzja z filmweb.pl

Komentarze