Translate

Bem-vindo em Porto.


Wycieczka do Porto to wielka, spontaniczna przygoda, która udała się ponad wszelkie oczekiwania 😀 moje prywatne biuro podróży KikaTur stało się samodzielne: zaplanowałam wyprawę do kraju, w którym wcześniej z nikim nie byłam. I chociaż spędziłyśmy tam niecałe 3 dni, to opis i tak będzie długi. Zaczynamy.

Informacje praktyczne




Jaki jest najlepszy miesiąc na odwiedzenie Portugalii? To zależy od waszych oczekiwań. Jeśli chcecie smażyć się na plaży nad Atlantykiem, to możecie wybrać miesiące wakacyjne. Jeśli chcecie skorzystać jeszcze z uroków lata, ale bez morderczego upału, to maj i wrzesień będą idealne. A jeśli wypadło tak, jak u mnie, że macie urlop dopiero w październiku, nie martwcie się: pogoda nadal jest przyjemna, szczególnie na zwiedzanie miasta czy wędrówki wzdłuż plaży w krótkim rękawie. Wieczory robią się chłodne od wiatru i warto mieć ze sobą kurtkę i cieplejszą bluzę. Portugalczycy jednak zupełnie na to nie zważają i do samego wieczora chodzą w koszulkach i szortach.


Do Porto można dolecieć na różne sposoby. Tanie linie lotnicze WizzAir i Ryanair oferują loty w przystępnych cenach, nawet jeśli zarezerwuje się lot 2 tygodnie wcześniej, jak to mi się przytrafiło. Jednak przez późną rezerwację skrócił się czas pobytu i z planowanych 5-7 dni zrobiły się cztery, czyli przedłużony weekend. W moim odczuciu zupełnie wystarczy na intensywne zwiedzanie miasta i zaliczenie oceanu. Jeśli jednak planujecie leniwe spacery, plażowanie, wycieczkę pociągiem na jeden dzień w kierunku północnym, a może nawet Lizbonę za jednym zamachem, to warto wziąć tydzień urlopu. 
Wybierając lot jedną lub drugą linią musimy się liczyć z późnymi lub bardzo wczesnymi godzinami lotu. Jeśli przylecicie w nocy, to możecie mieć problem z dostaniem się do miasta z lotniska, które leży w Maia, miejscowości obok Porto, ponieważ metro ma ograniczone godziny jazdy. Niedaleko lotniska jest jednak kilka hoteli i hosteli, gdzie można się zatrzymać na jedną noc po przylocie, a następnego dnia ruszyć w drogę. Podobnie też z wczesnym wylotem, tak jak to było u nas. My nocowałyśmy w AirPorto Hostel, gdzie za przyzwoitą cenę można się spokojnie wyspać, dostać śniadanie na drogę i w niecałe 15 minut dojść do lotniska. 


Nocleg w Porto może być też w dobrej cenie, kiedy korzystacie z AirBnb. Do was należy decyzja, czy kwaterujecie się w mieście, aby mieć blisko do zwiedzania, czy wybieracie miejsce nad morzem, ale z dobrym dojazdem do centrum. My zdecydowałyśmy się na nocleg u Scandic Surf, czyli u Dominiki, której dom leży w Matosinhos, dzielnicy Porto tuż nad Atlantykiem. Był to strzał w dziesiątkę. Spokojna okolica, w pobliżu sklepy (Lidl) i targ (mercado), gdzie można kupić produkty śniadaniowe, warzywa i owoce, sporo restauracji z rybami i owocami morza (my nie skorzystałyśmy, bo jesteśmy wegetariankami, ale inni polecają). Do plaży jest zaledwie 5 minut spaceru, a plaż jest wiele do wyboru. Dzięki temu zaraz po przyjeździe mogłyśmy zobaczyć zachód słońca nad oceanem, a w kolejnych dniach od rana iść na plażę i zwiedzić praktycznie całe wybrzeże Porto.


O komunikacji miejskiej w Porto możecie przeczytać tutaj. Nie jest bardzo skomplikowana, bo do centrum dojedziecie metrem, a jeśli się zmęczycie chodzeniem, można się przedostać na krótszych odcinkach autobusami. Bilety ładujemy na kartę Andante i ta nazwa jest bardzo adekwatna do tempa podróży metra, a właściwie nadziemnego pociągu, który na kilku odcinkach jedzie pod ziemią. Możecie załadować pojedyncze bilety na strefy lub kupić Andante Tour 24 h lub 72 h. My kupowałyśmy bilety pojedynczo, ale po ostatecznym przeliczeniu wyszło nas prawie jak karta 72 h. Warto pamiętać, że bilety są czasowe i jeden przejazd trwa godzinę i nalicza się od aktywacji karty w bramce metra lub po wejściu do autobusu. Wysiadając lub przesiadając się do innej linii musimy również aktywować kartę. Kiedy przekroczymy godzinę, jest naliczany czas z kolejnego biletu. 

Przykładowe strefy i ceny pojedynczych biletów:
Aeroporto - Matosinhos Sul: linia E w kierunku Estadio de Dragao z przesiadką na stacji Senhora da Hora do linii A w kierunku Senhor de Matosinhos - Z3 (strefa 3): 1,60 EUR
Matosinhos Sul - Casa de Musica: linia A w kierunku Estadio de Dragao, Z3, 1,60 EUR
Casa de Musica - Aeroporto: linia E, Z4, 2 EUR
Matosinhos Praia - Passeio Alegre - Autobus 500, Z2, 1,20 EUR
Passeio Alegre - Infante: Zabytkowy tramwaj nr 1, 3 EUR, bilet kupuje się osobno w tramwaju


Jedzenie w Porto wcale nie musi być drogie. Na śniadanie miałyśmy kupione produkty ze sklepu i zieleniaka (Lidla odnalazłyśmy dopiero w niedzielę rano), a w ciągu dnia stołowałyśmy się na mieście. Restaurację, którą gorąco polecamy dla wegetarian, to DaTerra. Za 8,50 EUR jesz, ile chcesz, a wybór jest obfity. Mają kilka miejsc w Porto, gdzie można ich znaleźć, m.in. w Mercado Bom Sucesso niedaleko stacji Casa de Musica. W tym mercado jest wiele innych restauracji, gdzie obiad można spokojnie zjeść za 7-8 EUR. Innym dobrym miejscem jest Food Corner , gdzie na każdym piętrze można znaleźć inną restaurację. 

Czas na zwiedzanie!

5 października




Nasza wyprawa zaczęła się w Krakowie, skąd wylatywałyśmy razem z mamą. Ja dotarłam do Krakowa już dzień wcześniej pociągiem, mama w piątek rano busem. Dworzec PKP i PKS ma dobre połączenie z lotniskiem przez pociąg, bilet lotniskowy kosztuje 9 zł. Z tego wszystkiego miałyśmy mnóstwo czasu na oczekiwanie na lotnisku, więc chodziłyśmy po sklepach i szukałyśmy taniej wody. Niestety, na lotnisku zdzierają srogo za półlitrową butelkę. Najwyższa cena dochodzi do absurdalnej sumy 9,90 zł, jak na zdjęciu poniżej. Niestety w Krakowie nie ma kraniku z wodą miejską, jak na lotnisku Chopina w Warszawie, ale kranówka w toaletach też jest niezła. Polecam i gwarantuję, że mam się po niej dobrze. 


Nasz lot trwał niecałe 4 godziny i przebiegał przez następujące kraje: Słowacja, Austria, Szwajcaria, Francja, Hiszpania i oczywiście Portugalia. Pierwszy raz widziałam Tatry z okien samolotu (jeszcze nie byłam w górach) i byłam rozczarowana, widząc małą grupkę skał :/ kiedy przez następną dobrą godzinę leciałyśmy nad Alpami, musiałam przyznać, że nasze polskie góry w porównaniu z nimi są bardzo skromne. Austria i Szwajcaria urzekły nas całkowicie. Razem z mamą marzyłyśmy, żeby zrobić kiedyś wyprawę samochodem i pozwiedzać te górskie krajobrazy.

Alpy austriackie

Ryanair zrobił nam chyba lot krajobrazowy, bo na lotnisko w Maia, które leży na północ od Porto, lecieliśmy od południa i widzieliśmy całe miasto i wybrzeże Atlantyku. To przypieczętowało nasze postanowienie, by pierwszy dzień pobytu spędzić właśnie nad oceanem.

Matosinhos, na końcu ulicy jest dom, w którym mieszkałyśmy

O metrze w Porto wspominałam już w informacjach powyżej. Do naszego miejsca zakwaterowania w Matosinhos dotarłyśmy właśnie jadąc prosto z lotniska z jedną przesiadką. Przywitała nas młoda dziewczyna Dominika, która udziela noclegów w starym, portugalskim domu, urządzonym w skandynawskim stylu. Kiedy się zakwaterowałyśmy, wybrałyśmy się na zakupy i rekonesans. Nie miałam za bardzo możliwości ani skupienia, by używać portugalskiego, a poza tym sprzedawcy widząc, że nie od razu rozumiem, co do mnie mówią, przechodzili na angielski. Jadąc do Porto możecie spokojnie dogadać się w większości miejsc po angielsku, rozwiewając wasze obawy.


Wychodząc z domu i skręcając w pierwszą uliczkę w prawo doszłyśmy prosto do wybrzeża. W Portugalii przesuwamy zegarki o godzinę do tyłu, o tej porze roku słońce zachodziło dopiero o 19, więc miałyśmy przed sobą najlepsze godziny do obserwowania zmieniających się kolorów nieba i wody.

W Porto można kupić pieczone kasztany.
Smakują trochę jak ziemniaczki, ale są oczywiście twarde i chrupiące.
Z tego, co zaobserwowałyśmy, to chyba jedyna uliczna przekąska, jaką sprzedają

Matosinhos to część portowa, gdzie znajduje się port, stocznia i terminal. My poszłyśmy na południe od portu w stronę Castelo do Queijo, czyli Zamek Sera, który z samym serem nie ma nic wspólnego, bowiem Queijo to po prostu nazwisko. Warto się wybrać na plażę podczas zachodu słońca i zobaczyć zamek i ocean za jednym zamachem. Kolory niepowtarzalne 😀










6 października

Po całym wczorajszym dniu podróży i spaceru wzdłuż morza wyspałyśmy się znakomicie i morskie powietrze też zdrowo zaostrzyło apetyt. Jeśli chodzi o portugalską kuchnię, to niewiele mogłyśmy spróbować, bo najbardziej znane potrawy, jak francesinha czy flaczki to jednak mięso. Kupowałyśmy więc lokalne owoce i warzywa, bo takie najlepiej smakują. Udało się nam też znaleźć lokalne warzywo: tremoço, czyli łubin. O właściwościach łubinu możecie przeczytać tutaj. Jest chrupiący, wysokobiałkowy, w Portugalii podawany jest jako przystawka do piwa.



Nasz poranny spacer zaczęłyśmy oczywiście od oceanu. Wybrałyśmy się na północ od naszego zakwaterowania w okolice Praia de Azul, czyli Błękitnej Plaży.
Mercado w Matosinhos jest połączeniem tradycyjnego targu z nowoczesnymi elementami budynku. My przeszłyśmy tylko przez część targową i nie zobaczyłyśmy restauracji ani miejsc siedziby projektantów i designerów z Porto, ale i tak można poczuć klimat portu. Na dole znajdują się ryby i owoce morza, a na górze warzywa, owoce i... kury. Tak, jak targ, to targ. 



Największa cebula, jaką w życiu widziałyśmy.

Wybrzeże Atlantyku, nad którym leży Porto, ma wiele plaż, piaszczystych, żwirowatych i kamienistych. To, co nas zaskoczyło i zauroczyło, to skały- w różnych kolorach i wysokościach, na których przesiadują mewy i rozbijają się fale. Bardziej nas to interesowało niż typowe plażowanie.

Port w Matosinhos

Skalny przylądek Boa Nova





Praia de Azul

Latarnia morska i kompleks budynków należy do MON, ale nie było zakazu fotografowania ;)

Z Matosinhos przemieszczamy się metrem do centrum Porto. Czas na odkrycie miasta. Wysiadamy na stacji Casa de Musica i szukamy restauracji, bo jest już po południu i robimy się głodne. Tak odkrywamy Mercado de Bom Sucesso i restauracje w środku (chociaż tak prawdziwie odkryłyśmy je dopiero następnego dnia). Nareszcie odważam się mówić do sprzedawcy tylko po portugalsku i dzięki temu jemy smaczne pierożki z warzywami i zestawem sałatkowym. 

Pałac Kryształowy już nie istnieje, ale ogród dookoła piękny

Poprzedniego dnia, kiedy wychodziłyśmy z lotniska, pan z obsługi dał nam papierową mapę Porto. Były na niej zaznaczone na niebiesko obiekty z azulejos. Przepiękne, pokryte błyszczącym szkliwem płytki ceramiczne zdobią Portugalię wzdłuż i wszerz, dekorując zarówno fasady kamienic, jak i bogate wnętrza barokowych kościołów, a nawet stacje metra i dworców. Azulejos pełnią rolę sztuki niemal narodowej i razem z fado i piłką nożną są rozpoznawalnym symbolem „portugalskości”.

Palacio da Torre da Marca i Capela do Senhor da Boa Nova na jednym zdjęciu
Zaczynamy poszukiwania niebieskich płytek

Ślady kolonializmu w Casa Oriental.
W środku znajdziemy... konserwy

Wieża Kleryków, najwyższa wieża kościelna w Portugalii

Dworzec Sao Bento - przepiękna kolekcja azulejos przedstawiająca sceny z historii Portugalii


Najdziwniejszy na świecie McDonald's

Capela das Almas

Majestic Cafe - kawiarnia w stylu Art Noveau 
droga i zatłoczona, kolejki na zewnątrz dłuższe niż do warszawskiego Manekina.
Ominęłyśmy tę atrakcję, żadna z nas nie pije kawy.

Nieco zaniedbany, trochę na uboczu kościół św. Ildefonsa

W dół, do Ponte de D. Luís

Most Ludwika I w Porto (po portugalsku Ponte de D. Luís lub Ponte Luiz I) to most łączący Porto z miastem Vila Nova de Gaia, jeden z sześciu mostów łączących te dwa miasta w północnej Portugalii. Jego budowa trwała w latach 1881 i 1886, a przebiega on nad rzeką Douro. Most bardzo szybko stał się jednym z symboli miasta. W momencie ukończenia był najdłuższym tego typu mostem na świecie.
Przechodzimy górną częścią do Vila Nova de Gaia, tą częścią, którą jeździ metro i pozostajemy tam aż do zachodu słońca. Podziwiamy Porto z tarasu widokowego przy klasztorze Mosteiro da Serra do Pilar. 











Jeszcze w ostatnich promieniach słońca podziwiamy katedrę Se oraz pozostają nam na dzisiaj ostatnie widoki na Ribeirę - weszłyśmy zaledwie w jeden zaułek, dokładnie zwiedzimy jutro, w ciagu dnia.


Kolej furnicular, która służyła w przeszłości do transportu towarów,
dzisiaj atrakcja turystyczna

Widok z tarasu obok katedry na kolejny dom z azulejos i Wieżę Kleryków


Po zachodzie udajemy się na poszukiwanie ciepłej kolacji. Znajdujemy ją w Food Corner, czteropiętrowej restauracji w niezwykle wąskiej kamienicy. Zanim tam docieramy, mijamy jeszcze kilka punktów z mojej listy, które wcześniej pominęłyśmy. Teraz w nocy wyglądają bardziej tajemniczo i jest zdecydowanie mniej ludzi.

Księgarnia Lello, której wystrój zainspirował autorkę książek 
o Harrym Potterze do zilustrowania Hogwartu

 Uniwersytet Porto i fontanna Lwów

Igreja do Carmo - kościół karmelitów

Ratusz miejski na Praça da Liberdade


7 października

Dzisiaj wymeldowujemy się z Matosinhos. Następną noc spędzimy w hostelu koło lotniska. Pakujemy rano nasze plecaki i jedziemy nad morze. Każdego dnia oglądałyśmy ocean: wieczorem, wcześnie rano, w południe. Mama i ja kochamy morze i mogłyśmy się wpatrywać w fale bijące o brzeg godzinami.
Aby oszczędzać nogi przed wędrówką po mieście wsiadamy w piętrowy autobus nr 500 na przystanku Matosinhos Praia i jedziemy do parku Passeio Alegre. Autobus jedzie wzdłuż wybrzeża i jeśli macie dużo szczęścia i zajmiecie miejsce przy samej szybie, możecie podziwiać kolejne plaże. Po drodze mijamy Castelo do Queijo, do którego szłyśmy pierwszego dnia i w oddali widać już latarnię morską.






Miejsce, w którym stoi ta malownicza latarnia morska to Foz do Douro, czyli ujście rzeki Douro do oceanu. Znowu mamy fantastyczną pogodę do obserwowania fal, szczególnie na skale tuż przy latarni. Każda z nich była coraz większa. Wciągający widok.




Z Passeio Alegre jedziemy zabytkowym tramwajem nr 1 do przystanku Infante. Warto patrzeć na prawo i podziwiać brzeg Douro, bo na piechotę pewnie nie byłoby okazji go przejść. Po lewej mijamy Ribeirę i dosłownie ocieramy się o ludzi siedzących w kawiarniach tuż przy torach.





Wysiadamy z tramwaju, wchodzimy w uliczkę obok rzeki i znowu jesteśmy przy moście Luisa. Tym razem przechodzimy go dołem, bo chcemy się udać do winiarni w Vila Nova de Gaia.





W Vila Nova de Gaia wędrujemy nadbrzeżem, gdzie znajdują się słynne winiarnie i magazyny z winem Porto. Oprócz magazynów są również pijalnie czy restauracje. Na rzece unoszą się barki z beczkami, czyli barcos rabelos, którymi kiedyś transportowano wino z górnej części rzeki. 


Azulejos w Vila Nova de Gaia tuż obok winiarni

Sanderman - magazyny, restauracja i pijalnia wina.
Nie mam odwagi spytać o wersję bezalkoholową, więc nie spróbowałam tego specjału.


Spacerując po ulicach Vila Nova de Gaia znalazłyśmy niezwykłą instalację wykonaną z... części samochodowych. Artysta Bordalo II nazwał go „Half Rabbit”. Przyjrzyjcie się uważnie, czy przypomina wam to krolika?






Wracamy do Porto i zanurzamy się w uliczki Ribeiry - dzielnicy Porto. Niczym warszawskie Powiśle, Ribeira była wcześniej zamieszkiwana przez robotników i mało zamożnych obywateli. Dzielnica jest dziś miejscem na tyle ciekawym, że wpisano ją na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Kolorowe fasady budynków (często pokryte azulejos), małe kawiarnie i klimatyczne restauracje, wąskie uliczki z ciemnymi przejściami – wszystko to sprawia, że spacer tutaj jest prawdziwą przyjemnością.










Nasza wycieczka nie byłaby kulturalną wycieczką bez odwiedzenia choćby jednego muzeum. Dotychczas omijałyśmy wszelkie wnętrza, ale zrobiłyśmy wyjątek dla Casa do Infante, przypuszczalne miejsce urodzenia Henryka Nawigatora, który miał największy wpływ na finansowanie wypraw odkrywających nowe lądy. Znajdziemy tutaj wiele informacji o odkryciach geograficznych, a także historię bicia monet w nowoczesnej, interaktywnej formie. Wstęp w weekendy jest za darmo.




Ostatnie zdjęcia z Porto przed wyjazdem na lotnisko i jedziemy jeszcze do naszego ulubionego Mercado Bom Sucesso na posiłek. Tam mama spełnia jeden ze swoich celów i jemy w wegetariańskiej restauracji DaTerra typu "jesz ile chcesz". Gorąco polecamy. Pyszne sałatki, tofu, kasze i wiele innych składników, które nakładasz i dokładasz.

Igreja de Sao Nicolau

Palacio da Bolsa, czyli Giełda
Nie zdążyłyśmy już wejść do środka


W Maia kwaterujemy się w AirPorto Hostel i przez zmierzchem idziemy na daleki spacer do supermarketu po jedzenie na drogę. Nasze stopy są wykończone po 3 dniach chodzenia. Znajdujemy jeszcze ostatnie azulejos


8 października

Wstajemy o 5 rano, żeby zdążyć na samolot o 7. Wysypiamy się całkiem nieźle, obok nas byli też inni podróżni wylatujący rano. Lotnisko w Porto jest dosyć spore, kolejki w security też mocno się rozciągają, więc warto nie czekać na ostatnią chwilę. My przechodziłyśmy właściwie od punktu do punktu bez większych przestojów.
Tym razem lecimy bez zwiedzania Porto prosto do Polski przez Francję, Niemcy i Czechy. Nie widzimy nic z okien samolotu, bo zasłaniają nam chmury. 
Lądujemy bezpiecznie w Krakowie i tam się z mamą rozstajemy. Ja mam jeszcze 2 godziny do odjazdu pociągu do Warszawy, więc wybieram się na spacer na Kazimierz, ale to już chyba na osobny wpis. 
W pociagu słucham piosenek fado, bo to kulturalne wydarzenie niestety nam podczas pobytu umknęło. Zostawiam was ze zdjęciami i piosenką fado "Dia de folga" Any Moura w klipie poniżej.
Tchau, Portugal! 



___________________
Więcej informacji:
Zdjęcia z wycieczki: https://photos.app.goo.gl/Meai4HBNRiYP3DYdA

Porto w 2 dni - Wędrowne Motyle https://gdziewyjechac.pl/5497/zabytki-i-atrakcje-porto-co-warto-zobaczyc-w-2-dni.html

Porto w weekend - Duże Podróże https://duze-podroze.pl/co-zobaczyc-w-porto/

Ceny pobytu https://duze-podroze.pl/ile-kosztuje-weekend-w-porto/

Komunikacja miejska w Porto https://www.podrozepoeuropie.pl/komunikacja-miejska-porto/

Azulejos https://kobiecaintuicja.wordpress.com/2018/02/26/porto-na-tropie-azulejos/

Ribeira https://praktycznepodroze.pl/ribeira-najslawniejsza-dzielnica-porto-wakacje-w-portugalii-a140

Most Ludwika I http://infoporto.pl/porto-slynny-most-ludwika-luis-przewodnik/

Restauracja DaTerra: https://www.daterra.pt

Food Corner: https://pl.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g189180-d7363707-Reviews-Food_Corner-Porto_Porto_District_Northern_Portugal.html



Komentarze